wtorek, 6 listopada 2012

14


           - Cisza!
Podskoczyłam w miejscu, słysząc za plecami ostry głos i odwróciłam się szybko w jego stronę. Harmider, jaki wywoływała czwórka moich towarzyszy niemal natychmiast ucichł i wszyscy wpatrywaliśmy się teraz w wysoką postać naszej „mentorki” patrzącej na nas zimnym wzrokiem, który jednak złagodniał, gdy otrzymała oczekiwany efekt.
Westchnęła, nabierając głębokiego wdechu, by nadać swojemu głosu odpowiedniej siły.
- Cieszę się, że mogę znowu was wszystkich zobaczyć, całych i zdrowych oraz uśmiechniętych – uśmiechnęła się delikatnie, co nadało jej twarzy jeszcze młodszego wyglądu – a co za tym idzie, jestem przekonana, że żadne z was nie ma mi nic do powiedzenia ani niczego przede mną nie ukrywa, nieprawdaż? – Mimo że uśmiech wciąż zdobił jej wargi, to złowrogi błysk w jej dwukolorowych oczach kontrastował z jej pogodną maską.
Zadrżałam lekko, gdy objęła mnie spojrzeniem, lecz trwało to tylko sekundę, a ona cała znów promieniowała pozytywnością. Odetchnęłam w duchu z ulgą – moja tarcza umysłowa rzeczywiście działała.
Nie mogłam im powiedzieć o tych pogróżkach – wciąż były dla mnie pustymi słowami (choć nie chciałam się przekonać na własnej skórze o ich znaczeniu), a nawet ten okrutny sen o śmierci Lizzie nie przekonywał mnie o powadze sytuacji. Tak jak mówiła mi Mercedes przy naszym pierwszym spotkaniu – „Lubią wysyłać puste pogróżki, żeby zastraszyć swoje ofiary, a najczęściej po wszystkim okazuje się, że nic by się nie wydarzyło, gdyby nie łatwowierność i zbyt wielki strach Wybranych. Ich największą i najskuteczniejszą kartą jest grożenie śmiercią najbliższym ofiar.”
Właśnie to robili, grozili śmiercią Lizzie w moich snach, więc musiałam być twarda i nie wierzyć w te bzdury. Trochę mnie pomęczą i w końcu – mam nadzieję – zdadzą sobie sprawę, że nie nabiorę się na żadną z ich sztuczek, i mnie zostawią w spokoju. Po co niepotrzebnie niepokoić Alice i Krąg, skoro sama potrafię sobie poradzić?
- Na dzisiejszym spotkaniu – zagrzmiała Mercedes, gdy Max i Marcus znowu zaczęli swoją sprzeczkę na temat, kto w ciągu minuty zmieni się w więcej zwierząt – Marcus również był zmiennokształtnym, a dzisiaj okazało się, że Tania także.
– Na dzisiejszym spotkaniu – powtórzyła cichszym tonem, gdy chłopcy wyprostowali się z niewinnymi minami – poznacie mojego, można by go tak nazwać, kolegę z Kręgu. Jest jego członkiem prawie tak samo długo jak ja, chociaż jego wiedza i umiejętności o wiele dalej wykraczają poza moje. Barty, pokaż się – zawołała cicho w stronę chatki, która stała za nią, a po chwili wyszedł z niej szczupły mężczyzna wyglądający jak dobroduszny ojczulek, choć miał młody wygląd.
- Nie ma potrzeby na takie przesady, Mercy, już dawno ci powiedziałem, że nie musisz mi się tak podlizywać. – Poklepał ją po ramieniu, kręcąc pobłażliwie głową. - Bartemiusz Hodge. – Mężczyzna uśmiechnął się lekko, a jego zielone oczy zabłyszczały ciepło, kiedy witał nas wzrokiem. Miał długi, gruby brązowy warkocz, który przełożony był przez jego ramię, a twarz miała łagodny i przyjazny wyraz. Pierwsze wrażenie sprawiał zupełnie inne niż Mercedes, co mnie zaskoczyło – sądziłam, że cały Krąg będzie bandą poważnych starców, nie licząc Mercy.
Czarnowłosa wywróciła oczami, elegancko wysuwając się spod uścisku jego ręki, mrucząc coś do siebie, na co mężczyzna uszczypnął ją lekko w bok, nie patrząc na nią.
Mercedes chrząknęła, poczym powiodła wzrokiem po ziemi, zanim na nas spojrzała, a jej oczy były lekko zamglone.
- Barty chciałby z każdym z was po kolei porozmawiać na osobności, w tej oto chatce. Mniemam, że nie macie nic przeciwko. – Nie oczekując naszej odpowiedzi, skinęła głową Barty’emu. – A pierwsza pójdzie Tania. – Uśmiechnęła się do dziewczyny i jej doradczyni, która towarzyszyła swojej podopiecznej, by wszystko jej tłumaczyć. – Nie musisz z nią iść, Beth, Bartemiusz, podobnie jak ja, potrafi doskonale mówić po hiszpańsku.
Starsza kobieta skinęła głową z lekkim wahaniem, ale cofnęła się, kiedy mężczyzna podszedł do piętnastolatki, uśmiechając się przyjaźnie. Parę minut później zniknął wraz z Tanią w małej chatce, a my mogliśmy tylko czekać i domyślać się, o czym Barty chce z nami porozmawiać.
Mercedes odeszła parę kroków w stronę lasu z Beth u boku, cicho z nią rozmawiając, a więc pozostałam sama z dwoma najnieznośniejszymi facetami, jakich w życiu poznałam. Którzy w dalszym ciągu prowadzili sprzeczkę, której nie mogłam nawet nazwać dziecinną, bo obraziłabym dzieci.
Skrzyżowałam ramiona na piersiach, wpatrując się w niebo, które raz po raz zajmowały chmury, by zaraz popłynąć w inną stronę, dzięki powiewom wiatru. Kiedy znowu wyszło słońce, spuściłam wzrok, patrząc w kierunku chłopaków i zobaczyłam, że przestali się kłócić, a Max wpatrywał się przed siebie zadumany, podczas gdy Marcus lewitował w powietrzu dla zabawy, choć coś mi mówiło, że znów chciał się popisać – i chyba wiedziałam nawet komu.
W pewnej chwili Max utkwił we mnie wzrok, jakby wyczuł moje spojrzenie, a na jego usta wkradł się złośliwy uśmiech. Podniosłam jedną brew, wpatrując się w niego pytająco.
- Ta opaska z kokardką naprawdę dodaje ci uroku. – Wyszczerzył zęby. – Wyglądasz zupełnie jak sprzątaczka.
Prychnęłam, mrużąc oczy, gdy Marcus wylądował obok nas, a jego buty stuknęły cicho o ziemię.
- Sprzątaczki raczej noszą chusty, nie opaski – powiedział, a choć mówił cicho i z namysłem, to wciąż w jego głosie można było usłyszeć tę nutę wyniosłości towarzyszącą elfom na każdym kroku.
- Tak, ale zazwyczaj wiążą tę chusty w coś na rodzaj kokardy. Nie myśl sobie, że źle w tym wyglądasz, Cat, bo całkiem to do ciebie pasuje.
Nie odezwałam się słowem, tylko rzuciłam w jego stronę strzałą ognia, podążając wzrokiem za płomieniem, lecz zanim zdołał dosięgnąć bruneta rozpryskał się w powietrzu, niczym fajerwerk.
- Czemu to zrobiłeś? – burknęłam z wyrzutem do elfa, na co wzruszył ramionami.
- Zapobiegam niepotrzebnym szkodom.
- Kto powiedział, że niepotrzebnym? Gdyby ktoś podpalił ogon kundlowi, może wreszcie nauczyłby się kultury i obycia.
- Jestem tuż obok ciebie, Cat. – Maximillian uśmiechnął się do mnie promiennie, jakby wcześniejsze zdarzenie nie miało miejsca.
Czasami zastanawiałam się czy on udaje takiego beztroskiego, czy naprawdę taki jest. Pomyślałby kto, że mając 20 lat zaczyna się dojrzewać… gdyby ktoś spotkał Maxa, nie powiedziałby, tak jak ja, że on jest już pełnoletni. Miał umysł i ruchy bezmyślnego oraz beztroskiego nastolatka, który nie ma pojęcia o tym, co dzieje się za ścianą jego tak drogocennie budowanego światka, w którym żył na co dzień, światka, w którym wszystko było kolorowe. Byłam ciekawa, czy on w ogóle zdawał sobie sprawę, że jest Wybranym. Może ja nie byłam taka jak on, zanim dowiedziałam się o swoim przeznaczeniu, ale ta informacja zmieniła moje życie, zmieniła je w niebezpieczny kalejdoskop, gdzie na każdym kroku musiałam uważać na to co robię i mówię, bo gdybym postawiła choć jeden krok nieprawidłowo… nie chciałabym wiedzieć, co mogło się stać.
A ja sądziłam, że Alice wciska mi kit, gdy po raz pierwszy przemówiła do mnie z medalionu. Jak bardzo byłam w błędzie.
Max… Max wydawał się cieszyć z tego co dostał, wydawał się pełen energii do zawojowania światem paranormalnym. Kiedy się go obserwowało, to uśmiech sam wpływał na usta od jego pozytywnej i radosnej aury. Nie było dnia, kiedy nie widziałam go uśmiechniętego czy roześmianego. Przyłapywałam się nawet na tym, że mu zazdrościłam takiego podejścia, sposobu bycia. Ja nie mogłam spokojnie myśleć, o tym wszystkim co mnie czekało. Wcale nie uważałam za dar bycie Wybranką Ognia.
Lecz być może on i reszta nie czuli na sobie takiej presji, jak ja. Sama Mercy powiedziała, że ognia boi się każdy, dlatego ktoś może chcieć mnie zwerbować do siebie. Z własnego wyboru się nie poddam, tego byłam pewna. Pytanie, czy gdy kiedyś mordercy mnie dopadną, dadzą mi jakikolwiek wybór.


***


- Przepraszam, kim jesteś?! – Agnes wpatrywała się we mnie oszołomiona, przyglądając się mojej sylwetce z niedowierzaniem i zafascynowaniem jednocześnie wypisanym na twarzy.
- Jedną z Wybranych, Wybranką Ognia – powtórzyłam po raz kolejny podczas ostatniej godziny, wyrzucając z siebie powietrze, który przytrzymywałam za każdym razem przed wypowiedzeniem tych słów. Wciąż nie mogłam uwierzyć, w to co robię, że siedzę sobie we własnym pokoju z przyjaciółmi i opowiadam im – jak przy herbatce – kim stałam się ponad pół roku temu.
Ag uchyliła lekko usta, a zdziwienie migotało w jej oczach – starała się, ale ta myśl chyba z trudem docierała do jej rudej łepetyny.
Spuściłam wzrok pod ostrzałem zaciekawionych i zdezorientowanych spojrzeń moich przyjaciół.
- Żartujesz sobie?
- Kim są Wybrani?
- Wybranka Ognia! Ale to ekscytująco brzmi! – zawołała Lizzie, przekrzykując Agnes i Ethana.


***


Patrzyłam zaskoczona, jak z chatki wychodzi zapłakana Tania, wycierając chusteczką nos, a po jej policzkach spływały drobne kropelki łez. Wymieniłam spojrzenia ze zdezorientowanymi chłopakami i chciałam podejść do Hiszpanki, by dowiedzieć się, co nią tak wstrząsnęło, ale zauważyłam, że Beth pędzi już do niej zaniepokojona, podczas gdy Mercedes wyglądała na zadowoloną.
Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc co począć ani co o tym wszystkim myśleć. Czy te rozmowy będą aż tak brutalne, że doprowadziły biedną piętnastolatkę do płaczu? Czy wygląd i zachowanie Barty’ego były tylko przykrywką?
Nie długo się nad tym zastanawiałam, bo usłyszałam wołanie Mercy.
- Maximillianie, teraz twoja kolej.
Chłopak zdawał się jej nie słyszeć, chociaż wiedziałam że udaje po tym jak delikatnie drgnął, słysząc jej głos. Utrzymywał spojrzenie na jednym z drzewa, jakby nagle stało się dla niego straszliwie interesujące. Prychnęłam bezgłośnie, wracając spojrzeniem do Mercedes, która przeszywała wzrokiem plecy Maxa.
- Maximillianie! – zawołała takim tonem, że zapragnęłam pójść za niego do tej chatki, byleby tylko więcej tak nie krzyczała. – MAX!
Obserwując go zauważyłam jak uśmiechnął się do siebie, poczym z wyraźnym ociągnięciem odwrócił się do kobiety i puścił jej oko, widząc jej zagniewaną minę, idąc do chatki, jakby nigdy nic. Powstrzymałam chęć otworzenia ust ze zdumienia, po tym jak zadziornie i odważnie Max zachował się wobec Mercedes. Już od dawna wiedziałam, że nie boi się jej tak jak my, ale żeby z nią flirtować? Parsknęłam cicho, uświadamiając sobie, że to przecież Max.


***


- Od jak dawna o tym wiesz?
Podniosłam zaskoczony wzrok na Willa, który po raz pierwszy się dziś do mnie odezwał. Patrzył na mnie nieprzeniknionymi ciemnozielonymi oczami, marszcząc lekko brwi, a ja zagryzłam wargę przez chwilę zastanawiając się nad kłamstwem. Ale jeśli już mówię im wszystko, to wszystko.
- Od początku roku szkolnego – wymamrotałam, oczekując wybuchu, ale słyszałam tylko podekscytowane szepty Lizzie i Agnes, które wciąż analizowały nowe informacje.
Poczułam na dłoni delikatny uścisk i mocniej ścisnęłam dłoń Matta siedzącego obok mnie. Nie miał pretensji, o nic nie pytał… po prostu dodawał mi otuchy. A ja miałam ochotę, żeby na mnie nawrzeszczał, jaka to jestem nieodpowiedzialna, bezuczuciowa… wszystko tylko nie ten cholerny spokój. Czułam, że nie jestem go warta, bo cokolwiek bym zrobiła on i tak by mi wybaczył.
Westchnęłam cicho, wciąż czekając na jakąś złość i oskarżenia od moich przyjaciół, lecz moje ciche prośby były jak walenie grochem o ścianę. Wydawali się zaintrygowani tym, kim się stałam, uważali to za coś fajnego. Ja sama zaczęłam czuć gniew w głębi piersi. W pokoju panowała niemal cisza, każdy studiował najnowsze wieści w głowie; to, że istnieje coś takiego jak Krąg, czym się zajmuje, że są jacyś Wybrani i to, że ja byłam jedną z nich.
- Możesz nam coś zaprezentować? – spytała nagle Lizzie, podskakując w miejscu jak mała dziewczynka, która koniecznie chce dostać loda. Spojrzałam na nią zaskoczona, jak szybko zapomniała o tym, co jej nagadałam parę tygodni temu, wydawała się jakby nigdy nie wydarzyło się nic takiego, jak nasza kłótnia. A ja wciąż pamiętałam każde raniące słowo, które do niej wypowiedziałam i nie mogłam na nią patrzeć bez wyrzutów sumienia.
- Liz, nie sądzę, by Cat chciała pokazać nam swoje zdolności.
Uniosłam zdumiona brwi, słysząc tę uwagę od Ethana. Zerknęłam na niego, by zobaczyć, że patrzy na mnie z zaciśniętymi ustami, ale jego niebieskie oczy miały łagodny wyraz.
Szatynka przestała podrygiwać w miejscu i popatrzyła na niego skonsternowana. – Nie?
- Również nie wydaje mi się, by Cat była w ogóle zadowolona z faktu, że jest, kim jest. Mam rację?
Wszyscy na mnie spojrzeli, jakby wcześniej nie przyszła im do głowy taka myśl, a co gorsza, że mogłabym nie cieszyć się z bycia Wybraną.
- Chyba nam czegoś nie mówisz, Cat – dopowiedział Will, unosząc jedną brew pytająco, a ja chrząknęłam cicho, spuszczając głowę. Nie tak to miało wyglądać. Miałam im tylko powiedzieć o moim przeznaczeniu, nie o tysiącach potencjalnych mordercach, którzy tylko czekali na moje niepowodzenie. Lecz, jak zwykle, moi przyjaciele znali mnie lepiej, niż ktokolwiek inny.
- No bo...


***


Jeśli byłam zdumiona widząc załamaną Tanię, to teraz moja szczęka musiała dosięgać ziemi.
Max wyłonił się powoli z chatki, zamykając za sobą drewniane drzwi i unikał naszych spojrzeń, cały czerwony na twarzy. Wszedł tam dumny i wesoły, a wychodził zgaszony i z taką miną, jakby ktoś zdeptał jego dumę i nigdy miał jej nie oddać.
Gdy poczułam na sobie wzrok Mercedes, rzucającej co chwila zaniepokojone spojrzenie Maxowi, byłam przerażona. Kiedy otworzyła usta, zapragnęłam uciec czym prędzej w te niezbadane lasy, ale powstrzymało mnie tylko to, że gdyby naprawdę w tej chatce czekałoby na mnie coś strasznego, to Maximillian na pewno by mi to jakoś przekazał – tego byłam stuprocentowo pewna.
Po jej cichych słowach „Cat, teraz ty”, ruszyłam wolno w stronę domku, a mijając Marcusa starałam się nie reagować na jego zdekoncentrowane spojrzenie. Spojrzał na mnie przelotnie i ruszył do Maxa, który usiadł pod jednym z drzew. Jak bardzo chciałam też do niego dołączyć i dowiedzieć się, co takiego tam się stało…
Nie pukając otworzyłam drzwi, które zaskrzypiały głośno, a moim oczom ukazało się niecodzienne wnętrze… wiejskiej chatki. Wydawało mi się, że weszłam do salonu zamkowego, a nie do drewnianego domku. Ściany wyściełane były bordowym atłasem, podłoga obłożona najróżniejszymi dywanami, w kątach stały duże świeczniki i rzeźby. Po środku – nie mogłam już tego nazwać domkiem – salonu stał okrągły marmurowy stół, na którym pościelony był szkarłatny obrus, a wokół niego mieściły się królewskie krzesła przypominające wyglądem bardziej trony niż zwykłe kuchenne siedziska. Pod jedną ze ścian stała szeroka czarna kanapa, obok niej stolik na kawę, na którym umieszczony był duży dzbanek wody i około dziesięć szklanek na srebrnej tacy. Poszukałam wzrokiem Barty’ego i dopiero po chwili dojrzałam jego głowę za marmurowym stołem.
Podeszłam bliżej i dostrzegłam, że siedzi po turecku na dywanie, oczy miał zamknięte, ale na ustach tkwił delikatny uśmiech. Moje napięcie trochę opadło, choć nadal nie byłam przekonana, co do dobrych zamiarów przedstawiciela Kręgu.
- Droga Catty – odezwał się Bartemiusz, uśmiechając się szerzej, lecz wciąż nie otwierał oczu. – Czy możesz ze mną usiąść, tutaj naprzeciwko mnie?
Przełknęłam głośno ślinę i zajęłam wskazane przez niego miejsce, a wtedy mężczyzna uchylił powieki, zielone oczy zabłyszczały przyjaźnie.
- Tu nie ma miejsca na nerwy, Cat, nie stanie ci się nic niepożądanego. – Ukoił mnie ciepłym uśmiechem, poczym poklepał moje zaciśnięte mocno pięści. – Domyślam się, że zaniepokoił cię stan dwójki twoich przyjaciół. Uwierz mi, nic strasznego im nie zrobiłem, jedynie odkryli tutaj swoje demony, z którymi prędzej czy później musieliby się uporać.
Zagryzłam wargi, zastanawiając się nad jego słowami – czy Max naprawdę miał aż tak straszne demony, by wyjść stąd będąc takim… niepocieszonym?
Wzdrygnęłam się na myśl, że Barty mógłby wyciągnąć ze mnie moje najstraszniejsze myśli, ale przecież miałam je mocno odgrodzone – nie po to przez 3 lata murowałam te wspomnienia, by teraz miały ot tak się wylać, jak po powodzi, której mógłby dostać mój mózg.
- Panie Bartemiuszu… - zaczęłam.
- Barty, mów mi Barty, Catty – przerwał mi mężczyzna, uśmiechając się dobrodusznie. – W końcu nie jestem aż tak bardzo starszy od ciebie – mój wygląd mówi że mam 30 lat, ale 600 lat to jeszcze nie tak dużo, jak może się wydawać, Cat.
Wytrzeszczałam oczy, patrząc na niego w oszołomieniu. On miał 600 lat? SZEŚĆSET?
Mężczyzna zaśmiał się cicho na widok mojej miny, po czym znów poklepał mnie dłoni.
- Nie ma powodu być takim przestraszonym, nie zjem cię swoimi wywodami na temat zmian, które zaszły w ciągu tych wieków. Chciałbym tylko porozmawiać i pomóc ci, jak tylko potrafię.
Patrzyłam na niego niezdecydowana, zastanawiając się w czym chciał mi pomóc najstarszy człowiek, jakiego znałam. Oczywiście mogłabym mu powiedzieć o tych listach, które dostawałam… Nie. Nie mogłam. W takim razie w czym miałby mi pomóc?
- Dowiedziałem się, że masz problemy ze swoim żywiołem, że ty jedyna nie zdołałaś jeszcze go opanować. To prawda? – Przyjrzał mi się uważnie, a coś w jego oczach mówiło mi, że chociaż ten człowiek był łagodny i bardzo miły, to nie dało się go okłamać.
Skinęłam głową, nagle zawstydzona. Zaraz zacznie się gadka, jaka to jestem rozczarowująca, jak to nie nadaję się na Wybraną…
- Nie ty pierwsza i ostatnia masz problemy z naszym starym przyjacielem ogniem – zaśmiał się lekko Barty, odchylając się do tyłu. – Nigdy nie rwał się do współpracy z naszymi bohaterami, zawsze w jakiś sposób chciał przeszkodzić w naszych planach, ale ostatecznie dawał się udobruchać. Nuda ogarnęłaby każdego po siedzeniu tysiąca lat w jednym ciasnym medalionie, a poczuć, że ma się w końcu nad czymś kontrolę… to bardzo przyjemne uczucie, Catty.
Potaknęłam na znak, że rozumiem, ale Barty nie wydawał się oczekiwać mojej odpowiedzi.
- W twoim medalionie siedzi nasza kochana Ally Hamilton, prawda?
Tak masz na nazwisko? – spytałam zaciekawiona.
Usłyszałam tęskne westchnienie mojej Kapłanki. Och, Barty… Zapewnie palnie ci o mnie przemowę, zniknę na jakiś czas, dobrze? On ci we wszystkim pomoże, to dobry człowiek. W jej głosie pojawiła się dziwna nuta, tak jakby była czymś wzruszona. Powstrzymałam się od zastanawiania nad jej zachowaniem, a skupiłam na mężczyźnie, który zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w mój medalik.
- Mała, urocza Ally. Jaka to była dziewczyna wulkan! Gdziekolwiek się znalazła, odwiedziła każdy kąt, każdy schowek czy zakurzone miejsce, nie dało się zatrzymać dziecka – była taka do dziesiątego roku życia, prawdziwie cudowna istota. – Barty uniósł wzrok do sufitu, marszcząc brwi. – Potem spoważniała, już nie w głowie jej były zabawy, choć miała dopiero 10 lat, było to po wielkiej tragedii w jej domu. Widzisz… nie wszyscy Wybrani odkrywają swoje talenty dopiero po dostaniu medalionu. Alice miała w sobie ogień od urodzenia, co można było już stwierdzić po samym obserwowaniu tej energicznej diablicy. Lecz niespodziewanie w kwietniu 1945 roku w domu Hamiltonów zmarła zaledwie trzydziestoletnia Juliette, matka Ally, w skutek poparzenia całego ciała. Nikt nie wiedział, co dokładnie się stało, tylko tyle… że w jej sypialni nagle wybuchł pożar. Alice znaleziono nieprzytomną w łazience obok, ale wtedy jeszcze nikt nie wiedział o umiejętnościach tej małej dziewczynki.
Bartemiusz westchnął głęboko, mrugając powiekami, jakby usilnie odganiał od siebie jakiś obraz, a ja wpatrywałam się w niego zaciekawiona i jednocześnie przerażona tym, co usłyszałam i co mogę jeszcze usłyszeć.
- Była taka jak jej matka; wysoka i piękna brunetka o błękitnych jak wzburzone morze oczach, pewna siebie oraz konsekwentna dwudziestosześciolatka. W takiej właśnie postaci została uwięziona w medalionie, sprawiedliwie lub nie, ale nigdy nie zapłakała, nigdy się nie załamała. Przyjęła swoją karę z godnością, której wielu by zazdrościło. Popełniała błędy, jak każda żyjąca istota, wiedziała, że było to złe, ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie potrafił jej pomóc. – Mężczyzna wziął głęboki wdech. – Lecz nie znaczy to, że reszta świata jest nie do odratowania. Dlatego tu jestem, Cat, żeby uwolnić cię od jakichkolwiek ciężarów, które na tobie ciążą, byś mogła bronić swojego świata z największą radością i dumą, a nie bagażem błędów i oskarżeń pod adresem Kręgu czy też samego ognia.
Niespodziewanie spojrzał mi prosto w oczy ze szczerym zaciekawieniem.
- Jestem pewien, że Ally zniknęła na tę część rozmowy, nieprawdaż? – Gdy potwierdziłam jego słowa, cmoknął z dezaprobatą. – Zawsze to robi.
Uśmiechnęłam się lekko, ale nie potrafiłam odepchnąć rozczarowania, które mnie ogarnęło. A już miałam nadzieję, że dowiem się za co skazano Ally na wieczne przesiadywanie w medalionie. Widocznie sama będę musiała od niej kiedyś to wyciągnąć.
- No, ale zbiegliśmy trochę z toru naszego spotkania. Proszę cię, przysuń się trochę do przodu, Catty, nie ugryzę cię. Ja to nie Mercedes, złotko.
- Ona gryzie? – Zaniepokoiłam się. Barty machnął lekceważąco ręką.
- Tylko wtedy, kiedy naprawdę się zdenerwuję, ale od jakiegoś stulecia zdarza się to coraz rzadziej.
- Właściwie to…
- Ciii, teraz już skupiamy się na moim zadaniu, Catty. Na rozmowy będziemy mieli jeszcze czas.
Posłusznie zamilkłam, a mężczyzna położył dłonie na moich skroniach, cicho coś do siebie mówiąc, poczym znowu zwrócił się do mnie.
- Zaczniemy od opanowania twojego żywiołu. Jesteś gotowa?
- Ja… ale…
- Zamknij oczy, Cat – nakazał, więc zrobiłam to o co prosił, ledwie opanowując słowotok. Że niby teraz miałam opanować żywioł? Nie byłam gotowa! Najwyraźniej pytanie Barty’ego było wyłącznie retoryczne.
- Nie chciałbym cię dzisiaj niepotrzebnie męczyć, bo mój cel jest zupełnie odwrotny, dlatego od razu zamkniemy ogień w bezpiecznej klatce, z której nie łatwo będzie mu się uwolnić, ale nie jest to niemożliwe. Musisz, Cat, ostrożnie i uważnie obchodzić się ze swoimi gwałtownymi emocjami albo opanować samokontrolę ognia, bo on w każdej chwili może zerwać wiążące go łańcuchy i wrócimy do zera. Rozumiesz?
- Tak – szepnęłam, bojąc się, że głośniejszy dźwięk mógłby zakłócić pracę Bartemiusza.
- Więc teraz uspokój swoje myśli, odpręż się i myśl o różowych jednorożcach, jeśli ci to pomoże.
- Jednorożce nie istnieją – zaprzeczyłam mimo woli i usłyszałam karcący głos Barty’ego.
- Kto tak powiedział? Myśl o czymkolwiek uspokajającym. Nie o miłości twojego życia, bo nie chcemy szybkiego tętna ani nie o zmarłym krewnym, bo nie chcemy łez - o czymś uspokajającym, Catty.
Oddychałam wolno i głęboko, szukając w myślach czegoś uspokajającego, podnoszącego mnie na duchu. Jak za machnięciem różdżką w mojej głowie pojawił się obraz Matta i jego kochającego wzroku, który miał nawet po tym, gdy powiedziałam im o sobie. Kochał mnie cały czas, bez względu na wszystko. A ja kochałam jego uspokajającą naturę, dzięki której teraz właśnie potrafiłam być spokojna i odprężona.
Po kilku minutach, które trwały jak godziny, a ja powoli drzemałam Barty oderwał palce od mojej głowy. Otworzyłam oczy i dojrzałam jego zadowolony wyraz twarzy.
- Świetnie, już po wszystkim. Lepiej ci na sercu? – Pytanie było doskonale zadane, bo to właśnie zawsze w sercu czułam ten nieprzyjemny ciężar, gdy żywioł mnie opętywał. Teraz było lekkie i trzepotało radośnie w mojej klatce piersiowej.
- Dziękuję. – Uśmiechnęłam się w końcu szczerze, a cały mój lęk o złe zamiary Barty’ego całkowicie zniknął. Chciałam już wstawać z miejsca, gdy szatyn powstrzymał mnie ruchem ręki.
- Hola, hola, nie skończyliśmy. – Kiedy spojrzałam na niego pytająco, wyszczerzył się niemal tak samo jak miał w zwyczaju Max. – Mówiłem ci, że zaczniemy od ujarzmienia żywiołu, ale nie że na tym zakończymy. Usiądź wygodnie. – Umościłam się z powrotem na ciepłym i miękkim dywanie, zatapiając w nie palce, a mężczyzna przyjrzał mi się z mgiełką w zielonych oczach. – Znowu musisz się zrelaksować. Chciałbym odjąć ci wszystkich twoich dotychczasowych zmartwień i dać mocy na kolejne dwa miesiące zanim znowu się spotkamy. Chyba że do tej pory zdąży się rozpocząć prawdziwa bitwa, wtedy nie będzie już potrzeby na moje umiejętności uzdrowicielskie. – Mrugnął do mnie przyjaźnie, a mi drgnęły usta chcące uformować się w lekki uśmiech.
Barty ponownie uniósł dłonie do moich skroni i powoli, okrężnymi ruchami zaczął je masować, niczym prawdziwy masażysta, choć nigdy u takiego nie byłam. Jednak w głębi duszy wiedziałam, że facet nie robił tego pierwszy raz w swoim długim życiu.
Zamknęłam oczy pod wpływem przyjemnego uczucia, podczas gdy Bartemiusz masował mi całą twarz, lecz nie tylko twarz – mój umysł coraz bardziej się odprężał, uwalniałam się od jakichkolwiek myśli czy złych uczuć zakorzenionych głęboko w moim wnętrzu – czułam się, jakbym zapadała w sen, ale wciąż śniła na jawie, niezdecydowana czy chcę pozostać w rzeczywistości, czy zatopić się w słodkim niebycie snu.
Lecznicze palce i moce Barty’ego otumaniły mnie tak, że gdy w końcu skończył swój zabieg ledwo co kontaktowałam. Zastanawiałam się, czy i mnie dopadną moje demony, ale nic takiego wcale nie nadchodziło. Czułam się odprężona i wypoczęta, jakbym spała co najmniej tydzień, gdy nie przespałam całej ostatniej nocy.
Szatyn patrzył mi w oczy uśmiechnięty, nic nie wskazywało na zbliżającą się katastrofę, a jednak.
- Siły i wpływy miłości są niezbadane, kochana Cat, wiemy to od wieków i zapewne przez wieki będziemy żyć w tej nieświadomości, ale ja wiem jedno – nie ma mocy ani uczucia większego od niej, no może nienawiść, ale to co potrafi te uczucie… Również źle wykorzystane potrafi oślepić, zaćmić na jakiś czas nasze zmysły, całkowicie cię znieczulić na zła czające się tuż pod twoim nosem.
Zmarszczyłam brwi.
- Dlaczego mi to pan…
- Catty, och, droga Catty. Naprawdę nie chciałbym stracić kolejnego Wybranego, tym bardziej Wybranki Ognia. Wydajesz się do tego zadania najodpowiedniejsza od pół wieku, nie licząc naszej Ally, która nie chciała przyjąć tego daru. Proszę cię, Cat, nie zmarnuj tego. Wiem, że jesteś inteligentna… z twoich oczu bije ta inteligencja na kilometr, ale jak powiedziałem – miłość potrafi zaślepić nawet najmądrzejszego człowieka na ziemi. Nie daj się temu, bo dobrze wiesz, jak może się to dla was skończyć.
Chciałam powiedzieć, że się myli – że to właśnie ta miłość daje mi siłę na walkę, daje mi siłę na cokolwiek, nawet na bycie tą cholerną Wybraną – ale nic z tego nie powiedziałam, czekając na wynik jego przemowy.
- Drogie dziecko – Barty pochylił się w moim kierunku, a jego oczy wyglądały teraz równie posępnie, co brzmiał jego wiek – ignorując ich niczemu nie zapobiegniesz. Możesz tylko działać, zanim zabiorą ci cenną część twojego życia.


***


- Cat, wszystko będzie w jak najlepszym porządku…
- Błagam cię, Matt, przestań to w kółko powtarzać – jęknęłam, ściskając mocniej jego ramię, by jakoś powstrzymać jego rzucane na wiatr słowa.
- Często powtarzane słowa powoli tracą na swoim znaczeniu – powiedział Will kroczący po mojej lewej stronie, w zamyśleniu drapiąc się po policzku, choć po jego profilu poznawałam, że nie był tak spokojny, na jakiego wyglądał.
- Aha! – zawołała potwierdzająco Lizzie idąca po jego drugiej stronie. – To prawda! Kiedyś, próbując oduczyć psa gryzienia ściany krzyczałam wciąż „Nie wolno!”, aż w końcu sama nie widziałam w tych słowach najmniejszego sensu – stwierdziła, marszcząc brwi, jakby zdumiona była jak to w ogóle możliwe.
- Ale, Cat… - zaczął Matt, a w jego oczach widniała łagodność, a jednocześnie tańczyło błaganie, bym pozwoliła mu dokończyć, ale nie mogłam. Nie chciałam słuchać tych absurdalnych słów, które nie miały jakiegokolwiek znaczenia w naszej obecnej sytuacji.
- Matt, nie teraz. – Nie nigdy. – Po prostu cieszmy się słonecznym dniem, dobrze? – Uśmiechnęłam się przymilnie, mając nadzieję, że da sobie spokój z pustymi obietnicami.
Przez chwilę w jego miodowych oczach widziałam urazę, ale ostatecznie kiwnął głową, wzdychając głośno.
- No. – Uśmiechnęłam się promiennie i pocałowałam go w kącik ust, by się rozchmurzył. – Nie ma co płakać w tak cudowne popołudnie, nie po to Matka Natura dała nam słońce! – zawołałam radośnie, a Liz zaśmiała się wesoło, obserwując moje podekscytowane ruchy.
- Wróciła Cat i jej wieczne uwielbienie do natury! – powiedziała takim tonem, jakby był to cud. Spojrzałam na nią najpierw z lekką rezerwą, poczym zapiszczałam cicho i rzuciłam się na nią z impetem, przytulając się mocno.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam – szeptałam, kurczowo trzymając jej szczupłe ciało, jakby w każdej chwili miało wyślizgnąć się z moich rąk, niczym woda przelewająca się przez palce.
- Już przepraszałaś, Cat – zachichotała szatynka, klepiąc mnie po plecach, poczym sapnęła cicho. – Udusisz mnie.
- Puszczę cię, jeśli mi wybaczysz.
- Wybaczyłam ci.
- Szczerze, Liz.
- Ale ja ci szczerze wybaczyłam już dawno, Cat. – Zdziwiona oderwałam się od jej szyi i spojrzałam na nią wielkimi oczami. Czekoladowe oczy Lizzie były już załzawione, a ja pragnęłam roześmiać się z tego, że tak łatwo przychodziło jej wzruszenie.
- Kiedy?
- Przy twoim urodzeniu.
- Słucham?
- Wybaczyłam ci już wtedy, słońce.
Zmrużyłam oczy.
- Co mi mogłaś wybaczyć już przy urodzeniu?
- To, że się urodziłaś.
Obserwowałam przyjaciółkę, jak na jej twarzy powoli rozkwita dziecięcy uśmiech – kiedyś pełen szczerbatości w białych kiełkach – dzisiaj ukazujący pełne jej uzębienie, poczym pognała przed siebie w stronę jeziora, a ja zastanawiałam się czy najpierw rzucić za nią płomieniem, czy dopiero po tym jak ją złapię i utopię. Stwierdziłam, że druga opcja jest bardziej kusząca.
- Lizzie, ty wredna kreaturo, wracaj tu! – wrzasnęłam i pobiegłam za nią, ignorując śmiechy dwóch mężczyzn za mną.
- Niech siły da ci ta twoja słaba iskra ognia, Wybranko!


***


Zatrzymałam się przed drzwiami swojego pokoju i spojrzałam na Matta z lekką obawą, lecz on uśmiechał się do mnie tym swoim uśmiechem, więc uznałam, że niebezpieczeństwo ucichło.
- Nie musiałeś mnie odprowadzać, widzę jaki jesteś zmęczony – powiedziałam cicho, dotykając klamki, by odepchnąć na chwilę swoje czary, które rzucałam na pokój po wyjściu z niego.
Matthew wzruszył ramionami, zagryzając uroczo wargę.
- Nie aż tak zmęczony.
- Tak – szepnęłam do siebie, tak o, poczym pocałowałam go w usta, zanim otworzyłam drzwi pokoju. – Dziękuję i… dobranoc. Zobaczymy się jutro na obiedzie, prawda?
- Tak, ale ja… Cat, poczekaj. – Przytrzymał drzwi, zanim zdołałam je szybko zamknąć i spojrzał na mnie z poważnym wyrazem twarzy. – Chciałbym ci coś powiedzieć.
- Nie, Matt, proszę cię…
- Przestań – Złapał moją twarz w swoje dłonie i spojrzał na mnie z góry. – Muszę to powiedzieć, bo nie da mi to spokoju. Wiesz, że cię kocham? – Skinęłam potakująco głową. – Więc wiesz również, że cokolwiek się stanie nie pozwolę by stała ci się jakakolwiek krzywda, rozumiesz? My…
- Nie mów tego – ostrzegłam ledwo dosłyszalnie.
- Przeżyjemy to, Cat – powiedział dobitnie. – Nie możesz myśleć inaczej. – Pocałował mnie w czoło i nim zdołałabym mu cokolwiek odpowiedzieć odwrócił się i odszedł w dół korytarza.
Zamrugałam parę razy, by odgonić zbierające się pod powiekami łzy i zamknęłam drzwi, z powrotem narzucając na nie wszystkie czary ochronne, jakie znałam. Warknęłam na siebie za taką głupią słabość, którą wywołały jedynie słowa Matta. Ale jakie słowa…
Nie chciałam słyszeć pustych zapewnień, że przeżyjemy cokolwiek, skoro ja nawet nie byłam pewna jutra. Nie byłam pewna czy obudzę się nawet we własnym łóżku, czy ze swojego pokoju wyjdzie któreś z moich przyjaciół – niczego. Nie chciałam czuć tego okropnego bólu i zwątpienia, że może nie przeżyjemy. Nie chciałam czuć brzemienia tych obietnic.
Otarłam policzki od łez, które zdążyły spłynąć po moich policzkach i przeszłam parę kroków do mojego łóżka, by paść na nie twarzą do dołu i nie przejmować się niczym do jutrzejszego poranka, gdy moją uwagę zwróciło otwarte okno. Zmarszczyłam brwi, nie przypominając sobie, bym zostawiała je uchylone.
Podeszłam do niego z zamiarem zamknięcia, kiedy na parapecie po zewnętrznej stronie okna dostrzegłam ciemny duży kształt. Krzyknęłam cicho, przykładając rękę do ust i odruchowo się cofnęłam. Wpatrywałam się przerażonym wzrokiem w nieruchome coś, aż w końcu postanowiłam sprawdzić, co to jest.
Kolejna groźba? A może…
Ogromna kula stanęła w moim gardle, gdy zobaczyłam, że tym czymś jest martwy kot. Puste spojrzenie zielonych kocich oczu utkwione było w niebie, a czarne futro błyszczało w świetle księżyca od czegoś wilgotnego. Od razu przypomniał mi się martwy kot Liz i wyrwał mi się zrozpaczony jęk.
Wiedziałam, co oznaczał kot i wiedziałam, co czeka mnie w następnych dniach.
Wrzasnęłam wściekła i zdruzgotana jednocześnie, i zatrzasnęłam mocno okno, tak że szyba wyleciała, tłukąc się na podłodze, a kilka kawałków utkwiło w mojej dłoni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz