wtorek, 6 listopada 2012

13


Dym unosił się przede mną kręgami i wstęgami, smagany wiatrem w różne strony, dopóki nie rozpłynął się zupełnie w powietrzu. Poniósł się za nim duszący zapach, a sam jego smak podrażnił moje gardło, zmuszając mnie do gwałtownego kaszlu. Łzy napłynęły mi do oczu, ale szybko potarłam powieki i ponownie zaciągnęłam się papierosem, ignorując chęć do wymiotowania.
Tak, czasami paliłam. A tak szczerze, to był dopiero mój trzeci raz w ciągu pięciu lat. Pierwszy raz zapaliłam mając czternaście lat – ot zwykły dziecięcy wybryk, Liz namówiła mnie byśmy zabrały jej mamie paczkę papierosów ze stołu kuchennego, a potem dzieliłyśmy się jednym papierosem, który zniszczył nam smak na resztę dnia. Zgodnie postanowiłyśmy, że papierosy nie są dla nas.
Drugi raz zdarzył się trzy lata temu, w noc, kiedy Connor zapadł w śpiączkę. Była to najgorsza noc mojego życia, a papieros choć trochę ukoił moje nerwy – właściwie to cała paczka papierosów, którą ukradłam ojcu parę lat wcześniej, dla zabawy.
Dziś także starałam się uspokoić, ale nawet papieros za papierosem nie zdołał mi pomóc. W żołądku mnie ściskało, serce kłuło mnie na samą myśl o mojej obecnej sytuacji, w dodatku tytoń obrzydzał mnie bardziej niż kiedykolwiek, lecz wciąż uparcie zapalałam kruchy patyczek i przytykałam go do ust, raz po raz krztusząc się głośno, aż łzy leciały mi po policzkach.
Nie były to tylko łzy od kaszlu. Od kilkunastu dni na sam widok przyjaciół coś stawało mi w gardle, a gdy mijałam ich bez słowa chciało mi się najzwyczajniej w świecie ryczeć. Czego jednak nie robiłam, bo wiedziałam, że załamka wcale by mi nie pomogła, a tylko pogorszyłaby mój marny stan. To wszystko było okropne.
Ja byłam okropna. Wciąż w głowie tłukły mi się słowa, którymi tak głęboko zraniłam Lizzie - moją podporę, moją przyjaciółkę i prawie siostrę odkąd pamiętałam. Zadałam cios osobie, na której najbardziej mi zależało – co mogło mnie boleć, ale w gruncie rzeczy (biorąc pod uwagę całą moją sytuację) był to dobry krok, za który codziennie mentalnie siebie kopałam. Teraz przynajmniej nie narażałam Liz i reszty na większe niebezpieczeństwo, niż trzeba. Jeśli ten ktoś, kto mnie obserwuje zauważy, że jestem ciągle sama to może odczepi się od nich.
Koszmar nadal nie dał o sobie zapomnieć, zdarzało się, że wciąż miewałam jego przebłyski, co utwierdzało mnie w przekonaniu o słuszności mojego czynu.
Jednakże tydzień po naszej kłótni – a raczej po moim zjechaniu Liz – moja kuzynka do mnie przyszła i przeprosiła. Myślałam wtedy, że padnę na miejscu, chciało mi się jednocześnie płakać i śmiać. Ona mnie przepraszała. Ale mogłam tego się po niej spodziewać. W końcu to była moja Lizzie, która to zawsze do mnie przychodziła z problemami i załamaniami, a po kłótniach pierwsza przepraszała. Tylko że tym razem ona kompletnie nie miała, za co przepraszać, jakim prawem ona przychodziła do mnie z tym zranionym i błagającym spojrzeniem, wypowiadając tak absurdalne słowa?
A ja kazałam jej zostawić siebie w spokoju i zamknęłam jej drzwi przed nosem. Nie mogłam bardziej siebie nienawidzić. Kilka dni później przekonałam się, że jednak mogę.
W drodze na lekcję transmutacji trafiłam na Willa, Matta oraz Agnes i chciałam ich ominąć, jak to robiłam od dwóch tygodni, lecz mi nie pozwolili. Chcieli dowiedzieć się co się stało, dlaczego z nimi nie rozmawiam i tym podobne. Nie odzywałam się słowem, a gdy Matt zaczął przemawiać do mnie tym swoim cholernie spokojnym i czułym głosem palnęłam kolejną głupotę, która wciąż kłuła mnie w serce, a samo wspomnienie tego bólu wypisanego na twarzy mojego chłopaka ciskało mi łzy do oczu. Ale dali mi spokój.
Nienawidziłam siebie z całego serca. Zaczęłam zastanawiać się czy nie zniknąć ze szkoły i zaszyć się w Krainie Przestrzeni, czekając na pieprzoną wojnę, przez którą tak niszczyłam swoich przyjaciół i siebie.
W pewnych chwilach po prostu chciałam się poddać i się z nimi pogodzić oraz wszystko im powiedzieć, jak radziła mi Alice, ale jeśli zaszłam już tak daleko, to nie mogłam tego tak łatwo odpuścić. Nie mogłam tak łatwo odpuścić ich życia.
Westchnęłam głęboko, zaciągając się raz jeszcze papierosem, gdy wtem usłyszałam za sobą cichy trzask. Prychnęłam do siebie, nie odwracając się do przybysza, który dotrzymywał mi tutaj towarzystwa od paru tygodni, pojawiając się zawsze o tej samej porze w postaci wilka.
Kiedy poczułam obok siebie ruch, zerknęłam w bok na czarnego wilka wpatrującego się we mnie z dezaprobatą. Zignorowałam go, wracając spojrzeniem do tafli jeziora przed sobą. Gdy trujący dym zawirował wokół mnie, wilk ostentacyjnie zaszczekał, co bardziej brzmiało jak kaszel.
- Jak ci się coś nie podoba, to możesz iść – burknęłam, kończąc papierosa, a ten po chwili zniknął spomiędzy moich palców, tląc się ogniem i zmieniając się w popiół. Sięgnęłam po paczkę papierosów leżącą obok mnie i wyciągnęłam kolejnego papierosa, podczas gdy wilk zmienił się w postać Maxa.
Zamierzając zapalić papierosa uniosłam palec, nad którym pojawił się mały płomyk, lecz w tej samej chwili brunet wyrwał mi z dłoni mój środek uspokajający, w jednej chwili gniotąc go w palcach.
Wywróciłam oczami, zaciskając palce w pięść, by ugasić ogień i wygięłam ramiona do tyłu, opierając się na nich.
- Wiesz, że mogę sobie wziąć następnego? – Spojrzałam na niego przelotnie, uciekając od jego badawczego wzroku.
- To i następnego zgniotę. – Kątem oka dostrzegłam jak wzruszył ramionami. – Pierwszy raz widzę, żebyś paliła.
- Rzadko to robię – mruknęłam.
- Wciąż macie ciche dni? – spytał, przybierając tę samą pozę, co ja, nadal wpatrując się w moją twarz, co mnie denerwowało.
Tym razem to ja wzruszyłam ramionami, nie chcąc o tym gadać. Max dotrzymywał mi tutaj towarzystwa od tamtego incydentu z Liz, zabawiał mnie i na chwilę zapominałam o tym, co czeka mnie w szkole. Wtajemniczał mnie również w sprawy Wybranych i pokazał kilka sztuczek swojego żywiołu. Mimo mojej początkowej niechęci do niego, miło spędzało mi się z nim czas, choć dalej zdarzały nam się małe zadry.
Zacisnęłam wargi, powstrzymując się od warknięcia na chłopaka, gdy ten w dalszym ciągu badawczo mnie obserwował.
- Papierosy są niezdrowe i niekobiece, na co ci to? Możesz mieć raka na starość...
Zazgrzytałam zębami – no chyba sobie żartuje.
- Nie praw mi morałów, bo jesteś tylko zapchlonym kundlem! – warknęłam, piorunując go wzrokiem i w tym samym momencie poczułam mocne ukłucie w głowie, które mnie natychmiast oczyściło – tak samo było, gdy opieprzałam Lizzie i nawrzeszczałam na Matta.
To Alice mnie uwalniała spod szponów mojego żywiołu.
Choćbym miała wezwać siły wyższe, to nauczysz się panowania nad mocą, obiecuję ci to – usłyszałam groźny głos Ally.
- Przepraszam – powiedziałam szybko, patrząc na niego przepraszająco. Max uśmiechnął się tylko pokrzepiająco, klepiąc mnie po ramieniu.
- Nie martw się, też tak miałem – odparł, patrząc jak przyciskam palce do obolałej skroni. – Jak żywioł próbował mnie opanować miałem niekontrolowane napady złości i chamstwa, ale Kapłan w porę mnie przywoływał do porządku. Tobie też to przejdzie, musisz tylko chcieć to opanować.
- Ale ja chcę... – zaperzyłam się, ale mi przerwał.
- Cat, ja chciałem i nauczyłem się tego w tydzień, ty masz z tym problemy od miesięcy, z tego z co wiem. – Uniósł brwi, czekając na moją ofensywę, lecz spuściłam tylko wzrok, bo w głębi duszy wiedziałam, że on ma rację. Często podobało mi się uczucie, które powodowała moja moc, oplatając swoimi mackami moje zmysły, ale to mogło wyrządzić dużo szkód, dlatego musiałam to opanować. Już rozumiałam Alice, kiedy mówiła mi, że przez żywioł straciła bliskie osoby.
- Przepraszam – powtórzyłam. – Dobrze, że chociaż ty to rozumiesz. – Westchnęłam cicho, pocierając skroń, bo wciąż mnie bolała głowa od tego gwałtownego wstrząsu.
Max objął mnie ramieniem, przyciskając do siebie, a ja przytuliłam się do niego lekko, z ulgą witając silne ciało, w które mogę się wtulać. Brakowało mi Matta, brakowało mi ich wszystkich, ale na szczęście nie byłam w tym sama – zawsze mogłam szukać pomocy w Kręgu.
Po kilku minutach ciszy Max szturchnął mnie drugą ręką w brzuch, uśmiechając się do mnie bursztynowymi oczami.
- Więc powiesz mi, dlaczego wróciłaś akurat dzisiaj do papierosów? Spędzam z tobą czas od miesiąca, ale dopiero dziś sięgnęłaś po tytoń, coś się stało?
- Nic takiego. Przypomniałam sobie o papierosach po prostu. Nie chcesz wierzyć, to nie. – Wytknęłam mu język, widząc jego niedowierzający wzrok. Wpatrywał się we mnie zamyślony, zagryzając język pomiędzy zębami, niczym małe dziecko, aż w końcu powiedział:
- Spotkałaś tego Erica, prawda?
Drgnęłam lekko, odsuwając się od niego i wpatrzyłam się w niego oniemiała. Skąd on wiedział o Ericu? Mówiłam mu o nim? Ale kiedy...?
- Znasz Erica? – Z ciekawością obserwowałam, jak na moment rozszerzyły mu się powieki, jakby uświadomił sobie swój błąd. Upewniłam się, że to nie ode mnie wiedział o Dallasie, w takim razie od kogo?
- To był on, prawda? – dopytywał.
- Nie zmieniaj tematu. – Zmrużyłam powieki, próbując uchwycić jego rozbiegany wzrok, ale on patrzył na wszystko, tylko nie na mnie. – Max! Już setny raz coś ci się wymyka, mógłbyś w końcu zdradzić mi jakiś sekret! – Uśmiechnęłam się złośliwie, gdy zagryzł nerwowo wargi.
- Nie mam żadnych sekretów.
- Więc skąd znasz Dallasa? Ja ci o nim na pewno nie wspominałam... – Przypatrywałam mu się podejrzliwie, lecz on zaśmiał się beztrosko, zbywając mnie machnięciem ręki.
- Kiedyś na pewno musiałaś, skąd niby miałbym o nim wiedzieć?
- Właśnie o to pytam, Max.
- Wiesz co, prześpij się, bo widać, że ledwo patrzysz na oczy – mruknął, klepiąc mnie po głowie, a drugą ręką zamknął mi powieki, przy okazji wkładając mi palec do oka.
- AŁA! Idioto, chcesz mnie oślepić?! – wrzasnęłam, przyciskając dłoń do oka, spod którego już wylewał się strumień łez. Słysząc głośny śmiech, otworzyłam jedno oko, wymierzając je morderczo w mojego napastnika.
- Ciebie to śmieszy? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, a on parsknął po raz kolejny śmiechem, zerkając na mnie, poczym odwrócił się do mnie plecami, trzęsąc się całym ciałem. – A mnie to boli!
- Oj, no dobrze, nie denerwuj się już – wykrztusił, zwracając się w moją stronę i przysunął się tak, że siedział ze mną twarz w twarz. – Chcesz, żeby przestało boleć?
- A jak myślisz?! – prychnęłam, wciąż patrząc na niego spod byka.
- Cicho – uciszył mnie i jeszcze bardziej się przybliżył, owiewając swoim ciepłym oddechem mój policzek. Mimowolnie drgnęłam, czując teraz lekką niepewność. Co on zamierzał?
- Tylko nie zamykaj oka – ostrzegł, unosząc się trochę i chuchnął lekko w moje zranione oko. Z całych sił starałam się nie zamknąć oka, przez co znów wymknęło mi się parę łez. Gdy ból natychmiast ustał spojrzałam zdziwiona na Maxa, który uśmiechnął się do mnie promiennie, ukazując całe uzębienie.
- Co ty zrobiłeś? – zapytałam zdumiona, a on znowu zachichotał, wiercąc się w miejscu, jakby miał za dużo energii w sobie.
- Kolejny sekret. – Puścił mi oko, zaśmiewając się z mojego zdziwienia.
- Kiedyś wyrwę z ciebie wszystkie te sekrety, zobaczysz – mruknęłam, zerkając na niego z ukosa, a on poklepał mnie po policzku, ocierając kciukiem pozostałe łzy, poczym zrobił autentycznie przestraszoną minę.
- Obawiam się, że może ci się to udać.
Teraz to ja się zaśmiałam, słysząc jego przerażony ton i przyłożyłam mu pięścią w ramię. Udał, że go to boli, następnie niemal siłą ułożył sobie moją głowę na swoich kolanach, gładząc po włosach.
- A teraz zdrzemnij się, bo w drodze do szkoły możesz zasnąć na stojąco.
Spojrzałam na jego roześmiane oczy z lekką rezerwą.
- Skąd takie przypuszczenie, że jestem śpiąca?
- Zaraz sama zobaczysz. – Wzruszył ramionami, błyskając uśmiechem. – Nie martw się, jesteś bezpieczna z bezczelnym i zboczonym wilkiem.
- Z bezczelnym i zboczonym kundlem. I nie śmiej się ze mnie! – Wbiłam mu w łokieć w brzuch, z satysfakcją zauważając, że zmniejszył mu się uśmiech.
- Tak, tak, a teraz lulamy. – Znowu zamknął mi siłą powieki, choć teraz oczy pozostały nieuszkodzone i zaczęłam się zastanawiać, czy wcześniej zrobił to specjalnie. Długo nie musiałam myśleć, bo faktycznie ogarnęło mnie zmęczenie i nawet nie wiedziałam, kiedy już spałam.


***


- Chyba się budzi.
- Cholera, to miało dłużej zadziałać!
- Spokojnie, i tak miałem ją znaleźć.
- No tak, ale...
Moment zajęło mi domyślenie się, gdzie ja jestem i kogo głosy słyszę obok siebie. Przypomniało mi się, że zasnęłam na kolanach Maxa, choć wcale śpiąca nie byłam. Teraz jednak nie odczuwałam już ciepła bijącego od jego ciała, a pod plecami było mi lekko chłodno, jakbym leżała na ziemi.
Poruszyłam głową, powoli uchylając powieki, a moim oczom ukazało się pomarańczowe niebo. Musiał zapadać zmrok, co oznaczało, że spędziłam pół dnia nad jeziorem, co było całkiem w moim stylu.
Zamrugałam parę razy, dostosowując wzrok do otoczenia i spojrzałam w bok, gdzie siedział Max, a obok niego stał... Will. To jakiś żart?
- Will? – spytałam zachrypniętym głosem, poczym chrząknęłam cicho, siadając. Patrzyłam na Maxa i Willa, niczego nie rozumiejąc, choć z tyłu głowy już prawie zapalała mi się żarówka.
- Szukaliśmy ciebie – powiedział zielonooki, wpatrując się we mnie uważnie.
- Szu... szukaliście? – wychrypiałam niepewnie, a on skinął głową.
- Agnes i Liz się martwiły, bo Lizzie mówiła, że zniknęłaś w połowie lekcji, a do tej pory się nie pojawiłaś... Następnym razem powiadom kogoś, zanim znikniesz na cały dzień. – W jego głosie pojawił się naganny ton, na co spuściłam wzrok, chcąc uniknąć kontaktu wzrokowego. Will nie był wyjątkiem od unikania i to, że akurat on musiał mnie znaleźć nie napawało mnie pozytywnymi myślami. Poza tym... wyglądało to tak, jakby znał się z Maxem. Czyżby moje przypuszczenia, które snułam od paru miesięcy, okazały się prawdą?
Spojrzałam pytająco na Maximilliana.
- Znacie się?
- Tak, w sumie to od dzieciństwa. Spotykamy się tu kilka razy w miesiącu, w lesie lub nad jeziorem. – Wzruszył ramionami, uśmiechając się niewyraźnie. Zmarszczyłam brwi, zerkając na Willa, na co westchnął ciężko.
- Tak, to ta dziewczyna – odparł na moje niezadane pytanie, wywracając oczami. Prawie się uśmiechnęłam, a Max niczego nie rozumiał.
- Jaka dziewczyna?
- Nieważne – mruknęłam, coraz bardziej uświadamiając sobie, co to wszystko znaczyło. Will mnie naprawdę okłamał. Przyjaźnił się z Maxem, więc musiał od dłuższego czasu wiedzieć o medalionie i o Wybranych. Nie było żadnej ciotki, a on bezczelnie skłamał mi prosto w oczy.
- Ciotka, tak? – prychnęłam, mierząc go morderczym wzrokiem, a ręka świerzbiła mnie od pragnienia walnięcia w niego strzałą ognia, tak dla nauczki.
- Jaka ciotka?
- Ciotka, tak – potwierdził Will, nie odwracając wzroku, a ja rzucałam mu wyzywające spojrzenia, aż w końcu nie wytrzymałam.
- Okłamałeś mnie! – krzyknęłam i zaczęłam wstawać, by mieć lepsze pole popisu, gdy Max przeczuwając moje zamiary rzucił się na mnie, przygważdżając mnie do ziemi.
- Złaź ze mnie, Max! – Próbowałam mu się wyszarpać, ale moje wysiłki na nic się nie zdawały, był za silny. Wydawało mi się, że próbuję pchnąć mur.
Warknęłam bezsilna, waląc go w ramię.
- Puść mnie!
- Cokolwiek chcesz zrobić, wiesz, że nic dobrego z tego nie wyjdzie – ostrzegł mnie cicho, chociaż Will ze swoim wampirzym słuchem mógł wszystko usłyszeć. Zresztą co z tego, jeśli on prawdopodobnie wszystko wiedział?
Will nic nie wie.
Skąd niby możesz to wiedzieć?
Wiem. Uspokój się, bo wiesz, czego użyję.
Westchnęłam w duchu, starając się opanować swoje wnętrzności, choć całą mnie nosiło.
- Puść mnie – powtórzyłam ciszej, niż wcześniej, patrząc zirytowanym wzrokiem na Maxa. Widząc w moich oczach zmianę, chłopak uśmiechnął się promiennie, co mnie zdezorientowało. – Z czego się cieszysz?
- Lubisz go. – Wyszczerzył się szerzej, ruszając porozumiewawczo brwiami.
- Przestań pieprzyć głupoty, psie! – parsknęłam, znowu go pchając w tors, a to dało oczekiwany przeze mnie efekt. Max pierwszy wstał i wyciągnął do mnie rękę, by mi pomóc. Zignorowałam ją, rzucając krytyczne spojrzenia jemu i Willowi, który miał nieodgadniony wyraz twarzy. Otrzepałam spodnie z trawy, a gdy Max schylił się po coś, zauważyłam że leżałam na jego bluzie. Miłe.
- To ja idę – powiedziałam, przeczesując palcami splątane włosy i uśmiechnęłam się szybko do Maxa, starając się ignorować osobnika stojącego obok niego.
- Pamiętaj tylko o naszym spotkaniu! – Miał na myśli kolejne spotkanie Wybranych, które miało się odbyć w niedzielny poranek, za dwa dni. Skinęłam głową i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w stronę szkoły żwawym krokiem, obawiając się, że zaraz będę musiała wracać po ciemku.
Nie mogło minąć więcej, niż dziesięć minut, kiedy dobiegł do mnie czarny wilk, który zaszczekał wesoło, gdy na niego spojrzałam.
- Wracaj do domu – mruknęłam, odwracając od niego wzrok i skrzyżowałam ramiona na piersiach, ostentacyjnie patrząc przed siebie.
Pies złapał mnie za nogawkę spodni, machając energicznie ogonem, więc, chcąc nie chcąc, zatrzymałam się w miejscu, patrząc na niego wilkiem.
- Czego?
Zawył przeciągle i znów złapał materiał spodni, próbując mnie obrócić. Spojrzałam przez ramię, chcąc wiedzieć, co przyciągnęło tak jego uwagę, a tam, w oddali, dojrzałam zbliżającą się powoli sylwetkę Willa.
- Co z tobą, Max? – Kiedy zaczął szarpać mnie do tyłu, pokręciłam przecząco głową, stanowczo się cofając. – Nie będę z nim szła, dobrze wiesz dlaczego. Przestań! – zawołałam, odpychając go nogą. Pies zaszczekał, podskakując radośnie i patrzył to na mnie to do tyłu, na Willa, jak się domyślałam.
- Ja mam chłopaka, Maxxie, nie zeswatasz mnie z nikim. – Zaśmiałam się na samą myśl, że Maxowi mogło coś takiego przyjść do głowy.
Zaskamlał, niczym prawdziwy pies, i spojrzał na mnie szczenięcym wzrokiem, od którego jednak miękło mi serce. Westchnęłam, przymykając na moment powieki.
- Daj mi spokój. – Wznowiłam drogę, widząc, że Will jest coraz bliżej. Modliłam się w duchu, że mnie nie dogoni, że zostanie w tyle, a ja nie będę musiała znosić tego okropnego poczucia winy.
Moje życzenia się spełniły, bo do końca drogi Will nie zbliżył się do mnie, pozostając w bezpiecznej odległości za mną, a Max zniknął bez śladu.


***


Ja już tak dłużej nie mogę – jęknęłam w myślach, zaciskając mocno zęby przed chęcią krzyku.
Nikt ci nie każe tak żyć.
Akurat tutaj się mylisz, Ally. To wy nakazaliście mi takie życie.
Kazaliśmy ci nie opowiadać wszystkim wokoło, kim jesteś, a nie odgradzać się od przyjaciół i zachowywać się jak zombie.
Prychnęłam na głos, odpychając panikę.
Do zombie mi daleko, czuję się raczej jak zjawa, która nie może zwracać na siebie uwagi.
Może ufundować ci nowe lustro?
Jeśli masz gdzieś tam pieniądze to od razu możesz odkupić moje stare życie.
Nie staraj się być zabawna, bo i tak ci to nie wychodzi. Bez nich nie jesteś sobą, Cat.
Dzięki za informację.
Weszłam ciężko po schodach wiodących do mojego piętra i prędko doszłam do swoich drzwi, w obawie, że w każdej chwili Liz może wyjść ze swojego pokoju na moje spotkanie. Nie raz mi tak robiła.
Nacisnęłam na klamkę ze zdziwieniem wyczuwając, że mojego pokoju nie chroniły żadne z moich czarów, które zawsze wyczuwałam przechodząc przez próg. Ostrożnie zajrzałam do pokoju i aż otworzyłam usta ze zdziwienia, widząc na łóżku Matta.
- Co ty tutaj robisz? – spytałam, ukrywając przerażenie, które mnie mimowolnie opanowało. Od miesiąca starałam się nie zostawać z Mattem w żadnej sytuacji sam na sam - tym samym niszcząc powoli nasz związek - w obawie że on jeden będzie w stanie wydusić ze mnie całą prawdę. I stało się nieuniknione.
- Skoro ty nie przyszłaś jeszcze do mnie, ja przyszedłem do ciebie – odparł cicho, obserwując ze swojego miejsca każdy mój najmniejszy ruch, co było do niego niepodobne. Przyglądając mi się, wydawał się szukać jakichś oznak, podpowiedzi na to co się ze mną tak nagle stało, jakby mowa mojego ciała mogłaby mu coś powiedzieć, jeśli nie chciałam patrzeć mu w oczy.
- Niepotrzebnie się kłopotałeś – mruknęłam, zamykając za sobą drzwi i ze spuszczonym wzrokiem poszłam do łazienki przemyć ręce.
Nie odzywał się, dopóki nie wyszłam z łazienki, a i wtedy uważnie mi się przyglądał, niemal jak Will dzień wcześniej.
- Czy jesteś już gotowa szczerze porozmawiać? – spytał, gdy przysiadłam na biurku, obserwując swoje tenisówki.
- Nie ma o czym rozmawiać. – Przypatrzyłam się z uwagą sufitowi, tak jakby były w nim odpowiedzi na wszystkie moje problemy.
Zaśmiał się cicho, a ja pragnęłam na niego spojrzeć, lecz upór nakazywał mi trzymanie obojętnej maski.
- Ta gadka nie przejdzie, Cat, przerabialiśmy już to.
- To prawda, nie gadka.
- Czemu taka jesteś? – westchnął ciężko, a gdy usłyszałam skrzypnięcie sprężyn, szybko na niego spojrzałam. Widząc moją reakcję zmarszczył lekko brwi i zanim zdołałam odwrócić wzrok spotkaliśmy się na moment spojrzeniami.
- Bez nerwów, nie będę do ciebie podchodził, jeśli nie chcesz – powiedział, wciąż marszcząc czoło w zmartwieniu. – Co się dzieje? Ktoś cię skrzywdził? Czy Dallas…
- Nie, to nie ma nic wspólnego z Dallasem. Z żadnym z was – rzekłam, uprzedzając jego bezgłośne pytanie.
- Proszę cię, Cat, porozmawiaj ze mną. Od miesiąca ledwo co cię widzę, nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozmowie. Skąd ta nagła zmiana?
- Po prostu daj temu spokój, Matt – jęknęłam do sufitu, zagryzając nerwowo dolną wargę.
- Jak? Po tym jak moja dziewczyna i przyjaciółka nagle przestaje się do mnie odzywać, unika mnie przez cały miesiąc, jak mam przejść do porządku dziennego? – mówił spokojnym głosem, choć wyczuwałam, że powoli traci cierpliwość. – Ty byś mogła?
- Gdybyś mi powiedział, dlaczego tak się zachowujesz… - Przełknęłam ślinę, wiedząc, co zaraz powie.
- No właśnie! Gdybyś ty mi powiedziała, dlaczego zmieniłaś swoje zachowanie, to może też bym zrozumiał. Ale ty z nikim o tym nie porozmawiałaś, po prostu nagle pokłóciłaś się z nami i zaczęłaś od nas uciekać. To według ciebie jest normalne, Cat?
- Ale nie mogę! – krzyknęłam, patrząc mu ze złością w oczy, a on zacisnął wargi, choć wyraźnie chciał coś powiedzieć.
Milczeliśmy parę minut, podczas gdy ja wpatrywałam się w okno, za którym świeciło mocno słońce w ten kwietniowy dzień, a Matt wciąż bacznie mnie obserwował.
W końcu zauważyłam kątem oka, jak położył się na moim łóżku na wznak, podkładając ramiona pod głowę i tym razem to on przypatrywał się sufitowi.
- Jeżeli coś ci grozi… Jeżeli czegoś się obawiasz lub ktoś chce cię skrzywdzić… wiesz, że możesz mi to zawsze powiedzieć, prawda? – Spojrzałam na niego, gryząc wnętrze policzka, by się nie rozpłakać. Tak bardzo chciałam do niego podejść i się przytulić, słysząc ten jego bezradny głos. – Cokolwiek ci się dzieje, zawsze ci pomogę. Wiesz o tym, prawda?
Podparł się na łokciach, patrząc mi w oczy. Tylko kilka sekund wytrzymałam te spojrzenie pełne miłości, zanim odwróciłam głowę w bok, mrugając szybko powiekami.
- Wszyscy ci pomogą.
- Wiem – szepnęłam i chrząknęłam, oczyszczając gardło.
- Chciałbym, żeby tak było – powiedział smutno, a ja uśmiechnęłam się krzywo. Pewnie że wiedziałam, aż za bardzo, dlatego właśnie nic im nie mówiłam.
Po chwili znowu usłyszałam jego głos, teraz stłumiony, bo zakrył ramieniem twarz.
- Pamiętasz, jak pytałaś mnie dlaczego tak nagle zacząłem „balować”?
Potaknęłam głową, chociaż wiedziałam, że tego nie zobaczy, ale on najwyraźniej nie oczekiwał mojej odpowiedzi.
- Przez ostatni rok alkohol bardzo mi pomagał. Wiem, że zabrzmi to absurdalnie, ale to prawda. Gdy mama umarła… był dla mnie ukojeniem – nie na tyle, bym się uzależnił, ale pomagał. Potem zakochałem się w tobie, zaczęliśmy ze sobą chodzić i problemy zaczęły się na nowo.
Zerknęłam na niego zaciekawiona, ale równocześnie czułam, że następne co powie będzie nieprzyjemne dla moich uszu.
- Piłem… piję, bo alkohol przynosi mi czysty sen, nie mam wtedy koszmarów, że znajduję cię martwą, tak jak moją matkę…
Zaschło mi w gardle, a przed oczami natychmiast pojawił mi się koszmar sprzed paru miesięcy, kiedy to widziałam martwe ciało Liz. Było to przerażające i bolało mnie za każdym razem, gdy to sobie przypominałam. I okazuje się, że Matt ma takie same koszmary, tylko że on już coś podobnego przeżył. Nigdy nie pozwolę mu zobaczyć swojego martwego ciała, nie narażę go na więcej bólu, dlatego właśnie musiałam się od nich odseparować… Ale jeśli właśnie moje milczenie potęguje jego strach? Jeśli on myśli, że coś mi grozi, że jestem krzywdzona? Boże…
- Matt… - wyszeptałam, a głos uwiązł mi w krtani, nie mogłam nic więcej z siebie wydobyć, więc po prostu zeszłam z biurka i na palcach podeszłam do łóżka, siadając obok chłopaka.
Z wahaniem dotknęłam jego ramienia, powoli je głaszcząc, aż w końcu przytuliłam się do niego mocno, chcąc dodać mu i sobie otuchy.
- Mówiłam ci to już – nie umrę. Nie zostawię cię, przysięgam. – Pocałowałam go w ramię, jeszcze mocniej przytulając się do niego. Tak bardzo mi go brakowało przez ten miesiąc, było to nie do opisania.
- Właśnie to robisz. Oddalasz się, a ja jestem bezradny, bo nie wiem czemu tak się dzieje, nie mogę temu zaradzić – powiedział, oplatając mnie ramieniem i spojrzał na mnie załzawionymi oczami. Nienawidziłam tego widoku, a jeszcze bardziej faktu, że to ja wywoływałam u niego ten ból.
Zacisnęłam zęby, szybko kalkując wszystko w głowie i przemyślając wszystko od nowa, pod wpływem tej chwili i w jednym momencie podjęłam decyzję.
Podniosłam się, łapiąc Matthewa za rękę i pociągnęłam go za sobą.
- Chodź.
- O co chodzi? – Spojrzał na mnie zdezorientowany, zdziwiony tą niespodziewaną zmianą w moim zachowaniu, ale trybiki w mojej głowie chodziły za szybko, nie mogłam już się wycofać.
Wyciągnęłam go z pokoju i podeszłam do drzwi obok, do tych drzwi, których obawiałam się przez ostatnie tygodnie. Westchnęłam cicho, czując nagły ścisk w brzuchu, a nerwy zaczęły mnie zżerać, lecz gdy Matt ścisnął pokrzepiająco moją dłoń, zagryzłam wargę i zapukałam parę razy do mahoniowych drzwi.
Gdy drzwi się otworzyły zobaczyłam uśmiechniętą Lizzie, jednak kiedy jej wzrok spotkał się z moim, wyraźnie zmarkotniała, uśmiech zszedł z jej twarzy, a w jej oczach pojawiła się niepewność i obawa.
Przeklęłam się w duchu za to, że doprowadziłam do tego, by własna przyjaciółka tak na mnie patrzyła.
- Możemy porozmawiać? – spytałam cicho, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Patrząc w głąb pokoju dostrzegłam Ethana, który stał pod oknem, wpatrując się we mnie z przekrzywioną lekko głową. Odwróciłam szybko od niego wzrok, patrząc na Liz, która uśmiechała się słabo.
- Pewnie – szepnęła, odsuwając się od drzwi. Przez ramię rzuciłam krzywy uśmiech Mattowi, ciągnąc go do pokoju.
To była decyzja, którą podjęłam w dziesięć sekund po tym, gdy jasnowłosy wyjawił mi powód swoich imprez. Gdy wyjawił mi swoje obawy, których ja byłam podstawą i wciąż je potęgowałam. Musiałam im wszystko wyjaśnić, by bez powodu się nie bali, by nie spekulowali najgorszego.
Musiałam im powiedzieć, że jestem Wybranką Ognia i… powiedziałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz