Dym unosił się przede mną kręgami i wstęgami, smagany wiatrem w różne
strony, dopóki nie rozpłynął się zupełnie w powietrzu. Poniósł się za nim
duszący zapach, a sam jego smak podrażnił moje gardło, zmuszając mnie do
gwałtownego kaszlu. Łzy napłynęły mi do oczu, ale szybko potarłam powieki i
ponownie zaciągnęłam się papierosem, ignorując chęć do wymiotowania.
Tak, czasami paliłam. A tak szczerze, to był dopiero mój trzeci raz w
ciągu pięciu lat. Pierwszy raz zapaliłam mając czternaście lat – ot zwykły
dziecięcy wybryk, Liz namówiła mnie byśmy zabrały jej mamie paczkę papierosów
ze stołu kuchennego, a potem dzieliłyśmy się jednym papierosem, który zniszczył
nam smak na resztę dnia. Zgodnie postanowiłyśmy, że papierosy nie są dla nas.
Drugi raz zdarzył się trzy lata temu, w noc, kiedy Connor zapadł w
śpiączkę. Była to najgorsza noc mojego życia, a papieros choć trochę ukoił moje
nerwy – właściwie to cała paczka papierosów, którą ukradłam ojcu parę lat
wcześniej, dla zabawy.
Dziś także starałam się uspokoić, ale nawet papieros za papierosem nie
zdołał mi pomóc. W żołądku mnie ściskało, serce kłuło mnie na samą myśl o mojej
obecnej sytuacji, w dodatku tytoń obrzydzał mnie bardziej niż kiedykolwiek,
lecz wciąż uparcie zapalałam kruchy patyczek i przytykałam go do ust, raz po
raz krztusząc się głośno, aż łzy leciały mi po policzkach.
Nie były to tylko łzy od kaszlu. Od kilkunastu dni na sam widok
przyjaciół coś stawało mi w gardle, a gdy mijałam ich bez słowa chciało mi się
najzwyczajniej w świecie ryczeć. Czego jednak nie robiłam, bo wiedziałam, że
załamka wcale by mi nie pomogła, a tylko pogorszyłaby mój marny stan. To
wszystko było okropne.
Ja byłam okropna. Wciąż w
głowie tłukły mi się słowa, którymi tak głęboko zraniłam Lizzie - moją podporę,
moją przyjaciółkę i prawie siostrę odkąd pamiętałam. Zadałam cios osobie, na
której najbardziej mi zależało – co mogło mnie boleć, ale w gruncie rzeczy
(biorąc pod uwagę całą moją sytuację) był to dobry krok, za który codziennie
mentalnie siebie kopałam. Teraz przynajmniej nie narażałam Liz i reszty na
większe niebezpieczeństwo, niż trzeba. Jeśli ten ktoś, kto mnie obserwuje
zauważy, że jestem ciągle sama to może odczepi się od nich.
Koszmar nadal nie dał o sobie zapomnieć, zdarzało się, że wciąż
miewałam jego przebłyski, co utwierdzało mnie w przekonaniu o słuszności mojego
czynu.
Jednakże tydzień po naszej kłótni – a raczej po moim zjechaniu Liz –
moja kuzynka do mnie przyszła i przeprosiła. Myślałam wtedy, że padnę na
miejscu, chciało mi się jednocześnie płakać i śmiać. Ona mnie przepraszała.
Ale mogłam tego się po niej spodziewać. W końcu to była moja Lizzie, która to
zawsze do mnie przychodziła z problemami i załamaniami, a po kłótniach pierwsza
przepraszała. Tylko że tym razem ona kompletnie nie miała, za co przepraszać,
jakim prawem ona przychodziła do mnie z tym zranionym i błagającym spojrzeniem,
wypowiadając tak absurdalne słowa?
A ja kazałam jej zostawić siebie w spokoju i zamknęłam jej drzwi przed
nosem. Nie mogłam bardziej siebie nienawidzić. Kilka dni później przekonałam
się, że jednak mogę.
W drodze na lekcję transmutacji trafiłam na Willa, Matta oraz Agnes i
chciałam ich ominąć, jak to robiłam od dwóch tygodni, lecz mi nie pozwolili.
Chcieli dowiedzieć się co się stało, dlaczego z nimi nie rozmawiam i tym
podobne. Nie odzywałam się słowem, a gdy Matt zaczął przemawiać do mnie tym
swoim cholernie spokojnym i czułym głosem palnęłam kolejną głupotę, która wciąż
kłuła mnie w serce, a samo wspomnienie tego bólu wypisanego na twarzy mojego
chłopaka ciskało mi łzy do oczu. Ale dali mi spokój.
Nienawidziłam siebie z całego serca. Zaczęłam zastanawiać się czy nie
zniknąć ze szkoły i zaszyć się w Krainie Przestrzeni, czekając na pieprzoną
wojnę, przez którą tak niszczyłam swoich przyjaciół i siebie.
W pewnych chwilach po prostu chciałam się poddać i się z nimi pogodzić
oraz wszystko im powiedzieć, jak radziła mi Alice, ale jeśli zaszłam już tak
daleko, to nie mogłam tego tak łatwo odpuścić. Nie mogłam tak łatwo odpuścić
ich życia.
Westchnęłam głęboko, zaciągając się raz jeszcze papierosem, gdy wtem
usłyszałam za sobą cichy trzask. Prychnęłam do siebie, nie odwracając się do
przybysza, który dotrzymywał mi tutaj towarzystwa od paru tygodni, pojawiając
się zawsze o tej samej porze w postaci wilka.
Kiedy poczułam obok siebie ruch, zerknęłam w bok na czarnego wilka
wpatrującego się we mnie z dezaprobatą. Zignorowałam go, wracając spojrzeniem
do tafli jeziora przed sobą. Gdy trujący dym zawirował wokół mnie, wilk
ostentacyjnie zaszczekał, co bardziej brzmiało jak kaszel.
- Jak ci się coś nie podoba, to możesz iść – burknęłam, kończąc
papierosa, a ten po chwili zniknął spomiędzy moich palców, tląc się ogniem i
zmieniając się w popiół. Sięgnęłam po paczkę papierosów leżącą obok mnie i
wyciągnęłam kolejnego papierosa, podczas gdy wilk zmienił się w postać Maxa.
Zamierzając zapalić papierosa uniosłam palec, nad którym pojawił się
mały płomyk, lecz w tej samej chwili brunet wyrwał mi z dłoni mój środek uspokajający,
w jednej chwili gniotąc go w palcach.
Wywróciłam oczami, zaciskając palce w pięść, by ugasić ogień i wygięłam
ramiona do tyłu, opierając się na nich.
- Wiesz, że mogę sobie wziąć następnego? – Spojrzałam na niego
przelotnie, uciekając od jego badawczego wzroku.
- To i następnego zgniotę. – Kątem oka dostrzegłam jak wzruszył
ramionami. – Pierwszy raz widzę, żebyś paliła.
- Rzadko to robię – mruknęłam.
- Wciąż macie ciche dni? – spytał, przybierając tę samą pozę, co ja,
nadal wpatrując się w moją twarz, co mnie denerwowało.
Tym razem to ja wzruszyłam ramionami, nie chcąc o tym gadać. Max dotrzymywał
mi tutaj towarzystwa od tamtego incydentu z Liz, zabawiał mnie i na chwilę
zapominałam o tym, co czeka mnie w szkole. Wtajemniczał mnie również w sprawy
Wybranych i pokazał kilka sztuczek swojego żywiołu. Mimo mojej początkowej
niechęci do niego, miło spędzało mi się z nim czas, choć dalej zdarzały nam się
małe zadry.
Zacisnęłam wargi, powstrzymując się od warknięcia na chłopaka, gdy ten
w dalszym ciągu badawczo mnie obserwował.
- Papierosy są niezdrowe i niekobiece, na co ci to? Możesz mieć raka na
starość...
Zazgrzytałam zębami – no chyba sobie żartuje.
- Nie praw mi morałów, bo jesteś tylko zapchlonym kundlem! – warknęłam,
piorunując go wzrokiem i w tym samym momencie poczułam mocne ukłucie w głowie,
które mnie natychmiast oczyściło – tak samo było, gdy opieprzałam Lizzie i
nawrzeszczałam na Matta.
To Alice mnie uwalniała spod szponów mojego żywiołu.
Choćbym miała wezwać
siły wyższe, to nauczysz się panowania nad mocą, obiecuję ci to – usłyszałam groźny głos
Ally.
- Przepraszam – powiedziałam szybko, patrząc na niego przepraszająco.
Max uśmiechnął się tylko pokrzepiająco, klepiąc mnie po ramieniu.
- Nie martw się, też tak miałem – odparł, patrząc jak przyciskam palce
do obolałej skroni. – Jak żywioł próbował mnie opanować miałem niekontrolowane
napady złości i chamstwa, ale Kapłan w porę mnie przywoływał do porządku. Tobie
też to przejdzie, musisz tylko chcieć to opanować.
- Ale ja chcę... – zaperzyłam się, ale mi przerwał.
- Cat, ja chciałem i nauczyłem się tego w tydzień, ty masz z tym
problemy od miesięcy, z tego z co wiem. – Uniósł brwi, czekając na moją
ofensywę, lecz spuściłam tylko wzrok, bo w głębi duszy wiedziałam, że on ma
rację. Często podobało mi się uczucie, które powodowała moja moc, oplatając swoimi
mackami moje zmysły, ale to mogło wyrządzić dużo szkód, dlatego musiałam to
opanować. Już rozumiałam Alice, kiedy mówiła mi, że przez żywioł straciła
bliskie osoby.
- Przepraszam – powtórzyłam. – Dobrze, że chociaż ty to rozumiesz. –
Westchnęłam cicho, pocierając skroń, bo wciąż mnie bolała głowa od tego
gwałtownego wstrząsu.
Max objął mnie ramieniem, przyciskając do siebie, a ja przytuliłam się
do niego lekko, z ulgą witając silne ciało, w które mogę się wtulać. Brakowało
mi Matta, brakowało mi ich wszystkich, ale na szczęście nie byłam w tym sama –
zawsze mogłam szukać pomocy w Kręgu.
Po kilku minutach ciszy Max szturchnął mnie drugą ręką w brzuch,
uśmiechając się do mnie bursztynowymi oczami.
- Więc powiesz mi, dlaczego wróciłaś akurat dzisiaj do papierosów?
Spędzam z tobą czas od miesiąca, ale dopiero dziś sięgnęłaś po tytoń, coś się
stało?
- Nic takiego. Przypomniałam sobie o papierosach po prostu. Nie chcesz
wierzyć, to nie. – Wytknęłam mu język, widząc jego niedowierzający wzrok.
Wpatrywał się we mnie zamyślony, zagryzając język pomiędzy zębami, niczym małe
dziecko, aż w końcu powiedział:
- Spotkałaś tego Erica, prawda?
Drgnęłam lekko, odsuwając się od niego i wpatrzyłam się w niego
oniemiała. Skąd on wiedział o Ericu? Mówiłam mu o nim? Ale kiedy...?
- Znasz Erica? – Z ciekawością obserwowałam, jak na moment rozszerzyły
mu się powieki, jakby uświadomił sobie swój błąd. Upewniłam się, że to nie ode
mnie wiedział o Dallasie, w takim razie od kogo?
- To był on, prawda? – dopytywał.
- Nie zmieniaj tematu. – Zmrużyłam powieki, próbując uchwycić jego
rozbiegany wzrok, ale on patrzył na wszystko, tylko nie na mnie. – Max! Już
setny raz coś ci się wymyka, mógłbyś w końcu zdradzić mi jakiś sekret! –
Uśmiechnęłam się złośliwie, gdy zagryzł nerwowo wargi.
- Nie mam żadnych sekretów.
- Więc skąd znasz Dallasa? Ja ci o nim na pewno nie wspominałam... –
Przypatrywałam mu się podejrzliwie, lecz on zaśmiał się beztrosko, zbywając
mnie machnięciem ręki.
- Kiedyś na pewno musiałaś, skąd niby miałbym o nim wiedzieć?
- Właśnie o to pytam, Max.
- Wiesz co, prześpij się, bo widać, że ledwo patrzysz na oczy –
mruknął, klepiąc mnie po głowie, a drugą ręką zamknął mi powieki, przy okazji
wkładając mi palec do oka.
- AŁA! Idioto, chcesz mnie oślepić?! – wrzasnęłam, przyciskając dłoń do
oka, spod którego już wylewał się strumień łez. Słysząc głośny śmiech,
otworzyłam jedno oko, wymierzając je morderczo w mojego napastnika.
- Ciebie to śmieszy? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, a on parsknął
po raz kolejny śmiechem, zerkając na mnie, poczym odwrócił się do mnie plecami,
trzęsąc się całym ciałem. – A mnie to boli!
- Oj, no dobrze, nie denerwuj się już – wykrztusił, zwracając się w
moją stronę i przysunął się tak, że siedział ze mną twarz w twarz. – Chcesz,
żeby przestało boleć?
- A jak myślisz?! – prychnęłam, wciąż patrząc na niego spod byka.
- Cicho – uciszył mnie i jeszcze bardziej się przybliżył, owiewając
swoim ciepłym oddechem mój policzek. Mimowolnie drgnęłam, czując teraz lekką
niepewność. Co on zamierzał?
- Tylko nie zamykaj oka – ostrzegł, unosząc się trochę i chuchnął lekko
w moje zranione oko. Z całych sił starałam się nie zamknąć oka, przez co znów
wymknęło mi się parę łez. Gdy ból natychmiast ustał spojrzałam zdziwiona na
Maxa, który uśmiechnął się do mnie promiennie, ukazując całe uzębienie.
- Co ty zrobiłeś? – zapytałam zdumiona, a on znowu zachichotał, wiercąc
się w miejscu, jakby miał za dużo energii w sobie.
- Kolejny sekret. – Puścił mi oko, zaśmiewając się z mojego zdziwienia.
- Kiedyś wyrwę z ciebie wszystkie te sekrety, zobaczysz – mruknęłam,
zerkając na niego z ukosa, a on poklepał mnie po policzku, ocierając kciukiem
pozostałe łzy, poczym zrobił autentycznie przestraszoną minę.
- Obawiam się, że może ci się to udać.
Teraz to ja się zaśmiałam, słysząc jego przerażony ton i przyłożyłam mu
pięścią w ramię. Udał, że go to boli, następnie niemal siłą ułożył sobie moją
głowę na swoich kolanach, gładząc po włosach.
- A teraz zdrzemnij się, bo w drodze do szkoły możesz zasnąć na
stojąco.
Spojrzałam na jego roześmiane oczy z lekką rezerwą.
- Skąd takie przypuszczenie, że jestem śpiąca?
- Zaraz sama zobaczysz. – Wzruszył ramionami, błyskając uśmiechem. –
Nie martw się, jesteś bezpieczna z bezczelnym i zboczonym wilkiem.
- Z bezczelnym i zboczonym kundlem.
I nie śmiej się ze mnie! – Wbiłam mu w łokieć w brzuch, z satysfakcją
zauważając, że zmniejszył mu się uśmiech.
- Tak, tak, a teraz lulamy. – Znowu zamknął mi siłą powieki, choć teraz
oczy pozostały nieuszkodzone i zaczęłam się zastanawiać, czy wcześniej zrobił
to specjalnie. Długo nie musiałam myśleć, bo faktycznie ogarnęło mnie zmęczenie
i nawet nie wiedziałam, kiedy już spałam.
***
- Chyba się
budzi.
- Cholera,
to miało dłużej zadziałać!
-
Spokojnie, i tak miałem ją znaleźć.
- No tak,
ale...
Moment zajęło mi domyślenie się, gdzie ja jestem i kogo głosy słyszę
obok siebie. Przypomniało mi się, że zasnęłam na kolanach Maxa, choć wcale
śpiąca nie byłam. Teraz jednak nie odczuwałam już ciepła bijącego od jego
ciała, a pod plecami było mi lekko chłodno, jakbym leżała na ziemi.
Poruszyłam głową, powoli uchylając powieki, a moim oczom ukazało się
pomarańczowe niebo. Musiał zapadać zmrok, co oznaczało, że spędziłam pół dnia
nad jeziorem, co było całkiem w moim stylu.
Zamrugałam parę razy, dostosowując wzrok do otoczenia i spojrzałam w
bok, gdzie siedział Max, a obok niego stał... Will. To jakiś żart?
- Will? – spytałam zachrypniętym głosem, poczym chrząknęłam cicho,
siadając. Patrzyłam na Maxa i Willa, niczego nie rozumiejąc, choć z tyłu głowy
już prawie zapalała mi się żarówka.
- Szukaliśmy ciebie – powiedział zielonooki, wpatrując się we mnie
uważnie.
- Szu... szukaliście? – wychrypiałam niepewnie, a on skinął głową.
- Agnes i Liz się martwiły, bo Lizzie mówiła, że zniknęłaś w połowie
lekcji, a do tej pory się nie pojawiłaś... Następnym razem powiadom kogoś,
zanim znikniesz na cały dzień. – W jego głosie pojawił się naganny ton, na co
spuściłam wzrok, chcąc uniknąć kontaktu wzrokowego. Will nie był wyjątkiem od
unikania i to, że akurat on musiał mnie znaleźć nie napawało mnie pozytywnymi
myślami. Poza tym... wyglądało to tak, jakby znał się z Maxem. Czyżby moje
przypuszczenia, które snułam od paru miesięcy, okazały się prawdą?
Spojrzałam pytająco na Maximilliana.
- Znacie się?
- Tak, w sumie to od dzieciństwa. Spotykamy się tu kilka razy w
miesiącu, w lesie lub nad jeziorem. – Wzruszył ramionami, uśmiechając się
niewyraźnie. Zmarszczyłam brwi, zerkając na Willa, na co westchnął ciężko.
- Tak, to ta dziewczyna –
odparł na moje niezadane pytanie, wywracając oczami. Prawie się uśmiechnęłam, a
Max niczego nie rozumiał.
- Jaka dziewczyna?
- Nieważne – mruknęłam, coraz bardziej uświadamiając sobie, co to
wszystko znaczyło. Will mnie naprawdę okłamał. Przyjaźnił się z Maxem, więc
musiał od dłuższego czasu wiedzieć o medalionie i o Wybranych. Nie było żadnej
ciotki, a on bezczelnie skłamał mi prosto w oczy.
- Ciotka, tak? – prychnęłam, mierząc go morderczym wzrokiem, a ręka
świerzbiła mnie od pragnienia walnięcia w niego strzałą ognia, tak dla nauczki.
- Jaka ciotka?
- Ciotka, tak – potwierdził Will, nie odwracając wzroku, a ja rzucałam
mu wyzywające spojrzenia, aż w końcu nie wytrzymałam.
- Okłamałeś mnie! – krzyknęłam i zaczęłam wstawać, by mieć lepsze pole
popisu, gdy Max przeczuwając moje zamiary rzucił się na mnie, przygważdżając
mnie do ziemi.
- Złaź ze mnie, Max! – Próbowałam mu się wyszarpać, ale moje wysiłki na
nic się nie zdawały, był za silny. Wydawało mi się, że próbuję pchnąć mur.
Warknęłam bezsilna, waląc go w ramię.
- Puść mnie!
- Cokolwiek chcesz zrobić, wiesz, że nic dobrego z tego nie wyjdzie –
ostrzegł mnie cicho, chociaż Will ze swoim wampirzym słuchem mógł wszystko
usłyszeć. Zresztą co z tego, jeśli on prawdopodobnie wszystko wiedział?
Will nic nie wie.
Skąd niby możesz to wiedzieć?
Wiem. Uspokój się, bo wiesz, czego użyję.
Westchnęłam w duchu, starając się opanować swoje wnętrzności, choć całą
mnie nosiło.
- Puść mnie – powtórzyłam ciszej, niż wcześniej, patrząc zirytowanym
wzrokiem na Maxa. Widząc w moich oczach zmianę, chłopak uśmiechnął się
promiennie, co mnie zdezorientowało. – Z czego się cieszysz?
- Lubisz go. – Wyszczerzył się szerzej, ruszając porozumiewawczo
brwiami.
- Przestań pieprzyć głupoty, psie! – parsknęłam, znowu go pchając w
tors, a to dało oczekiwany przeze mnie efekt. Max pierwszy wstał i wyciągnął do
mnie rękę, by mi pomóc. Zignorowałam ją, rzucając krytyczne spojrzenia jemu i
Willowi, który miał nieodgadniony wyraz twarzy. Otrzepałam spodnie z trawy, a
gdy Max schylił się po coś, zauważyłam że leżałam na jego bluzie. Miłe.
- To ja idę – powiedziałam, przeczesując palcami splątane włosy i
uśmiechnęłam się szybko do Maxa, starając się ignorować osobnika stojącego obok
niego.
- Pamiętaj tylko o naszym spotkaniu! – Miał na myśli kolejne spotkanie
Wybranych, które miało się odbyć w niedzielny poranek, za dwa dni. Skinęłam
głową i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w stronę szkoły żwawym krokiem,
obawiając się, że zaraz będę musiała wracać po ciemku.
Nie mogło minąć więcej, niż dziesięć minut, kiedy dobiegł do mnie
czarny wilk, który zaszczekał wesoło, gdy na niego spojrzałam.
- Wracaj do domu – mruknęłam, odwracając od niego wzrok i skrzyżowałam
ramiona na piersiach, ostentacyjnie patrząc przed siebie.
Pies złapał mnie za nogawkę spodni, machając energicznie ogonem, więc,
chcąc nie chcąc, zatrzymałam się w miejscu, patrząc na niego wilkiem.
- Czego?
Zawył przeciągle i znów złapał materiał spodni, próbując mnie obrócić.
Spojrzałam przez ramię, chcąc wiedzieć, co przyciągnęło tak jego uwagę, a tam,
w oddali, dojrzałam zbliżającą się powoli sylwetkę Willa.
- Co z tobą, Max? – Kiedy zaczął szarpać mnie do tyłu, pokręciłam
przecząco głową, stanowczo się cofając. – Nie będę z nim szła, dobrze wiesz
dlaczego. Przestań! – zawołałam, odpychając go nogą. Pies zaszczekał,
podskakując radośnie i patrzył to na mnie to do tyłu, na Willa, jak się
domyślałam.
- Ja mam chłopaka, Maxxie, nie zeswatasz mnie z nikim. – Zaśmiałam się
na samą myśl, że Maxowi mogło coś takiego przyjść do głowy.
Zaskamlał, niczym prawdziwy pies, i spojrzał na mnie szczenięcym
wzrokiem, od którego jednak miękło mi serce. Westchnęłam, przymykając na moment
powieki.
- Daj mi spokój. – Wznowiłam drogę, widząc, że Will jest coraz bliżej.
Modliłam się w duchu, że mnie nie dogoni, że zostanie w tyle, a ja nie będę
musiała znosić tego okropnego poczucia winy.
Moje życzenia się spełniły, bo do końca drogi Will nie zbliżył się do
mnie, pozostając w bezpiecznej odległości za mną, a Max zniknął bez śladu.
***
Ja już tak dłużej nie mogę – jęknęłam w myślach, zaciskając mocno zęby
przed chęcią krzyku.
Nikt ci nie każe tak
żyć.
Akurat tutaj się mylisz, Ally. To wy nakazaliście mi takie życie.
Kazaliśmy ci nie
opowiadać wszystkim wokoło, kim jesteś, a nie odgradzać się od przyjaciół i
zachowywać się jak zombie.
Prychnęłam na głos, odpychając panikę.
Do zombie mi daleko, czuję się raczej jak zjawa, która nie może zwracać
na siebie uwagi.
Może ufundować ci nowe
lustro?
Jeśli masz gdzieś tam pieniądze to od razu możesz odkupić moje stare
życie.
Nie staraj się być
zabawna, bo i tak ci to nie wychodzi. Bez nich nie jesteś sobą, Cat.
Dzięki za informację.
Weszłam ciężko po schodach wiodących do mojego piętra i prędko doszłam
do swoich drzwi, w obawie, że w każdej chwili Liz może wyjść ze swojego pokoju
na moje spotkanie. Nie raz mi tak robiła.
Nacisnęłam na klamkę ze zdziwieniem wyczuwając, że mojego pokoju nie
chroniły żadne z moich czarów, które zawsze wyczuwałam przechodząc przez próg.
Ostrożnie zajrzałam do pokoju i aż otworzyłam usta ze zdziwienia, widząc na
łóżku Matta.
- Co ty tutaj robisz? – spytałam, ukrywając przerażenie, które mnie
mimowolnie opanowało. Od miesiąca starałam się nie zostawać z Mattem w żadnej
sytuacji sam na sam - tym samym niszcząc powoli nasz związek - w obawie że on
jeden będzie w stanie wydusić ze mnie całą prawdę. I stało się nieuniknione.
- Skoro ty nie przyszłaś jeszcze do mnie, ja przyszedłem do ciebie –
odparł cicho, obserwując ze swojego miejsca każdy mój najmniejszy ruch, co było
do niego niepodobne. Przyglądając mi się, wydawał się szukać jakichś oznak,
podpowiedzi na to co się ze mną tak nagle stało, jakby mowa mojego ciała
mogłaby mu coś powiedzieć, jeśli nie chciałam patrzeć mu w oczy.
- Niepotrzebnie się kłopotałeś – mruknęłam, zamykając za sobą drzwi i
ze spuszczonym wzrokiem poszłam do łazienki przemyć ręce.
Nie odzywał się, dopóki nie wyszłam z łazienki, a i wtedy uważnie mi
się przyglądał, niemal jak Will dzień wcześniej.
- Czy jesteś już gotowa szczerze porozmawiać? – spytał, gdy przysiadłam
na biurku, obserwując swoje tenisówki.
- Nie ma o czym rozmawiać. – Przypatrzyłam się z uwagą sufitowi, tak
jakby były w nim odpowiedzi na wszystkie moje problemy.
Zaśmiał się cicho, a ja pragnęłam na niego spojrzeć, lecz upór
nakazywał mi trzymanie obojętnej maski.
- Ta gadka nie przejdzie, Cat, przerabialiśmy już to.
- To prawda, nie gadka.
- Czemu taka jesteś? – westchnął ciężko, a gdy usłyszałam skrzypnięcie
sprężyn, szybko na niego spojrzałam. Widząc moją reakcję zmarszczył lekko brwi
i zanim zdołałam odwrócić wzrok spotkaliśmy się na moment spojrzeniami.
- Bez nerwów, nie będę do ciebie podchodził, jeśli nie chcesz –
powiedział, wciąż marszcząc czoło w zmartwieniu. – Co się dzieje? Ktoś cię
skrzywdził? Czy Dallas…
- Nie, to nie ma nic wspólnego z Dallasem. Z żadnym z was – rzekłam,
uprzedzając jego bezgłośne pytanie.
- Proszę cię, Cat, porozmawiaj ze mną. Od miesiąca ledwo co cię widzę,
nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozmowie. Skąd ta nagła zmiana?
- Po prostu daj temu spokój, Matt – jęknęłam do sufitu, zagryzając
nerwowo dolną wargę.
- Jak? Po tym jak moja dziewczyna i przyjaciółka nagle przestaje się do
mnie odzywać, unika mnie przez cały miesiąc, jak mam przejść do porządku dziennego? – mówił spokojnym głosem,
choć wyczuwałam, że powoli traci cierpliwość. – Ty byś mogła?
- Gdybyś mi powiedział, dlaczego tak się zachowujesz… - Przełknęłam
ślinę, wiedząc, co zaraz powie.
- No właśnie! Gdybyś ty mi powiedziała, dlaczego zmieniłaś swoje
zachowanie, to może też bym zrozumiał. Ale ty z nikim o tym nie porozmawiałaś,
po prostu nagle pokłóciłaś się z nami i zaczęłaś od nas uciekać. To według
ciebie jest normalne, Cat?
- Ale nie mogę! – krzyknęłam, patrząc mu ze złością w oczy, a on
zacisnął wargi, choć wyraźnie chciał coś powiedzieć.
Milczeliśmy parę minut, podczas gdy ja wpatrywałam się w okno, za
którym świeciło mocno słońce w ten kwietniowy dzień, a Matt wciąż bacznie mnie
obserwował.
W końcu zauważyłam kątem oka, jak położył się na moim łóżku na wznak,
podkładając ramiona pod głowę i tym razem to on przypatrywał się sufitowi.
- Jeżeli coś ci grozi… Jeżeli czegoś się obawiasz lub ktoś chce cię
skrzywdzić… wiesz, że możesz mi to zawsze powiedzieć, prawda? – Spojrzałam na
niego, gryząc wnętrze policzka, by się nie rozpłakać. Tak bardzo chciałam do
niego podejść i się przytulić, słysząc ten jego bezradny głos. – Cokolwiek ci
się dzieje, zawsze ci pomogę. Wiesz o tym, prawda?
Podparł się na łokciach, patrząc mi w oczy. Tylko kilka sekund
wytrzymałam te spojrzenie pełne miłości, zanim odwróciłam głowę w bok, mrugając
szybko powiekami.
- Wszyscy ci pomogą.
- Wiem – szepnęłam i chrząknęłam, oczyszczając gardło.
- Chciałbym, żeby tak było – powiedział smutno, a ja uśmiechnęłam się
krzywo. Pewnie że wiedziałam, aż za bardzo, dlatego właśnie nic im nie mówiłam.
Po chwili znowu usłyszałam jego głos, teraz stłumiony, bo zakrył
ramieniem twarz.
- Pamiętasz, jak pytałaś mnie dlaczego tak nagle zacząłem „balować”?
Potaknęłam głową, chociaż wiedziałam, że tego nie zobaczy, ale on
najwyraźniej nie oczekiwał mojej odpowiedzi.
- Przez ostatni rok alkohol bardzo mi pomagał. Wiem, że zabrzmi to
absurdalnie, ale to prawda. Gdy mama umarła… był dla mnie ukojeniem – nie na
tyle, bym się uzależnił, ale pomagał. Potem zakochałem się w tobie, zaczęliśmy
ze sobą chodzić i problemy zaczęły się na nowo.
Zerknęłam na niego zaciekawiona, ale równocześnie czułam, że następne
co powie będzie nieprzyjemne dla moich uszu.
- Piłem… piję, bo alkohol przynosi mi czysty sen, nie mam wtedy koszmarów, że znajduję cię martwą, tak
jak moją matkę…
Zaschło mi w gardle, a przed oczami natychmiast pojawił mi się koszmar
sprzed paru miesięcy, kiedy to widziałam martwe ciało Liz. Było to przerażające
i bolało mnie za każdym razem, gdy to sobie przypominałam. I okazuje się, że
Matt ma takie same koszmary, tylko że on już coś podobnego przeżył. Nigdy nie
pozwolę mu zobaczyć swojego martwego ciała, nie narażę go na więcej bólu,
dlatego właśnie musiałam się od nich odseparować… Ale jeśli właśnie moje
milczenie potęguje jego strach? Jeśli on myśli, że coś mi grozi, że jestem
krzywdzona? Boże…
- Matt… - wyszeptałam, a głos uwiązł mi w krtani, nie mogłam nic więcej
z siebie wydobyć, więc po prostu zeszłam z biurka i na palcach podeszłam do
łóżka, siadając obok chłopaka.
Z wahaniem dotknęłam jego ramienia, powoli je głaszcząc, aż w końcu
przytuliłam się do niego mocno, chcąc dodać mu i sobie otuchy.
- Mówiłam ci to już – nie umrę. Nie zostawię cię, przysięgam. –
Pocałowałam go w ramię, jeszcze mocniej przytulając się do niego. Tak bardzo mi
go brakowało przez ten miesiąc, było to nie do opisania.
- Właśnie to robisz. Oddalasz się, a ja jestem bezradny, bo nie wiem
czemu tak się dzieje, nie mogę temu zaradzić – powiedział, oplatając mnie
ramieniem i spojrzał na mnie załzawionymi oczami. Nienawidziłam tego widoku, a
jeszcze bardziej faktu, że to ja wywoływałam u niego ten ból.
Zacisnęłam zęby, szybko kalkując wszystko w głowie i przemyślając
wszystko od nowa, pod wpływem tej chwili i w jednym momencie podjęłam decyzję.
Podniosłam się, łapiąc Matthewa za rękę i pociągnęłam go za sobą.
- Chodź.
- O co chodzi? – Spojrzał na mnie zdezorientowany, zdziwiony tą
niespodziewaną zmianą w moim zachowaniu, ale trybiki w mojej głowie chodziły za
szybko, nie mogłam już się wycofać.
Wyciągnęłam go z pokoju i podeszłam do drzwi obok, do tych drzwi,
których obawiałam się przez ostatnie tygodnie. Westchnęłam cicho, czując nagły
ścisk w brzuchu, a nerwy zaczęły mnie zżerać, lecz gdy Matt ścisnął
pokrzepiająco moją dłoń, zagryzłam wargę i zapukałam parę razy do mahoniowych
drzwi.
Gdy drzwi się otworzyły zobaczyłam uśmiechniętą Lizzie, jednak kiedy
jej wzrok spotkał się z moim, wyraźnie zmarkotniała, uśmiech zszedł z jej
twarzy, a w jej oczach pojawiła się niepewność i obawa.
Przeklęłam się w duchu za to, że doprowadziłam do tego, by własna przyjaciółka
tak na mnie patrzyła.
- Możemy porozmawiać? – spytałam cicho, nerwowo przestępując z nogi na
nogę. Patrząc w głąb pokoju dostrzegłam Ethana, który stał pod oknem, wpatrując
się we mnie z przekrzywioną lekko głową. Odwróciłam szybko od niego wzrok,
patrząc na Liz, która uśmiechała się słabo.
- Pewnie – szepnęła, odsuwając się od drzwi. Przez ramię rzuciłam
krzywy uśmiech Mattowi, ciągnąc go do pokoju.
To była decyzja, którą podjęłam w dziesięć sekund po tym, gdy
jasnowłosy wyjawił mi powód swoich imprez. Gdy wyjawił mi swoje obawy, których
ja byłam podstawą i wciąż je potęgowałam. Musiałam im wszystko wyjaśnić, by bez
powodu się nie bali, by nie spekulowali najgorszego.
Musiałam im powiedzieć, że jestem Wybranką Ognia i… powiedziałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz