wtorek, 6 listopada 2012

8


     Po kilku metrach biegu byłam już wykończona gonieniem Matta, którego nigdzie nie widziałam, ale podświadomość mówiła mi, że poszedł tym właśnie korytarzem. Zastanawiałam się jak on w ciągu zaledwie paru sekund mógł znaleźć się tak daleko. Odrzuciłam obraz wilka, w którego zmieniał się Matt. Nie mógł być, aż tak zdesperowany, żeby uciec się do zmiany postaci.
Powstrzymałam chęć odpoczynku i przyśpieszyłam, mając nadzieję, że już za rogiem go zobaczę, bo tam miały zacząć się schody prowadzące do wielkiego holu, gdzie Matthew będzie widoczny jak na dłoni. Gorzej, jeżeli hol będzie pełen uczniów, ale o tym wolałam nie myśleć. Skupiłam się na słowach Matta, które wypowiedział przed tym jak mnie pocałował.
Pocałował mnie. Matt mnie pocałował.
Jak to dziwnie brzmiało, nawet w mojej głowie. Nigdy nie pomyślałam o tym, że Matt mógłby kiedykolwiek mnie pocałować. Zawsze… prawie zawsze traktowałam go, jak zwykłego przyjaciela. Dobrego przyjaciela, przy którym mogę być sobą, nie muszę się ograniczać. Darzyłam go zaufaniem, wielką miłością, ale przyjacielską. Przynajmniej tak cały czas sądziłam, bo nie miałam pojęcia, jaka jest miłość, jako taka miłość. Nie wiedziałam, jak czuje się zakochana osoba. Książki powiedziały mi jedynie, że czuje się wtedy motylki w brzuchu, że twoje myśli zaprząta wciąż ta osoba.
Z Mattem było zupełnie inaczej. Myślałam o nim, tak. Nie tak rzadko, jakbym chciała – a może i chciałam – ale też nie tak często. Motylków w brzuchu nie czułam, jedynie robiło mi się ciepło na jego widok, ale to samo czułam w stosunku do reszty przyjaciół.
Nie mogłam być zakochana w Matcie. Nawet jeśli to… nie, niemożliwe. Nie dopuszczałam do siebie tej myśli.
Jednak on we mnie się zakochał. To znaczy, nie powiedział wprost, że zakochał się we mnie, ale wnioskując z tego, co zrobił chwilę później, raczej to ja byłam tą osobą. To była moja wina. Za dużo czas z nim spędzałam, za bardzo go do siebie dopuściłam, nie chciałam, żeby się we mnie zakochał.
Chyba nikt by nie chciał, żeby zakochał się w nim przyjaciel, którego uczucia nie dało się odwzajemnić. Wątpiłam czy odwzajemnię uczucie Matta, jeżeli od zawsze uważałam, że moi przyjaciele – zwłaszcza Matt – będą tylko moimi przyjaciółmi, niczym więcej. Trudno będzie zmienić to nastawienie.
Wciąż nie mogłam pozbyć się tego poczucia ciepła na moich wargach, które pozostawił na nich dotyk ust jasnowłosego. Uczucie było tak dziwne, jak cała ta sytuacja.
Potrząsnęłam głową, aby choć trochę rozjaśnić swój umysł, ale na marne, więc skupiłam się na korytarzu przed sobą. Gdy już minęłam róg, w oddali – naprawdę bardzo dalekiej oddali – dostrzegłam jasną czuprynę chłopaka. Korytarz był strasznie długi, a na jego końcu znajdowały się schody, prowadzące w dół do maleńkiego przedpokoju wychodzącego na hol.
Matt był właśnie przed schodami, musiałam zmrużyć oczy, żeby upewnić się, że to na pewno on. Serce zacisnęło mi się z protestu przed kolejnym męczącym biegiem, ale przemierzyłam kilka kolejnych metrów.
Mimo mojej dobrej kondycji na długodystansowych biegach, dzisiaj byłam wyjątkowo skołowana, co przekładało się na moją siłę, dlatego więcej biec nie mogłam.
Zatrzymałam się i jęknęłam, widząc, że jest on już na schodach.
- Matt, zaczekaj, do cholery! – wrzasnęłam na cały korytarz, na szczęście, w tej części budynku niezamieszkalny. Wrzask był ostatecznością, szczerze wątpiłam, że inaczej dogonię Matta.
Zobaczyłam jak głowa chłopaka gwałtownie unosi się i powoli odwraca się w moją stronę, dostrzegając swoim sokolim wzrokiem moją sylwetkę po drugiej stronie przejścia. Długą chwilę wpatrywał się we mnie, aż nareszcie cofnął się ze schodów i nieśpiesznie stanął pod ścianą, posłusznie czekając.
Przeklęłam cicho. Świetnie, to ja mam do niego iść?
Wyprostowałam się, nabierając głębokiego oddechu, żeby choć trochę się uspokoić. Nie udało się. Wzięłam kolejny wdech i ruszyłam żwawym krokiem w jego stronę, myśląc, co ja właściwie mu powiem.
„Przepraszam, ale możemy być tylko przyjaciółmi”?
Nie byłaby to prawda. Wiedziałam, że już nigdy z czystym sumieniem nie spojrzę na Matta, jak na jedynie przyjaciela.
„Matt, ja także się w tobie zakochałam”.
Też nieprawda. Może czułam do niego przyciąganie – w końcu sama kiedyś się do tego przyznałam – ale to nie było zakochanie.
„Daj mi czas na zastanowienie”
Nie, to już się robi jak telenowela.
Będę spontaniczna. Będę stanowcza i jednocześnie delikatna. Będę…
Wszystkie moje postanowienia uciekły w siną dal, gdy będąc już na tyle blisko Matta, żeby zobaczyć wyraz jego oczu, podniosłam głowę i na niego spojrzałam. Powstrzymałam westchnięcie, widząc, jaki jest zawiedziony, jak w głębi jego jasnych oczu widnieje smutek i ledwo dostrzegalne rozczarowanie. Pewna byłam, że niczego ode mnie nie oczekiwał, nie on, ale i tak go bolało.
- Matt – zaczęłam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle, kiedy w kącikach jego ust uformował się smutny, a jednak, w jakiś sposób, szczęśliwy uśmiech. Czasami nie rozumiałam zachowań oraz uczuć tego człowieka i to najbardziej mnie w nim intrygowało. Po prostu to był mój Matthew.
- Nie musisz nic mówić, wiem, co o tym myślisz. – Mimo że mój przyjaciel mówił to z całkowitym spokojem, wiedziałam ile wysiłku kosztuje go ukrywanie emocji, których tak naprawdę odczuwał.
- Nie, nic nie wiesz, Matt… - szepnęłam, kręcąc głową w bezsilności.
Tyle miałam przemyśleń na ten temat, kiedy go goniłam, tyle postanowiłam. Lecz gdy tylko znalazłam się na granicy dwóch metrów od niego, gdy spojrzałam w jego wiecznie uśmiechnięte oczy, teraz chowające tyle przeciwnych temu uczuć wszystko we mnie prysło. Liczyło się tylko tu i teraz, nie przypominałam już sobie, co myślałam wcześniej.
Niesamowite było, jak działał na mnie ten facet i nadal wierzyłam, że to nie była tego rodzaju miłość. Nie mogła.
- Cat, doskonale wiem jak cenisz sobie naszą przyjaźń, a ja to wszystko próbowałem spieprzyć i…
- Nic nie wiesz – powtórzyłam bardziej stanowczo, co sprawiło, że w jego spojrzeniu pojawiło się zdziwienie jak i zainteresowanie. Był wyraźnie zaciekawiony, co wymyślił mój mały móżdżek.
Zamrugałam kilka razy powiekami, odganiając dziwne plamki, które pojawiły mi się w oczach od dłuższego wpatrywania się w kamienną ścianę obok Matta. Odetchnęłam głęboko i zakładając ramiona na piersiach, zrobiłam parę kroków do przodu i stanęłam na odległość dwóch ramion od chłopaka. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, od czego zacząć.
Co ja miałam mu, do diabła, powiedzieć?
- No więc…
- Nie zaczyna się zdania od „no więc” – wtrącił blondyn, wywołując we mnie nerwowy chichot.
- Dobrze wiem, od czego zaczyna się zdanie, mądralo – odcięłam się. Na moich ustach pojawił się nikły uśmiech, który trochę ułatwił mi sformułowanie jakiegoś zdania.
- Zaskoczyłeś mnie, nie powiem – powiedziałam, wypuszczając przy tym całe przytrzymywane powietrze. – Wiesz, najpierw pomyślałam, że ta cała gadka na mój temat wzięła się z tego, że może dostałeś od Dallasa w głowę i lekko cię zamroczyło…
Matthew pokręcił głową z rozbawieniem, mieszającym się z ciekawością. Wpatrywał się we mnie z uwagą, lecz unikałam jego wzroku.
- Po oszołomieniu przyszło zrozumienie i prawda, która we mnie uderzyła. Zakochałeś się, łał. Zakochałeś się we mnie, większe łał. – Przymknęłam powieki, przypominając sobie tamtą chwilę. – Nikt nigdy we mnie się nie zakochał, a co gorsza, ja nigdy w nikim się nie zakochałam, więc jest to dla mnie zupełnie nowa sytuacja. – Podrapałam się po głowie, klnąc siebie w myślach.
Przynudzaj dalej, na pewno zrozumie, o co ci chodzi.
- I tak się zastanawiam… naprawdę mnie kochasz? – Natychmiast po zadaniu pytania przytknęłam dłoń do czoła, zasłaniając twarz ze wstydu. Głupia, głupia, głupia. Jak mogę zadawać mu takie pytania?
Jesteś jedynie ciekawa, to nic złego.
Alice! – krzyknęłam zaskoczona w myślach, zupełnie zapominając o mojej Kapłance. – Ty cały czas tutaj jesteś, zapomniałam…
Ona jednak mnie zignorowała.
Nie będziesz flirtować z żadnym ze swoich przyjaciół, co? – zaśmiała się lekko kpiąco.
Nie flirtuję z nim!
Oczekiwałam śmiechu Matta czy innego znaku jego rozbawienia moim pytaniem, ale on patrzył na mnie z pełną powagą.
- Cóż, tak sądzę – powiedział, a mnie znów zakręciło się w głowie.
- Aha, ja…
- Nie, ja to wiem – poprawił się niespodziewanie. Nagle poczułam gorąco zalewające moje policzki i nie wiedziałam już, dlaczego się rumieniłam. – Ale, jak już ci wcześniej mówiłem, przepraszam, że z tym tak wyskoczyłem, wiem…
- Nie przepraszaj – prawie warknęłam teraz zdenerwowana. Emocje zmieniały się we mnie, jak w kalejdoskopie. – Ja tylko… po prostu… zaskoczyłeś mnie – powtórzyłam z zażenowaniem.
Zanim zdążyłam pomyśleć nad kolejnym zdaniem, które mogło odratować mnie od jakiegoś racjonalnego finału naszej rozmowy, mimo woli przypomniałam sobie moment, kiedy Matthew nachylał się w moją stronę, aż w końcu pocałował. Wiedziałam, że to będzie niezapomniana chwila, bo to był – aż wstyd przyznać – mój pierwszy taki prawdziwy pocałunek, pomijając te nieprawdziwe w podstawówce podczas różnych głupich gier. Nigdy nie miałam chłopaka, przez cały czas uważałam, że nie jestem dostatecznie dojrzała, albo że wszyscy moi koledzy są niedojrzałymi dupkami, z którymi nie chcę mieć bliższych kontaktów.
Pocałunek był wyjątkowo miły i przyjemny, i pomimo że trwał mniej niż dziesięć sekund i był tylko delikatnym muśnięciem miękkich ust Matta, to był niesamowity. Na samą jego myśl przeszedł mnie dreszcz i przypomniałam sobie jak wtedy się czułam, i…
Byłam szczęśliwa. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu byłam naprawdę szczęśliwa, to nie było sztuczne uczucie ani złudzenie szczęścia. Czułam je całą sobą i to właśnie to, tak naprawdę, zaważyło na całej mojej decyzji.
Uniosłam powoli głowę, zaglądając w pytające oczy Matta, podeszłam do niego i stając na palcach, pocałowałam go. Trwało to chwilę, ale mogłam raz jeszcze nacieszyć się tym niesamowitym uczuciem i posmakować jego ust.
Odsunęłam się, nie odrywając spojrzenia od jego pociemniałych oczu i cofnęłam się wolno w poprzednie miejsce, lecz teraz zamiast trząść się ze zdenerwowania, próbowałam powstrzymać pełen radości uśmiech.
- Możemy spróbować… - zaczęłam, a w tęczówkach Matta pojawił się jakiś nieokreślony błysk.
- Naprawdę? – W jego głosie pojawiła się nadzieja, która graniczyła jednak z ostrożnością.
- Tak… Nie planowałam tego, ale…
Reszta moich słów utonęła w koszulce chłopaka, który przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Jego radość podobna była do radości dziecka, które zdobyło coś niesamowitego, coś, co było spełnieniem jego największych marzeń.
Zaśmiałam się, gdy otulił dłońmi moją twarz i spojrzał na nią rozjaśnionym wzrokiem.
- Jesteś pewna? Pasuje ci to…?
- Oj przestań, bo się rozmyślę – warknęłam, a on pocałował mnie w odpowiedzi i ten pocałunek nie był już tak delikatny, lecz tak samo niesamowity.
W tamtej chwili zgubiłam rozsądek, wątpliwości i zapomniałam o tym, że jeszcze godzinę temu byliśmy tylko przyjaciółmi. Wtedy kierowało mną pragnienie szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, którego było mi tak brak. Na myślenie o konsekwencjach przyjdzie jeszcze czas…


***


- Cat, chodź tutaj!
Niespodziewanie słysząc niecierpliwy syk, drgnęłam gwałtownie, kiedy z nudów przechadzałam się różnymi korytarzami szkolnymi w ponury sobotni ranek.
Rozejrzałam się, poszukując właściciela głosu i moment później dostrzegłam lśniące ogniste włosy. Od razu poznałam Agnes, która siedziała pod jakimiś drzwiami i najwidoczniej chciała, bym do niej dołączyła.
Zmarszczyłam zdziwiona brwi, ponieważ to nie było jej piętro.
- A ty co tutaj wyrabiasz?
- Nie pytaj, tylko tutaj chodź! – szepnęła nagląco, machając szybko ręką i pokazując mi, żebym do niej podeszła.
Po chwili wahania posłusznie podeszłam, zaraz rozpoznając okupowane przez nią drzwi.
- Możesz mi powiedzieć, co robisz pod pokojem Matta? – spytałam podejrzliwie, zerkając na drzwi. Musiały być zamknięte, bo niczego nie podglądała, ale podsłuchiwała.
Agnes wskazała mi palcem, abym przyłożyła ucho do drzwi, tak jak robiła to ona.
- Słucham porannych wyczynów chłopców – szepnęła, gdy już ukucnęłam obok niej.
- Chłopców? – Zdziwiła mnie liczba mnoga, której użyła. Co mieliby robić jacyś chłopcy w pokoju Matta?
- No, nie słyszałaś jak wczoraj imprezowali? – Podniosła brwi, przyglądając się mojej minie i w końcu zrozumiała. – Ach tak, ty nie mieszkasz pod pokojem imprezowicza.
- Imprezowicza? – Dzień zaczynał się coraz bardziej interesująco.
Angie machnęła z irytacją dłonią i ponownie wskazała na drzwi, więc wykonałam jej polecenie.
Zza drzwi dobiegały pojedyncze jęki i szmery przerywane miarowym stukotem, jakby ktoś walił ołówkiem o biurko. Co kilka sekund ktoś coś wykrzykiwał, lecz nie umiałam rozpoznać żadnego głosu, ale ten, który odezwał się blisko drzwi poznałam.
- Kto zabiera mi, co ranek, moją cholerną butelkę wody?! – Matthew był wyraźnie wzburzony jak nigdy. Czy o to miałam poznać drugą stronę natury mojego chłopaka?
Mojego chłopaka. Jak to brzmiało.
Rudowłosa przysłuchując się sytuacji za drzwiami, nagle wyprostowała się z wielkim i wrednym uśmiechem na ustach. Spojrzała na mnie, kiwając przy tym wymownie brwiami, odsunęła mnie od drzwi, wstała i zapukała głośno do drzwi, zza których, jak na zawołanie, usłyszałyśmy jęki protestu. Musieli nieźle się uchlać.
Dziewczyna pukała do momentu, gdy w końcu otworzył je na wpół rozebrany Matthew, cały rozczochrany i zaspany.
- Dzień doberek, kochany – zawołała śpiewnie Agnes, sprawiając tym skrzywienie na twarzy chłopaka. Oparł się o framugę i przyjrzał nam zmrużonymi oczami, najwyraźniej starając się rozpoznać osoby zakłócające jego spokój.
Próbowałam omijać wzrokiem jego gołą klatę, ale było to silniejsze ode mnie. Zerknęłam raz – przysięgam, raz – i zaskoczona stwierdziłam, że Matt w bibliotece mi nie kłamał, mówiąc, że „trochę” ćwiczy. Ukrywając podziw, szczypałam się w dłoń, żeby nie zapatrzeć się w jego, nie imponująco ale jednak, umięśniony tors.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że widząc Matta już wielokrotnie bez koszulki, dopiero teraz zwróciłam uwagę na coś takiego jak umięśnienie… które mi się spodobało.
Opanuj hormony, Cat.
- Ciszej proszę – wychrypiał chłopak, przecierając oczy, a mnie wymknął się chichot, gdy usłyszałam wielkie zmęczenie w jego głosie.
- Cat? – W jednej chwili rozbudził się i zrobił taki ruch, jakby chciał schować się za drzwiami, co wywołało mój większy śmiech.
Agnes uśmiechnęła się rozbawiona, patrząc z politowaniem na poczynania Matta.
Najpierw przestępował nerwowo z nogi na nogę, nie wiedząc, co ze sobą począć, następnie stwierdził chyba, że już bardziej nie będzie mu głupio i znowu oparł się o framugę, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
- Spokojnie, Mattie, Cat nie zamierza cię zamordować za twoje wczorajsze wybryki, ale ja mam taką ogromną chęć. Przez całą noc nie daliście mi spać!
- Trzeba było się dołączyć, Joe jęczał na brak towarzystwa kobiet – odparł Matt, zerkając przez ramię. Dostrzegłam tam kawałek jakiejś sylwetki. Powstrzymałam kolejny wybuch śmiechu.
- Chętnie, gdyby ktoś mnie zaprosił.
- Nie rozdawaliśmy zaproszeń, impreza była otwarta. – Wzruszył ramionami i oparł skroń o framugę, powoli przymykając powieki.
- Och, zła noc? – Uśmiechnęłam się złośliwie, chcąc odwrócić swoje myśli od jego półnagiej osoby.
Chłopak otworzył oczy i spojrzał wprost na mnie.
- Wspaniała – powiedział, podnosząc jedną jasną brew.
- Chyba nie świętowałeś tego? – zapytałam. Miałam na myśli fakt, że kilka dni temu zaczęliśmy ze sobą chodzić.
- Nie, nie, nie – zaprzeczył dość dosadnie, co mnie zaskoczyło.
- Co miał świętować? – wtrąciła Angie, przypominając mi tym o swojej obecności, zanim mogłabym rozwinąć rozmowę z Mattem.
- Nic takiego. – Posłałam jej swój najbardziej niewinny uśmiech, na jaki było mnie stać. Czułam na sobie wzrok chłopaka, lecz wolałam teraz z nim nie dyskutować, zwłaszcza że wciąż, najwyraźniej, był pod wpływem alkoholu. Ciekawa byłam, o której skończyli imprezować.
- Jak to nic takiego? – Chcąc nie chcąc, spojrzałam na niego, spostrzegając dziwne ogniki w jego oczach. Podobne widywałam we wzroku Lizzie, gdy miała diabelskie plany. W przypadku Matta nie miałam zielonego pojęcia, co one mogły oznaczać, dlatego pragnęłam jak najszybciej ewakuować stamtąd Agnes.
Powodem mojej ucieczki miało być to, że na razie nie chciałam ujawniać naszego związku z Mattem, który, tak na marginesie, do tej pory układał się całkiem dobrze. Sama nie wiedziałam, czemu chciałam mieć kolejne sekrety przed przyjaciółmi, po prostu, gdy pojawiała się kwestia nas – mnie i Matta – w mojej głowie zapalała się żarówka z napisem „uważaj”.
- Matt, może lepiej będzie, jeśli prześpisz swojego kaca, a my z Agnes jeszcze się przejdziemy – powiedziałam, patrząc na niego wymownie.
Chłopak wyprostował się i przejechał ręką po włosach niezdecydowany.
- Ona ma rację, lepiej żebyś dzisiejszy dzień przespał razem ze swoimi koleżkami, to może przejdzie mi chęć masowego mordu – dodała Ag, poklepując przyjaciela zachęcająco po ręce.
Uśmiechnęłam się, kiedy przeniósł spojrzenie na mnie i w przypływie chwili pocałowałam go w policzek. Chyba tego potrzebowałam, jak batonika na wzmocnienie siły.
- Poważnie, Matt. Nigdy nie widziałam cię na kacu i nie chcę tego zmieniać – rzekłam ze śmiechem w głosie i w końcu podziałało, ale nie wiedziałam czy była to zasługa pocałunku, czy słów. Zresztą to nieważne, jeśli ostatecznie zadziałało, prawda?
Kiedy drzwi za Mattem się zamknęły odwróciłam się do Agnes, która wpatrywała się we mnie ze skupieniem wypisanym na twarzy.
- Co? – mruknęłam.
Ruda przez długą chwilę nic nie mówiła, przypatrując mi się, aż tylko pokręciła głową.
- Dziwne.
- Co jest dziwne?
- To było dziwne. – Wskazała kciukiem zamknięte drzwi, gdzie jeszcze przed chwilą stał Matt. W głębi ducha czułam, o co jej chodzi, ale to zlekceważyłam.
- Wszystko w naszym życiu jest dziwne, Ag. – Złapałam ją pod ramię i zaczęłyśmy iść w kierunku schodów.
- Może, ale… - Odwróciła głowę w moją stronę i znów poczułam ten wzrok. – Dobrze się czujesz?
- Doskonale, dzięki, że pytasz.
- A psychicznie?
Wywróciłam oczami tak, by to zobaczyła. Zrozumiała, lecz pytań dość nie miała.
- Zdarzyło ci się znowu tamto?
Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
- Nie, więcej nie jadłam papryczek, więc… nie, a co?
- Jedynie się martwię – odparła, wzruszając ramionami, a ja delikatnie się uśmiechnęłam. Chwilę później zauważyłam, gdzie jesteśmy.
- Hej, miałyśmy iść do mojego pokoju, nie twojego – zaoponowałam, poznając boazerię zdobiącą trzecie piętro, gdzie znajdował się pokój mojej przyjaciółki.
- Przykro mi, moja droga, trzeba było pilnować drogi, a nie rozpływać się nad Mattem.
- Co… wcale nie! – Szybko odsunęłam się od niej, jakby mnie oparzyła, a ta zaśmiała się głośno, zatrzymując się pod drzwiami swojego pokoju, które rzeczywiście znajdowały się dokładnie pod pokojem Matta.
- Ja wiem swoje, Catty.
- Wcale nie – powtórzyłam już mniej wzburzonym tonem, lecz nadal bawiło to Agnes.
- Nie oburzaj się tak, słońce. – Wyszczerzyła zęby i obejmując mnie ramieniem, przytuliła do siebie i pocałowała mocno w policzek, wprowadzając jednocześnie do swojego sanktuarium. Panowała tu całkowita szarość ozdobiona kwiatami różnych rodzajów, jak i obrazami pokazującymi piękno roślin. Tu był świat Angie, do którego zapraszała nielicznych, a zaliczaliśmy się do nich my, jej przyjaciele.
- Siadaj.
Kiedy ja rozglądałam się z zachwytem po pokoju Ag, ona zdążyła już się rozsiąść na swoim łóżku pod zachodnią ścianą i siedząc po turecku, wzięła w ramiona wielką poduchę. Dołączyłam do niej, wzdychając cicho.
- Co jest? – Spojrzała pytająco.
- Wdycham nad życiem. – Oparłam głowę na dłoniach, skacząc wzrokiem po ozdobionych wzorami kwiatów szarych ścianach.
- Nie jest takie złe, jak się wydaje – pocieszyła mnie.
- Być może. – Znowu westchnęłam i popatrzyłam na przyjaciółkę. – Co tam z Luke’iem?
Agnes wydawała się wieczność wodzić bezsensownie palcem po kołdrze w czarnobiałe róże, aż w końcu się odezwała.
- Byłaś kiedykolwiek zakochana? – zapytała, zerkając na mnie spod rzęs i zobaczyłam jak jej niebieskie oczy są niesamowicie roziskrzone.
- Nie – odpowiedziałam powoli, przypatrując jej się z ostrożnością. – I myślę, że to dobrze.
- Więc mylisz się – powiedziała cicho. – Od kilku tygodni czuję się taka…
- Podniecona? – podsunęłam, ukrywając uśmiech, gdy nie mogła znaleźć odpowiednich słów.
Szturchnęła mnie w ramię, a na jej policzkach zauważyłam dorodny rumieniec.
- Nie, taka… inna. Odmieniona. Lepsza. – Po chwili dodała: - Zakochana.
- Boję się ciebie.
- Och, przestań – warknęła wciąż z zarumienionymi policzkami. Powstrzymałam śmiech. Naprawdę się zakochała…
Agnes nagle uśmiechnęła się słodko.
- Zobaczymy jak ty będziesz zakochana. Ten szybki oddech na jego widok, zamglone oczy, zarumienione policzki, szaleńczo bijące serce. Już nie mogę się tego doczekać!
- Ag, ja się nie zakocham. Jeśli do tej pory tego nie zrobiłam, to widocznie przeznaczone mi jest zostanie starą panną – zażartowałam z pełną powagą w głosie. – Zresztą jestem pewna, że teraz opisałaś siebie.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, podnosząc głowę.
- Masz rację, ale tylko w tym drugim. Wiem, że już niedługo przyjdzie i na ciebie czas. – Próbowałam zignorować to, że jej wzrok stał się, aż za bardzo wymowny.
Cholera, jeżeli tak dalej pójdzie to oni dowiedzą się o mnie i Matcie szybciej niż przypuszczałam.
Czemu tak przed tym się bronisz?
Przed czym? – spytałam Alice.
Przed uczuciem, że chcesz spróbować związku z Mattem. Przecież to nic złego.
Wiem, ale…
Ale?
Boję się… czegoś.
Jeśli ci na nim zależy, to naprawdę nie ma czego się bać. Chcecie być razem i wasi przyjaciele to zrozumieją.
Właśnie nie jestem tego pewna.
Ally nie odzywała się przez dłuższy czas, a gdy to zrobiła jej mentalny głos był delikatny.
Dam ci małą radę – zanim cokolwiek zdecydujesz, przedtem dobrze to przemyśl, bo później to ty ponosisz za wszystko konsekwencje. Nie chcę, żebyś cierpiała, a ty na pewno nie chcesz, by cierpiał Matt, więc mam nadzieję, że postąpisz rozsądnie w kwestii waszego związku. Jeżeli czujesz, że to nie to, lepiej zakończ to teraz, niż byś miała zrobić to później, kiedy sprawy zajdą za daleko i po wszystkim nie będziecie w stanie nawet normalnie oraz szczerze porozmawiać. Jeśli jednak chcesz z nim być to ponieś się z prądem losu i ciesz się szczęściem.
Jeszcze długo po jej słowach przetrawiałam jej radę, starając się zrozumieć mądrość w niej zawartą. Wiedziałam, że Alice wie, co mówi, bo swoje lata już miała.
Dziękuję. Za wszystko – powiedziałam szczerze w myślach i powróciłam do świata oraz Agnes.
- Kim on w ogóle jest? – Celowo nakierowałam rozmowę na związek mojej przyjaciółki.
- Kto?
- Twój chłopak Luke. Nigdy nie mówiłaś, czym się zajmuje, kim jest…
Agnes spuściła nagle wzrok, wykręcając sobie palce w milczeniu.
- Ag?
- Jest człowiekiem – szepnęła niemrawo, więc do końca jej nie zrozumiałam.
- Kim?
- Człowiekiem – powtórzyła głośniej, a ja się uśmiechnęłam.
- To wiem, Agnes, każdy z nas jest człowiekiem. Ale kim on…
- Jest zwykłym śmiertelnikiem, no! – krzyknęła. Drgnęłam przestraszona jej wybuchem. Rudowłosa spojrzała na mnie z nienaturalnie błyszczącymi oczami. – Zadowolona? Jest zwykłym śmiertelnikiem, praktycznie nikim w naszym świecie.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Czy ją pocieszać, czy wręcz przeciwnie… Tak właściwie, nie wiedziałam, dlaczego była na to tak drażliwa. Co złego było w tym, że była ze zwykłym śmiertelnikiem?
- Co to ma do rzeczy?
- Jak to co? – Agnes wplotła palce w gęste włosy. – Śmiertelnicy nie są akceptowani w tym świecie…
- Angie, tak było w zeszłym wieku. Teraz polepsza się, inni zaczynają mieć większe zaufanie do ludzi, poważnie.
- Ale oni nam nie ufają – powiedziała, pociągając nosem, choć wcale nie płakała.
- A Luke? – Gdy na mnie spojrzała, domyśliłam się, co zaraz powie.
- Nie powiedziałam mu o sobie. Boję się, że wystraszy się i najzwyczajniej w świecie ucieknie. Nie zdziwiłabym mu się, szczerze mówiąc.
- A ja tak. Kocha cię?
- Ja nie wiem… - Agnes znowu zarumieniła się, przymykając powieki.
- Agnes. Kocha cię czy nie, jak sądzisz?
Angie przyjrzała się swoim dłoniom złożonym na kolanach i kącik jej ust drgnął w uśmiechu.
- Sądzę, że tak.
- Więc jeśli cię kocha, to prawda o tobie nie powinna sprawić, że cię zostawi, bo z jakiego powodu? Pokochał cię taką, jaka jesteś, nie udawałaś przed nim kogoś, kim nie jesteś, po prostu masz zdolności panowania nad magią, to wszystko. Oczywiście może być zły, a nawet i przerażony, bo to niejaki szok, ale nie powinien cię zostawić. Jeżeli jednak to zrobi, to będziesz wiedziała, że nie był ciebie wart, kropka.
- To tylko takie mówienie – burknęła, nie wierząc w moje słowa.
- Zatem powiedz mu i sama się przekonaj.
- Łatwo ci mówić.
Złapałam Agnes za dłonie i poczekałam, aż spojrzała mi w oczy.
- Ag, nikt nie twierdził, że miłość jest łatwa. Trzeba jedynie pogodzić się z jej trudnościami i iść dalej.
Zabawne, że nigdy – jak twierdzisz – nie byłaś zakochana, a prawisz przyjaciółkom morały – stwierdziła rozbawiona Alice.
Także uważam, że to dziwne, ale słowa po prostu pojawiają się znikąd.
- Co ty możesz wiedzieć o miłości? – Angie zaśmiała się i uściskała moje ręce, poczym przytuliła się do mnie. – Dziękuję – szepnęła. Kiedy oderwałam się od niej, posłała mi czuły uśmiech. – A ty przestań w końcu bronić się przed miłością i pozwól sobie się zakochać.
- Na mnie przyjdzie jeszcze czas, sama tak powiedziałaś. – Pokazałam jej język.
- Szybciej, niż myślisz, kochana, szybciej, niż myślisz. A ja… - Westchnęła rozżalona. – Będę nadal nieszczęśliwie zakochana.
- Przestań!


***


Minęły kolejne dwa tygodnie pełne wrażeń, przybliżając nas wszystkich do świąt Bożego Narodzenia. Rozpoczął się szał na wymyślanie prezentów i coraz to oryginalniejsze ozdoby pięter. Były to coroczne zawody, jakie organizowali sobie uczniowie na Wielkanoc i Gwiazdkę – które piętro ozdobi sobie najwymyślniej korytarz, a za to były specjalne prezenty od „prawdziwego” Mikołaja czy Zajączka. Wraz z tymi wydarzeniami było dużo zabawy i śmiechu, przekonałam się o tym sama już w zeszłe święta, kiedy wygrali uczniowie z poprzedniego 5 roku, mieszając absurdalność z rozrywką w postaci wyczarowanego diabełka przegranego za Mikołaja oraz wielu innych oryginalnych zjawisk.
Tymi tygodniami przybliżałam się razem z Mattem coraz bardziej do powiedzenia o nas przyjaciołom. Doskonale wiedziałam, że należało powiedzieć im od razu, lecz nie byłam gotowa i wciąż nie odpowiedziałam sobie na pytanie, czemu. Wzięłam sobie do serca radę Ally i nadal jestem z Mattem, co o czymś świadczy. Moment wyjawienia prawdy tak się dłużył, ponieważ przez ostatni czas nie często spotykałam się z przyjaciółmi, a to z powodu właśnie tego zamieszania i szaleństwa.
Jednak dzisiejszego dnia, kiedy za oknem deszcz zaczął zmieniać się w małe płatki lepkiego białego puchu, miałam wyjątkowo zdobyte chwile z przyjaciółkami. Drastycznymi sposobami przekonały mnie do wyjścia na dwór, gdzie miałyśmy urządzić bitwę na śnieżki lub po prostu przechadzać się w „tak pięknej pogodzie”, zdaniem Liz i Agnes. W końcu wypuściły mnie ze swoich sideł, żebym mogła spokojnie przebrać się w swoim pokoju w odpowiedni kombinezon, który będzie szczelnie mnie ochraniał przed białym ohydztwem.
Weszłam do pokoju, gdzie panował jedynie mrok, chociaż na dworze było jasno, lecz ja miałam zasłonięte okno, by odciąć się od pogody na zewnątrz. Zapaliłam światło i podeszłam do szafy, żeby przegrzebać ciuchy na porę roku, lecz zatrzymał mnie widok kątem oka szkarłatnej koperty.
Zatrzymałam się po środku pokoju i spojrzałam ze strachem na rzecz złożoną na moim łóżku. Podeszłam powoli i podniosłam kopertę, przyglądając się jej powierzchni, ale nic nie było na niej napisane. Otworzyłam ją i wyrzuciłam jej zawartość na swoją dłoń. Ze środka wyfrunął równo złożony kawałek czerwonego papieru, który natychmiast rozłożyłam i przeczytałam.
Ogień.
Krew.
Sekret.

Uważaj.
Zaniepokojona zmarszczyłam czoło, przyglądając się treści listu. Była dla mnie całkowicie niezrozumiała. Domyślałam się tylko, że ten list związany był z moją tajemnicą, lecz jego przekazu zupełnie nie rozumiałam, dlatego schowałam go z powrotem do koperty, podeszłam do mojego biurka i schowałam ją do szuflady.
Parę minut myślałam nad tym dziwnym listem, a ostatecznie wróciłam do szafy i kontynuowałam przeszukiwanie ciuchów.
Jeżeli ktoś chce mnie ostrzec, niech wyśle bardziej dorosły list, a nie pisany jakimś szyfrem. Gorzej, jeśli była to jakaś groźba, ale wolałam już o tym nie myśleć.
Pośród starych, szarych ubrań moją uwagę przykuła mocna czerwień mojego kombinezonu, który znów przywiódł mi na myśl list i zamarłam.
Ten ktoś, żeby dostarczyć ten list, musiał jakoś wejść do mojego pokoju, tylko jak?!
Spanikowana rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie zauważyłam nic podejrzanego. Nie było tu żadnego miejsca na schowanie się, zatem byłam trochę spokojna. Nabrałam kilka uspokajających oddechów i wreszcie znowu mogłam racjonalnie myśleć. Będę musiała zapytać Ethana o jakieś mocniejsze zaklęcia na drzwi.
W tej chwili spojrzałam krytycznie na mój kombinezon i zdecydowanie go odrzuciłam. Żadnej czerwieni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz