wtorek, 6 listopada 2012

3


Syknęłam głośno, czując ukłucie w ręce, jakby ktoś wbił mi igłę w poduszkę dłoni. To był jedyny ból, jaki poczułam od momentu dotknięcia kamienia, mimo tego, że moje dłonie były całe w bąblach od poparzeń, a wcześniej wylałam na siebie gorącą kawę.
- Przepraszam – powiedział Matt, siedzący obok mnie na miękkim materacu łóżka i opatrywał moje dłonie zwykłymi medycznymi lekami, ponieważ, jak twierdziła Agnes, użycie zaklęcia na takie oparzenia może źle się skończyć. Nie wiedziałam czemu, ale nie zamierzałam kłócić się z przyszłą uzdrowicielką.
- Opowiedz jeszcze raz, co tam się stało – zażądała Liz, patrząc na mnie z drugiej strony mojego pokoju. Siedziała po turecku przy biurku, ani na moment nie przestając zaciskać gniewnie warg, wściekła na Erica za to, że znowu mnie zaatakował.
- Już wam przecież mówiłam… - zaczęłam zmęczonym tonem, ale natrafiając na pełen gradowych chmur wzrok Agnes, zamilkłam.
- Możesz to zrobić jeszcze raz – naciskała, również bardzo zdenerwowana. W każdej innej chwili doceniłabym zmartwienie moją osobą moich przyjaciółek, lecz nie teraz, kiedy zmęczona byłam po całym dniu zajęć i obolała w okolicach barków. Obawiałam się, że mogłam oberwać od Erica jakimś zaklęciem, nawet tego nie zauważając.
Westchnęłam przeciągle, ale poddałam się, spiorunowana przez spojrzenie Lizzie.
- Szłam sobie spokojnie na pierwszą lekcję, kiedy zaczepił mnie Eric. Ignorowałam go do pewnego momentu, kiedy mnie wkurzył i kazałam mu grzecznie odczepić się ode mnie. Jednak on nie posłuchał i wyszła z tego walka, koniec historii.
- Czekaj, czekaj, wcześniej mówiłaś, co innego. – Liz zmarszczyła brwi.
- Nie chce mi się tego znowu opowiadać, dobra?
- Ale chcielibyśmy usłyszeć jeszcze raz jak to się stało, że masz takie dłonie – powiedziała Agnes, wpatrując się we mnie z krzesła obok biurka.
Chcąc nie chcąc, w tej chwili zdecydowanie to drugie, zaczęłam znowu opowiadać, tym razem podając dłuższą wersję minionego zdarzenia.
- Kiedy Eric mnie dotknął, od razu odskoczył z krzykiem i powiedział, że go poparzyłam, choć nawet nie użyłam żadnego czaru. Czułam w ciele jakieś nieokreślone ciepło, ale nie było ani nieprzyjemne, ani przyjemne. Chwilę później, gdy zamierzałam odejść, zaatakował mnie, co zapoczątkowało we mnie wielką wściekłość, która wzięła się niewiadomo skąd i wtedy z moich rąk zaczęły lecieć iskry i błyskawice. Potem przybiegł Matt i mnie uspokoił.
- Złapałem ją za ramiona i poczułem się, jakby kopnął mnie prąd, ale kilka godzin później miałem na dłoniach już takie same, lecz o wiele mniejsze, poparzenia, jak Cat – dodał Matt, nie podnosząc głowy znad moich dłoni.
- Dziwne – mruknęła Agnes, zatrzymując na moment wzrok na moim medalionie, ale po chwili spojrzała na okno za mną, zastanawiając się nad czymś.
- Miałaś już kiedyś takie sytuacje? – spytał Ethan, stojący przy oknie.
- Z Ericiem czy…
- Tym drugim.
Odpowiedziałam bez wahania.
- Nigdy.
- Więc czemu tak nagle zaczynasz strzelać ogniem? – spytał Will, odzywając się pierwszy raz, odkąd przyszedł do mojego pokoju, a ja spojrzałam na niego zaskoczona, zresztą nie tylko ja. – Dobra, iskrami. Ale nie trudno się domyślić, że za niedługo z tych iskier będzie ogień.
- Może zaraziłaś się czymś, a to są skutki uboczne. Albo po prostu miałaś dzisiaj kiepski nastrój…? – spekulowała Lizzie, a ja wbijałam wzrok w Willa by, choć na chwilę, na mnie spojrzał, lecz on uparcie krążył oczami po całym pokoju, specjalnie mnie omijając. Zmrużyłam oczy, przyglądając się jego sylwetce opartej o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami.
Dalej udajesz, że nic nie wiesz? Przekonamy się, czy będziesz nadal tak udawał, gdy zmienię cię w robaka.
- Nie sądzę. Dzisiaj całkiem dobrze się czułam, do spotkania z nim – stwierdziłam, okłamując samą siebie, bo Ally mówiłam, co innego. – I czym miałabym się zarazić, Liz? Twoją głupotą?
- Chcę tylko pomóc – powiedziała z wyrzutem moja kuzynka. Od razu pożałowałam swojego zachowania i chciałam ją przeprosić, lecz przerwał nam Ethan.
- Miałaś już ognistą ospę?
Patrzyłam na niego bez wyrazu, zastanawiając się, o co mu chodzi.
- Co?
Co to jest ognista ospa?
Ospa, której skutkami są, między innymi, zianie ogniem lub niekontrolowane nim rzucanie.
- Ospa, w czasie której ziejesz ogniem lub nim rzucasz – odparł Ethan, niemal w tej samej chwili, co Ally.
- Ty chyba sobie żartujesz – powiedziałam do nich obojga. – Jaki normalny człowiek ziałby ogniem?
Taka jest legenda.
- To tylko legenda, ale drugi objaw jest prawdziwy, a ty go wykazujesz. Więc miałaś już tę ospę?
- Już? Jakie już? To znaczy, że wszyscy muszą przez nią przejść? – spytałam, nieudolnie ukrywając panikę w swoim głosie. Ciągle nie wierzyłam w cały ten dar ognia, więc ta ospa wydawała się być prawdopodobna.
Nie masz żadnej ospy – powiedziała znużonym głosem Ally.
Cicho. Może jednak mam.
- Nie wszyscy – zaprzeczył Ethan. – Tylko połowa społeczeństwa czarodziejów przechodzi przez tę chorobę i to nawet nie połowa. Jednak ty możesz do tej właśnie mniejszości się zaliczać.
Zastanawiałam się nad tą możliwością i przebiegłam myślami przez wszystkie swoje objawy, które pojawiły się dopiero dzisiaj. Na razie wytwarzałam tylko niekontrolowane iskry, ale nie wiedziałam w końcu czy było to po prostu ze wściekłości, czy może naprawdę były to oznaki tej ospy. Postanowiłam, że wieczorem sprawdzę na ciele czy mam jakieś krosty.
A jeśli to nie ospa?
Na to pytanie nie chciałam znać odpowiedzi, chociaż gdzieś w głębi mojego umysłu jakiś głosik mówił mi, że Alice ma rację i naprawdę jestem Wybranką Ognia, co było najmniej prawdopodobną możliwością ze wszystkich. Lecz możliwości były tylko dwie. To i ospa.
W tej chwili wybierałam ospę.
- Wiecie co, to chyba rzeczywiście jest jakaś choroba, może nawet ta ospa – powiedziałam, przerywając sprzeczkę, którą prowadziła Liz z Willem podczas moich rozmyślań. Spojrzałam na dłonie i zauważyłam, że już były opatrzone. – O, już skończyłeś. Dziękuję, Matt. – Uśmiechnęłam się do niego i pocałowałam w policzek, w podzięce. – Może lepiej się już położę, a nie chcę was pozarażać, więc…
Wszyscy zrozumieli i zaczęli zbierać się do wyjścia.
- Rzeczywiście zaraziłaś się – rzekła Lizzie, ruszając do drzwi.
- Liz…
- Nie, naprawdę wyglądasz słabo. Poza tym nie znoszę żadnych osp i innych takich, dlatego, wybacz, ale mówię „pa”. – Pomachała mi i wyszła prędko z pokoju, ciągnąc za sobą Ethana, jakby zostając tutaj sekundę dłużej czymś się zarazić.
Z zaskoczeniem spostrzegłam, że oprócz Agnes już nikt nie został w pokoju. Gdzie jest Will z Mattem?
Musiałam zadać to pytanie na głos, bo Agnes mi odpowiedziała:
- Wyszli jeszcze przed Lizzie, nie widziałaś? – Posłała mi zdziwione spojrzenie, podeszła do mnie i przyłożyła delikatnie rękę do mojego czoła, uważając na guza.
- Masz gorące czoło. – Przygładziła mi z powrotem grzywkę, w jej oczach widniało teraz zmartwienie zamiast gniewu.
- Teleportowali się czy co? – Jak mogłam nie zauważyć, że Matt sobie poszedł? Wyjścia Willa mogłam nie zauważyć, bo stał zaraz przy drzwiach, ale Matt przecież siedział obok mnie.
Czy jest ze mną już tak źle? – spytałam samą siebie.
Mówiłam ci.
Zignorowałem tę uwagę i skupiłam się na słowach Agnes, które wypowiadała z prędkością karabinu maszynowego.
- Chyba naprawdę czymś się zaraziłaś. Jesteś blada, masz gorące czoło… na pewno nie używałaś żadnego zaklęcia uzdrawiającego na te dłonie?
Pokręciłam przecząco głową, ale zawahałam się.
- Matt czegoś używał – zaczęłam, ale szybko mi przerwała.
- Wiem, zaklęcia przeciwbólowego, ale to ci nie mogło zaszkodzić. Nie wiem, co to może być, bo, szczerze mówiąc, nigdy nie słyszałam o żadnej ognistej ospie, a przecież tyle uczyłam się na temat magicznych chorób! – Westchnęła sfrustrowana, wbijając wzrok w coś za mną.
Denerwowało ją to, że nie mogła stwierdzić, co mi jest, bo w końcu w przyszłości chciała zostać uzdrowicielką, w związku z tym czytała wiele książek o różnych, różniastych chorobach, tych magicznych i ludzkich. Więc jeśli nigdy nie słyszała o ognistej chorobie, to skąd znała ją Ally? A tym bardziej Ethan?
Może po prostu Ethan sobie ze mnie zażartował, a Alice się do niego dołączyła?
Miałam tyle pytań bez odpowiedzi… Jęknęłam zdołowana, a Agnes źle odczytała ten odgłos.
- Boli cię coś?
- Nie, to znaczy… Może trochę głowa, a szczególnie te czoło. – Przymknęłam powieki, kiedy rudowłosa znowu przyłożyła chłodną dłoń do mojego czoła i wysłała kilka zaklęć, które uśmierzyły trochę mój ból.
- Dzięki. – Uśmiechnęłam się do niej, a ta odwzajemniła gest.
- Teraz odpoczywaj. Jeśli się nie mylę wieczorem ręce powinny już się zagoić, a przynajmniej znikną bąble. Wtedy znowu posmarujesz sobie dłonie tą maścią. – Położyła ją na biurku i podeszła do drzwi. – Prześpij się, to ci dobrze zrobi. – Posłała mi ostatnie zamyślone spojrzenie i brązowe drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem. Opadłam na kołdrę, rozkładając ramiona i zamknęłam oczy, zamierzając przespać się zgodnie z radą Ag.
Nie minęła minuta, a drzwi znowu otworzyły się, a w szparze pojawiła się ruda głowa dziewczyny.
- Ja jeszcze na chwilkę… Masz jakieś plany na sobotę?
- A dzisiaj jest…?
- Środa. Co to ma wspólnego z planami na sobotę?
- Nic. Tak, mam, rano idę do szpitala.
Agnes zmartwiała mina, ale zanim zdążyła o coś zapytać, to ja zadałam pytanie.
- A co?
- Chciałam iść na zakupy po jakieś nowe ciuchy na spotkanie z Luke’iem, ale możemy iść same z Lizzie.
Jej głowa zniknęła, a drzwi ponownie się zamknęły. Powieki same mi opadły, lecz zanim zapadłam w sen, rzuciłam zaklęcie zamykające na drzwi, by znowu nikt nie zakłócił mi spokoju i dopiero wtedy zasnęłam.
Wieczorem, jak przewidziała Agnes, bąble zniknęły, ale dłonie nadal były czerwone, a skóra się łuszczyła, więc musiałam smarować je jeszcze dwa dni, zanim oparzenie, czy cokolwiek to było, całkiem zniknęło. Guz zmienił kolor z granatu na żółć, a ja nadal chroniłam czoło grzywką, dlatego nikt oprócz moich przyjaciół o nim nie wiedział.
Ospa nie pojawiła się, zresztą iskry też nie. Następnego dnia czułam się znacznie lepiej, więc stwierdziłam, że poprzedni dzień był po prostu wyjątkowo dla mnie pechowy i nic więcej. Ani się nie zaraziłam, ani nie otrułam. Było dobrze.
A sobota zbliżała się wielkimi krokami.


***


Przeszłam przez szklane drzwi, a moje oczy powitały jasny, prawie rażący, korytarz, który świecił o tej porze pustkami. Gdzieniegdzie dostrzec można było morską zieleń czy błękit ścian, ale przeważała biel, co w szpitalu dziwne nie było. Zauważając ruch przy niebiesko-zielonej recepcji, spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam niską kobietę, która układała coś na ladzie, lecz słysząc trzask zamykanych drzwi, odwróciła się w moją stronę.
Przez chwilę na jej twarzy malowało się skupienie, gotowa przyjąć jakiegoś chorego – bo rzadko, kto przychodzi o siódmej rano w odwiedziny – ale rozpoznawszy mnie, uśmiechnęła się promiennie, ukazując rządek białych zębów.
- Catty! – zawołała, a ja, mijając zielone krzesełka pod ścianą, podeszłam do niej i się przywitałam. – Dawno cię tu nie było, kochanie.
- Dostałam szlaban na przychodzenie tutaj. – Zaśmiałam się trochę sztucznie. – Kazano mi odpocząć, więc byłam na wakacjach. – Wzruszyłam ramionami, patrząc w głąb pustego korytarza.
Chwilę porozmawiałyśmy o minionych wakacjach – przy czym Kayle, pielęgniarka, opowiedziała mi, że w końcu mogła pojechać do swojego rodzinnego miasteczka Oakland, w Kalifornii – odmówiłam grzecznie na ofertę kawy – tej z ekspresu, a nie z automatu, skąd wychodziła czarna woda a nie kawa – i ostatecznie poczułam się na tyle odważnie, by iść w końcu do sali.
- Czy ona… - zaczęłam cicho, a Kayle od razu zrozumiała.
- Jest przy nim. – Położyła mi dłoń na ramieniu, ściskając je pocieszająco. – Polepszy mu się, to tylko kwestia czasu. – Uśmiechnęła się delikatnie, ale w jej zielonych oczach dostrzegłam cień żalu.
- Trwa to już 3 lata – mruknęłam, a ona jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na moim ramieniu, nieboleśnie.
- Niektórzy budzą się nawet po 20 latach. Musisz mieć nadzieję.
Opuściłam jedynie głowę, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. Nie chciałam czekać 20 lat. Nie chciałam czekać chociażby roku, chciałam by obudził się już teraz, zaraz.
Potarłam powieki i zamierzałam już ruszyć do sali, kiedy kobieta jeszcze mnie zatrzymała.
- Uważaj, bo siedzi tam już od kilku dni i ostatnio jest trochę rozdrażniona.
Posłałam jej słaby uśmiech.
- Jest rozdrażniona od mojego urodzenia. Dzięki, Kayle – powiedziałam i poszłam stronę odpowiedniego pokoju drogą, którą znałam na pamięć.
W połowie drogi rzuciłam ostatnie spojrzenie przez ramię i zobaczyłam, że Kayle cały czas za mną patrzy, odgarniając niesforne kasztanowe loki z twarzy, a w jej spojrzeniu tkwiła troska i współczucie. Mimo że nie byłyśmy jakimiś bliskimi przyjaciółkami, po części z powodu różnicy wieku, przywiązałyśmy się do siebie przez te lata, a moje cierpienie stało się jej cierpieniem.
Nie minęło pięć minut, a stałam już przed szybą oddzielającą korytarz od salki, w której znajdowało się łóżko, aparatury zajmujące pół pomieszczenia oraz granatowy fotel ze stolikiem o tym samym kolorze przy niedużym oknie i drewniane krzesło przy łóżku.
Specjalnie ominęłam wzrokiem postać w łóżku i skupiłam się na mojej matce, która siedziała na krześle. Przetłuszczone blond włosy związała w niedbałego kucyka, z którego wymykały się pojedyncze kosmyki, okalając jej bladą i zmęczoną twarz. Błękitne oczy utkwiła w aparaturze, pikającej, co jakiś czas, informującej o rytmie serce osoby do niej podłączonej.
Przełknęłam ciężko ślinę, zaciskając mocno pięści; zawsze robiłam to przed wejściem tutaj. Mogłam sobie wmawiać, że oswoiłam się z obecną sytuacją, ale nadal pociłam się przed każdym takim spotkaniem w szpitalu.
Dostrzegłam swoje słabe odbicie w szybie. Jasne, prawie srebrne, oczy, które, na co dzień, miały odcień chmur w deszczowe, ponure dni teraz świeciły się nienaturalnie, a pobladłe usta lekko drżały, więc zacisnęłam je w cienką linię. Choć nie poświęcałam dzisiaj włosom dużo czasu, były idealnie proste przez panującą na zewnątrz wilgoć.
Wzięłam głęboki wdech i cicho weszłam do sali, starając się nie zwracać na siebie uwagi, ale mama chyba musiała zauważyć mnie wcześniej, bo gdy weszłam wpatrywała się w drzwi.
Zmusiłam się do radosnego uśmiechu, który z taką łatwością przychodził mi każdego dnia wśród znajomych i przyjaciół, a teraz ledwo wydawał się prawdziwy.
- Hej, mamo – rzuciłam, podchodząc do niej i pocałowałam ją w wilgotny policzek. Nie skomentowałam tego, bo bez wątpienia musiała znowu płakać.
- Dzień dobry, kochanie – szepnęła, jakby głośniejszy dźwięk miałby go obudzić, co przywitałabym z wielką radością. – Co robisz tutaj tak wcześnie? – spytała, chociaż wątpiłam by wiedziała, jaka jest godzina czy nawet dzień.
- Nie mogłam spać przez całą noc – wyznałam. – W końcu nie widziałam go ponad trzy miesiące. – Nic nie mogłam poradzić na to, że mój głos zadrżał lekko od ukrywanego żalu, kiedy wypowiadałam ostatnie zdanie.
- Wyszło ci to tylko na dobre – stwierdziła, przyglądając mi się uważnie, ale wiedziałam, że częścią myśli była gdzie indziej.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić, choć bardzo bym chciała. Te chwilowe oderwanie od prawdziwej i okrutnej rzeczywistości mojego życia pozwoliło mi przemyśleć kilka spraw na trzeźwo i mogłam też przez moment nie martwić się przyszłością, jak i przeszłością.
- Jak on się czuje? – zapytałam, a ona ledwo dostrzegalnie wzruszyła ramionami pod obszernym swetrem.
- Lepiej czy gorzej… Jakie to ma znaczenie? I tak jest w śpiączce – powiedziała z goryczą w głosie, a mnie niespodziewanie zachciało się płakać. Jednak przełknęłam łzy i przyjrzałam się matce.
- Mamo… kiedy ostatni raz porządnie się wyspałaś?
- W tym tygodniu słyszę to pytanie już po raz pięćdziesiąty. Czuję się bardzo dobrze, dziękuję za troskę.
Podniosłam sceptycznie brew.
- Wcale tak nie wyglądasz, wiesz? Zastanawiam się, czy ty w ogóle widziałaś się w jakimś lustrze, bo na pewno byś zauważyła, że strasznie schudłaś. Kiedy coś jadłaś?
Westchnęła cicho z irytacją.
- Nie jestem dzieckiem.
- Ale tak się zachowujesz, mamo. – Pochyliłam się, złapałam ją za szczupłą, chłodną dłoń i z niemałym trudem podciągnęłam do pozycji stojącej. – Idź teraz do domu, zjedz coś, wyśpij się i przyjedź z powrotem z kawą. Do tego czasu z nim zostanę, dobrze?
Czekałam na potwierdzenie moich rozkazów, ale mama jedynie wpatrywała się we mnie długą chwilę, w ciągu której w jej błękitnych oczach pojawiły się łzy.
- Przepraszam – wychrypiała, a ja podświadomie wiedziałam, że nie przeprasza tylko za swoje zachowanie czy nie poświęcanie mi przez ostatnie lata czasu, z wiadomych powodów, ale i za wiele złych rzeczy w naszym życiu, które nie stały się z jej winy czy kogokolwiek innego. Jeśli już, to można było obwiniać tylko ten okropny los, który nie znał żadnej litości.
- Nie martw się tym. – Przytuliłam się do niej na moment, po czym wypuściła ją z objęć, żeby mogła iść w końcu się wyspać. Jednak nie byłam stuprocentowo pewna czy tak zrobi. Znając moją matkę, może siedzieć przez kilka godzin, wpatrując się z płaczem w sufit, co zresztą po niej miałam.
Kiedy opuściła pomieszczenie, zajęłam jej poprzednie miejsce i powoli, z wahaniem, wyciągnęłam rękę w stronę łóżka. Gdy to zrobiłam, zauważyłam jak moje całe ramię drży, ale przezwyciężając lęk, wzięłam w dłoń drobniejszą i chudszą rękę od mojej, i przyłożyłam ja sobie do twarzy, ignorując jej przeraźliwy chłód.
Sunęłam oczami po nieskazitelnie białej pościeli i niebieskiej koszuli szpitalnej, aż trafiłam na prawie przezroczystą, na tle pościeli, twarz mojego dziewięcioletniego brata.
Powstrzymałam jęk rozpaczy, badając drugą ręka chłodną skórę delikatnej twarzyczki. Przesunęłam palcami po policzku bez naturalnego rumieńca, który, odkąd pamiętałam, cechował jego twarz. Brzoskwiniowe usta, takie same jak u mamy i mnie, teraz były pobielałe i spękane w kilku miejscach. Prosty nos nadal obsypany był kilkoma piegami, cudem ciągle się trzymały, najpewniej dzięki słońcu niemal cały czas wpadającemu promieniami do sali. Jasnozielone oczy, które zapadły mi na zawsze w pamięć, ukryte były pod cienkimi powiekami, a czarne rzęsy odznaczały się jedynym żywym kolorem na twarzy chłopczyka. Oczy, co jakiś czas, poruszały się pod powiekami, co dawało mi jedyną, małą nadzieję, że on jeszcze kiedyś się obudzi.
Pocałowałam wnętrze jego dłoni, mrugając szybko, żeby odgonić łzy, zbierające mi się w oczach.
- Connor, braciszku – szepnęłam, głaszcząc go po czole. Palcami odgarnęłam i przeczesałam czarne loczki zdobiące jego czoło. – Gdyby to była jakaś magiczna choroba, jakieś głupie zaklęcie, tak jak w moim przypadku… - Wydałam z siebie coś pomiędzy westchnięciem, a jękiem, zatrzymując jedną rękę w jego gęstych włosach, a drugą, z jego dłonią, przy ustach.
Gdyby jego śpiączka wywołana została zaklęciem czy chorobą znaną naszym lekarzom, Connora zapewne dałoby się uratować, a przynajmniej wybudzić ze śpiączki i jakoś uleczyć.
Niestety było to coś zupełnie innego. Connor trzy lata temu przez wypadek przewrócił się w domu i uderzył głową o ostry kant szafki. Od tamtej pory tkwił w tej przeklętej śpiączce.
Uzdrowiciele nie wiedzieli, co mu jest, na początku twierdzili, że to tylko wstrząs mózgu. Okazało się jednak, że było to coś o wiele poważniejszego, ponieważ ani zwykli, ani nasi lekarze nie umieli go uleczyć.
Często zastanawiając się nad tego przyczynami, podejrzewałam coś przerażającego i absurdalnego, coś, co mógłby zrobić tylko potwór, ale on nie mógłby… Nie, na pewno nie posunąłby się do czegoś takiego, przecież to było jego dziecko.
Odsunęłam od siebie myśl o tej osobie – nie mogłam myśleć o nim, jako o ojcu, nie po tym, co zrobił – i położyłam się ostrożnie na jednym boku przy Connorze. Pocałowałam go w policzek i nadal mając złączoną z nim dłoń, zaczęłam do niego cicho przemawiać. Podobno mógł nas usłyszeć, a mówienie do niego pomagało mu do nas wrócić, więc żywiłam nadzieję, że mój głos choć trochę zachęci go do powrotu, jeśli musiał wybierać.
- Jest już szósty września 1981, braciszku, kto by pomyślał, że za dwa tygodnie będziesz już miał 9 lat. Pamiętam cię, jako małego berbecia, który zawsze mnie irytował, a czasem doprowadzał do panicznego śmiechu… - Przerwałam, czując w gardle wielką gulę, która składała się z samych łez, więc zaczęłam mówić o czymś innym.
- Na wakacjach byłam z Liz u babci Maddie. Brakowało mi tam ciebie, wiesz? Z pewnością mógłbyś wtedy przemówić Lizzie do rozumu, bo mnie już kompletnie nie słucha. Gdybyś ty ją tam widział… Poznałyśmy tam przypadkowo chłopaka, który mieszka jakieś osiem kilometrów od babci, nazywa się Carter i, tak na marginesie, to straszny z niego wieśniak. Ale Lizzie widocznie spodobał się, bo nie mogła się od niego odlepić, w dosłownym tego słowa znaczeniu. To się na niego przypadkowo wywalała, to coś mu strzepywała z ciała… Mówię ci, uganiała się za nim, jak gdyby wolna była. Nawet weszła dla niego do błota. No, może nie dla niego, ale do niego, bo akurat karmił świnie. Jedna ją ugryzła, a jeśli chodzi o mnie, to dobrze jej tak. Najlepsze było jednak to, że on w ogóle nie próbował z nią flirtować, ba!, nawet nie chciał jej całować, nic. Traktował ją zupełnie jak swoją koleżankę, z którą można poskakać w błotku…
Takim sposobem opowiedziałam mu całe wakacje, aż skończyły mi się tematy, oprócz jednego, którego nie chciałam mu wyjawiać, pomimo że był w śpiączce.
Do przyjścia mamy wpatrywałam się w jego nieruchomą bladą twarz ze łzami kłującymi mnie w oczy i nawet nie mogłam sobie wyobrazić jak czuła się mama, siedząc tu przy nim dzień w dzień od trzech lat. Głaskałam go po czole, podejrzewając, że to są moje ostatnie chwile z nim do świąt, bo mama zapewne miała zamiar nałożyć mi kolejny zakaz zbliżania się do szpitala, podczas gdy sama cierpiała tu za nas obie. Więc cieszyłam się jak mogłam chwilami z moim młodszym bratem, chociaż kiedyś tak je marnowałam, bo drażniła mnie sama jego obecność.
- Cat. – Drgnęłam i podniosłam wzrok, spodziewając się jakiejś pielęgniarki, bo jeszcze żadna się nie pokazała od mojego przyjścia, ale przy łóżku stała mama.
Wyglądała teraz bardziej zdrowiej i schludniej, to musiałam jej przyznać. Umyła włosy, znowu spięła je w kucyka, tym razem staranniejszego, a stare, powyciągane ciuchy zmieniła na dżinsy i brązową bluzę.
Naprawdę wyglądała lepiej, ale obawiałam się, że do mojej następnej wizyty znowu się zaniedba.
- Możesz już iść, przyjaciele pewnie na ciebie czekają.
Zdobyłam się na delikatny uśmiech, podnosząc powoli z łóżka i trzymając dłoń Connora, która zdążyła się już rozgrzać w moim ciasnym uścisku.
- Teraz ty trzymaj jego dłoń, żeby znowu nie była taka zimna – powiedziałam, a mama mnie usłuchała i już po chwili zajmowała krzesło z jego dłonią w rękach.
- Dziękuję. – Posłała mi na pół szczery, na pół smutny uśmiech.
- Przepraszam, dziękuję… jeszcze brakuje „proszę” do trzech magicznych słów – zażartowałam marnie, próbując choć trochę rozładować napięcie, które między nami panowało.
Mama jednak spojrzała mi poważnie w oczy.
- Proszę, ciesz się jak możesz swoim życiem i szczęściem.
Ponownie dzisiejszego dnia złapałam ją za wolną rękę.
- Ja cieszę się życiem i szczęściem, mamo, ale jest to dość trudne w panujących czasach… - zamilkłam, dostrzegając w jej oczach niepokój.
- A więc wiesz.
Zaśmiałam się bezbarwnie.
- Nie jestem taka głupia. Poza tym gazety jakoś nie ukrywają faktu o nadchodzącej wojnie.
- Uważaj na siebie – poprosiła, a ja potaknęłam, lecz ona chciała czegoś więcej. – Obiecaj – szepnęła nagląco.
- Obiecuję. – Przycisnęłam usta do jej policzka, następnie ucałowałam czoło Connora. – Muszę już iść. Trzymaj się, mamo.
Stojąc już przy drzwiach, zatrzymał mnie jeszcze jej cichy, schrypnięty głos.
- Przychodź w odwiedziny, kiedy chcesz.
- Naprawdę? – Odwróciłam się zaskoczona. Skinęła głową z lekkim uśmiechem, który nie wydawał się teraz tak smutny, jak wcześniej.
- Wiem jak ci go brakuje, dlatego nie będę cię od niego odizolowywała.
Teraz była moja kolej na podziękowanie.
- Dziękuję. – I już mnie nie było w sali, a moment później i w szpitalu.
Na dworze panował półmrok, zbierały się deszczowe chmury, więc od razu ruszyłam w kierunku szkoły.
Nie wiedziałam, że masz chorego brata – odezwał się cichutki głos w mojej głowie.
Mało osób o tym wie – odparłam.
Jak to się stało?
Długa historia. Może ci kiedyś opowiem.
Morze jest głębokie i szerokie… - mruknęła.
Dokładnie – uśmiechnęłam się w myślach, czując jakoś jej wewnętrzną frustrację.
Chyba, tak jak ja, nie lubiła mieć pytań bez odpowiedzi.


***


Rozmawiałam z Mattem, gdy to poczułam. Było to coś obcego, ale równocześnie bardzo znajomego. Dziwnego, ale i całkiem zwyczajnego. Nie umiałam tego określić, to po prostu… było.
- Jak ma się twoja mama?
Minęła długa chwila, zanim zdołałam mu coś odpowiedzieć.
- Mama jak to mama… uważa, że sama sobie ze wszystkim najlepiej poradzi. Nie potrzebuje pomocy, troski ani nawet zainteresowania. Może się martwić o każdego, oprócz siebie, ale potrafi też ignorować wszystko i wszystkich skupiona na jednym celu. Tak jest w przypadku Connora. – Przełknęłam ślinę i ciągnęłam dalej. – Siedzi w szpitalu prawie dzień w dzień od trzech lat i wciąż uważa, że ona pomocy nie potrzebuje. Mówiłam ci przecież, że zabroniła mi zbliżać się do szpitala przez jakiś czas. W ciągu mojej nieobecności zdążyła strasznie się zaniedbać. To już nie jest ona, tylko jej cień. Możliwe, że zachowała jeszcze resztki swojego dawnego charakteru, ale reszta zniknęła. Boję się, że i ją za niedługo będę musiała odwiedzać w szpitalu. – Załamał mi się głos, a Matt objął mnie jednym ramieniem.
- Poradzi sobie, po prostu jej nie doceniasz.
Parsknęłam sztucznym śmiechem.
- Mówisz tak jak ona. Nie idealizuj świata, a tym bardziej mojej matki, Matt, bo ci się to nie uda. – Odsunęłam się od niego, zaciskając ręce na swoich przedramionach. Zrobiło mi się zimno, choć na dworze i w szkole było ponad dwadzieścia stopni.
- Może właśnie taka jest prawda. Jakoś sobie radziła przez te lata, prawda? Czemu akurat teraz miałaby sobie nie poradzić?
Uśmiechnęłam się do niego gorzko i wypowiedziałam słowa, których wcale nie chciałam mówić:
- A czy twoja mama sobie poradziła?
Matthew zacisnął mocno wargi, a w jego oczach dostrzegłam wyrzut. Przeklęłam się w myślach za to, że wspominam jego zmarłą matkę. Ale to wcale nie byłam ja, nie miałam zamiaru tego mówić.
- Przepraszam, Matt, nie chciałam tego powiedzieć – powiedziałam szybko, a on machnął lekceważąco ręką, lecz dostrzegłam w tym geście napięcie.
- Masz rację, nie poradziła sobie. Powinienem z nią wtedy tam być, ale jak miałem przewidzieć, że akurat tego wieczora ją napadną?
- Matt, naprawdę bardzo przepraszam. Ostatnio mówię dziwne rzeczy, których wcale mówić nie chcę, nie wiem, co się ze mną dzieje… - Zamilkłam, czując w piersiach dziwny uścisk.
- Nic się nie stało, Cat. Mam… coś się stało? – Zatrzymał się, dostrzegając coś w mojej twarzy, co go widocznie zaniepokoiło.
- Nie, tylko… - Zawahałam się, bo sama nie wiedziałam, co się dzieje. Po prostu poczułam jakiś uścisk najpierw w piersi, a teraz w brzuchu. Nie był bolesny, lecz… dziwny. Ciepło i zimno powoli rozeszło się po moim ciele, a w głowie mi zaszumiało.
- Co, Cat? – Przytrzymał mnie za ramię, gdy się zachwiałam. – Powiedz coś!
Wyślizgnęłam się z jego uścisku i wolno wyprostowałam.
- Już nic. Przez chwilę bardzo dziwnie się czułam, ale to już przeszło… chyba.
Chyba, ponieważ nagle poczułam w żyłach – tak, w żyłach – jakąś dziwną moc, podobną do tej z dnia, kiedy walczyłam z Ericiem.
- Chyba?
- Znowu to się dzieje – powiedziałam mu, a on lekko zbladł.
- Ognista ospa?
Walnęłam go w ramię.
- Przestań. Nie ma żadnej ognistej ospy, już to wiem.
- Jest! – zaprzeczył. – Kuzynka kuzynki mojego wujka…
- Matt, cholero – warknęłam. – Chcesz dostać iskrą? To się zamknij, z łaski swojej – dodałam, widząc jak kręci głową.
Przytknęłam palce do skroni i przymknęłam powieki, starając się zapanować nad mocą, która powoli rosła pod moją skórą, próbując wydostać się, ale na razie zręcznie ją utrzymywałam.
Nagle dostrzegłam jak zza zakrętu wychodzi jakaś osoba i kieruje się powoli w naszą stronę korytarzem. Zachłysnęłam się śliną, widząc, kto to.
- Nie, tylko nie Eric, proszę, tylko nie teraz – szepnęłam, a Matt zaczął pchać mnie w odwrotną stronę.
- Idź do pokoju, łazienki, na dwór czy gdzie tam chcesz, po prostu idź stąd, bo znów wybuchniesz.
- A co z tobą? – Zatrzymałam się w pół kroku.
- Zajmę się nim.
- O nie, nie, nie – powiedziałam, odwracając się do niego. Nie chciałam zostawiać Matta sam na sam z Ericiem. Chociaż Matt był starszy, martwiłam się, że Eric może mu coś zrobić, bo jednak mój jasnowłosy przyjaciel nie był za dobry w walce, o czym dobrze wiedział.
Doceniałam jego rycerskość, ale wolałam zostać, mimo że moja moc był coraz większa.
Matt widząc, że nie mam zamiaru sobie pójść, przewrócił oczami.
- To bardzo zły pomysł.
- Gorszy jest taki, żebyś został z nim sam.
Chłopak chciał się spierać dalej, ale doszedł nas głos Erica.
- Witam, ptaszki.
I na tym skończyły się moje złudne nadzieje, że Dallas ominie nas bez zbędnych zaczepek.
- Witam i żegnam. Chodź, Matt. – Pociągnęłam przyjaciela za rękę w stronę, z której przyszedł Eric.
- Musisz cały czas przede mną uciekać, Cat? Chciałem żebyśmy pogadali, jak normalni ludzie, jak za dawnych czasów.
- Jak normalnie ludzie? Jak za dawnych czasów? Czy ty siebie słyszysz? – Stanęłam i spojrzałam na niego dziwnie. – Eric, nie ma żadnych dawnych czasów. Od pierwszego dnia szkoły jesteśmy wrogami. I jak mamy rozmawiać, jak normalni ludzie, jeśli ty NIE jesteś normalny? – Mój głos był szybki i nerwowy, a to wszystko z powodu buzującej we mnie delikatnej energii, która podwajała każdą moją odczuwalną w danej chwili emocję i jeszcze z brzucha nadal rozlewała się po moim ciele zmiennocieplna moc.
- Ach, a mogło być tak miło. – Westchnął z udawaną rozpaczą, przynajmniej tak mi się wydawało, a mną wstrząsnął dreszcz gniewu.
- Do czasu, aż się odwrócę i walniesz zaklęciem w moje plecy? Nie, nie byłoby wtedy miło.
Znowu pociągnęłam Matta i nie przeszliśmy parę kroków, a poczułam na swojej tarczy – którą wzniosłam dla bezpieczeństwa – drgnięcie mocy.
- Ja się świetnie bawię – zawołał Eric, a ja warknęłam głośno i zamierzałam się odwrócić, gdy Matt mnie przytrzymał.
- Nie reaguj na to, Cat. On właśnie tego chce. – Zwrócił się do Dallas. – Nie nauczyłeś się po ostatnim, żeby nie atakować jej od tyłu?!
- Widzisz, Mattie – zaczął złośliwie – ja nie uczę się na własnych błędach.
- Bo jesteś kretynem – stwierdził jasnowłosy, nawet nie z gniewem, a czystą pogardą i teraz to on pociągnął mnie za sobą. – Chodź, Cat.
- Jeszcze się spotkamy, słońce! – krzyknął Eric, ale już starałam się go nie słuchać. Skupiałam się na uspakajaniu mocy w sobie, żeby nie skrzywdzić siebie i Bogu winnych ludzi. Brałam wdechy i wydechy, z radością czując jak moc powoli maleje, a uczucie zimna znika, pozostawiając same ciepło w moim ciele.
Musiałam nauczyć się panowania nad tym, bo jeżeli miałam częściej spotykać Dallasa to wolałam nie używać na nim iskier ani błyskawic. Spaliłabym jeszcze szkołę.
Dotarliśmy właśnie na główny hol, skąd wychodziły wszystko schody i drzwi na różne piętra, gdy Matt zatrzymał się na moment.
- Czy to Will? – spytał zdziwiony, a ja podążyłam za jego wzrokiem.
Po schodach prowadzących na dziedziniec schodził czarnowłosy chłopak, który po budowie przypominał Willa i skręcił w lewo dróżką prowadząca do lasu. Gdzie on idzie?
Zamierzałam nie tyle, co się tego dowiedzieć, ale i wypytać go o mój medalion. Nie wywinie mi się, kiedy będziemy sami. Co prawda na dworze już było ciemno, ale nie miałam pojęcia, kiedy znajdzie się kolejny raz na złapanie go samego, dlatego powiedziałam Mattowi, że muszę zapytać o coś Willa, zanim pójdę spać i wybiegłam na dziedziniec.
Dzięki latarniom wzdłuż dróżek, które światło brały z energii magicznej miałam oświetloną całą drogę do lasu, ale w środku puszczy będę musiała już radzić sobie sama.
Wytężyłam wzrok i dopiero po chwili zobaczyłam wysoką sylwetkę idącą ścieżką, więc ruszyłam za nią, będąc od niej w odległości, co najmniej dziesięciu metrów. Chciałam dorwać go dopiero w lesie, żeby nie miał jak uciec. Chociaż tam też może się schować, ale wolałam teraz o tym nie myśleć.
Po kilku minutach Will zniknął w lesie, a ja stanęłam przed wysokimi drzewami, ostatni raz myśląc czy dobrze robię, wchodząc w ciemnościach do lasu, jednak, gdy pomyślałam o tym dziwnym medalionie i o tym, że Will mnie najprawdopodobniej okłamał, weszłam do lasu bez dalszego wahania.
Problem jedynie tkwił w tym, że nie wiedziałam, w którą stronę udał się brunet.
Wzdychając głęboko, ruszyłam przed siebie, wyciągając przed siebie dłonie, żeby nie wejść w jakieś drzewo. Chętnie użyłabym świetlistej tarczy, ale bałam się, że Will dostrzeże mnie z oddali i ucieknie.
Kiedy tak rozglądałam się na próżno wokół siebie w polu widzenia zamigotało mi światło. Od razu skierowałam się w jego kierunku, wiedząc już, że to na pewno Will.
Oj, kochany, lepiej żebyś odpowiadał zgodnie z prawdą, bo inaczej wrócisz do szkoły, jako mały, obrzydliwy robaczek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz