wtorek, 6 listopada 2012

2


- Już ci lepiej? – zapytała Lizzie, kiedy zaprowadziła mnie razem z Agnes do mojego pokoju. Wchodząc do niego, przywitałam z ulgą jasnoniebieskie ściany, które zawsze działały na mnie kojąco.
Podeszłam do łóżka stojącego pod oknem i padłam na nie z westchnieniem.
- Lepiej – odparłam.
Agnes usiadła w fotelu, który stał w kącie pokoju, a Liz przysiadła na biurku obok niej, wymachując nogami w powietrzu, niczym dziecko. Tymczasem ja wpatrywałam się w sufit, nie mogąc wyrzucić z głowy słów Willa.
- Co tam się stało? – Usłyszałam cichy głos Liz.
- Sama nie wiem – odpowiedziałam, podnosząc się wolno i przeciągnęłam się, aż usłyszałam chrupnięcie kości w plecach. Zawroty głowy zaczęły mijać, z czego niezmiernie byłam zadowolona. Wcale nie jest miło, kiedy wszystko wokoło ciebie wiruje. – Wydaje mi się, że to przez ten medalion. – Popatrzyłam na wspominaną rzecz i bardzo powoli zbliżyłam do niej palec, lecz kontakt ponownie źle się dla mnie skończył.
Syknęłam i włożyłam zaczerwieniony palec do ust, ssąc go zawzięcie, ale gdy to nie pomagało wstałam prędko i poszłam do łazienki, która była w każdym pokoju.
- Gdzie idziesz? – spytała Agnes.
- Przemyć palca – powiedziałam wymijająco.
- Co znowu zrobiłaś? – Tym razem pytanie zadała Lizzie.
- Oj, no, poparzyłam się – rzekłam lekko zirytowana. Traktowały mnie jak małe dziecko, ale to, iż raz w życiu prawie zemdlałam nie oznaczało, że trzeba pilnować mnie na każdym kroku.
Odkręciłam kurek i podsunęłam bolący palec pod zimną wodę, która od razu uśmierzyła mój ból. Mogłabym oczywiście użyć zaklęcia uzdrawiającego, ale zimna woda działała szybciej.
Kilka minut później wróciłam do pokoju, gdzie dziewczyny prowadziły w najlepsze jakąś zawziętą dyskusję, ale na mój widok umilkły i uśmiechnęły się szeroko.
- Co? – mruknęłam, patrząc na nie dziwnie.
Nie odpowiedziały, ale Agnes zmieniła miejsce, siadając na łóżku i ustępując miejsca Lizzie. Ten obrazek przypominał mi sceny sprzed wakacji, kiedy dziewczyny zawsze zajmowały te same miejsca, co teraz, a ja siadałam pod ścianą, gdzie było mi najwygodniej i zaczynałyśmy, tak zwane, „przesłuchanie”, czyli kto spotkał, kogo interesującego, z kim się całował, kogo pobił, itede.
Usadowiłam się pod ścianę naprzeciwko łóżka, uprzednio prosząc Ag, żeby rzuciła mi jedną z kolorowych poduszek leżących na łóżku by było mi wygodniej i na moich ustach także zagościł wielki uśmiech. Brakowało mi tego.
- Więc… ilu chłopców spotkałyście w te wakacje? – Lizzie patrzyła to na mnie, to na Agnes, a gdy nie otrzymała odpowiedzi, ostatecznie wskazała na mnie. – Cat?
Ja wskazałam na nią. – Ty bądź pierwsza. W końcu masz tyle do opowiedzenia…
- Nie poznałam żadnego interesującego – podkreśliła, widząc mój kpiący wzrok – mnie chłopaka.
- A Phil? Luis, James i Max? – Wyliczałam na palcach. – A, zapomniałabym, jeszcze był Derek! I Nick, i chyba nawet…
- Och, odczep się. Wcale mnie nie interesowali w taki sposób. Najzwyczajniej w świecie zdobyłam nowych przyjaciół i tyle. Mam już swojego ideała, więc, na co mi ktoś inny?
- Dobra, to kto teraz? – odezwała się szybko Agnes i domyśliłam się, że chciała uniknąć gatki Liz na temat świetności swojego „ideału”.
Lizzie machnęła ręką w moją stronę.
- Cat.
- Wielkie zero. A? – Posłała jej uśmiech, który z trudem odwzajemniła, nagle cała skrępowana i zaczerwieniona.
- No więc… spotkałam kogoś – zaczęła, a Liz i ja natychmiast obsypałyśmy ją górą pytań o jej kolejnego wybranka.
Zaśmiała się rozbawiona naszą dociekliwością.
- Spokojnie, zaraz wam o nim opowiem. – Gdy w końcu uspokoiłyśmy się, podała nam o nim wszystkie podstawowe informacje. – Spotkałam go jakiś miesiąc temu w Central Parku. Na imię mu Luke, jest ode mnie starszy o dwa lata. Jest wyższy, niż ja, ma brązowe włosy i posiada cudowne piwne oczy. Spotkaliśmy się już dokładnie dziewięć razy, a na weekend umówiłam się z nim w klubie…
Wpatrywałam się w swoją przyjaciółkę, jak w obrazek, gdy ta z przejęciem opowiadała o chłopaku, gestykulując przy tym dłońmi, a jej oczy, utkwione gdzieś wysoko na ścianie, lśniły radością i czułością. Czyżby znowu się zakochała?
Spojrzałam na Liz, żeby sprawdzić czy także zauważyła te wszystko mówiące zachowanie u Ag, ale ona miała spuszczoną głowę i dłubała palcem w poduszce trzymanej na kolanach. Zastanawiałam się, czy naprawdę układało się w jej związku tak dobrze, jak z zapałem twierdziła. Miałam zamiar ją o to wypytać, ale to już nie dzisiaj. Nie chciałam niszczyć naszych, i tak już lekko zszarganych, nastrojów.
- A jaki on jest, Angie? – spytałam, za co później siebie biłam mentalnie, ponieważ rudowłosa teraz już całkiem się rozgadała.
- Jaki on jest? – Westchnęła głośno i opadła na moją niebieską kołdrę. – Miły, uczciwy, kochający, zabawny, odważny, słodki, uroczy, szarmancki, czarujący, przystojny, seksowny i… - Niedane jej było dokończyć, bo na jej twarzy wylądowała zielona poduszka, zagłuszając jej słowotok. Zasłoniłam dłońmi usta by nie parsknąć śmiechem, kiedy dziewczyna wydała oburzony jęk.
Podniosła się do pozycji siedzącej, trzymając w ręce poduchę i spojrzała na nas morderczo.
- Która to?
Obydwie patrzyłyśmy na nią niewinnie, uśmiechając się słodko, jak aniołki. Moment później Agnes błyskawicznie zabrała dwie poduchy z mojego łóżka i rzuciła jedną we mnie, a druga wylądowała na głowie Liz. Tak właśnie rozpętała się trzecia wojna światowa…


***


Kilka godzin później leżałam w poprzek łóżka, wpatrując się bezmyślnie w biały sufit i trzymałam medalion w jednej ręce, który miał już, na szczęście, normalną temperaturę. Gładziłam, co jakiś czas, jego gładki kamień, mając cichą nadzieję, że może przez mój dotyk jakoś zareaguje.
Lecz gdy robiłam to już przed ponad dwie godziny straciłam jakąkolwiek nadzieję, że ten medalik raczy kiedykolwiek się do mnie odezwać. Jeżeli w ogóle miał to zrobić, bo to mógłby być nie pierwszy taki żart mojego wujka.
Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie, co działo się po wielkiej wojnie na poduszki. Gdy Lizzie rozwaliła mi jedną z nich, a pierze unosiło się w powietrzu, przesłaniając mi częściowy widok na świat Liz zaatakowała mnie łaskotkami, dołączyła się do niej i Agnes, co rozpoczęło wojnę łaskotkową. Potem gadałyśmy godzinę o różnych innych duperelach, za wszelką cenę pomijając najważniejszy temat tych lat, czyli prawdziwej wojny, która zbliżała się coraz większymi krokami. Żadna z nas nie poruszyła tego tematu, wysuwając coraz to bardziej absurdalne dyskusje, wygłupiając się i śmiejąc, dopóki mogłyśmy i potrafiłyśmy brać od życia jak najwięcej szczęścia, bo później miało go zabraknąć.
Jeszcze później odwiedzili nas chłopcy, żeby, jak powiedzieli, „sprawdzić czy nie robimy jakiejś imprezy bez nich”, co było najgłupszym argumentem, jaki od nich usłyszałam, ponieważ my bardzo rzadko robiłyśmy jakiekolwiek imprezy, o czym doskonale wiedzieli. Ale nie wygoniłyśmy ich, przeciwnie – zaciągnęłyśmy do kolejnej bitwy na poduszki. Wprawdzie szanse nie były wyrównane, ale zabawa była, co się najbardziej w tym wszystkim liczyło, czyż nie?
Kiedy chłopcy siedzieli z nami parę godzin nie mogłam nie zauważyć, że Will prawie cały czas na mnie zerkał, a właściwie to na mnie, to na medalion. Kolejna oznaka tego, że mnie okłamał, co do rzekomego nie znania tego medalionu. Musiałam znowu go o niego zapytać przy następnej nadarzającej się ku temu okazji. A niech mi znowu powie, że nic o nim nie wie, to zmienię go w glizdę.
Zauważalne było też inne niż wcześniej zachowania Matta. On to chyba prawie w ogóle nie odrywał ode mnie palących miodowych oczu, jakby mnie cicho wyzywając – czego nigdy nie robił. Nie to, że nie wiedział, iż ja czuję jego wzrok, bo kilka razy go na tym przyłapałam, a ten, niczym niezrażony, posyłał mi uroczy uśmiech.
Leci na ciebie dwóch facetów, Cat, powinnaś się cieszyć.
Taa, cieszyłabym się, gdyby nie to, że jeden z nich wydawał się lecieć tylko na mój medalion, a drugiego, zawsze, traktowałam tylko jak przyjaciela. Zresztą ich obydwu traktowałam tylko jak przyjaciół.
Westchnęłam ciężko. Pierwszy dzień szkoły, a tu już takie atrakcje…
Catherine.
Przerażona podniosłam się szybko i rąbnęłam głową o parapet.
Cholera jasna!
Znowu wylądowałam na materacu i przycisnęłam rękę do piekielnie bolącego czoła, przeklinając pod nosem pomiędzy jękami bólu. Zapomniałam, że częściowo leżałam pod parapetem!
Odsunęłam się spod morderczej rzeczy i usiadałam powoli, starając się zignorować ból. Wciąż trzymając dłoń na pulsującym czole, wypowiedziałam zaklęcie uzdrowienia, które uśmierzyło trochę moje cierpienie i gwarantowało mniejszego siniaka. Jęknęłam znowu na myśl o wielkości i kolorze guza, którego jutro znajdę w swoim lustrzanym odbiciu.
Catherine…
Zachłysnęłam się powietrzem, znów słysząc ten upiorny głos. Rozejrzałam się po pokoju, szukając źródła dźwięku, ale nic ani nikogo nie znalazłam.
- Kto to? – Zadałam pytanie ciemności i zgodnie z moimi przewidywaniami nikt się nie odezwał, co przyjęłam z ulgą. To na pewno moja wyobraźnia, na pewno.
Niespodziewanie dostałam olśnienia. Cat! Medalik!
Powolutku opuściłam wzrok na medalion, który wyglądał tak samo jak wcześniej, lecz nie odważyłam się go dotknąć. Czekałam na to, czy to coś znowu się odezwie.
Dotknij kamienia, Cat.
Uświadamiając sobie, że to jednak z pewnością medalion, pisnęłam głośno i spanikowana zdjęłam łańcuszek z szyi i stając na równych nogach na łóżku, rzuciłam go na podłogę.
Rozglądnęłam się panicznie po pokoju, próbując znaleźć jakiś przedmiot, którym mogłabym walnąć medalion, ale w moim – i tak słabym – polu widzenia nic takiego nie było.
Gdzie była Agnes ze swoim młotkiem, kiedy tak bardzo jej potrzebowałam?!
- Spokojnie, Cat, tylko spokojnie. To tylko medalion. Co on ci może zrobić? – mówiłam do siebie, próbując zapanować nad szybkim oddechem i wyrywającym mi się z piersi sercem.
Jeszcze kilka chwil brałam głębokie wdechy, kiedy w końcu odważyłam się spojrzeć na medalion. Zsunęłam wzrok w dół… i znowu pisnęłam głośno.
W momencie, gdy na niego zerknęłam czerwony kamień zabłyszczał w ciemności, a napisy wewnątrz niego poruszały się i mrugały. Zacisnęłam mocno zęby, żeby powstrzymać rosnący we mnie wrzask.
Blask diamentu oświetlił mi połowę pokoju, więc ponownie rozejrzałam się za czymś ciężkim. Przeszukałam wzrokiem biurko, nadal bojąc się zejść z łóżka, w razie gdyby medalion zaczął się ruszać i miał mnie, nie daj Boże, ugryźć, ale mój wzrok padł tylko na zdjęcie oprawione w czerwoną, pozłacaną ramkę, stojącą w rogu biurka.
Fotografia przedstawiała moją babcię, trzymającą mnie – jeszcze wtedy kilkuletnią – na kolanach. Madison Jones, która liczyła wtedy sobie 48 lat miała na tym zdjęciu długie hebanowe loki, a oczy zielone. Na różanych ustach tkwił czuły uśmiech skierowany do mnie, 6-letniej gówniary, która uwieczniona została z wielką żabą w małych rączkach, którą wyczarował mi dziadek. Szczerzyłam zęby w wielkiej radości, szare oczy utkwione miałam we wstrętnej ropusze, a wokół mojej głowy unosiła się aura burzy ciemnobrązowych włosów.
Te zdjęcie sprawiło, że usłyszałam w głowie wyimaginowany, karcący głos babci.
Cat, no chyba nie boisz się kawałku metalu. Dokop temu czemuś, ale już!
Zawzięłam się w sobie i postawiłam najpierw jedną stopę na podłodze, a drugą dopiero wtedy, gdy upewniłam się, że medalion ani drgnął. Podeszłam na palcach do świecącego przedmiotu i delikatnie go podniosłam, nie dotykając kamienia w obawie przed tym, co mogłoby się wtedy stać.
Wzięłam kilka głębokich wdechów zanim znowu założyłam łańcuszek na kark i prawie pękła mi czaszka od krzyku, który rozbrzmiał w mojej głowie.
DOTKNIJ KAMIENIA!
- Dobrze, już dobrze – mruknęłam i z wielkim wahaniem przycisnęłam palce do czerwonego diamentu.
Ugryzłam się w język, czując ból w ręce, jakby przeszedł przeze mnie prąd. Uczucie minęło tak szybko jak się pojawiło, a na moim palcu wskazującym została jedynie malutka kropla krwi. Zaskoczona obejrzałam kamień, szukając jakiegoś ostrego fragmentu, niestety rozczarowałam się.
W takim razie skąd krew?
Moje przemyślenia przerwał delikatny kobiecy głos w głowie.
Witaj, Catherine.
Pogładziłam nerwowo medalik, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- Eee, cześć – powiedziałam, czując się lekko głupio, mówiąc sama do siebie, choć było to u mnie normalką.
Nie musisz odpowiadać mi na głos, możesz po prostu pomyśleć o tym, co chcesz mi powiedzieć. Usłyszałam ten sam głos, co wcześniej, zabarwiony serdecznością.
Kim jesteś? – spytałam w myślach, jak mi poradziła.
Alice Hamilton.
Mogę mówić do ciebie Ally?
Jeśli musisz… Westchnięcie poniosło się echem po moim umyśle, ale udałam, że go nie usłyszałam.
A więc, Ally… Jak to możliwe, że słyszę cię w swojej głowie? I dlaczego gadasz do mnie z medalionu?
Może odpowiem najpierw na drugie pytanie, ponieważ odpowiedź na nie wiąże się z pytaniem pierwszym.
Dwadzieścia lat temu zostałam uwięziona w tym medalionie, nie tylko za karę, ale i z misją, którą muszę wypełniać przez wieki, dopóki nie znajdzie się taki ktoś, kto zdoła mnie z niego uwolnić. Mój cel polega na tym, żeby dawać rady i prowadzić różne istoty, które posiadają specjalny dar magiczny. Z tego, co zdołałam się dowiedzieć przez te ostatnie lata, medaliony są cztery, w tym jeden masz teraz ty. W tamtych także zaklęci są jacyś czarodzieje, którzy specjalizowali się w konkretnych czarach. Ja byłam w swoich czasach mistrzynią ognia. Miałam dar wywoływania płomieni gdziekolwiek byłam czy cokolwiek robiłam. Był to dar jak i kara, ponieważ przez swoje umiejętności straciłam kilka ważnych mi osób. W jednej chwili doskonale panowałam nad ogniem, a w drugiej wszystko się paliło.
Odpowiadając na twoje pierwsze pytanie – słyszysz mój głos w swojej głowie, ponieważ jesteś właśnie tą osobą, której będę teraz Kapłanką. Jeśli mnie słyszysz, a kamień cię naznaczył, znaczy to, że jesteś jedną z Wybranych…
Czekaj, czekaj. Jak to jedną z Wybranych? Jakich Wybranych? Co to znaczy, że jesteś moją Kapłanką? I jak mnie ten cholerny kamień naznaczył?!
Spokojnie – Ally zaśmiała się cicho, co mnie zirytowało. Może dla niej to wszystko było proste, ale dla mnie nie! Nie dość, że przez ten piekielny medalik będę miała kilka blizn na palcach, to jeszcze okazuje się, że ma on w sobie jakąś ukrytą czarodziejkę, uważającą, że jest moją Kapłanką, a ja jestem jakąś Wybraną. No chyba nie.
Zaraz ci wszystko wyjaśnię, nie denerwuj się tak.
Czytasz mi w myślach? – spytałam zaskoczona. Nie dziwiło mnie samo czytanie w myślach – już spotkałam kilka osób w szkole, które potrafiły wymienić wszystkie moje najintymniejsze sekrety (chodziło tu głównie o chłopaków) - ale fakt, że czarodziejka czuła także moje emocje.
Uwierz mi, nie chcę tego, ale tkwiąc w twoim umyśle nie jest to zbyt trudne. Czuję twoje emocje, ponieważ praktycznie siedzę w tobie, a właściwie, twoim mózgu, gdzie wszystko się dzieje.
Dalej było to dziwne, ale teraz oczekiwałam odpowiedzi na moje poprzednie pytania.
Wybrani, to grupka czterech uzdolnionych, w jakikolwiek sposób, magicznie osób. Około dwudziestego roku życia ujawnia się w nich głęboko zakorzeniony dar władania żywiołem czy specjalnymi i niezwykłymi czarami, które innym są nieznane. Od setek lat najpotężniejsi świata paranormalnego szukają odpowiednich Wybranych, którzy zdołaliby ostatecznie stawić kres wszystkim wojnom, ale nadal nie znalazła się jeszcze taka grupka, dlatego kiedy jeden z Wybranych umiera rozpoczynają się poszukiwania jego następcy o takim samym lub podobnym darze.
Kapłanka, czyli ja, ma na celu, jak już wcześniej ci wspominałam, prowadzić swoich „podopiecznych”, dawać im rady i służyć pomocą. Każdy Kapłan czy Kapłanka jest uwięziony w takim medalionie, ale aby mieć taki zaszczyt – tu zaśmiała się gorzko – musiał w swoim wcześniejszym życiu być mistrzem w jakiejś dziedzinie magii. Ja doskonale opanowałam ogień, ale to wszystko ci już wcześniej mówiłam.
Pytasz się jak cię ten kamień naznaczył? Najpierw, żeby w ogóle mógł cię oznaczyć, musiał się upewnić, że to ty jesteś Wybranką. Jego test zaczyna się od prostych impulsów; początkowo wysłał do twojej głowy zaklęcie paraliżujące wszystkie zmysły, dlatego nic nie czułaś przez parę sekund. Kiedy to się stało, kamień rozgrzał się pod wpływem ognia, który w nim powstał i gdy go dotknęłaś, i oparzyłaś się, sprawdzał czy nie straciłaś przytomności. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że jesteś zwykłą czarodziejką, ale ponieważ nie zemdlałaś, a nawet w miarę dobrze się czułaś, już wiedział, że jesteś tą, której szukał.
Ale… ale kamień później nadal był gorący i znowu mnie oparzył! – poskarżyłam się, a Ally zachichotała.
Potrafi być wredny.
To już przesada. Jak kamień może być wredny?!
Może. Jeszcze nie raz się o tym przekonasz.
Czy to groźba…?
Ostrzeżenie. Cat, nie musisz się mnie obawiać, naprawdę. Dano ci ten medalion ze mną, byś miał w kimś oparcie i żebyś nie musiała mierzyć się z tym wszystkim sama, bo ja wiem jak to jest mieć taki dar. Zresztą tylko nieliczni mogą wiedzieć o tym, kim jesteś, bo inaczej ktoś może chcieć cię zabić.
Zabić? – spytałam cicho, czując nagły ścisk w brzuchu.
W czasie wojny niewielu osobom można ufać, Cat, nawet tym ze szkoły czy tej samej klasy. Wiele ludzi w tym czasie przechodzi na złą stronę, przekupieni lub zastraszeni, a często też z własnej woli. Gdy ktoś nieodpowiedni dowie się o tobie, może powiedzieć to osobie wyżej, a ta każe mu ciebie zabić lub porwać. Oni wiedzą, kim są Wybrani i zawsze starają się ich pozabijać przed ostateczną bitwą, dlatego, w większości przypadków, nic nie wyszło z zaprzestania wojen, bo Wybrani mogą stawić czoła mordercom tylko w komplecie.
Coraz trudniej było mi w to wszystko uwierzyć. To znaczy w tych Wybranych może i wierzyłam, ale w to, że ja byłam jedną z nich – zdecydowanie nie. Nigdy nie miałam w sobie jakiejś niezwykłej mocy, byłam po prostu zwykłą czarodziejką, tak jak inni.
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć – powiedziałam Ally, ale ona upierała się przy swoim.
Jesteś jedną z Wybranych, Catherine. Musisz w to uwierzyć, bo jeśli tego nie zrobisz, to twoja moc nie wybierze kierunku drogi i będzie żyła własnym życiem. I mogę ci zagwarantować, że wyrządzi to wiele szkód tobie jak i otoczeniu wokół ciebie.
A którą z Wybranych niby jestem?
Wybranką Ognia.
Nigdy nie miałam żadnych skłonności do dotykania ognia ani nic nie miałam z nim wspólnego, więc dlaczego niby miał mnie on wybrać?
To nie na tym polega, Cat…
A na czym? Proszę, wytłumacz mi, bo ja nic z tego nie rozumiem. Nie jestem żadną Wybranką i nigdy nią nie będę. To wszystko jest niedorzeczne! Kto ci kazał tak sobie ze mnie zażartować? Wujek Jack?
Cat…
Nie chcę niczego już słuchać! – zawołałam i położyłam się do łóżka, zamykając od razu oczy. Czekałam na senność, która całkiem uciekła spod moich powiek przez tę całą sytuację.
Widzę, że trudno będzie cię przekonać.
Do niczego nie musisz mnie przekonywać, bo nie jestem żadną z Wybranych. Pomyliliście mnie z kimś, przykro mi, a teraz, jeśli pozwolisz, chciałabym iść spać, bo rano nie wstanę.
Oczywiście. Jutro porozmawiamy.
Nie byłabym tego taka pewna – pomyślałam, krzywiąc się, gdy lekko dotknęłam guza nabitego na czole. Nie ma co, zapowiadał się świetny rok szkolny.


***


- Cat, no wychodź stamtąd! Przez ciebie spóźnimy się na śniadanie!
Liz po raz kolejny zapukała głośno do drzwi łazienki, gdy stałam przed lustrem, próbując zasłonić jakoś grzywką mojego guza, który dziś przybrał kolor śliwki. Jęknęłam bezgłośnie, po czym szybko na nowo ułożyłam satysfakcjonująco włosy, przemyłam ręce pod gorącą wodą i wyszłam z łazienki, akurat w momencie, kiedy Liz szykowała się znowu zapukać.
Niemal od razu wzięła mnie pod rękę i wyprowadziła z pokoju, ciągnąc w stronę jadalni, znajdującej się pod parterem. W międzyczasie zerkała na mnie, co chwilę, zadając pytania; jak mi się spało w starym łóżku pierwszy raz po wakacjach, o której wstałam, czy nie wróciły zawroty głowy z wczoraj i tak dalej, aż w końcu zauważyła moje dzisiejsze uczesanie. Zawsze grzywkę miałam na lewym boku, ale teraz zrobiłam z nią coś takiego, że zasłaniała mi całe czoło, o co mi chodziło.
- Coś ty tak się zaczesała? – spytała zdziwiona i próbowała odgarnąć mi włosy, ale walnęłam ją lekko w rękę, dając tym znak, że ma ich nie ruszać.
- Zostaw. – Pokiwałam jej ostrzegawczo palcem.
Liz, jak zwykle mnie nie słuchając, znowu sięgnęła dłonią do mojej grzywki, ale wyrwałam się jej i pognałam ze śmiechem w stronę jadalni, słysząc za sobą tupot butów kuzynki i jej własny śmiech.
Na dekolcie czułam jak medalion obija się o moją skórę, raz po raz, poruszając się zgodnie z rytmem moich szybkich kroków. Alice nie odezwała się do mnie ani razu od naszej rozmowy – co przez chwilę kazało mi myśleć, że może to wszystko to był tylko sen – za co byłam jej wdzięczna. Nie miałam ochoty rozmawiać o moim niby darze ognia.
Gdy za rogiem zobaczyłam szeroko otwarte drzwi prowadzące do jadalni, przyśpieszyłam kroku, wołając do Lizzie:
- Będę pierwsza!
Niespodziewanie Liz pojawiła się obok mnie.
- Jesteś tego pewna? – Zaśmiała się głośno, widząc moją zdziwioną minę i wykorzystując moją chwilową nieuwagę, wyprzedziła mnie.
- Ej, to nie było fair! Ja nie jestem zmiennokształtną! – Domyślałam się, że Liz zmieniła się na chwilę w jakieś zwierzę, żeby mnie dogonić.
- Wszystkie chwyty dozwolone! – odkrzyknęła.
Szybko nie dałam za wygraną. Już prawie przy jadalni dogoniłam szatynkę, a kilka sekund później, sprawdzając szybko gdzie siedzą nasi przyjaciele, podbiegłam do odpowiedniego stolika i zajęłam miejsce obok Matta. Chwilę potem dołączyła do nas Lizzie, która usiadła, dysząc, pomiędzy Willem i Ethanem, siedzących po przeciwnej stronie stołu. Agnes też tu była, siedziała po prawej stronie Matta. Pomachałam wszystkim na powitanie, oddychając szybko po męczącym biegu i powstrzymałam gest odgarnięcia włosów z czoła, jak to miałam w zwyczaju.
- P-p-pierwsza – sapnęłam, kładąc rękę na sercu, a Lizzie spojrzała na mnie ze zmrużonymi oczami.
- To nie fair! Jesteś najszybsza ze wszystkich dziewczyn w szkole, jak miałam cię niby pokonać?! – Wydęła usta pomalowane błyszczykiem, zakładając ręce na piersiach, jak małe dziecko.
- Ja zachowałam się nie fair?! A kto zmienił się w jakieś zwierzę, żeby mnie dogonić, co?
- Boże, jak dziewiętnastoletnie dziewczyny mogą zachowywać się tak dziecinnie? – jęknęła Agnes, kiedy rozpoczęłyśmy sprzeczkę, a ja pokazałam jej język za plecami Matta. Wywróciła oczami, zabierając się za swoją kromkę z dżemem.
- Widocznie nie jest jeszcze na nas czas – powiedziała Liz i widząc nasze spojrzenia, dodała: - Na dorastanie. – Mrugnęła do mnie.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Ma rację – przyznałam.
- Nowa fryzura? – odezwał się Ethan, popijając coś. Moja kuzynka, jak mogłam się spodziewać, odpowiedziała za mnie.
- Też się zdziwiłam. Okropna ta grzywka, tylko zasłania jej całe gładkie czoło, jakby coś zakrywała. – Rzuciła mi dziwne spojrzenie, które zignorowałam. Jeśli za mnie odpowiada to równie dobrze mogę być dla niej powietrzem. Kiedy jednak kątem oka zobaczyłam jak sięga ręką do mojego czoła, szybko się odchyliłam.
- Zostaw.
Westchnęła głośno i ciężko, ale się poddała. Na razie.
- Mnie tam się podoba – powiedział niespodziewanie Matt, a ja posłałam mu uśmiech wdzięczności.
Sięgnęłam po dzbanek z kawą i nalałam sobie orzeźwiającego napoju do kubka, który stał przy moim talerzu. Od razu wypiłam pół jego zawartości, żeby się rozgrzać i obudzić, bo, mimo wszystko, bieg całkowicie mnie nie otrzeźwił, a resztę popijałam już wolniej, wodząc oczyma po wielkiej jadalni.
W gruncie rzeczy ktoś inny na pierwszy rzut oka mógłby nazwać te miejsce stołówką, ale tutaj było lepiej niż w tamtych okropnych miejscach. Szczerze nienawidziłam wszystkich szkolnych stołówek, tego brudu i obrzydliwego jedzenia, lecz tu było inaczej. A wszystko to za sprawą czarów, ponieważ nie dość, że salę sprzątano zaklęciami i zaklęciami układano wszystkie naczynia na stołach (no tak, magiczna szkoła) to jeszcze dodawano szczyptę magii do każdego dania i napoju, by były lepsze. Trochę oszukiwali, ale mnie to nie przeszkadzało. Już dość nacierpiałam się przez ostatnie dwanaście lat, jedząc stołówkowe jedzenie, teraz czas na luksusy.
Wygląd jadalni był taki jak w zwykłych restauracjach. Jakieś pięćset sześcioosobowych stolików, przykrytych białymi obrusami, rozmieszczonych było po całej sali, a w prawej ścianie było kilka okien, przez które widać było kuchnię, po której przemieszczało się wiele osób. Na sali nie było jakiegoś specjalnego ruchu, oprócz osób, które wchodziły i wychodziły z jadalni, ponieważ nikt nie musiał chodzić po jedzenie, które było już na wszystkich stolikach. 
Słyszałam rozmowy moich przyjaciół, ale specjalnie im się nie przysłuchiwałam, wciąż rozglądając się po sali. Gdzieś z boku chichotała Agnes, a Matt śmiał się razem z nią, z tylko im znanego żartu. Trochę dalej Liz mówiła cichym i czułym głosem, a Ethan odpowiadał jej równie cicho, lecz nie tak czule. Jedyną osobą, która nie rozmawiała, był Will. Bałam się na niego spojrzeć, żeby nie zobaczyć, że znowu gapi się na mój medalion.
Naprawdę, to zaczynało robić się dziwne. William, od kiego go poznałam, był cichy i trochę mroczny, ale te jego nagłe zainteresowanie moją osobą było podejrzane. Okej, nie mną, a medalikiem, ale i tak jeden kij.
Odważyłam się zerknąć w jego kierunku kątem oka i nie zawiodłam się. Pomimo tego, że także rozglądał się po jadalni, co kilka sekund kierował wzrok na moją twarz, a dopiero po chwili zjeżdżał wzrokiem na medalion.
Dziwne.
Przymknęłam na moment powieki, a kiedy je podniosłam zdarzyło się kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, Liz niepostrzeżenie szybko odgarnęła mi grzywkę z czoła. Po drugie, wylałam sobie przez to resztkę kawy na spodnie, która – po trzecie – wcale mnie nie oparzyła, pomimo że była nadal gorąca – to dodatkowy bonus od naszych magicznych kucharek.
- Liz! – warknęłam, wyjmując kilka serwetek z małego pojemniczka stojącego na środku stolika i próbowałam zetrzeć czarną plamę ze swoich dżinsów, choć z góry wiedziałam, że to niemożliwe. Po chwili niemal trzepnęłam samą siebie po głowie. Magia! Często zdarzało mi się zapominać, że jestem czarodziejką i mogę używać czarów. Wymamrotałam pod nosem formułkę zaklęcia czyszczącego, kierując otwartą dłoń w stronę plamy, a ta zniknęła, zostawiając po sobie jedynie przyjemne ciepło.
Ale zaraz… ono powinno być przyjemne? Czy nie powinnam była się oparzyć?
Te pytania poszły w niebyt, kiedy podniosłam głowę i zorientowałam się, że moi przyjaciele siedzą z prawie otwartymi buziami, nawet Will był zaskoczony tym, co zobaczył. Wszyscy wpatrywali się w górę mojej twarzy.
- Co ty zrobiłaś?
Ethan przerwał ciszę, otrząsając się ze zdziwienia i przyłożył swój kubek do ust.
Dotknęłam zdziwiona czoła, przypominając sobie o guzie i powstrzymałam syk, kiedy naruszyłam bolące miejsce.
Świetnie, teraz wszyscy – no dobra, nie wszyscy – będą wiedzieli o śliwce na moim czole. Dzięki, Lizzie.
- Spotkałam się z parapetem – powiedział lekceważącym tonem, wzruszając ramionami, a Ethan zakrztusił się tym, co właśnie pił. Usłyszałam z boku kaszlącego Matta, który próbował ukryć chichot, a Angie drżały usta od powstrzymywanego śmiechu. Liz klepała krztuszącego się Ethana, śmiejąc się otwarcie, a Will patrzył na mnie z lekkim uśmiechem, ubolewając nad moim „szczęściem”.
- Dziękuję wam, naprawdę – mruknęłam, krzyżując ramiona na piersiach.
- Ja ci współczuję – powiedział poważnie Ethan, który już się nie krztusił i powstrzymał też uprzejmie od śmiechu, za co mu w duchu podziękowałam. Zaś jego dziewczyna, a jednocześnie moja kuzynka, nadal się śmiała, aż łzy poleciały jej po policzkach.
- Ja też ci współczuję – odezwała się Agnes, który wychylała się, żeby na mnie patrzeć, ale widziałam po jej twarzy, że zaraz się roześmieje, co samo sobie przeczyło.
Liz zdołała na moment opanować się i sięgnęła ręką przez stół, żeby znowu dotknąć mojej grzywki.
- Ale lepiej zasłoń to czoło, bo kogoś wystraszysz.
Uchyliłam się jej ręce, wstając od stołu niby to obrażona, a ona usiadła na wolnym miejscu obok Angie, która już nie wytrzymała i także zaśmiewała się do łez.
I kto tu zachowuje się dziecinnie, dwudziestolatko? – chciałam powiedzieć, ale ugryzłam się w język, nie chcąc wdawać się z nimi w dyskusję.
Przyjrzałam się osobom przy naszym stole, żeby zobaczyć czy ktoś zauważy jak zniknę. Ethan właśnie odwrócił się do chłopaka, siedzącego przy sąsiednim stoliku, Matt – aż mi się szkoda chłopaka zrobiło – nie chcąc mnie urazić, jadł z uporem kanapkę z szynką z opuszczoną głową, ale trząsł się od, w dalszym ciągu, powstrzymywanego śmiechu – przez ten widok musiałam zawieść się w sobie, by samej w końcu nie wybuchnąć śmiechem – a Will wpatrywał się z tym samym, co wcześniej, uśmiechem w resztki swojego picia. O Liz i Agnes nie miałam, co wspominać. Cieszyłam się tylko, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
Nie – stwierdziłam - nikt nie zauważy, że sobie poszłam. Odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę wyjścia. Nie należałam do ludzi obrażalskich, dlatego tak naprawdę nie miałam za złe przyjaciołom, że śmiali się z mojego guza. Ile to razy ja się zaśmiewałam z głupiego nieszczęścia Angie czy Matta.
Poszłam, dlatego że miałam dość tej wrzawy naokoło, zaczynała mnie boleć głowa, a nadarzył się najlepszy pretekst. Poza tym byłam zaskoczona faktem, iż w ogóle się nie poparzyłam, a przynajmniej nie czułam żadnego bólu. Kolejna dziwna rzecz do tego roku szkolnego.
Zachichotałam, za czym poniosło się westchnięcie nie wiem czego. Zmęczenia? Frustracji? Nie miałam pojęcia.
Przepraszam za tego guza.
Potknęłam się, ale szłam dalej, nie dając po sobie znać, że coś jest nie tak. Alice odezwała się pierwszy raz od naszej nocnej rozmowy. W dodatku czuła się winna.
Przecież to nie twoja wina – powiedziałam w myślach.
Jednak przepraszam… za medalion i siebie, jeśli wczoraj cię w jakiś sposób uraziłam.
Ech, nie masz, za co. W końcu, czego się nie robi dla ratowania świata paranormalnego, prawda? – nie mogłam powstrzymać się od docinku.
Alice zaśmiała się ponuro.
Dalej nie wierzysz?
Nie mam zamiaru.
A mogę ciebie o coś zapytać?
Zawahałam się na krótki moment, ale ponieważ nie miałam niczego do ukrycia – a zwłaszcza przed osobą, która już pewnie przeczytała sobie całe moje życie – zgodziłam się.
Dlaczego w nocy nie użyłaś zaklęcia, żeby zniszczyć kamień? I nie, nie przeczytałam sobie twojego życia – dodała.
Jęknęłam w myślach.
Co się stało?
Odpowiedziałam jej dopiero wtedy, gdy w końcu dotarłam do wyjścia z jadalni i skręciłam w bok, zaszywając się w jakimś cieniu.
Możesz tego nie robić?
Czego?
Czytać mi cały czas w myślach, to irytujące.
Postaram się. Wyczułam w tych słowach rozbawienie, ale pominęłam je i przeszłam do odpowiedzi.
Jestem dopiero w po pierwszej klasie, dlatego nie mam jeszcze dobrze opanowanego zaklęcia niszczenia, a gdyby coś poszło nie tak mogłabym zniszczyć sporą część szkoły. A poza tym… zapomniałam, że mogę użyć czaru. Widzisz, nadal nie mogę oswoić się z myślą, że jestem już pełnoprawną czarodziejką, w końcu przez większość swojego życia musiałam ukrywać się ze swoimi zdolnościami, aż ostatecznie weszło mi to w nawyk.
Nigdy wcześniej przed tą szkołą nie zdarzyło ci się użyć jakiegoś zaklęcia? Ale takiego prawdziwego, nie samowolnego?
Przełknęłam ślinę, a wspomnienia uderzyły w mur, którym się od nich odgrodziłam.
Kiedyś… wieki temu zdarzyło mi się i dla nikogo nie skończyło się to dobrze – powiedziałam ostrożnie, a Ally widocznie wyczuła, że nie mam ochoty o tym rozmawiać, bo nie zadała więcej pytań, więc ruszyłam powoli w stronę schodów na piętro.
Zerknęłam przez ramię na zegar wiszący nad drzwiami jadalni i dostrzegłam godzinę ósmą trzydzieści. Śniadanie kończyło się za dziesięć minut, a dopiero o dziewiątej zaczynały się zajęcia. Miałam dużo czasu, mogłam się przejść.


***


Dziesięć minut przed lekcją zaklęć szłam opustoszałym korytarzem w stronę odpowiedniej klasy. Liz nie widziałam od śniadania, więc sądziłam, że siedzi już w klasie. Mnie się nigdzie nie śpieszyło, jednak niedane mi było iść w spokoju.
- Hej, Cat!
Usłyszałam za sobą znienawidzony głos, ale nie zatrzymałam się. Miałam w dupie Dallasa i postanowiłam, że w tym roku nie wplączę się z nim w jakiekolwiek walki czy sprzeczki. To byłaby strata czasu.
- Wypadałoby się zatrzymać, gdy ktoś cię woła – powiedział, pojawiając się nagle obok mnie. Patrzyłam przed siebie z wysoko uniesioną głową, powtarzając sobie, że on nie jest wart nawet mojego spojrzenia.
Pamiętaj, co ci zrobił w zeszłym roku, Cat, pamiętaj – powtarzałam sobie.
- Już ogłuchłaś, Cat? Spodziewałem się tego po słuchaniu twoich przyjaciółeczek z niewyparzonymi gębami.
Zacisnęłam mocno zęby, żeby na niego nie nawrzeszczeć. Wyostrzyłam wzrok i zobaczyłam już niedaleko zakręt. Jeszcze tylko dziesięć metrów i będę mogła pobiec. Jestem najszybsza ze wszystkich dziewczyn, tak? Zobaczymy, czy Eric się do tego zalicza. Pominęłam to, że nie był dziewczyną.
- Cat, dziecinko, wiesz, że nawet wyładniałaś przez te wakacje? Trochę podrosłaś, twarz się wyszczupliła, jest też nawet, na czym zawiesić oko…
Oddychałam głęboko, starając się nie reagować na jego słowa, ale kiedy poczułam lekki dotyk na tyłku błyskawicznie odwróciłam się, patrząc na niego morderczo.
- Nie dotykaj mnie – wycedziłam.
Dallas podniósł ręce niewinnym gestem.
- Nie denerwuj się tak, dziecinko.
Przewróciłam obojętnie oczami.
- Kiedyś sypałeś lepszymi przezwiskami, Dallas.
- Wolisz dziwkę? – Zmrużył oczy, patrząc na mnie szyderczo.
- Kiepsko. – Cmoknęłam z teatralnym rozczarowaniem.
- No tak. Jak możesz utożsamiać się z przezwiskiem, jeśli jeszcze nie zaznałaś tego stanu? Chętnie ci pomogę. – Zbliżył się do mnie na niebezpieczną odległość, ale ani drgnęłam.
Nigdy się go nie bałam – w tej chwili także nie, choć chyba powinnam, ale czułam jak przepływa przeze mnie jakaś dziwna siła, która dodawała mi jeszcze większej odwagi jak i pobudzała we mnie wściekłość.
- Wolisz tego nie robić – szepnęłam, a jego cichy, kpiący śmiech owinął się wokół mnie, niczym złośliwa żmija. Złapał mnie za nadgarstek, ale natychmiast puścił go z głośnym krzykiem.
- Poparzyłaś mnie! – warknął wściekle.
Sama byłam tym zaskoczona, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Mówiłam, że masz mnie nie dotykać. – Wzruszyłam ramionami.
- Ty mała dziwko. – Ruszył na mnie i dotknął moich nagich przedramion, lecz znowu odsunął się z krzykiem. Spojrzał na swoje ręce, które cały były zaczerwienione.
Uśmiechnęłam się na ten widok, dziwnie rozbawiona, choć nie widziałam niczego śmiesznego w tym, co działo się z moim ciałem. To był po prostu taki odruch, jakby ktoś to robił za mnie.
- Jak ty to robisz? – syknął, a po chwili szepnął coś do siebie, co musiało być uzdrowieniem.
Wywróciłam oczami.
- Jakbym chciała ci powiedzieć. Mówię ci to tylko jeden raz, Dallas, odpieprz się ode mnie – ostrzegłam i pośpieszyłam szybko, by nie spóźnić się na pierwszą lekcję w tym roku. Ponieważ przewidziałam, co się stanie i nałożyłam na siebie tarczę ochronną, jego zaklęcie walnęło w przejrzystą ścianę.
Odwróciłam się do niego z nienawiścią w oczach.
- Nikt ci nie mówił, że atakowanie ludzi od tyłu jest tchórzostwem?
- A może ukrywanie się za tarczą ochronną nie jest tchórzostwem? – odciął się brunet, a we mnie zawrzała krew.
- Dla własnego dobra, idioto – powiedziałam, przeczuwając, że zaraz może stać się coś złego – zostaw mnie w spokoju.
- Nie! – krzyknął, rzucając we mnie jakimś zaklęciem, które ponownie odbiło się od tarczy. – Muszę wyrównać rachunki!
- Jakie rachunki, do jasnej cholery?! To ty mnie wtedy zaatakowałeś! – wrzasnęłam, z trudem powstrzymując kotłującą się we mnie nieznaną moc. Powoli zaczynałam się jej bać, ale większą emocją we mnie była teraz wściekłość.
- Bo miałem nadzieję, że jesteś na tyle słaba i głupia, żeby od razu się poddać. Miało to trwać maksymalnie 5 minut, zrobiłbym to, co miałem zrobić i koniec. Ale przez ciebie zostałem wyrzucony!
Zrobiłbym to, co miałem zrobić? Krew we mnie już buzowała, czułam w całym ciele niezwykłe ciepło, a tarcza ochronna pękła pod wpływem moich emocji.
- Ty sukinsynie! – Skierowałam na niego zaklęcie ogłuszające, a zaraz po nim oślepiające, lecz przed każdym się ochronił.
Niespodziewanie bez zastanowienia podniosłam otwarte dłonie w jego stronę, a z nich zaczęły sypać się iskry oraz pomarańczowe błyskawice, a za nimi zaklęcia, których nie znałam, obijające się o tarczę Dallasa – i kto tu jest teraz tchórzem? – z wielką mocą.
Co to jest, Ally? – wrzasnęłam w myślach.
Twoja nieujarzmiona moc – odparła ze spokojem.
NIE MAM ŻADNEJ NIEUJARZMIONEJ MOCY!
Gwałtowne emocje przy twoim stanie są niczym niepokojącym – pocieszyła mnie.
Warknęłam do siebie.
Nagle usłyszałam za sobą wołanie. Zerknęłam szybko przez ramię i dostrzegłam biegnącego do mnie Matta. Jednak musiałam znowu spojrzeć na mojego wroga, bo poczułam na mojej skórze ukłucie, spowodowane zaklęciem noża. Nawet nie zauważyłam, kiedy z mojego nadgarstka zaczęła lać się krew.
- Cat! – Matt stanął przede mną – zgłupiał?! – a ja otworzyłam szeroko oczy.
- Matt, odsuń się, do cholery! – krzyknęłam, starając się omijać jego ciało czarami. Matthew, jakby mnie nie słysząc, położył ręce na moich ramionach i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.
- Uspokój się, Cat. Spokojnie – uspakajał mnie kojącym głosem, niemal hipnotyzując miodowymi tęczówkami.
- Już przyszedł twój chłopaczek, Cat?! – Szyderczy głos Erica poniósł się korytarzem, który nagle stał się cichy, kiedy nie leciały już tak silne czary. Zdziwiłam się, że Dallas już mnie nie atakuje, lecz domyśliłam się po jego zachrypniętym głosie, że musiałam go mocno uszkodzić. Wcale się tym nie martwiłam – wręcz uśmiechnęłam się w duchu z satysfakcją – bardziej niepokoiła mnie moja moc, która wciąż szukała ujścia. – Pewnie zaraz przyleci jeszcze Williams z Brantley’em? – Zaśmiał się słabo.
- Zignoruj go – poradził cicho Matt i zanim zdążyłam go ostrzec zjechał dłońmi na moje odkryte przedramiona, ale ku mojemu zdziwieniu nie odskoczył z krzykiem, tak jak Dallas. Mimo tego zobaczyłam, jak drgnął, ale nadal patrzył mi z determinacją w oczy.
Opuściłam powieki, starając się zatrzymać moją moc, choć nadal czułam jak świerzbi mnie skóra, miałam ochotę wyrzucić to z siebie, ale obawiałam się, że mogę skrzywdzić mojego przyjaciela. Wzięłam kilka głębszych wdechów, lecz czując jak Matt znowu drży przestałam to robić i spojrzałam na niego spanikowana.
- Spokojnie – powtórzył. – Nie panikuj. Po prostu się uspokój. – Wytrzymał mój rozdygotany wzrok, uspokajając płynnymi miodowymi oczami, w których dostrzegłam spokój i ogrom czułości, jak do młodszej siostry. Wpatrywałam się w nie długą chwilę, prawie nie oddychając, aż w końcu uczucie świerzbienia minęło.
Niemal zapłakałam z ulgi, jaką poczułam, ale Matt nie był już taki spokojny, jakby oddał mi jego sporą część. Najpierw uleczył mój nadgarstek, potem obejrzał dłonie z przerażeniem i popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie boli cię? – spytał.
Pokręciłam przecząco głową i wychyliłam się za niego, żeby zobaczyć czy Eric nadal tutaj jest, ale się już zmył. Tchórz.
Matthew złapał delikatnie moją twarz i spytał jeszcze raz czy coś mnie boli.
- Nie, przecież ci mówiłam – powiedziałam, a on pokazał mi moje dłonie. Wytrzeszczałam oczy, widząc na nich czerwone bąble.
- Wyglądają, jakbyś się poparzyła… - mruknął jasnowłosy, przypatrując się moim dłoniom.
Dalej stoisz przy swoim? – spytała cicho Alice.
Oczywiście. Po prostu miałam dzisiaj kiepski nastrój, to wszystko.
Naprawdę tak myślisz?
Oczywiście – powtórzyłam.
Jednak mój rozum podpowiadał mi, co innego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz