wtorek, 6 listopada 2012

12


     Ocknęłam się gwałtownie, czując okropny ból w lewej ręce. Otworzyłam oczy i chciałam podnieść prawą dłoń, lecz coś mnie powstrzymywało. Zerknęłam w dół i zorientowałam się w końcu, że nie leżę w swoim łóżku, a co najgorsze… nie jestem nawet w swoim pokoju ani szkole.
Rozejrzałam się wokoło przerażona, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że wiszę w powietrzu, będąc całkowicie unieruchomioną. Wciąż miałam na sobie koszulę nocną, nogi i ręce miałam ściśnięte jakby niewidzialnym sznurem, i czułam się, jakbym była przyciśnięta do jakiejś ściany, tylko że tutaj ściany żadnej nie było. Naokoło mnie była tylko ciemność.
Spróbowałam krzyknąć, lecz mój krzyk okazał się bezgłośny. Sapnęłam przerażona nie na żarty, wołając w duchu do Alice, ale i ona się do mnie nie odezwała. Czyżby ten ktoś, kto mnie tutaj zostawił zabrał mi medalion? Zerknęłam na dół i rzeczywiście medalionu nie było.
Całą siłą woli i wszelkimi znanymi mi czarami starałam się przełamać urok wiążący mi wszystkie kończyny, ale moje trudy były na nic. Nawet ogień nie chciał mnie słuchać – byłam po prostu bezbronna. Jęknęłam bezsilnie i bezgłośnie, gdy wtem kilka metrów dalej zapłonął nagle ogień w czymś, co wyglądało na pochodnię, a ja drgnęłam lekko przez te niespodziewane zjawisko.
Smuga nikłego światła pozwoliła mi poznać polanę w szkolnym lesie, zbyt dobrze znałam to miejsce, by pomylić je z czymś innym.
Moja frustracja się spotęgowała – byłam na terenie szkoły, a nikt nawet nie mógł dowiedzieć się o tym, że zostałam porwana z własnego łóżka.
- Witaj, Ogniku.
Podniosłam szybo głowę, rozglądając się na boki w poszukiwaniu właściciela głosu, który przemówił. Wezbrał się we mnie strach, a jednocześnie nikła nadzieja, że może jednak się uwolnię z tych niewidzialnych więzów.
Chciałam coś powiedzieć, gdy przypomniało mi się, że to i tak pozostanie niesłyszalne, dlatego zamknęłam znowu usta, zaciskając je mocno. Wpatrywałam się w cienie rzucane przez palący się ogień, ale nigdzie nie mogłam dostrzec mojego porywacza.
- Ach, chciałabyś coś powiedzieć, prawda? – Usłyszałam delikatnie kpiący głos gdzieś za sobą. Wzdrygnęłam się, a ciarki przeszły mi po plecach, ponieważ wiedziałam, że jestem kompletnie bezsilna wobec tego mężczyzny, jeśli nawet nie mogłam go zobaczyć. – Niedługo będziesz mogła, nie martw się. Na razie chciałbym tylko oszczędzić ci twoich słodkich krzyków na później.
Przerażenie zalało nową falą moją klatkę piersiową, a żołądek rozbolał mnie ze zdenerwowania. Kim był ten człowiek i czego ode mnie chciał? Co miał na myśli o tych krzykach? Czy on…?
Wmawiałam sobie, że nie wiem, kim może być mój porywacz, ale odpowiedź sama pojawiała się z tyłu głowy, tak jakby to sama Alice zostawiła we mnie część siebie.
To jest zabójca, Cat, który wie o tym, że jesteś jedną z Wybranych. Mówiłam, żebyś uważała, komu o sobie mówisz, mówiłam…
Zacisnęłam mocno powieki, uciszając w umyśle swój własny głos podbarwiony tonem Ally. Nie chciałam dopuszczać do siebie świadomości o tym, że to ja schrzaniłam, tak łatwo i szybko wpadając w ręce zabójców. Nie mogłam się użalać nad sobą, musiałam znaleźć jakiś sposób na uwolnienie się.
- Zastanawiasz się pewnie jak tutaj się znalazłaś… No cóż, to bardzo ciekawa historia, ale opowiem ci ją innym razem, dobrze?
Mężczyzna okrążył mnie, zatrzymując się w promieniu ognia, a ja nareszcie mogłam go zobaczyć. Przez policzek przechodziła mu wąska blizna, usta wykrzywiał w podłym uśmiechu, a jego szare, tak podobne do moich, oczy wpatrywały się we mnie z zainteresowaniem. Światło odbijało się od jego lśniących blond włosów, a jego postać przedstawiała wszystko, co niedbałe i gardzące. Bardzo mi w tej chwili przypominał Erica, choć on czasami bardzo dobrze udawał sympatycznego, a ten facet nie miał odpowiedniej miny na to, zbyt bardzo był wyniosły.
- Jak myślisz, po co tutaj cię przyniosłem, Ogniku? – spytał, a jego oczy kpiły sobie ze mnie. Wyraźnie czekał, aż spróbuję coś powiedzieć, by zacząć naśmiewać się ze mnie. Zacisnęłam zęby, nie chcąc zrobić z siebie żałosnej ofiary. – Widzę, że niełatwo się denerwujesz, kotku, ale obserwowałem cię dłuższy czas i wiem, że nawet twoją najtwardszą maskę zniszczy jedno żałosne coś. Miłość, mam rację?
Wpatrywałam się w ziemię pod jego stopami, nie chcąc okazać żadnej oznaki słabości na jego słowa, bo najwyraźniej chciał mnie sprowokować.
Zastanawiałam się, po co gada do mnie i wszystko przedłuża, a nie załatwi swojej sprawy od razu? Czy aż tak bardzo chciał ze mnie się pośmiać?
- Ogniku, dajże mi choć trochę zabawy. Nie po to wlokłem cię aż tutaj, na środek tego pieprzonego lasu, byś miała mnie ignorować, na to sobie nie pozwolę! – zawołał, a w następnej chwili poczułam w kościach w całym ciele okropny ból, jakby ktoś wbijał mi igły w ciało. Zagryzłam mocno wargi, powstrzymując wrzask gromadzący się w moim gardle, a gdy ból w końcu ustał oderwałam zęby od warg, czując napływającą krew do ust. Oddychałam szybko, ignorując chichot tego sukinsyna.
Podszedł do mnie parę kroków, zaglądając w moją twarz w poszukiwaniu wyczekiwanego bólu, ale przybrałam szybko obojętną minę, patrząc mu wyzywająco w oczy.
- Twarda jesteś, Ogniku, ale widziałem, jak nawet twardsi od ciebie poddawali się w kluczowych momentach. Myślę, że pora na ciebie…
Odsunął się do tyłu, patrząc na mnie z uśmieszkiem, który mnie zaniepokoił.
Kiedy usłyszałam obok siebie szelest, spojrzałam w bok, a tam z lasu wyszła roześmiana Lizzie. Wytrzeszczałam oczy przerażona.
- Liz – wyrwało mi się, a gdy ten dźwięk faktycznie wyszedł z moich ust, jeszcze bardziej się przeraziłam. Przyjaciółka patrzyła na mnie z wesołym uśmiechem, jakby nie widziała, w jakiej sytuacji się znajduję, jakby ona sama nie miała pojęcia, gdzie się znajduje.
- Lizzie, uciekaj stąd! – zawołałam, wpatrując się w nią rozgorączkowanym wzrokiem. – Liz, to nie są żarty, wracaj do szkoły po pomoc! LIZ! – wrzasnęłam, gdy niespodziewanie padła na ziemię, krzywiąc twarz w bólu.
- Co ty jej robisz?! – krzyknęłam do blondyna stojącego parę metrów dalej, a on śmiał się w najlepsze, z dziecięcą radością zerkając to na mnie, to na Liz. Jej krzyk bólu z powrotem przyciągnął moją uwagę do niej.
Popatrzyłam w jej kierunku i zobaczyłam, jak jej ramiona pokrywają się szkarłatną mazią, a twarz przybiera blady odcień. Lizzie nie była już uśmiechnięta, jej duże oczy stały się jeszcze większe ze strachu, a usta wykrzywiały się w bólu.
- Przestań, co ty robisz?! Zostaw ją, masz mnie! ZOSTAW JĄ! – Patrzyłam na niego ze wściekłością, czując pod powiekami gromadzące się łzy, a on zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Właśnie to jest twoją największą słabością, Ogniku. Miłość, jak mówiłem. Kochasz ją najbardziej na świecie, prawda? Jest dla ciebie jak siostra, jest dla ciebie podporą i rodziną, której nigdy tak naprawdę nie miałaś… Jest twoją przyjaciółką na dobre i na złe, czyż nie? Takich to ze świecą szukać… Jej śmierć równałaby się z twoją śmiercią psychiczną, słońce… - Zacmokał z udawanym współczuciem, patrząc na mnie litościwie, lecz po chwili znów uśmiechnął się złowieszczo. – Jakie to smutne.
Przełknęłam łzy, gotując się w środku ze wściekłości, którą po raz pierwszy w życiu czułam. Odcięłam się od wrzasków Lizzie, starając się przerwać niewidzialne więzy lub chociaż spróbować obudzić w sobie ogień, ale wydawało się, jakby coś blokowało wszystkie moje siły, co było niespotykane.
- Tak się zastanawiam… kochasz swoich przyjaciół, prawda? Na pewno nie chciałabyś, gdyby wszyscy umarli, a zostałabyś tylko ty, słynna Wybranka Ognia…
- Zamknij się! PRZESTAŃ JĄ KRZYWDZIĆ, DO CHOLERY!
- Jakbyś się wtedy czuła? – ciągnął, ignorując moje przekleństwa i wyzwiska wycelowane w jego stronę. Pragnęłam by się po prostu zamknął i przestał torturować Lizzie, która w dalszym ciągu krwawiła, a jej krzyki stawały się cichsze i słabsze. Zerknęłam w jej stronę z niepokojem, dostrzegając jej zamknięte oczy i zakrwawione wargi.
- Liz? Lizzie! Lizzie, spójrz na mnie! LIZ! – krzyczałam, starając się wyciągnąć z niej jakąś reakcję. Przekonywałam siebie, że ona tylko zemdlała. Nikt nie wytrzymałby tyle bólu, teraz przynajmniej nie będzie nic czuć, to o tyle lepiej, prawda? Prawda?
- Lizzie!
- Miło słyszeć twoje urocze krzyki, Ogniku, ale ona już się nie obudzi.
- ZAMKNIJ SIĘ I DO NIEJ NIE PODCHODŹ!
- Widzisz, do czego doprowadziłaś, Cat? Zabiłaś swoją przyjaciółkę.
- Powiedziałam, żebyś się zamknął! Lizzie, ocknij się!
- W pewnym sensie to zabawne, jak ludzie próbują wybudzać zmarłych. Wiesz, że oni przestają cokolwiek czuć i słyszeć już po tym, jak przestają oddychać?

- LIZZIE!
Podniosłam się do pozycji siedzącej, a od gwałtownego ruchu zakręciło mi się w głowie. Serce biło mi niemiłosiernie, cała byłam spocona. To był tylko koszmar.
Na szczęście to był tylko koszmar.
Napłynęły na mnie sceny ze snu, wszystkie emocje do mnie wróciły i nie mogłam powstrzymać już szlochu, który wyrwał się z mojego gardła. Padłam z powrotem na łóżku, chowając twarz w poduszkę, a moim ciałem targał płacz.
Wszystko było tak straszliwie realistyczne.
A jednocześnie tak bardzo prawdopodobne…


***


- Powiedziałam mu, nareszcie mu powiedziałam!
Zerknęłam spod rzęs na rozchichotaną Agnes, a potem na Liz, która siedziała obok mnie z nosem utkwionym w swojej książce, ale na dźwięk wesołego głosu rudej podniosła lekko głowę ze zmarszczonymi brwiami.
- Co powiedziałaś i komu, Ag? – mruknęłam, pocierając powieki, by w końcu je od siebie odkleić, lecz nic to nie dało. Wczesne wstanie mogłam tylko naprawić popołudniową drzemką, ale najpierw musiałam napisać wypracowanie na historię magii.
Nawet słońce nic mi nie dawało, choć spędzałyśmy wtorkowe popołudnie na świeżym powietrzu, rozkoszując się pierwszymi wiosennymi dniami. Wypracowanie samo się nie napisze niestety.
- Powiedziałam Luke’owi, że jestem czarodziejką! – zawołała, podekscytowanie błyszczało w jej niebieskich oczach. Podniosłam szybko głowę, wpatrując się z otwartymi ustami w przyjaciółkę, tak samo jak Liz.
- I co…?
- Nie domyślacie się? – zaśmiała się radośnie, patrząc na nasze zdezorientowane miny. – Nie uciekł, nawet odrobinę się nie przeraził! Powiedział, że gorzej by było, gdybym była elficą lub wampirzycą, ale… Nadal jesteśmy razem!
- A nie mówiłam?! – wytknęłam jej, na co pokazała mi język, poczym pisnęła radośnie, rzucając się na miejsce na ławce pomiędzy mną, a Liz i obydwie nas do siebie przytuliła.
- Zaraz… to on o tym nie wiedział? – wykrztusiła Lizzie, gdy w końcu otrząsnęła się z szoku.
- Liz, ty mój ukochany ośle, teraz nie ma to już większego znaczenia, prawda? – Angie wyszczerzyła się do szatynki, a ona dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak nazwała ją rudowłosa.
- Ja ci dam osła! – wrzasnęła, waląc ją podręcznikiem po głowie, na co parsknęłam śmiechem. Agnes zupełnie zignorowała przyjaciółkę, wpatrując się z zamyślonym uśmiechem w niebo nad nami.
- Ty się nie ciesz, bo to przez ciebie teraz każdy mnie tak nazywa! – warknęła do mnie Lizzie, wymachując groźnie książką.
- Gdyby nie pasowało, to nikt by tego nie podchwycił. – Wzruszyłam ramionami.
- Zabawne. – Zmrużyła oczy i rzucając mi ostatnie spojrzenie, wróciła do przeglądania podręcznika od historii magii.
Wpatrzyłam się w las widniejący przed nami, myśląc o ostatnich trzech miesiącach, które tak szybko zaczęły płynąć po świętach i Sylwestrze. Był to szalony, ale i zarazem piękny czas, pomijając tę jedną noc i najgorszy z moich wszystkich koszmar. Po tej nocy, gdy Jenn zaginęła w lesie, a Matt poinformował mnie o tym, że znalazł martwego kota, na szczęście, nic się nie wydarzyło i list okazał się pustą pogróżką.
Również coraz bardziej zbliżaliśmy się do siebie z Mattem, razem spędzaliśmy niemal każdą wolną chwilę i można było powiedzieć, że byliśmy parą niemal idealną – nie mieliśmy sprzeczek ani innych spięć. Problem tkwił tylko w tym… a może w tym, że ja wciąż kochałam go tylko jak przyjaciela.
Westchnęłam, odgradzając swój umysł od tych myśli, ponieważ musiałam skupić się na pomyśle na wypracowanie, a myślenie o Matcie wcale w tym mi nie pomagało.
Podniosłam podręcznik z ławki i otworzyłam go na wcześniej zaznaczonej stronie, i prawie go upuściłam na widok szkarłatnej koperty.
Mimowolnie jęknęłam i sięgnęłam do dekoltu, by sprawdzić czy na pewno nie mam medalionu. Nie. Zostawiłam w szufladzie w pokoju.
- Jakiś list od cichego wielbiciela? – spytała Agnes, która zauważyła kopertę.
- Co, co? – Lizzie wychyliła się do przodu, patrząc w moją stronę i już sięgała do koperty, ale szybko ją zabrałam i wstałam z miejsca.
- Mama nie nauczyła, że nie rusza się cudzych rzeczy, Liz? – Pogroziłam jej palcem, tłumiąc w sobie zdenerwowanie. – Zaraz wracam – mruknęłam, odchodząc od nich parę metrów.
Powoli otworzyłam kopertę, zastanawiając się skąd nagle zjawiła się w moim podręczniku, jeśli pięć minut temu jej tam nie było. Wyciągnęłam z niej równie szkarłatną kartkę, zbyt dobrze znając charakter pisma. Z każdym kolejnym czytanym słowem moje serce biło raz szybciej, raz wolniej, a supeł wokół żołądka zaciskał się niemiłosiernie.

Idzie wiosna, a z nią kolejne przygody, Ogniku, mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałaś.
Pamiętasz tamten sen sprzed dwóch miesięcy?
Nie chciałabyś, by to stało się naprawdę, czyż nie?
A może jednak cię wypróbujemy, co o tym myślisz?
Jak bardzo pragnę z tobą porozmawiać, ale już niedługo, Ogniku, już niedługo.
Tymczasem dalszych sukcesów w związku życzę.
I pozdrów Lizzie!


***


- Cat, martwimy się o ciebie!
Wywróciłam oczami, ale zostałam spiorunowana wzrokiem przez swoją kuzynkę.
- Nie wywracaj oczami, bo to jest poważna sprawa! Chcemy wiedzieć, co to była za koperta i co w niej było?
- Ale to już chyba nie wasza sprawa, prawda? – Zmrużyłam oczy, wpatrując się w przyjaciółkę i swojego chłopaka.
Osaczyli mnie dzisiejszego popołudnia, kiedy wychodziłam z pokoju Matta, dwa dni po dostaniu tamtej groźby, koniecznie chcąc dowiedzieć się, co w niej było, że tak mnie zaniepokoiło. Jakbym mogła im powiedzieć…
- To jest nasza sprawa, bo wyglądałaś na przerażoną, Cat! Rozumiesz, co to słowo znaczy? Bo jeśli ktoś jest przerażony, to znaczy, że przeczytał coś STRASZNEGO! Czemu nie chcesz z nami o tym porozmawiać, co się z tobą dzieje?!
- Mogłabyś przestać mi matkować, Liz! Robisz to z Jenn, ale nade mną nie masz przewagi wiekowej ani intelektualnej, więc przestań udawać, że jestem niedojrzałą i głupią dziewczynką, której trzeba wciąż pilnować! – krzyknęłam, tracąc nagle panowanie nad swoimi emocjami.
Lizzie wyraźnie zabrakło słów, ponieważ wpatrywała się we mnie poruszając bezgłośnie ustami, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Zaciskałam pięści, trzymając kontrolę nad swoją mocą, która tańczyła w mojej klatce piersiowej, ale czułam dziwną pokusę, by choć trochę ją uwolnić, aby chociaż lekko mną zawładnęła.
Nawet o tym nie myśl – usłyszałam groźny głos Alice, ale go zignorowałam, wpatrując się w dwójkę przyjaciół przed sobą.
- Matt, powiedz coś! – Liz spojrzała na niego z wyrzutem, jakby ten nie wywiązywał się ze swojego zadania. Ach, a więc mieli plan jak wyciągnąć ze mnie prawdę? Interesujące.
Jasnowłosy wpatrywał się we mnie nieodgadnionym wzrokiem, zagryzając niepewnie wargi, zastanawiając się nad czymś, po czym rzekł cichym i spokojnym głosem, który zawsze – lecz, o dziwo, nie teraz – mnie koił:
- Cat, zastanów się…
- Tutaj nie ma nad czym się zastanawiać, Matt! – zaperzyłam się, nie dając mu dojść do słowa. On jeden potrafił wywołać we mnie poczucie winy z praktycznie żadnego powodu, dlatego nie chciałam słyszeć od niego ani słowa, nie chciałam się im tak łatwo udobruchać. – Po prostu chcecie mnie kontrolować, ale jestem dorosłą osobą i sama potrafię o siebie zadbać, czy to tak trudno zrozumieć, do cholery!?
Uspokój się! – skarciła mnie Ally, w jej głosie słyszalna była nagana, która jednak mnie obeszła.
Poczułam nieznaną sobie moc, która teraz kierowała mną, a ja nie miałam nic przeciwko temu. Może w końcu przekonam ich jakoś, by dali sobie spokój z pilnowaniem mnie na każdym kroku. I tak nie mogą dowiedzieć się o groźbie ani o tym, kim jestem, dlatego trzeba im to raz na zawsze wyperswadować.
- Nikt nie chce cię kontrolować, jedynie martwimy się o ciebie! – powiedziała tak samo głośno, jak ja, Lizzie, patrząc na mnie iskrzącymi się od złości oczami. – Od pół roku dziwnie się zachowujesz, mdlejesz, rzucasz ogniem, dostajesz dziwne listy, wymykasz się gdzieś nocami… uważasz, że to normalne? W dodatku wciąż twierdzisz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, kiedy sama wiesz, że nie jest! Innych możesz okłamywać, Cat, ale mnie nigdy – dodała cichszym tonem, wzrokiem przeszywając mnie na wskroś, a ja przez moment czułam niepewność, którą jednak zastąpił gniew.
- Więc mnie jeszcze śledzisz? Szkoda, że nie czytasz mojej korespondencji, mamo! – warknęłam. Teraz nawet Matt zrobił zaskoczoną miną, jakby nie spodziewał się po mnie takiego zachowania. Miłego show, kochanie.
Lizzie znowu zamarła, poczym przysunęła się bliżej Matta, szepcząc do niego, a ja wszystko usłyszałam, dzięki udoskonalonemu ostatnio słuchowi:
- Nie tak miało to pójść.
- Zatem mój chłopak i przyjaciółka spiskują przeciwko mnie, tak? – Splotłam ramiona na piersiach. – Nie no, tego po was bym się nie spodziewała.
Liz nagle zrobiła przerażoną minę, coś sobie uświadamiając.
- Nie, to nie tak jak myślisz…
- Doprawdy, Liz, myślałam, że akurat ty będziesz wiedziała, że ta wymówka jest przestarzała… - Uśmiechnęłam się drwiąco, gdy zbladła.
W tej chwili przestań, Cat, rozumiesz? Nie kontrolujesz się!
Ally, daj mi spokój.
- Cat, ty chyba nie myślisz… - zaczął Matt, ale i tym razem nie dałam mu skończyć.
- Co nie myślę? Że wy dwoje…? Nie, aż tak nisko nie upadłam, uwierz mi. – Zaśmiałam się sztucznie. Chłopak zrobił taki ruch, jakby chciał do mnie podejść, ale cofnęłam się szybko, ignorując zranienie widoczne w jego oczach.
- To o co ci chodzi, czemu taka jesteś?! – zawołała zrezygnowanym tonem Lizzie, niespodziewanie tracąc całą swoją złość i zdecydowanie. – Nie możemy po prostu…
- O to mi chodzi, droga kuzynko, że ty zawsze tak robisz! – mówiłam, nie zastanawiając się – nie mając kontroli – nad tym co wychodzi z moich ust. – Najpierw coś robisz, a potem myślisz, tak działa twój umysł, taka jest twoja natura! Ty nigdy nie pomyślisz nad swoimi czynami, nigdy, a potem masz pretensje do całego świata!
Lizzie wpatrywała się we mnie załzawionymi oczami, lecz zignorowałam jej ból, brnąc dalej w coś, z czego potem na pewno łatwo się nie wykaraskam.
- Czy ty kiedykolwiek pomyślałaś jak Ethan się czuje, kiedy ty cały czas flirtujesz z innymi? Czy choć przez moment o nim wtedy myślisz?
CAT!
- Domyślam się, że nie – dodałam, nie otrzymując odpowiedzi. – A Jenn? Sądzisz, że cieszy się z tego twojego całodobowego nadzoru? Ty byś chciała, by ciebie tak pilnowano, by wybierano ci chłopaków, aby zabraniano ci się bawić? Zakładam, że o tym też nie pomyślałaś.
- Przestań, Cat, co ty mówisz?! – Matt złapał mnie za ramię, wpatrując się we mnie z ledwo dostrzegalną złością w miodowych tęczówkach. – To twoja przyjaciółka, przestań ją krzywdzić! – zawołał, a ja drgnęłam słysząc jego ostatnie słowa.
„Przestań ją krzywdzić”.
Krzywdzę ją?
Spojrzałam na przyjaciółkę, na łzy cieknące po jej policzkach, na zranione spojrzenie i drgające wargi. Patrzyłam na jej bezsilność i ból… i wciąż chciałam jeszcze bardziej ją skrzywdzić.
Te uczucie trzymało się w moim sercu, nie chcąc odpuścić. Chciałam zadać jej ból… chciałam, by podzieliła moją krzywdzę tkwiącą od tak dawna w sercu, chciałam… chciałam by cierpiała.
- Miło jest wiedzieć, jak wiele krzywdy robisz ludziom, których kochasz? – Uśmiechnęłam się krzywo, wpatrując się w jej czekoladowe oczy. – Nie niszczy cię to uczucie od środka… przyjaciółko?
Cat…
- Jesteś żałosna – powiedziałam, a pogarda w moim głosie przeraziła nawet mnie. Przeniosłam spojrzenie na Matta, wciąż trzymającego mnie za ramię. Jemu nie potrafiłam powiedzieć złych słów, on był na to… po prostu nie mogłam.
- Obydwoje jesteście żałośni. – Wyrwałam ramię z jego uścisku w tej samej chwili, co wrzask nastąpił w mojej głowie.
NATYCHMIAST PRZESTAŃ!
Drgnęłam, instynktownie łapiąc się za głowę. Natychmiast moje serce uwolniło się od ciężaru negatywnych emocji, a umysł oczyścił się… i prawda uderzyła mi do głowy.
- Liz – szepnęłam, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała, ale już jej tam nie było.
- Lizzie – wymamrotałam, czując napływające łzy do oczu. Boże, co ja zrobiłam.
- Cat.
Podniosłam wzrok na Matta, choć unikałam kontaktu wzrokowego.
- Idź do niej, by nie zrobiła czegoś głupiego, przecież ją znasz – rzekłam.
- Poczekaj…
Pokręciłam tylko głową, odwracając się do niego plecami, a tam zobaczyłam Willa i Agnes. Niewidzialna gula stanęła w moim gardle.
Za jednym razem wszystkich załatwiłam… Jeśli był z nimi Ethan… na pewno pobiegł do Liz. To dobrze.
Agnes wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem, a Will bacznie mnie obserwował, jakby spodziewał się, że i na nich się rzucę.
Wyrwałam się do przodu, chcąc jak najszybciej zniknąć sprzed ich oczu. Moim celem była łazienka, bo czułam, że zaraz mogę zwymiotować.
Mijając Willa ten złapał mnie mocno za ramię.
- Zostaw mnie – powiedziałam, próbując mu się wyrwać, lecz jego uścisk był zbyt mocny.
- Cat, co to było… - szepnęła zatrwożona Agnes za moimi plecami, ale nie chciałam jej odpowiadać. Chciałam stąd odejść, bałam się, że znów mnie coś napadanie i powiem więcej słów, których będę żałować.
- Puść mnie, Will. – Spojrzałam mu na moment błagalnie w oczy, a on, widząc w nich coś, posłusznie mnie wypuścił, a ja puściłam się biegiem dwa piętra niżej, do pokoju, gdzie w swojej łazience wymiotowałam dobre pięć minut.
Wypłukałam usta i wymyłam twarz, poczym wyszłam z łazienki i stanęłam na środku pokoju, wpatrując się w szary obraz za oknem.
- Udało mi się – szepnęłam do siebie, uśmiechając się słabo.
Cat, mówiłam ci, że masz opanować swoją moc. Widzisz, co się przed chwilą stało, żywioł nad tobą zapanował!
- Ally, nie zamartwiaj się, bo udało mi się – powiedziałam głośno, w zamyśleniu wycierając jeszcze mokre policzki.
Co ci się udało?
- Sprawić, że zaczną mnie, każde powoli, nienawidzić… - mruknęłam, obserwując swoją dłoń, nad którą pojawił się mały płomyk ognia.
Miałaś ich tylko okłamać, nie ranić ich i siebie!
- Tak, ale im dalej są ode mnie, tym mniejsze są szanse na to, że kiedykolwiek przeze mnie ucierpią.
Cat, przestań gadać głupoty, nic im się nie stanie! Jeśli dostaniesz jakąś pogróżkę, masz o tym natychmiast powiadomić mnie lub Jacka, w ten sposób nikt nie zostanie skrzywdzony, dobrze o tym wiesz, bo Mercedes wam mówiła!
Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swój sen.
To był tylko koszmar, nie możesz opierać się na swoich obawach, które pokazują się w twoich snach!
- Ally… naprawdę ci dziękuję, że mnie pocieszasz, ale nie musisz tego robić… bo udało mi się.
Sądziłam, że będzie to trudniejsze. Dużo trudniejsze, a żywioł tylko mi pomógł. Kosztem przyjaźni…
…ochronię swoich przyjaciół, czy tego chcą, czy nie.
- Udało mi się – powtórzyłam, uśmiechając się do płomienia, następnie machnęłam szybko ręką, a strzała ognia walnęła w wazon z kwiatami stojący na parapecie. Wazon roztrzaskał się na milion kawałeczków, obsiewając podłogę kawałkami porcelany.
Padłam na kolana, ukrywając twarz w dłoniach, a szloch targnął moim całym ciałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz