Syknęłam
głośno, czując ukłucie w ręce, jakby ktoś wbił mi igłę w poduszkę dłoni. To był
jedyny ból, jaki poczułam od momentu dotknięcia kamienia, mimo tego, że moje
dłonie były całe w bąblach od poparzeń, a wcześniej wylałam na siebie gorącą kawę.
-
Przepraszam – powiedział Matt, siedzący obok mnie na miękkim materacu łóżka i
opatrywał moje dłonie zwykłymi medycznymi lekami, ponieważ, jak twierdziła
Agnes, użycie zaklęcia na takie oparzenia może źle się skończyć. Nie wiedziałam
czemu, ale nie zamierzałam kłócić się z przyszłą uzdrowicielką.
-
Opowiedz jeszcze raz, co tam się stało – zażądała Liz, patrząc na mnie z
drugiej strony mojego pokoju. Siedziała po turecku przy biurku, ani na moment
nie przestając zaciskać gniewnie warg, wściekła na Erica za to, że znowu mnie
zaatakował.
- Już
wam przecież mówiłam… - zaczęłam zmęczonym tonem, ale natrafiając na pełen
gradowych chmur wzrok Agnes, zamilkłam.
-
Możesz to zrobić jeszcze raz – naciskała, również bardzo zdenerwowana. W każdej
innej chwili doceniłabym zmartwienie moją osobą moich przyjaciółek, lecz nie
teraz, kiedy zmęczona byłam po całym dniu zajęć i obolała w okolicach barków.
Obawiałam się, że mogłam oberwać od Erica jakimś zaklęciem, nawet tego nie
zauważając.
Westchnęłam
przeciągle, ale poddałam się, spiorunowana przez spojrzenie Lizzie.
-
Szłam sobie spokojnie na pierwszą lekcję, kiedy zaczepił mnie Eric. Ignorowałam
go do pewnego momentu, kiedy mnie
wkurzył i kazałam mu grzecznie odczepić się ode mnie. Jednak on nie posłuchał i
wyszła z tego walka, koniec historii.
-
Czekaj, czekaj, wcześniej mówiłaś, co innego. – Liz zmarszczyła brwi.
- Nie
chce mi się tego znowu opowiadać, dobra?
- Ale
chcielibyśmy usłyszeć jeszcze raz jak to się stało, że masz takie dłonie –
powiedziała Agnes, wpatrując się we mnie z krzesła obok biurka.
Chcąc
nie chcąc, w tej chwili zdecydowanie to drugie, zaczęłam znowu opowiadać, tym
razem podając dłuższą wersję minionego zdarzenia.
-
Kiedy Eric mnie dotknął, od razu odskoczył z krzykiem i powiedział, że go
poparzyłam, choć nawet nie użyłam żadnego czaru. Czułam w ciele jakieś
nieokreślone ciepło, ale nie było ani nieprzyjemne, ani przyjemne. Chwilę
później, gdy zamierzałam odejść, zaatakował mnie, co zapoczątkowało we mnie
wielką wściekłość, która wzięła się niewiadomo skąd i wtedy z moich rąk zaczęły
lecieć iskry i błyskawice. Potem przybiegł Matt i mnie uspokoił.
-
Złapałem ją za ramiona i poczułem się, jakby kopnął mnie prąd, ale kilka godzin
później miałem na dłoniach już takie same, lecz o wiele mniejsze, poparzenia,
jak Cat – dodał Matt, nie podnosząc głowy znad moich dłoni.
-
Dziwne – mruknęła Agnes, zatrzymując na moment wzrok na moim medalionie, ale po
chwili spojrzała na okno za mną, zastanawiając się nad czymś.
-
Miałaś już kiedyś takie sytuacje? – spytał Ethan, stojący przy oknie.
- Z
Ericiem czy…
- Tym
drugim.
Odpowiedziałam
bez wahania.
-
Nigdy.
-
Więc czemu tak nagle zaczynasz strzelać ogniem? – spytał Will, odzywając się
pierwszy raz, odkąd przyszedł do mojego pokoju, a ja spojrzałam na niego
zaskoczona, zresztą nie tylko ja. – Dobra, iskrami. Ale nie trudno się
domyślić, że za niedługo z tych iskier będzie ogień.
-
Może zaraziłaś się czymś, a to są skutki uboczne. Albo po prostu miałaś dzisiaj
kiepski nastrój…? – spekulowała Lizzie, a ja wbijałam wzrok w Willa by, choć na
chwilę, na mnie spojrzał, lecz on uparcie krążył oczami po całym pokoju,
specjalnie mnie omijając. Zmrużyłam oczy, przyglądając się jego sylwetce
opartej o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami.
Dalej udajesz, że nic nie wiesz?
Przekonamy się, czy będziesz nadal tak udawał, gdy zmienię cię w robaka.
- Nie
sądzę. Dzisiaj całkiem dobrze się czułam, do spotkania z nim – stwierdziłam,
okłamując samą siebie, bo Ally mówiłam, co innego. – I czym miałabym się
zarazić, Liz? Twoją głupotą?
-
Chcę tylko pomóc – powiedziała z wyrzutem moja kuzynka. Od razu pożałowałam
swojego zachowania i chciałam ją przeprosić, lecz przerwał nam Ethan.
-
Miałaś już ognistą ospę?
Patrzyłam
na niego bez wyrazu, zastanawiając się, o co mu chodzi.
- Co?
Co to
jest ognista ospa?
Ospa, której skutkami są, między
innymi, zianie ogniem lub niekontrolowane nim rzucanie.
-
Ospa, w czasie której ziejesz ogniem lub nim rzucasz – odparł Ethan, niemal w
tej samej chwili, co Ally.
- Ty
chyba sobie żartujesz – powiedziałam do nich obojga. – Jaki normalny człowiek
ziałby ogniem?
Taka jest legenda.
- To
tylko legenda, ale drugi objaw jest prawdziwy, a ty go wykazujesz. Więc miałaś
już tę ospę?
- Już? Jakie już? To znaczy, że wszyscy
muszą przez nią przejść? – spytałam, nieudolnie ukrywając panikę w swoim
głosie. Ciągle nie wierzyłam w cały ten dar ognia, więc ta ospa wydawała się
być prawdopodobna.
Nie masz żadnej ospy – powiedziała znużonym głosem Ally.
Cicho.
Może jednak mam.
- Nie
wszyscy – zaprzeczył Ethan. – Tylko połowa społeczeństwa czarodziejów
przechodzi przez tę chorobę i to nawet nie połowa. Jednak ty możesz do tej
właśnie mniejszości się zaliczać.
Zastanawiałam
się nad tą możliwością i przebiegłam myślami przez wszystkie swoje objawy,
które pojawiły się dopiero dzisiaj. Na razie wytwarzałam tylko niekontrolowane
iskry, ale nie wiedziałam w końcu czy było to po prostu ze wściekłości, czy
może naprawdę były to oznaki tej ospy.
Postanowiłam, że wieczorem sprawdzę na ciele czy mam jakieś krosty.
A
jeśli to nie ospa?
Na to
pytanie nie chciałam znać odpowiedzi, chociaż gdzieś w głębi mojego umysłu
jakiś głosik mówił mi, że Alice ma rację i naprawdę jestem Wybranką Ognia, co
było najmniej prawdopodobną możliwością ze wszystkich. Lecz możliwości były
tylko dwie. To i ospa.
W tej
chwili wybierałam ospę.
-
Wiecie co, to chyba rzeczywiście jest jakaś choroba, może nawet ta ospa –
powiedziałam, przerywając sprzeczkę, którą prowadziła Liz z Willem podczas
moich rozmyślań. Spojrzałam na dłonie i zauważyłam, że już były opatrzone. – O,
już skończyłeś. Dziękuję, Matt. – Uśmiechnęłam się do niego i pocałowałam w
policzek, w podzięce. – Może lepiej się już położę, a nie chcę was pozarażać,
więc…
Wszyscy
zrozumieli i zaczęli zbierać się do wyjścia.
-
Rzeczywiście zaraziłaś się – rzekła Lizzie, ruszając do drzwi.
-
Liz…
-
Nie, naprawdę wyglądasz słabo. Poza tym nie znoszę żadnych osp i innych takich,
dlatego, wybacz, ale mówię „pa”. – Pomachała mi i wyszła prędko z pokoju,
ciągnąc za sobą Ethana, jakby zostając tutaj sekundę dłużej czymś się zarazić.
Z zaskoczeniem
spostrzegłam, że oprócz Agnes już nikt nie został w pokoju. Gdzie jest Will z
Mattem?
Musiałam
zadać to pytanie na głos, bo Agnes mi odpowiedziała:
-
Wyszli jeszcze przed Lizzie, nie widziałaś? – Posłała mi zdziwione spojrzenie,
podeszła do mnie i przyłożyła delikatnie rękę do mojego czoła, uważając na
guza.
-
Masz gorące czoło. – Przygładziła mi z powrotem grzywkę, w jej oczach widniało
teraz zmartwienie zamiast gniewu.
-
Teleportowali się czy co? – Jak mogłam nie zauważyć, że Matt sobie poszedł?
Wyjścia Willa mogłam nie zauważyć, bo stał zaraz przy drzwiach, ale Matt
przecież siedział obok mnie.
Czy
jest ze mną już tak źle? – spytałam samą siebie.
Mówiłam ci.
Zignorowałem
tę uwagę i skupiłam się na słowach Agnes, które wypowiadała z prędkością karabinu
maszynowego.
-
Chyba naprawdę czymś się zaraziłaś. Jesteś blada, masz gorące czoło… na pewno
nie używałaś żadnego zaklęcia uzdrawiającego na te dłonie?
Pokręciłam
przecząco głową, ale zawahałam się.
-
Matt czegoś używał – zaczęłam, ale szybko mi przerwała.
-
Wiem, zaklęcia przeciwbólowego, ale to ci nie mogło zaszkodzić. Nie wiem, co to
może być, bo, szczerze mówiąc, nigdy nie słyszałam o żadnej ognistej ospie, a
przecież tyle uczyłam się na temat magicznych chorób! – Westchnęła
sfrustrowana, wbijając wzrok w coś za mną.
Denerwowało
ją to, że nie mogła stwierdzić, co mi jest, bo w końcu w przyszłości chciała
zostać uzdrowicielką, w związku z tym czytała wiele książek o różnych,
różniastych chorobach, tych magicznych i ludzkich. Więc jeśli nigdy nie słyszała
o ognistej chorobie, to skąd znała ją Ally? A tym bardziej Ethan?
Może
po prostu Ethan sobie ze mnie zażartował, a Alice się do niego dołączyła?
Miałam
tyle pytań bez odpowiedzi… Jęknęłam zdołowana, a Agnes źle odczytała ten
odgłos.
-
Boli cię coś?
-
Nie, to znaczy… Może trochę głowa, a szczególnie te czoło. – Przymknęłam
powieki, kiedy rudowłosa znowu przyłożyła chłodną dłoń do mojego czoła i
wysłała kilka zaklęć, które uśmierzyły trochę mój ból.
-
Dzięki. – Uśmiechnęłam się do niej, a ta odwzajemniła gest.
-
Teraz odpoczywaj. Jeśli się nie mylę wieczorem ręce powinny już się zagoić, a
przynajmniej znikną bąble. Wtedy znowu posmarujesz sobie dłonie tą maścią. –
Położyła ją na biurku i podeszła do drzwi. – Prześpij się, to ci dobrze zrobi.
– Posłała mi ostatnie zamyślone spojrzenie i brązowe drzwi zamknęły się za nią
z cichym kliknięciem. Opadłam na kołdrę, rozkładając ramiona i zamknęłam oczy,
zamierzając przespać się zgodnie z radą Ag.
Nie
minęła minuta, a drzwi znowu otworzyły się, a w szparze pojawiła się ruda głowa
dziewczyny.
- Ja
jeszcze na chwilkę… Masz jakieś plany na sobotę?
- A
dzisiaj jest…?
-
Środa. Co to ma wspólnego z planami na sobotę?
-
Nic. Tak, mam, rano idę do szpitala.
Agnes
zmartwiała mina, ale zanim zdążyła o coś zapytać, to ja zadałam pytanie.
- A
co?
-
Chciałam iść na zakupy po jakieś nowe ciuchy na spotkanie z Luke’iem, ale
możemy iść same z Lizzie.
Jej
głowa zniknęła, a drzwi ponownie się zamknęły. Powieki same mi opadły, lecz
zanim zapadłam w sen, rzuciłam zaklęcie zamykające na drzwi, by znowu nikt nie
zakłócił mi spokoju i dopiero wtedy zasnęłam.
Wieczorem,
jak przewidziała Agnes, bąble zniknęły, ale dłonie nadal były czerwone, a skóra
się łuszczyła, więc musiałam smarować je jeszcze dwa dni, zanim oparzenie, czy
cokolwiek to było, całkiem zniknęło. Guz zmienił kolor z granatu na żółć, a ja
nadal chroniłam czoło grzywką, dlatego nikt oprócz moich przyjaciół o nim nie
wiedział.
Ospa
nie pojawiła się, zresztą iskry też nie. Następnego dnia czułam się znacznie
lepiej, więc stwierdziłam, że poprzedni dzień był po prostu wyjątkowo dla mnie
pechowy i nic więcej. Ani się nie zaraziłam, ani nie otrułam. Było dobrze.
A
sobota zbliżała się wielkimi krokami.
***
Przeszłam
przez szklane drzwi, a moje oczy powitały jasny, prawie rażący, korytarz, który
świecił o tej porze pustkami. Gdzieniegdzie dostrzec można było morską zieleń
czy błękit ścian, ale przeważała biel, co w szpitalu dziwne nie było.
Zauważając ruch przy niebiesko-zielonej recepcji, spojrzałam w tamtą stronę i
zobaczyłam niską kobietę, która układała coś na ladzie, lecz słysząc trzask
zamykanych drzwi, odwróciła się w moją stronę.
Przez
chwilę na jej twarzy malowało się skupienie, gotowa przyjąć jakiegoś chorego –
bo rzadko, kto przychodzi o siódmej rano w odwiedziny – ale rozpoznawszy mnie,
uśmiechnęła się promiennie, ukazując rządek białych zębów.
-
Catty! – zawołała, a ja, mijając zielone krzesełka pod ścianą, podeszłam do
niej i się przywitałam. – Dawno cię tu nie było, kochanie.
-
Dostałam szlaban na przychodzenie tutaj. – Zaśmiałam się trochę sztucznie. –
Kazano mi odpocząć, więc byłam na wakacjach. – Wzruszyłam ramionami, patrząc w
głąb pustego korytarza.
Chwilę
porozmawiałyśmy o minionych wakacjach – przy czym Kayle, pielęgniarka,
opowiedziała mi, że w końcu mogła pojechać do swojego rodzinnego miasteczka
Oakland, w Kalifornii – odmówiłam grzecznie na ofertę kawy – tej z ekspresu, a
nie z automatu, skąd wychodziła czarna woda a nie kawa – i ostatecznie poczułam
się na tyle odważnie, by iść w końcu do sali.
- Czy
ona… - zaczęłam cicho, a Kayle od razu zrozumiała.
-
Jest przy nim. – Położyła mi dłoń na ramieniu, ściskając je pocieszająco. –
Polepszy mu się, to tylko kwestia czasu. – Uśmiechnęła się delikatnie, ale w
jej zielonych oczach dostrzegłam cień żalu.
-
Trwa to już 3 lata – mruknęłam, a ona jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na moim
ramieniu, nieboleśnie.
-
Niektórzy budzą się nawet po 20 latach. Musisz mieć nadzieję.
Opuściłam
jedynie głowę, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. Nie chciałam czekać 20 lat.
Nie chciałam czekać chociażby roku, chciałam by obudził się już teraz, zaraz.
Potarłam
powieki i zamierzałam już ruszyć do sali, kiedy kobieta jeszcze mnie
zatrzymała.
-
Uważaj, bo siedzi tam już od kilku dni i ostatnio jest trochę rozdrażniona.
Posłałam
jej słaby uśmiech.
-
Jest rozdrażniona od mojego urodzenia. Dzięki, Kayle – powiedziałam i poszłam
stronę odpowiedniego pokoju drogą, którą znałam na pamięć.
W
połowie drogi rzuciłam ostatnie spojrzenie przez ramię i zobaczyłam, że Kayle
cały czas za mną patrzy, odgarniając niesforne kasztanowe loki z twarzy, a w
jej spojrzeniu tkwiła troska i współczucie. Mimo że nie byłyśmy jakimiś
bliskimi przyjaciółkami, po części z powodu różnicy wieku, przywiązałyśmy się
do siebie przez te lata, a moje cierpienie stało się jej cierpieniem.
Nie
minęło pięć minut, a stałam już przed szybą oddzielającą korytarz od salki, w
której znajdowało się łóżko, aparatury zajmujące pół pomieszczenia oraz
granatowy fotel ze stolikiem o tym samym kolorze przy niedużym oknie i
drewniane krzesło przy łóżku.
Specjalnie
ominęłam wzrokiem postać w łóżku i skupiłam się na mojej matce, która siedziała
na krześle. Przetłuszczone blond włosy związała w niedbałego kucyka, z którego
wymykały się pojedyncze kosmyki, okalając jej bladą i zmęczoną twarz. Błękitne
oczy utkwiła w aparaturze, pikającej, co jakiś czas, informującej o rytmie
serce osoby do niej podłączonej.
Przełknęłam
ciężko ślinę, zaciskając mocno pięści; zawsze robiłam to przed wejściem tutaj.
Mogłam sobie wmawiać, że oswoiłam się z obecną sytuacją, ale nadal pociłam się
przed każdym takim spotkaniem w szpitalu.
Dostrzegłam
swoje słabe odbicie w szybie. Jasne, prawie srebrne, oczy, które, na co dzień,
miały odcień chmur w deszczowe, ponure dni teraz świeciły się nienaturalnie, a
pobladłe usta lekko drżały, więc zacisnęłam je w cienką linię. Choć nie
poświęcałam dzisiaj włosom dużo czasu, były idealnie proste przez panującą na
zewnątrz wilgoć.
Wzięłam
głęboki wdech i cicho weszłam do sali, starając się nie zwracać na siebie
uwagi, ale mama chyba musiała zauważyć mnie wcześniej, bo gdy weszłam
wpatrywała się w drzwi.
Zmusiłam
się do radosnego uśmiechu, który z taką łatwością przychodził mi każdego dnia
wśród znajomych i przyjaciół, a teraz ledwo wydawał się prawdziwy.
-
Hej, mamo – rzuciłam, podchodząc do niej i pocałowałam ją w wilgotny policzek.
Nie skomentowałam tego, bo bez wątpienia musiała znowu płakać.
-
Dzień dobry, kochanie – szepnęła, jakby głośniejszy dźwięk miałby go obudzić,
co przywitałabym z wielką radością. – Co robisz tutaj tak wcześnie? – spytała,
chociaż wątpiłam by wiedziała, jaka jest godzina czy nawet dzień.
- Nie
mogłam spać przez całą noc – wyznałam. – W końcu nie widziałam go ponad trzy
miesiące. – Nic nie mogłam poradzić na to, że mój głos zadrżał lekko od
ukrywanego żalu, kiedy wypowiadałam ostatnie zdanie.
-
Wyszło ci to tylko na dobre – stwierdziła, przyglądając mi się uważnie, ale
wiedziałam, że częścią myśli była gdzie indziej.
Nie
mogłam się z nią nie zgodzić, choć bardzo bym chciała. Te chwilowe oderwanie od
prawdziwej i okrutnej rzeczywistości mojego życia pozwoliło mi przemyśleć kilka
spraw na trzeźwo i mogłam też przez moment nie martwić się przyszłością, jak i
przeszłością.
- Jak
on się czuje? – zapytałam, a ona ledwo dostrzegalnie wzruszyła ramionami pod
obszernym swetrem.
-
Lepiej czy gorzej… Jakie to ma znaczenie? I tak jest w śpiączce – powiedziała z
goryczą w głosie, a mnie niespodziewanie zachciało się płakać. Jednak
przełknęłam łzy i przyjrzałam się matce.
-
Mamo… kiedy ostatni raz porządnie się wyspałaś?
- W
tym tygodniu słyszę to pytanie już po raz pięćdziesiąty. Czuję się bardzo
dobrze, dziękuję za troskę.
Podniosłam
sceptycznie brew.
-
Wcale tak nie wyglądasz, wiesz? Zastanawiam się, czy ty w ogóle widziałaś się w
jakimś lustrze, bo na pewno byś zauważyła, że strasznie schudłaś. Kiedy coś
jadłaś?
Westchnęła
cicho z irytacją.
- Nie
jestem dzieckiem.
- Ale
tak się zachowujesz, mamo. – Pochyliłam się, złapałam ją za szczupłą, chłodną
dłoń i z niemałym trudem podciągnęłam do pozycji stojącej. – Idź teraz do domu,
zjedz coś, wyśpij się i przyjedź z powrotem z kawą. Do tego czasu z nim
zostanę, dobrze?
Czekałam
na potwierdzenie moich rozkazów, ale mama jedynie wpatrywała się we mnie długą
chwilę, w ciągu której w jej błękitnych oczach pojawiły się łzy.
-
Przepraszam – wychrypiała, a ja podświadomie wiedziałam, że nie przeprasza
tylko za swoje zachowanie czy nie poświęcanie mi przez ostatnie lata czasu, z
wiadomych powodów, ale i za wiele złych rzeczy w naszym życiu, które nie stały
się z jej winy czy kogokolwiek innego. Jeśli już, to można było obwiniać tylko
ten okropny los, który nie znał żadnej litości.
- Nie
martw się tym. – Przytuliłam się do niej na moment, po czym wypuściła ją z
objęć, żeby mogła iść w końcu się wyspać. Jednak nie byłam stuprocentowo pewna
czy tak zrobi. Znając moją matkę, może siedzieć przez kilka godzin, wpatrując
się z płaczem w sufit, co zresztą po niej miałam.
Kiedy
opuściła pomieszczenie, zajęłam jej poprzednie miejsce i powoli, z wahaniem,
wyciągnęłam rękę w stronę łóżka. Gdy to zrobiłam, zauważyłam jak moje całe
ramię drży, ale przezwyciężając lęk, wzięłam w dłoń drobniejszą i chudszą rękę
od mojej, i przyłożyłam ja sobie do twarzy, ignorując jej przeraźliwy chłód.
Sunęłam
oczami po nieskazitelnie białej pościeli i niebieskiej koszuli szpitalnej, aż
trafiłam na prawie przezroczystą, na tle pościeli, twarz mojego
dziewięcioletniego brata.
Powstrzymałam
jęk rozpaczy, badając drugą ręka chłodną skórę delikatnej twarzyczki.
Przesunęłam palcami po policzku bez naturalnego rumieńca, który, odkąd
pamiętałam, cechował jego twarz. Brzoskwiniowe usta, takie same jak u mamy i
mnie, teraz były pobielałe i spękane w kilku miejscach. Prosty nos nadal
obsypany był kilkoma piegami, cudem ciągle się trzymały, najpewniej dzięki
słońcu niemal cały czas wpadającemu promieniami do sali. Jasnozielone oczy,
które zapadły mi na zawsze w pamięć, ukryte były pod cienkimi powiekami, a
czarne rzęsy odznaczały się jedynym żywym kolorem na twarzy chłopczyka. Oczy,
co jakiś czas, poruszały się pod powiekami, co dawało mi jedyną, małą nadzieję,
że on jeszcze kiedyś się obudzi.
Pocałowałam
wnętrze jego dłoni, mrugając szybko, żeby odgonić łzy, zbierające mi się w
oczach.
-
Connor, braciszku – szepnęłam, głaszcząc go po czole. Palcami odgarnęłam i
przeczesałam czarne loczki zdobiące jego czoło. – Gdyby to była jakaś magiczna
choroba, jakieś głupie zaklęcie, tak jak w moim przypadku… - Wydałam z siebie
coś pomiędzy westchnięciem, a jękiem, zatrzymując jedną rękę w jego gęstych
włosach, a drugą, z jego dłonią, przy ustach.
Gdyby
jego śpiączka wywołana została zaklęciem czy chorobą znaną naszym lekarzom, Connora zapewne dałoby się uratować, a
przynajmniej wybudzić ze śpiączki i jakoś uleczyć.
Niestety
było to coś zupełnie innego. Connor trzy lata temu przez wypadek przewrócił się
w domu i uderzył głową o ostry kant szafki. Od tamtej pory tkwił w tej
przeklętej śpiączce.
Uzdrowiciele
nie wiedzieli, co mu jest, na początku twierdzili, że to tylko wstrząs mózgu.
Okazało się jednak, że było to coś o wiele poważniejszego, ponieważ ani zwykli,
ani nasi lekarze nie umieli go uleczyć.
Często
zastanawiając się nad tego przyczynami, podejrzewałam coś przerażającego i
absurdalnego, coś, co mógłby zrobić tylko potwór, ale on nie mógłby… Nie, na
pewno nie posunąłby się do czegoś takiego, przecież to było jego dziecko.
Odsunęłam
od siebie myśl o tej osobie – nie mogłam myśleć o nim, jako o ojcu, nie po tym,
co zrobił – i położyłam się ostrożnie na jednym boku przy Connorze. Pocałowałam
go w policzek i nadal mając złączoną z nim dłoń, zaczęłam do niego cicho
przemawiać. Podobno mógł nas usłyszeć, a mówienie do niego pomagało mu do nas
wrócić, więc żywiłam nadzieję, że mój głos choć trochę zachęci go do powrotu,
jeśli musiał wybierać.
-
Jest już szósty września 1981, braciszku, kto by pomyślał, że za dwa tygodnie
będziesz już miał 9 lat. Pamiętam cię, jako małego berbecia, który zawsze mnie
irytował, a czasem doprowadzał do panicznego śmiechu… - Przerwałam, czując w
gardle wielką gulę, która składała się z samych łez, więc zaczęłam mówić o
czymś innym.
- Na
wakacjach byłam z Liz u babci Maddie. Brakowało mi tam ciebie, wiesz? Z
pewnością mógłbyś wtedy przemówić Lizzie do rozumu, bo mnie już kompletnie nie
słucha. Gdybyś ty ją tam widział… Poznałyśmy tam przypadkowo chłopaka, który mieszka
jakieś osiem kilometrów od babci, nazywa się Carter i, tak na marginesie, to
straszny z niego wieśniak. Ale Lizzie widocznie spodobał się, bo nie mogła się
od niego odlepić, w dosłownym tego słowa znaczeniu. To się na niego przypadkowo wywalała, to coś mu
strzepywała z ciała… Mówię ci, uganiała się za nim, jak gdyby wolna była. Nawet
weszła dla niego do błota. No, może nie dla niego, ale do niego, bo akurat karmił świnie. Jedna ją ugryzła, a jeśli chodzi
o mnie, to dobrze jej tak. Najlepsze było jednak to, że on w ogóle nie próbował
z nią flirtować, ba!, nawet nie chciał jej całować, nic. Traktował ją zupełnie
jak swoją koleżankę, z którą można poskakać w błotku…
Takim
sposobem opowiedziałam mu całe wakacje, aż skończyły mi się tematy, oprócz
jednego, którego nie chciałam mu wyjawiać, pomimo że był w śpiączce.
Do
przyjścia mamy wpatrywałam się w jego nieruchomą bladą twarz ze łzami kłującymi
mnie w oczy i nawet nie mogłam sobie wyobrazić jak czuła się mama, siedząc tu
przy nim dzień w dzień od trzech lat. Głaskałam go po czole, podejrzewając, że
to są moje ostatnie chwile z nim do świąt, bo mama zapewne miała zamiar nałożyć
mi kolejny zakaz zbliżania się do szpitala, podczas gdy sama cierpiała tu za
nas obie. Więc cieszyłam się jak mogłam chwilami z moim młodszym bratem,
chociaż kiedyś tak je marnowałam, bo drażniła mnie sama jego obecność.
-
Cat. – Drgnęłam i podniosłam wzrok, spodziewając się jakiejś pielęgniarki, bo
jeszcze żadna się nie pokazała od mojego przyjścia, ale przy łóżku stała mama.
Wyglądała
teraz bardziej zdrowiej i schludniej, to musiałam jej przyznać. Umyła włosy,
znowu spięła je w kucyka, tym razem staranniejszego, a stare, powyciągane
ciuchy zmieniła na dżinsy i brązową bluzę.
Naprawdę
wyglądała lepiej, ale obawiałam się, że do mojej następnej wizyty znowu się
zaniedba.
-
Możesz już iść, przyjaciele pewnie na ciebie czekają.
Zdobyłam
się na delikatny uśmiech, podnosząc powoli z łóżka i trzymając dłoń Connora,
która zdążyła się już rozgrzać w moim ciasnym uścisku.
-
Teraz ty trzymaj jego dłoń, żeby znowu nie była taka zimna – powiedziałam, a
mama mnie usłuchała i już po chwili zajmowała krzesło z jego dłonią w rękach.
-
Dziękuję. – Posłała mi na pół szczery, na pół smutny uśmiech.
-
Przepraszam, dziękuję… jeszcze brakuje „proszę” do trzech magicznych słów –
zażartowałam marnie, próbując choć trochę rozładować napięcie, które między
nami panowało.
Mama
jednak spojrzała mi poważnie w oczy.
-
Proszę, ciesz się jak możesz swoim życiem i szczęściem.
Ponownie
dzisiejszego dnia złapałam ją za wolną rękę.
- Ja
cieszę się życiem i szczęściem, mamo, ale jest to dość trudne w panujących
czasach… - zamilkłam, dostrzegając w jej oczach niepokój.
- A
więc wiesz.
Zaśmiałam
się bezbarwnie.
- Nie
jestem taka głupia. Poza tym gazety jakoś nie ukrywają faktu o nadchodzącej
wojnie.
-
Uważaj na siebie – poprosiła, a ja potaknęłam, lecz ona chciała czegoś więcej.
– Obiecaj – szepnęła nagląco.
-
Obiecuję. – Przycisnęłam usta do jej policzka, następnie ucałowałam czoło
Connora. – Muszę już iść. Trzymaj się, mamo.
Stojąc
już przy drzwiach, zatrzymał mnie jeszcze jej cichy, schrypnięty głos.
-
Przychodź w odwiedziny, kiedy chcesz.
-
Naprawdę? – Odwróciłam się zaskoczona. Skinęła głową z lekkim uśmiechem, który
nie wydawał się teraz tak smutny, jak wcześniej.
- Wiem
jak ci go brakuje, dlatego nie będę cię od niego odizolowywała.
Teraz
była moja kolej na podziękowanie.
-
Dziękuję. – I już mnie nie było w sali, a moment później i w szpitalu.
Na
dworze panował półmrok, zbierały się deszczowe chmury, więc od razu ruszyłam w
kierunku szkoły.
Nie wiedziałam, że masz chorego
brata – odezwał się
cichutki głos w mojej głowie.
Mało
osób o tym wie – odparłam.
Jak to się stało?
Długa
historia. Może ci kiedyś opowiem.
Morze jest głębokie i szerokie… - mruknęła.
Dokładnie
– uśmiechnęłam się w myślach, czując jakoś jej wewnętrzną frustrację.
Chyba,
tak jak ja, nie lubiła mieć pytań bez odpowiedzi.
***
Rozmawiałam
z Mattem, gdy to poczułam. Było to coś obcego, ale równocześnie bardzo
znajomego. Dziwnego, ale i całkiem zwyczajnego. Nie umiałam tego określić, to
po prostu… było.
- Jak
ma się twoja mama?
Minęła
długa chwila, zanim zdołałam mu coś odpowiedzieć.
-
Mama jak to mama… uważa, że sama sobie ze wszystkim najlepiej poradzi. Nie
potrzebuje pomocy, troski ani nawet zainteresowania. Może się martwić o
każdego, oprócz siebie, ale potrafi też ignorować wszystko i wszystkich
skupiona na jednym celu. Tak jest w przypadku Connora. – Przełknęłam ślinę i
ciągnęłam dalej. – Siedzi w szpitalu prawie dzień w dzień od trzech lat i wciąż
uważa, że ona pomocy nie potrzebuje. Mówiłam ci przecież, że zabroniła mi
zbliżać się do szpitala przez jakiś czas. W ciągu mojej nieobecności zdążyła
strasznie się zaniedbać. To już nie jest ona, tylko jej cień. Możliwe, że
zachowała jeszcze resztki swojego dawnego charakteru, ale reszta zniknęła. Boję
się, że i ją za niedługo będę musiała odwiedzać w szpitalu. – Załamał mi się
głos, a Matt objął mnie jednym ramieniem.
-
Poradzi sobie, po prostu jej nie doceniasz.
Parsknęłam
sztucznym śmiechem.
-
Mówisz tak jak ona. Nie idealizuj świata, a tym bardziej mojej matki, Matt, bo
ci się to nie uda. – Odsunęłam się od niego, zaciskając ręce na swoich
przedramionach. Zrobiło mi się zimno, choć na dworze i w szkole było ponad
dwadzieścia stopni.
-
Może właśnie taka jest prawda. Jakoś sobie radziła przez te lata, prawda? Czemu
akurat teraz miałaby sobie nie poradzić?
Uśmiechnęłam
się do niego gorzko i wypowiedziałam słowa, których wcale nie chciałam mówić:
- A
czy twoja mama sobie poradziła?
Matthew
zacisnął mocno wargi, a w jego oczach dostrzegłam wyrzut. Przeklęłam się w
myślach za to, że wspominam jego zmarłą matkę. Ale to wcale nie byłam ja, nie
miałam zamiaru tego mówić.
-
Przepraszam, Matt, nie chciałam tego powiedzieć – powiedziałam szybko, a on
machnął lekceważąco ręką, lecz dostrzegłam w tym geście napięcie.
-
Masz rację, nie poradziła sobie. Powinienem z nią wtedy tam być, ale jak miałem
przewidzieć, że akurat tego wieczora ją napadną?
-
Matt, naprawdę bardzo przepraszam. Ostatnio mówię dziwne rzeczy, których wcale
mówić nie chcę, nie wiem, co się ze mną dzieje… - Zamilkłam, czując w piersiach
dziwny uścisk.
- Nic
się nie stało, Cat. Mam… coś się stało? – Zatrzymał się, dostrzegając coś w
mojej twarzy, co go widocznie zaniepokoiło.
-
Nie, tylko… - Zawahałam się, bo sama nie wiedziałam, co się dzieje. Po prostu
poczułam jakiś uścisk najpierw w piersi, a teraz w brzuchu. Nie był bolesny,
lecz… dziwny. Ciepło i zimno powoli rozeszło się po moim ciele, a w głowie mi
zaszumiało.
- Co,
Cat? – Przytrzymał mnie za ramię, gdy się zachwiałam. – Powiedz coś!
Wyślizgnęłam
się z jego uścisku i wolno wyprostowałam.
- Już
nic. Przez chwilę bardzo dziwnie się czułam, ale to już przeszło… chyba.
Chyba, ponieważ nagle poczułam w żyłach –
tak, w żyłach – jakąś dziwną moc, podobną do tej z dnia, kiedy walczyłam z
Ericiem.
-
Chyba?
-
Znowu to się dzieje – powiedziałam mu, a on lekko zbladł.
-
Ognista ospa?
Walnęłam
go w ramię.
-
Przestań. Nie ma żadnej ognistej ospy, już to wiem.
-
Jest! – zaprzeczył. – Kuzynka kuzynki mojego wujka…
-
Matt, cholero – warknęłam. – Chcesz dostać iskrą? To się zamknij, z łaski
swojej – dodałam, widząc jak kręci głową.
Przytknęłam
palce do skroni i przymknęłam powieki, starając się zapanować nad mocą, która
powoli rosła pod moją skórą, próbując wydostać się, ale na razie zręcznie ją
utrzymywałam.
Nagle
dostrzegłam jak zza zakrętu wychodzi jakaś osoba i kieruje się powoli w naszą
stronę korytarzem. Zachłysnęłam się śliną, widząc, kto to.
-
Nie, tylko nie Eric, proszę, tylko nie teraz – szepnęłam, a Matt zaczął pchać
mnie w odwrotną stronę.
- Idź
do pokoju, łazienki, na dwór czy gdzie tam chcesz, po prostu idź stąd, bo znów
wybuchniesz.
- A
co z tobą? – Zatrzymałam się w pół kroku.
-
Zajmę się nim.
- O
nie, nie, nie – powiedziałam, odwracając się do niego. Nie chciałam zostawiać
Matta sam na sam z Ericiem. Chociaż Matt był starszy, martwiłam się, że Eric
może mu coś zrobić, bo jednak mój jasnowłosy przyjaciel nie był za dobry w
walce, o czym dobrze wiedział.
Doceniałam
jego rycerskość, ale wolałam zostać, mimo że moja moc był coraz większa.
Matt
widząc, że nie mam zamiaru sobie pójść, przewrócił oczami.
- To
bardzo zły pomysł.
-
Gorszy jest taki, żebyś został z nim sam.
Chłopak
chciał się spierać dalej, ale doszedł nas głos Erica.
-
Witam, ptaszki.
I na
tym skończyły się moje złudne nadzieje, że Dallas ominie nas bez zbędnych
zaczepek.
-
Witam i żegnam. Chodź, Matt. – Pociągnęłam przyjaciela za rękę w stronę, z
której przyszedł Eric.
-
Musisz cały czas przede mną uciekać, Cat? Chciałem żebyśmy pogadali, jak normalni
ludzie, jak za dawnych czasów.
- Jak
normalnie ludzie? Jak za dawnych czasów? Czy ty siebie słyszysz? – Stanęłam i
spojrzałam na niego dziwnie. – Eric, nie ma żadnych dawnych czasów. Od
pierwszego dnia szkoły jesteśmy wrogami. I jak mamy rozmawiać, jak normalni ludzie, jeśli ty NIE jesteś
normalny? – Mój głos był szybki i nerwowy, a to wszystko z powodu buzującej we
mnie delikatnej energii, która podwajała każdą moją odczuwalną w danej chwili
emocję i jeszcze z brzucha nadal rozlewała się po moim ciele zmiennocieplna
moc.
-
Ach, a mogło być tak miło. – Westchnął z udawaną rozpaczą, przynajmniej tak mi
się wydawało, a mną wstrząsnął dreszcz gniewu.
- Do
czasu, aż się odwrócę i walniesz zaklęciem w moje plecy? Nie, nie byłoby wtedy
miło.
Znowu
pociągnęłam Matta i nie przeszliśmy parę kroków, a poczułam na swojej tarczy –
którą wzniosłam dla bezpieczeństwa – drgnięcie mocy.
- Ja
się świetnie bawię – zawołał Eric, a ja warknęłam głośno i zamierzałam się
odwrócić, gdy Matt mnie przytrzymał.
- Nie
reaguj na to, Cat. On właśnie tego chce. – Zwrócił się do Dallas. – Nie
nauczyłeś się po ostatnim, żeby nie atakować jej od tyłu?!
-
Widzisz, Mattie – zaczął złośliwie – ja nie uczę się na własnych błędach.
- Bo
jesteś kretynem – stwierdził jasnowłosy, nawet nie z gniewem, a czystą pogardą
i teraz to on pociągnął mnie za sobą. – Chodź, Cat.
-
Jeszcze się spotkamy, słońce! – krzyknął Eric, ale już starałam się go nie
słuchać. Skupiałam się na uspakajaniu mocy w sobie, żeby nie skrzywdzić siebie
i Bogu winnych ludzi. Brałam wdechy i wydechy, z radością czując jak moc powoli
maleje, a uczucie zimna znika, pozostawiając same ciepło w moim ciele.
Musiałam
nauczyć się panowania nad tym, bo jeżeli miałam częściej spotykać Dallasa to
wolałam nie używać na nim iskier ani błyskawic. Spaliłabym jeszcze szkołę.
Dotarliśmy
właśnie na główny hol, skąd wychodziły wszystko schody i drzwi na różne piętra,
gdy Matt zatrzymał się na moment.
- Czy
to Will? – spytał zdziwiony, a ja podążyłam za jego wzrokiem.
Po
schodach prowadzących na dziedziniec schodził czarnowłosy chłopak, który po
budowie przypominał Willa i skręcił w lewo dróżką prowadząca do lasu. Gdzie on idzie?
Zamierzałam
nie tyle, co się tego dowiedzieć, ale i wypytać go o mój medalion. Nie wywinie
mi się, kiedy będziemy sami. Co prawda na dworze już było ciemno, ale nie
miałam pojęcia, kiedy znajdzie się kolejny raz na złapanie go samego, dlatego
powiedziałam Mattowi, że muszę zapytać o coś Willa, zanim pójdę spać i
wybiegłam na dziedziniec.
Dzięki
latarniom wzdłuż dróżek, które światło brały z energii magicznej miałam
oświetloną całą drogę do lasu, ale w środku puszczy będę musiała już radzić
sobie sama.
Wytężyłam
wzrok i dopiero po chwili zobaczyłam wysoką sylwetkę idącą ścieżką, więc
ruszyłam za nią, będąc od niej w odległości, co najmniej dziesięciu metrów.
Chciałam dorwać go dopiero w lesie, żeby nie miał jak uciec. Chociaż tam też
może się schować, ale wolałam teraz o tym nie myśleć.
Po
kilku minutach Will zniknął w lesie, a ja stanęłam przed wysokimi drzewami,
ostatni raz myśląc czy dobrze robię, wchodząc w ciemnościach do lasu, jednak,
gdy pomyślałam o tym dziwnym medalionie i o tym, że Will mnie
najprawdopodobniej okłamał, weszłam do lasu bez dalszego wahania.
Problem
jedynie tkwił w tym, że nie wiedziałam, w którą stronę udał się brunet.
Wzdychając
głęboko, ruszyłam przed siebie, wyciągając przed siebie dłonie, żeby nie wejść
w jakieś drzewo. Chętnie użyłabym świetlistej tarczy, ale bałam się, że Will
dostrzeże mnie z oddali i ucieknie.
Kiedy
tak rozglądałam się na próżno wokół siebie w polu widzenia zamigotało mi
światło. Od razu skierowałam się w jego kierunku, wiedząc już, że to na pewno
Will.
Oj,
kochany, lepiej żebyś odpowiadał zgodnie z prawdą, bo inaczej wrócisz do
szkoły, jako mały, obrzydliwy robaczek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz