Po kilku metrach
biegu byłam już wykończona gonieniem Matta, którego nigdzie nie widziałam, ale
podświadomość mówiła mi, że poszedł tym właśnie korytarzem. Zastanawiałam się
jak on w ciągu zaledwie paru sekund mógł znaleźć się tak daleko. Odrzuciłam
obraz wilka, w którego zmieniał się Matt. Nie mógł być, aż tak zdesperowany,
żeby uciec się do zmiany postaci.
Powstrzymałam chęć
odpoczynku i przyśpieszyłam, mając nadzieję, że już za rogiem go zobaczę, bo
tam miały zacząć się schody prowadzące do wielkiego holu, gdzie Matthew będzie
widoczny jak na dłoni. Gorzej, jeżeli hol będzie pełen uczniów, ale o tym
wolałam nie myśleć. Skupiłam się na słowach Matta, które wypowiedział przed tym
jak mnie pocałował.
Pocałował mnie. Matt mnie pocałował.
Jak to dziwnie
brzmiało, nawet w mojej głowie. Nigdy nie pomyślałam o tym, że Matt mógłby
kiedykolwiek mnie pocałować. Zawsze… prawie zawsze traktowałam go, jak zwykłego
przyjaciela. Dobrego przyjaciela, przy którym mogę być sobą, nie muszę się
ograniczać. Darzyłam go zaufaniem, wielką miłością, ale przyjacielską.
Przynajmniej tak cały czas sądziłam, bo nie miałam pojęcia, jaka jest miłość,
jako taka miłość. Nie wiedziałam, jak
czuje się zakochana osoba. Książki powiedziały mi jedynie, że czuje się wtedy
motylki w brzuchu, że twoje myśli zaprząta wciąż ta osoba.
Z Mattem było
zupełnie inaczej. Myślałam o nim, tak. Nie tak rzadko, jakbym chciała – a może
i chciałam – ale też nie tak często. Motylków w brzuchu nie czułam, jedynie
robiło mi się ciepło na jego widok, ale to samo czułam w stosunku do reszty
przyjaciół.
Nie mogłam być zakochana w Matcie. Nawet
jeśli to… nie, niemożliwe. Nie dopuszczałam do siebie tej myśli.
Jednak on we mnie
się zakochał. To znaczy, nie powiedział wprost, że zakochał się we mnie, ale wnioskując z tego, co zrobił
chwilę później, raczej to ja byłam tą osobą. To była moja wina. Za dużo czas z
nim spędzałam, za bardzo go do siebie dopuściłam, nie chciałam, żeby się we
mnie zakochał.
Chyba nikt by nie
chciał, żeby zakochał się w nim przyjaciel, którego uczucia nie dało się
odwzajemnić. Wątpiłam czy odwzajemnię uczucie Matta, jeżeli od zawsze uważałam,
że moi przyjaciele – zwłaszcza Matt – będą tylko
moimi przyjaciółmi, niczym więcej. Trudno będzie zmienić to nastawienie.
Wciąż nie mogłam
pozbyć się tego poczucia ciepła na moich wargach, które pozostawił na nich
dotyk ust jasnowłosego. Uczucie było tak dziwne, jak cała ta sytuacja.
Potrząsnęłam głową,
aby choć trochę rozjaśnić swój umysł, ale na marne, więc skupiłam się na
korytarzu przed sobą. Gdy już minęłam róg, w oddali – naprawdę bardzo dalekiej
oddali – dostrzegłam jasną czuprynę chłopaka. Korytarz był strasznie długi, a
na jego końcu znajdowały się schody, prowadzące w dół do maleńkiego przedpokoju
wychodzącego na hol.
Matt był właśnie
przed schodami, musiałam zmrużyć oczy, żeby upewnić się, że to na pewno on.
Serce zacisnęło mi się z protestu przed kolejnym męczącym biegiem, ale
przemierzyłam kilka kolejnych metrów.
Mimo mojej dobrej
kondycji na długodystansowych biegach, dzisiaj byłam wyjątkowo skołowana, co
przekładało się na moją siłę, dlatego więcej biec nie mogłam.
Zatrzymałam się i
jęknęłam, widząc, że jest on już na schodach.
- Matt, zaczekaj, do
cholery! – wrzasnęłam na cały korytarz, na szczęście, w tej części budynku
niezamieszkalny. Wrzask był ostatecznością, szczerze wątpiłam, że inaczej
dogonię Matta.
Zobaczyłam jak głowa
chłopaka gwałtownie unosi się i powoli odwraca się w moją stronę, dostrzegając
swoim sokolim wzrokiem moją sylwetkę po drugiej stronie przejścia. Długą chwilę
wpatrywał się we mnie, aż nareszcie cofnął się ze schodów i nieśpiesznie stanął
pod ścianą, posłusznie czekając.
Przeklęłam cicho.
Świetnie, to ja mam do niego iść?
Wyprostowałam się,
nabierając głębokiego oddechu, żeby choć trochę się uspokoić. Nie udało się.
Wzięłam kolejny wdech i ruszyłam żwawym krokiem w jego stronę, myśląc, co ja
właściwie mu powiem.
„Przepraszam, ale
możemy być tylko przyjaciółmi”?
Nie byłaby to
prawda. Wiedziałam, że już nigdy z czystym sumieniem nie spojrzę na Matta, jak
na jedynie przyjaciela.
„Matt, ja także się
w tobie zakochałam”.
Też nieprawda. Może
czułam do niego przyciąganie – w końcu sama kiedyś się do tego przyznałam – ale
to nie było zakochanie.
„Daj mi czas na
zastanowienie”
Nie, to już się robi
jak telenowela.
Będę spontaniczna.
Będę stanowcza i jednocześnie delikatna. Będę…
Wszystkie moje
postanowienia uciekły w siną dal, gdy będąc już na tyle blisko Matta, żeby
zobaczyć wyraz jego oczu, podniosłam głowę i na niego spojrzałam. Powstrzymałam
westchnięcie, widząc, jaki jest zawiedziony, jak w głębi jego jasnych oczu
widnieje smutek i ledwo dostrzegalne rozczarowanie. Pewna byłam, że niczego ode
mnie nie oczekiwał, nie on, ale i tak
go bolało.
- Matt – zaczęłam,
ale słowa ugrzęzły mi w gardle, kiedy w kącikach jego ust uformował się smutny,
a jednak, w jakiś sposób, szczęśliwy uśmiech. Czasami nie rozumiałam zachowań
oraz uczuć tego człowieka i to najbardziej mnie w nim intrygowało. Po prostu to
był mój Matthew.
- Nie musisz nic
mówić, wiem, co o tym myślisz. – Mimo że mój przyjaciel mówił to z całkowitym
spokojem, wiedziałam ile wysiłku kosztuje go ukrywanie emocji, których tak
naprawdę odczuwał.
- Nie, nic nie
wiesz, Matt… - szepnęłam, kręcąc głową w bezsilności.
Tyle miałam
przemyśleń na ten temat, kiedy go goniłam, tyle postanowiłam. Lecz gdy tylko
znalazłam się na granicy dwóch metrów od niego, gdy spojrzałam w jego wiecznie
uśmiechnięte oczy, teraz chowające tyle przeciwnych temu uczuć wszystko we mnie
prysło. Liczyło się tylko tu i teraz, nie przypominałam już sobie, co myślałam
wcześniej.
Niesamowite było,
jak działał na mnie ten facet i nadal wierzyłam, że to nie była tego rodzaju miłość. Nie mogła.
- Cat, doskonale
wiem jak cenisz sobie naszą przyjaźń, a ja to wszystko próbowałem spieprzyć i…
- Nic nie wiesz –
powtórzyłam bardziej stanowczo, co sprawiło, że w jego spojrzeniu pojawiło się
zdziwienie jak i zainteresowanie. Był wyraźnie zaciekawiony, co wymyślił mój
mały móżdżek.
Zamrugałam kilka
razy powiekami, odganiając dziwne plamki, które pojawiły mi się w oczach od dłuższego
wpatrywania się w kamienną ścianę obok Matta. Odetchnęłam głęboko i zakładając
ramiona na piersiach, zrobiłam parę kroków do przodu i stanęłam na odległość
dwóch ramion od chłopaka. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, od czego
zacząć.
Co ja miałam mu, do
diabła, powiedzieć?
- No więc…
- Nie zaczyna się
zdania od „no więc” – wtrącił blondyn, wywołując we mnie nerwowy chichot.
- Dobrze wiem, od
czego zaczyna się zdanie, mądralo – odcięłam się. Na moich ustach pojawił się
nikły uśmiech, który trochę ułatwił mi sformułowanie jakiegoś zdania.
- Zaskoczyłeś mnie,
nie powiem – powiedziałam, wypuszczając przy tym całe przytrzymywane powietrze.
– Wiesz, najpierw pomyślałam, że ta cała gadka na mój temat wzięła się z tego,
że może dostałeś od Dallasa w głowę i lekko cię zamroczyło…
Matthew pokręcił
głową z rozbawieniem, mieszającym się z ciekawością. Wpatrywał się we mnie z
uwagą, lecz unikałam jego wzroku.
- Po oszołomieniu
przyszło zrozumienie i prawda, która we mnie uderzyła. Zakochałeś się, łał.
Zakochałeś się we mnie, większe łał.
– Przymknęłam powieki, przypominając sobie tamtą chwilę. – Nikt nigdy we mnie
się nie zakochał, a co gorsza, ja nigdy
w nikim się nie zakochałam, więc jest to dla mnie zupełnie nowa sytuacja. –
Podrapałam się po głowie, klnąc siebie w myślach.
Przynudzaj dalej, na pewno zrozumie, o co ci
chodzi.
- I tak się
zastanawiam… naprawdę mnie kochasz? – Natychmiast po zadaniu pytania
przytknęłam dłoń do czoła, zasłaniając twarz ze wstydu. Głupia, głupia, głupia.
Jak mogę zadawać mu takie pytania?
Jesteś jedynie ciekawa, to nic złego.
Alice! – krzyknęłam
zaskoczona w myślach, zupełnie zapominając o mojej Kapłance. – Ty cały czas
tutaj jesteś, zapomniałam…
Ona jednak mnie
zignorowała.
Nie będziesz flirtować z żadnym ze swoich
przyjaciół, co? – zaśmiała się
lekko kpiąco.
Nie flirtuję z nim!
Oczekiwałam śmiechu
Matta czy innego znaku jego rozbawienia moim pytaniem, ale on patrzył na mnie z
pełną powagą.
- Cóż, tak sądzę –
powiedział, a mnie znów zakręciło się w głowie.
- Aha, ja…
- Nie, ja to wiem –
poprawił się niespodziewanie. Nagle poczułam gorąco zalewające moje policzki i
nie wiedziałam już, dlaczego się rumieniłam. – Ale, jak już ci wcześniej
mówiłem, przepraszam, że z tym tak wyskoczyłem, wiem…
- Nie przepraszaj – prawie
warknęłam teraz zdenerwowana. Emocje zmieniały się we mnie, jak w
kalejdoskopie. – Ja tylko… po prostu… zaskoczyłeś mnie – powtórzyłam z
zażenowaniem.
Zanim zdążyłam
pomyśleć nad kolejnym zdaniem, które mogło odratować mnie od jakiegoś
racjonalnego finału naszej rozmowy, mimo woli przypomniałam sobie moment, kiedy
Matthew nachylał się w moją stronę, aż w końcu pocałował. Wiedziałam, że to
będzie niezapomniana chwila, bo to był – aż wstyd przyznać – mój pierwszy taki
prawdziwy pocałunek, pomijając te nieprawdziwe
w podstawówce podczas różnych głupich gier. Nigdy nie miałam chłopaka,
przez cały czas uważałam, że nie jestem dostatecznie dojrzała, albo że wszyscy
moi koledzy są niedojrzałymi dupkami, z którymi nie chcę mieć bliższych
kontaktów.
Pocałunek był
wyjątkowo miły i przyjemny, i pomimo że trwał mniej niż dziesięć sekund i był
tylko delikatnym muśnięciem miękkich ust Matta, to był niesamowity. Na samą
jego myśl przeszedł mnie dreszcz i przypomniałam sobie jak wtedy się czułam, i…
Byłam szczęśliwa. Po
raz pierwszy od bardzo długiego czasu byłam naprawdę szczęśliwa, to nie było
sztuczne uczucie ani złudzenie szczęścia. Czułam je całą sobą i to właśnie to,
tak naprawdę, zaważyło na całej mojej decyzji.
Uniosłam powoli
głowę, zaglądając w pytające oczy Matta, podeszłam do niego i stając na
palcach, pocałowałam go. Trwało to chwilę, ale mogłam raz jeszcze nacieszyć się
tym niesamowitym uczuciem i posmakować jego ust.
Odsunęłam się, nie
odrywając spojrzenia od jego pociemniałych oczu i cofnęłam się wolno w
poprzednie miejsce, lecz teraz zamiast trząść się ze zdenerwowania, próbowałam
powstrzymać pełen radości uśmiech.
- Możemy spróbować…
- zaczęłam, a w tęczówkach Matta pojawił się jakiś nieokreślony błysk.
- Naprawdę? – W jego
głosie pojawiła się nadzieja, która graniczyła jednak z ostrożnością.
- Tak… Nie
planowałam tego, ale…
Reszta moich słów
utonęła w koszulce chłopaka, który przyciągnął mnie do siebie i mocno
przytulił. Jego radość podobna była do radości dziecka, które zdobyło coś
niesamowitego, coś, co było spełnieniem jego największych marzeń.
Zaśmiałam się, gdy
otulił dłońmi moją twarz i spojrzał na nią rozjaśnionym wzrokiem.
- Jesteś pewna?
Pasuje ci to…?
- Oj przestań, bo
się rozmyślę – warknęłam, a on pocałował mnie w odpowiedzi i ten pocałunek nie
był już tak delikatny, lecz tak samo niesamowity.
W tamtej chwili
zgubiłam rozsądek, wątpliwości i zapomniałam o tym, że jeszcze godzinę temu
byliśmy tylko przyjaciółmi. Wtedy kierowało mną pragnienie szczęścia i poczucia
bezpieczeństwa, którego było mi tak brak. Na myślenie o konsekwencjach
przyjdzie jeszcze czas…
***
- Cat, chodź tutaj!
Niespodziewanie
słysząc niecierpliwy syk, drgnęłam gwałtownie, kiedy z nudów przechadzałam się
różnymi korytarzami szkolnymi w ponury sobotni ranek.
Rozejrzałam się,
poszukując właściciela głosu i moment później dostrzegłam lśniące ogniste
włosy. Od razu poznałam Agnes, która siedziała pod jakimiś drzwiami i
najwidoczniej chciała, bym do niej dołączyła.
Zmarszczyłam
zdziwiona brwi, ponieważ to nie było jej piętro.
- A ty co tutaj
wyrabiasz?
- Nie pytaj, tylko
tutaj chodź! – szepnęła nagląco, machając szybko ręką i pokazując mi, żebym do
niej podeszła.
Po chwili wahania
posłusznie podeszłam, zaraz rozpoznając okupowane przez nią drzwi.
- Możesz mi
powiedzieć, co robisz pod pokojem Matta? – spytałam podejrzliwie, zerkając na
drzwi. Musiały być zamknięte, bo niczego nie podglądała, ale podsłuchiwała.
Agnes wskazała mi
palcem, abym przyłożyła ucho do drzwi, tak jak robiła to ona.
- Słucham porannych
wyczynów chłopców – szepnęła, gdy już ukucnęłam obok niej.
- Chłopców? –
Zdziwiła mnie liczba mnoga, której użyła. Co mieliby robić jacyś chłopcy w
pokoju Matta?
- No, nie słyszałaś
jak wczoraj imprezowali? – Podniosła brwi, przyglądając się mojej minie i w
końcu zrozumiała. – Ach tak, ty nie mieszkasz pod pokojem imprezowicza.
- Imprezowicza? – Dzień zaczynał się coraz
bardziej interesująco.
Angie machnęła z
irytacją dłonią i ponownie wskazała na drzwi, więc wykonałam jej polecenie.
Zza drzwi dobiegały
pojedyncze jęki i szmery przerywane miarowym stukotem, jakby ktoś walił
ołówkiem o biurko. Co kilka sekund ktoś coś wykrzykiwał, lecz nie umiałam
rozpoznać żadnego głosu, ale ten, który odezwał się blisko drzwi poznałam.
- Kto zabiera mi, co
ranek, moją cholerną butelkę wody?! – Matthew był wyraźnie wzburzony jak nigdy.
Czy o to miałam poznać drugą stronę natury mojego chłopaka?
Mojego chłopaka. Jak to brzmiało.
Rudowłosa
przysłuchując się sytuacji za drzwiami, nagle wyprostowała się z wielkim i
wrednym uśmiechem na ustach. Spojrzała na mnie, kiwając przy tym wymownie
brwiami, odsunęła mnie od drzwi, wstała i zapukała głośno do drzwi, zza
których, jak na zawołanie, usłyszałyśmy jęki protestu. Musieli nieźle się
uchlać.
Dziewczyna pukała do
momentu, gdy w końcu otworzył je na wpół rozebrany Matthew, cały rozczochrany i
zaspany.
- Dzień doberek,
kochany – zawołała śpiewnie Agnes, sprawiając tym skrzywienie na twarzy
chłopaka. Oparł się o framugę i przyjrzał nam zmrużonymi oczami, najwyraźniej
starając się rozpoznać osoby zakłócające jego spokój.
Próbowałam omijać
wzrokiem jego gołą klatę, ale było to silniejsze ode mnie. Zerknęłam raz –
przysięgam, raz – i zaskoczona
stwierdziłam, że Matt w bibliotece mi nie kłamał, mówiąc, że „trochę” ćwiczy.
Ukrywając podziw, szczypałam się w dłoń, żeby nie zapatrzeć się w jego, nie
imponująco ale jednak, umięśniony tors.
Najbardziej
zaskoczyło mnie to, że widząc Matta już wielokrotnie bez koszulki, dopiero
teraz zwróciłam uwagę na coś takiego jak umięśnienie… które mi się spodobało.
Opanuj hormony, Cat.
- Ciszej proszę –
wychrypiał chłopak, przecierając oczy, a mnie wymknął się chichot, gdy
usłyszałam wielkie zmęczenie w jego głosie.
- Cat? – W jednej
chwili rozbudził się i zrobił taki ruch, jakby chciał schować się za drzwiami,
co wywołało mój większy śmiech.
Agnes uśmiechnęła
się rozbawiona, patrząc z politowaniem na poczynania Matta.
Najpierw
przestępował nerwowo z nogi na nogę, nie wiedząc, co ze sobą począć, następnie
stwierdził chyba, że już bardziej nie będzie mu głupio i znowu oparł się o
framugę, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
- Spokojnie, Mattie,
Cat nie zamierza cię zamordować za twoje wczorajsze wybryki, ale ja mam taką
ogromną chęć. Przez całą noc nie daliście mi spać!
- Trzeba było się
dołączyć, Joe jęczał na brak towarzystwa kobiet – odparł Matt, zerkając przez
ramię. Dostrzegłam tam kawałek jakiejś sylwetki. Powstrzymałam kolejny wybuch
śmiechu.
- Chętnie, gdyby
ktoś mnie zaprosił.
- Nie rozdawaliśmy
zaproszeń, impreza była otwarta. – Wzruszył ramionami i oparł skroń o framugę,
powoli przymykając powieki.
- Och, zła noc? –
Uśmiechnęłam się złośliwie, chcąc odwrócić swoje myśli od jego półnagiej osoby.
Chłopak otworzył
oczy i spojrzał wprost na mnie.
- Wspaniała –
powiedział, podnosząc jedną jasną brew.
- Chyba nie
świętowałeś tego? – zapytałam. Miałam
na myśli fakt, że kilka dni temu zaczęliśmy ze sobą chodzić.
- Nie, nie, nie –
zaprzeczył dość dosadnie, co mnie zaskoczyło.
- Co miał świętować?
– wtrąciła Angie, przypominając mi tym o swojej obecności, zanim mogłabym
rozwinąć rozmowę z Mattem.
- Nic takiego. –
Posłałam jej swój najbardziej niewinny uśmiech, na jaki było mnie stać. Czułam
na sobie wzrok chłopaka, lecz wolałam teraz z nim nie dyskutować, zwłaszcza że
wciąż, najwyraźniej, był pod wpływem alkoholu. Ciekawa byłam, o której
skończyli imprezować.
- Jak to nic
takiego? – Chcąc nie chcąc, spojrzałam na niego, spostrzegając dziwne ogniki w
jego oczach. Podobne widywałam we wzroku Lizzie, gdy miała diabelskie plany. W
przypadku Matta nie miałam zielonego pojęcia, co one mogły oznaczać, dlatego
pragnęłam jak najszybciej ewakuować stamtąd Agnes.
Powodem mojej ucieczki
miało być to, że na razie nie chciałam ujawniać naszego związku z Mattem, który, tak na marginesie, do tej pory układał się
całkiem dobrze. Sama nie wiedziałam, czemu chciałam mieć kolejne sekrety przed
przyjaciółmi, po prostu, gdy pojawiała się kwestia nas – mnie i Matta – w mojej głowie zapalała się żarówka z napisem
„uważaj”.
- Matt, może lepiej
będzie, jeśli prześpisz swojego kaca, a my z Agnes jeszcze się przejdziemy –
powiedziałam, patrząc na niego wymownie.
Chłopak wyprostował
się i przejechał ręką po włosach niezdecydowany.
- Ona ma rację,
lepiej żebyś dzisiejszy dzień przespał razem ze swoimi koleżkami, to może
przejdzie mi chęć masowego mordu – dodała Ag, poklepując przyjaciela
zachęcająco po ręce.
Uśmiechnęłam się,
kiedy przeniósł spojrzenie na mnie i w przypływie chwili pocałowałam go w
policzek. Chyba tego potrzebowałam, jak batonika na wzmocnienie siły.
- Poważnie, Matt.
Nigdy nie widziałam cię na kacu i nie chcę tego zmieniać – rzekłam ze śmiechem
w głosie i w końcu podziałało, ale nie wiedziałam czy była to zasługa
pocałunku, czy słów. Zresztą to nieważne, jeśli ostatecznie zadziałało, prawda?
Kiedy drzwi za
Mattem się zamknęły odwróciłam się do Agnes, która wpatrywała się we mnie ze
skupieniem wypisanym na twarzy.
- Co? – mruknęłam.
Ruda przez długą
chwilę nic nie mówiła, przypatrując mi się, aż tylko pokręciła głową.
- Dziwne.
- Co jest dziwne?
- To było dziwne. – Wskazała kciukiem
zamknięte drzwi, gdzie jeszcze przed chwilą stał Matt. W głębi ducha czułam, o
co jej chodzi, ale to zlekceważyłam.
- Wszystko w naszym
życiu jest dziwne, Ag. – Złapałam ją pod ramię i zaczęłyśmy iść w kierunku
schodów.
- Może, ale… -
Odwróciła głowę w moją stronę i znów poczułam ten wzrok. – Dobrze się czujesz?
- Doskonale, dzięki,
że pytasz.
- A psychicznie?
Wywróciłam oczami
tak, by to zobaczyła. Zrozumiała, lecz pytań dość nie miała.
- Zdarzyło ci się
znowu tamto?
Zastanowiłam się nad
odpowiedzią.
- Nie, więcej nie
jadłam papryczek, więc… nie, a co?
- Jedynie się
martwię – odparła, wzruszając ramionami, a ja delikatnie się uśmiechnęłam.
Chwilę później zauważyłam, gdzie jesteśmy.
- Hej, miałyśmy iść
do mojego pokoju, nie twojego – zaoponowałam, poznając boazerię zdobiącą
trzecie piętro, gdzie znajdował się pokój mojej przyjaciółki.
- Przykro mi, moja
droga, trzeba było pilnować drogi, a nie rozpływać się nad Mattem.
- Co… wcale nie! –
Szybko odsunęłam się od niej, jakby mnie oparzyła, a ta zaśmiała się głośno,
zatrzymując się pod drzwiami swojego pokoju, które rzeczywiście znajdowały się
dokładnie pod pokojem Matta.
- Ja wiem swoje,
Catty.
- Wcale nie –
powtórzyłam już mniej wzburzonym tonem, lecz nadal bawiło to Agnes.
- Nie oburzaj się
tak, słońce. – Wyszczerzyła zęby i obejmując mnie ramieniem, przytuliła do
siebie i pocałowała mocno w policzek, wprowadzając jednocześnie do swojego
sanktuarium. Panowała tu całkowita szarość ozdobiona kwiatami różnych rodzajów,
jak i obrazami pokazującymi piękno roślin. Tu był świat Angie, do którego
zapraszała nielicznych, a zaliczaliśmy się do nich my, jej przyjaciele.
- Siadaj.
Kiedy ja rozglądałam
się z zachwytem po pokoju Ag, ona zdążyła już się rozsiąść na swoim łóżku pod
zachodnią ścianą i siedząc po turecku, wzięła w ramiona wielką poduchę.
Dołączyłam do niej, wzdychając cicho.
- Co jest? –
Spojrzała pytająco.
- Wdycham nad
życiem. – Oparłam głowę na dłoniach, skacząc wzrokiem po ozdobionych wzorami
kwiatów szarych ścianach.
- Nie jest takie
złe, jak się wydaje – pocieszyła mnie.
- Być może. – Znowu
westchnęłam i popatrzyłam na przyjaciółkę. – Co tam z Luke’iem?
Agnes wydawała się
wieczność wodzić bezsensownie palcem po kołdrze w czarnobiałe róże, aż w końcu
się odezwała.
- Byłaś kiedykolwiek
zakochana? – zapytała, zerkając na mnie spod rzęs i zobaczyłam jak jej
niebieskie oczy są niesamowicie roziskrzone.
- Nie – odpowiedziałam
powoli, przypatrując jej się z ostrożnością. – I myślę, że to dobrze.
- Więc mylisz się –
powiedziała cicho. – Od kilku tygodni czuję się taka…
- Podniecona? –
podsunęłam, ukrywając uśmiech, gdy nie mogła znaleźć odpowiednich słów.
Szturchnęła mnie w
ramię, a na jej policzkach zauważyłam dorodny rumieniec.
- Nie, taka… inna.
Odmieniona. Lepsza. – Po chwili dodała: - Zakochana.
- Boję się ciebie.
- Och, przestań –
warknęła wciąż z zarumienionymi policzkami. Powstrzymałam śmiech. Naprawdę się
zakochała…
Agnes nagle
uśmiechnęła się słodko.
- Zobaczymy jak ty
będziesz zakochana. Ten szybki oddech na jego widok, zamglone oczy,
zarumienione policzki, szaleńczo bijące serce. Już nie mogę się tego doczekać!
- Ag, ja się nie
zakocham. Jeśli do tej pory tego nie zrobiłam, to widocznie przeznaczone mi
jest zostanie starą panną – zażartowałam z pełną powagą w głosie. – Zresztą
jestem pewna, że teraz opisałaś siebie.
Dziewczyna
uśmiechnęła się szeroko, podnosząc głowę.
- Masz rację, ale
tylko w tym drugim. Wiem, że już niedługo przyjdzie i na ciebie czas. –
Próbowałam zignorować to, że jej wzrok stał się, aż za bardzo wymowny.
Cholera, jeżeli tak
dalej pójdzie to oni dowiedzą się o mnie i Matcie szybciej niż przypuszczałam.
Czemu tak przed tym się bronisz?
Przed czym? –
spytałam Alice.
Przed uczuciem, że chcesz spróbować związku z
Mattem. Przecież to nic złego.
Wiem, ale…
Ale?
Boję się… czegoś.
Jeśli ci na nim zależy, to naprawdę nie ma czego
się bać. Chcecie być razem i wasi przyjaciele to zrozumieją.
Właśnie nie jestem
tego pewna.
Ally nie odzywała
się przez dłuższy czas, a gdy to zrobiła jej mentalny głos był delikatny.
Dam ci małą radę – zanim cokolwiek zdecydujesz,
przedtem dobrze to przemyśl, bo później to ty ponosisz za wszystko
konsekwencje. Nie chcę, żebyś cierpiała, a ty na pewno nie chcesz, by cierpiał
Matt, więc mam nadzieję, że postąpisz rozsądnie w kwestii waszego związku.
Jeżeli czujesz, że to nie to, lepiej zakończ to teraz, niż byś miała zrobić to
później, kiedy sprawy zajdą za daleko i po wszystkim nie będziecie w stanie
nawet normalnie oraz szczerze porozmawiać. Jeśli jednak chcesz z nim być to
ponieś się z prądem losu i ciesz się szczęściem.
Jeszcze długo po jej
słowach przetrawiałam jej radę, starając się zrozumieć mądrość w niej zawartą.
Wiedziałam, że Alice wie, co mówi, bo swoje lata już miała.
Dziękuję. Za
wszystko – powiedziałam szczerze w myślach i powróciłam do świata oraz Agnes.
- Kim on w ogóle
jest? – Celowo nakierowałam rozmowę na związek mojej przyjaciółki.
- Kto?
- Twój chłopak Luke.
Nigdy nie mówiłaś, czym się zajmuje, kim jest…
Agnes spuściła nagle
wzrok, wykręcając sobie palce w milczeniu.
- Ag?
- Jest człowiekiem –
szepnęła niemrawo, więc do końca jej nie zrozumiałam.
- Kim?
- Człowiekiem –
powtórzyła głośniej, a ja się uśmiechnęłam.
- To wiem, Agnes,
każdy z nas jest człowiekiem. Ale kim on…
- Jest zwykłym
śmiertelnikiem, no! – krzyknęła. Drgnęłam przestraszona jej wybuchem. Rudowłosa
spojrzała na mnie z nienaturalnie błyszczącymi oczami. – Zadowolona? Jest
zwykłym śmiertelnikiem, praktycznie nikim
w naszym świecie.
Nie miałam pojęcia,
co powiedzieć. Czy ją pocieszać, czy wręcz przeciwnie… Tak właściwie, nie
wiedziałam, dlaczego była na to tak drażliwa. Co złego było w tym, że była ze
zwykłym śmiertelnikiem?
- Co to ma do
rzeczy?
- Jak to co? – Agnes
wplotła palce w gęste włosy. – Śmiertelnicy nie są akceptowani w tym świecie…
- Angie, tak było w
zeszłym wieku. Teraz polepsza się, inni zaczynają mieć większe zaufanie do
ludzi, poważnie.
- Ale oni nam nie
ufają – powiedziała, pociągając nosem, choć wcale nie płakała.
- A Luke? – Gdy na
mnie spojrzała, domyśliłam się, co zaraz powie.
- Nie powiedziałam
mu o sobie. Boję się, że wystraszy się i najzwyczajniej w świecie ucieknie. Nie
zdziwiłabym mu się, szczerze mówiąc.
- A ja tak. Kocha
cię?
- Ja nie wiem… -
Agnes znowu zarumieniła się, przymykając powieki.
- Agnes. Kocha cię
czy nie, jak sądzisz?
Angie przyjrzała się
swoim dłoniom złożonym na kolanach i kącik jej ust drgnął w uśmiechu.
- Sądzę, że tak.
- Więc jeśli cię
kocha, to prawda o tobie nie powinna sprawić, że cię zostawi, bo z jakiego
powodu? Pokochał cię taką, jaka jesteś, nie udawałaś przed nim kogoś, kim nie
jesteś, po prostu masz zdolności panowania nad magią, to wszystko. Oczywiście
może być zły, a nawet i przerażony, bo to niejaki szok, ale nie powinien cię
zostawić. Jeżeli jednak to zrobi, to będziesz wiedziała, że nie był ciebie
wart, kropka.
- To tylko takie
mówienie – burknęła, nie wierząc w moje słowa.
- Zatem powiedz mu i
sama się przekonaj.
- Łatwo ci mówić.
Złapałam Agnes za
dłonie i poczekałam, aż spojrzała mi w oczy.
- Ag, nikt nie
twierdził, że miłość jest łatwa. Trzeba jedynie pogodzić się z jej trudnościami
i iść dalej.
Zabawne, że nigdy – jak twierdzisz – nie byłaś
zakochana, a prawisz przyjaciółkom morały – stwierdziła rozbawiona Alice.
Także uważam, że to
dziwne, ale słowa po prostu pojawiają się znikąd.
- Co ty możesz
wiedzieć o miłości? – Angie zaśmiała się i uściskała moje ręce, poczym
przytuliła się do mnie. – Dziękuję – szepnęła. Kiedy oderwałam się od niej, posłała
mi czuły uśmiech. – A ty przestań w końcu bronić się przed miłością i pozwól
sobie się zakochać.
- Na mnie przyjdzie
jeszcze czas, sama tak powiedziałaś. – Pokazałam jej język.
- Szybciej, niż
myślisz, kochana, szybciej, niż myślisz. A ja… - Westchnęła rozżalona. – Będę
nadal nieszczęśliwie zakochana.
- Przestań!
***
Minęły kolejne dwa
tygodnie pełne wrażeń, przybliżając nas wszystkich do świąt Bożego Narodzenia.
Rozpoczął się szał na wymyślanie prezentów i coraz to oryginalniejsze ozdoby
pięter. Były to coroczne zawody, jakie organizowali sobie uczniowie na
Wielkanoc i Gwiazdkę – które piętro ozdobi sobie najwymyślniej korytarz, a za
to były specjalne prezenty od „prawdziwego” Mikołaja czy Zajączka. Wraz z tymi
wydarzeniami było dużo zabawy i śmiechu, przekonałam się o tym sama już w
zeszłe święta, kiedy wygrali uczniowie z poprzedniego 5 roku, mieszając absurdalność
z rozrywką w postaci wyczarowanego diabełka przegranego za Mikołaja oraz wielu
innych oryginalnych zjawisk.
Tymi tygodniami
przybliżałam się razem z Mattem coraz bardziej do powiedzenia o nas
przyjaciołom. Doskonale wiedziałam, że należało powiedzieć im od razu, lecz nie
byłam gotowa i wciąż nie odpowiedziałam sobie na pytanie, czemu. Wzięłam sobie
do serca radę Ally i nadal jestem z Mattem, co o czymś świadczy. Moment
wyjawienia prawdy tak się dłużył, ponieważ przez ostatni czas nie często
spotykałam się z przyjaciółmi, a to z powodu właśnie tego zamieszania i
szaleństwa.
Jednak dzisiejszego
dnia, kiedy za oknem deszcz zaczął zmieniać się w małe płatki lepkiego białego
puchu, miałam wyjątkowo zdobyte chwile z przyjaciółkami. Drastycznymi sposobami
przekonały mnie do wyjścia na dwór, gdzie miałyśmy urządzić bitwę na śnieżki
lub po prostu przechadzać się w „tak pięknej pogodzie”, zdaniem Liz i Agnes. W
końcu wypuściły mnie ze swoich sideł, żebym mogła spokojnie przebrać się w
swoim pokoju w odpowiedni kombinezon, który będzie szczelnie mnie ochraniał
przed białym ohydztwem.
Weszłam do pokoju,
gdzie panował jedynie mrok, chociaż na dworze było jasno, lecz ja miałam
zasłonięte okno, by odciąć się od pogody na zewnątrz. Zapaliłam światło i
podeszłam do szafy, żeby przegrzebać ciuchy na tę porę roku, lecz zatrzymał mnie widok kątem oka szkarłatnej
koperty.
Zatrzymałam się po
środku pokoju i spojrzałam ze strachem na rzecz złożoną na moim łóżku.
Podeszłam powoli i podniosłam kopertę, przyglądając się jej powierzchni, ale
nic nie było na niej napisane. Otworzyłam ją i wyrzuciłam jej zawartość na
swoją dłoń. Ze środka wyfrunął równo złożony kawałek czerwonego papieru, który
natychmiast rozłożyłam i przeczytałam.
Ogień.
Krew.
Sekret.
Uważaj.
Zaniepokojona
zmarszczyłam czoło, przyglądając się treści listu. Była dla mnie całkowicie
niezrozumiała. Domyślałam się tylko, że ten list związany był z moją tajemnicą,
lecz jego przekazu zupełnie nie rozumiałam, dlatego schowałam go z powrotem do
koperty, podeszłam do mojego biurka i schowałam ją do szuflady.
Parę minut myślałam
nad tym dziwnym listem, a ostatecznie wróciłam do szafy i kontynuowałam
przeszukiwanie ciuchów.
Jeżeli ktoś chce
mnie ostrzec, niech wyśle bardziej dorosły list, a nie pisany jakimś szyfrem.
Gorzej, jeśli była to jakaś groźba, ale wolałam już o tym nie myśleć.
Pośród starych,
szarych ubrań moją uwagę przykuła mocna czerwień mojego kombinezonu, który znów
przywiódł mi na myśl list i zamarłam.
Ten ktoś, żeby
dostarczyć ten list, musiał jakoś wejść do mojego pokoju, tylko jak?!
Spanikowana
rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie zauważyłam nic podejrzanego. Nie było
tu żadnego miejsca na schowanie się, zatem byłam trochę spokojna. Nabrałam
kilka uspokajających oddechów i wreszcie znowu mogłam racjonalnie myśleć. Będę
musiała zapytać Ethana o jakieś mocniejsze zaklęcia na drzwi.
W tej chwili
spojrzałam krytycznie na mój kombinezon i zdecydowanie go odrzuciłam. Żadnej
czerwieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz