wtorek, 6 listopada 2012

16


    Majowe słońce świeciło na blade i ponure twarze ludzi zgromadzonych na dużym placu pomiędzy setkami nagrobków. Spora grupka osób ubranych na czarno zawieszała swoje spojrzenia w przeróżnych miejscach. Jedni patrzyli ze smutkiem na księdza, który wymawiał tradycyjne formułki nad wielką dziurą przeznaczoną na trumnę, która lada chwila miała zostać tam opuszczona. Nieliczni wpatrywali się w tę właśnie trumnę ze łzami w oczach lub już szlochając. Inni spuszczali wzrok, marząc by znaleźć się gdzie indziej, gdzieś daleko, bardzo daleko od tego smutku i rozpaczy. Od tej trumny, w której spoczywały zwłoki ich przyjaciela, znajomego, ucznia czy bliskiego. Tylko jedna jedyna osoba stała sztywno wyprostowana, patrząc w daleką dal, nie zwracając na nikogo ani na nic uwagi.
Elizabeth wbiła wzrok w sylwetkę stojącą przed nią. Cat wydawała się nieobecna duchem od samego początku pogrzebu. Gdy weszli na cmentarz stanęła na moment w miejscu, lekko drżąc, a potem bez słowa ruszyła w te miejsce, w którym stoją teraz i od tamtej pory stoi tam, wpatrując się bez ruchu w przestrzeń, jak gdyby została sparaliżowana.
Liz rozejrzała się raz jeszcze wokoło, za wszelką cenę starając się nie patrzeć na czarną trumnę stojącą zaledwie parę metrów dalej. Chciała zapomnieć o tym, jak wyglądało leżące w niej ciało jej przyjaciela, które każdy mógł obejrzeć, zanim zamknięto trumnę i przywiezioną ją tutaj ze szkolnej auli. Wolałaby zapamiętać Matta takim, jakim był jeszcze dwa tygodnie temu – uśmiechniętego, uroczego Matta, nie jego zakrwawione, blade i zimne ciało. Niestety chęć zobaczenia go po raz ostatni przezwyciężyła jej strach.
Na samą myśl o tym, że już więcej nie zobaczy Matta, że już więcej nie usłyszy jego głosu, już więcej się z nim nie podroczy ścisnęło ją w brzuchu, a do oczu napłynęły nowe łzy, od razu tryskając na jej policzki. Przytknęła wilgotną chusteczkę do kącików oczu, ze złością wycierając stale cieknące łzy – nie lubiła okazywać słabości. Ale rzeczywistość tak bardzo bolała. Zbyt wiele straciła w ciągu jednego roku.
Siorbnęła cicho nosem, chowając chusteczkę do kieszeni ciemnego swetra, a po chwili poczuła silne ramię obejmujące jej barki i pozwoliła Ethanowi się obejmować, lecz kiedy chciał złapać ją za dłoń szybko mu ją wyrwała, chowając ręce do kieszeni. Tym razem skupiła spojrzenie na czerni włosów Willa stojącego obok Cat, unikając patrzenia na zranienie Ethana, które widywała w jego błękitnych oczach od paru dni, a którego głównie ona była powodem.
Chcąc uniknąć niechcianej konfrontacji ze swoim chłopakiem, na moment wsłuchała się w wywód księdza mówiącego jaka to szkoda, że tak młody człowiek został ofiarą zbliżającej się wojny dobra ze złem, ale w sumie tam u góry, u Boga będzie mu o wiele lepiej.
Dobre sobie.
Kiedy usłyszała urywany szloch, wiedziała co się zaczyna, bez wysłuchiwania księdza – będą zsuwać trumnę. Ale pierwsze co zrobiła, to spojrzała na Cat, lecz ona wciąż stała wyprostowana jak struna, patrząc przed siebie – udając twardą, a jej pusty wyraz twarzy niepokoił Liz. Zawsze ją frustrowało takie zachowanie u jej kuzynki, bo i tak ostatecznie jej emocje znajdowały ujście, jednak nie zawsze w normalny sposób.
Drugie spojrzenie skierowała na prawo, na rudowłosą przyjaciółkę, która ukrywała twarz w dłoniach, a jej ramionami wstrząsał słabo tłumiony płacz. Widząc to w czekoladowych oczach Lizzie znowu zabłysły łzy, ale stłumiła w gardle płacz i położyła dłoń na ramieniu Agnes, uściskiem próbując dodać jej sił, których jej samej brakowało.
Angie podniosła na nią opuchnięte oczy.
- Słabo mi – wymamrotała.
- Odejdźmy kawałek – odezwał się Ethan, biorąc – tym razem stanowczo – Liz za wolną rękę, z Agnes robiąc to samo. Zanim jednak się ruszył, szturchnął ramieniem Willa.
- Idźcie – powiedział brunet półgłosem, odwracając lekko głowę w ich stronę, tym samym patrząc badawczo na niewzruszoną Cat. – Ja tu zostanę.
Choć słowa i gesty kierował do Ethana, Liz również wyczuła ich znaczenie – tyle razy komunikowali się szyframi w jej obecności, że zdążyła część z nich poznać. „Idź, ja z nią zostanę” mówił. Nie tylko Liz martwiło tak bierne zachowanie Cat.
Inne zachowanie Willa Lizzie zauważyła już poprzedniego dnia na wizycie u dyrektorki. Wciąż zerkał na, tak samo jak dziś, obojętną Cat, jakby – tak jak Liz – obawiał się, że w każdej chwili ta wybuchnie płaczem lub ogniem albo zrobi coś innego równie nieprzewidywalnego. Kiedy to Matt kiedyś zawsze zachowywał się jak jej cichy stróż – którego Cat wydawała się nigdy nie potrzebować – teraz wyglądało na to, że Will przejął obowiązek zmarłego przyjaciela.
Zmarłego.
Lizzie pozwoliła Ethanowi pociągnąć się w stronę wielkiego dębu, ale miała wielką ochotę mu się wyrwać, tak dla kaprysu. Zazwyczaj poszłaby za Ethanem wszędzie, ale ostatnio zaczynała mieć wątpliwości czy aby na pewno chce iść w kierunku, którym on podąża. W tym przechodzącym roku szkolnym mogłaby te wątpliwości zwalić na te wszystkie nieszczęścia, które ich spotkały, ale co potem? Miała nadzieję, że wszystko wróci do względnej normy, ponieważ, jej babka świadkiem, kochała Ethana całym sercem.
Tylko że czasami miłość nie wystarcza.
Wróciła do rzeczywistości, gdy uścisk na jej dłoni zelżał. Ethan spotkał się z nią spojrzeniem na krótki moment, spojrzeniem w którym tkwiła pełna troska – on nigdy nie przejmował się jej fochami - ale coś w jej oczach kazało mu odwrócić wzrok. Jak bardzo cieszyła się, że normalni czarodzieje – choć Ethan był ponad przeciętny w swoich umiejętnościach – nie umieją czytać w myślach.
Takie obawy miała czasami tylko o Willa, bo choć był mieszańcem, to jednak wampiry potrafią czytać w myślach. Trudno jej było uwierzyć w wiarygodność jego słów, że nie potrafi i nie chce czytać w myślach, ale Cat mu wierzyła, a ona jej ufała bez względu na wszystko.
- Jak się czujesz? – spytała cicho Liz, ściskając mocno dłoń Agnes, a ona spojrzała na nią załzawionymi oczami. Nie musiała mówić o swoim samopoczuciu psychicznym.
- Kręci mi się w głowie, ale nie jest mi już tak duszno – powiedziała, opierając się ciężko o drzewo i popatrzyła na tłumek przy wykopanym grobie. – Ale nie chcę tam wracać.
- Martwię się o Cat – westchnęła po kilkunastu sekundach Lizzie.
- Wcale mnie to nie dziwi – odparła Agnes, a choć było jej słabo, to jej głos był dziwnie wyraźny. – Ten jej spokój i zobojętnienie... to przerażające. W końcu wybuchnie, a ja boję się jak.
- Dobrze, że Will z nią jest – rzekł Ethan, zerkając z zamyśleniem w tamtym kierunku.
- Jeśli wybuchnie na niego ogniem, to przynajmniej będzie zabawnie – mruknęła Liz, a jej towarzysze parsknęli cicho.
- Cześć wam. – Podszedł do nich wysoki brunet, a Liz od razu go poznała. Max, kundel Cat. Stanął pomiędzy nią, a Agnes. – Gdzie reszta? – zapytał, ale zaraz skrzywił się, tak jakby popełnił jakąś gafę i szybko dodał: - To znaczy, gdzie Cat i Will?
Nie odwracając się Lizzie wskazała kciukiem za siebie, a Max spojrzał w tamtą stronę ze zmarszczonym czołem. W tym czasie szatynka objęła wzrokiem jego wyglancowaną sylwetkę. Miał na sobie typowo czarne spodnie, białą – nierówno zapiętą – koszulę, a na to narzuconą czarną marynarkę. Ten niezdarny obraz zbyt bardzo przypominał Liz Matta i musiała odwrócić wzrok, by znowu się nie rozpłakać.
- Pójdę do nich. Trzymajcie się.


***


 Starałam się z całych sił zachowywać kamienną twarz. Na każdym pogrzebie to praktykowałam i gdy już sądziłam, że udało mi się nie uronić ani jednej łzy do końca ceremonii, przenosiłam wzrok na trumnę, którą opuszczali w dół i przegrywałam. Zawsze wybuchałam płaczem i nic ani nikt       nie potrafił uspokoić mnie przez kolejne kilkadziesiąt minut. A do tej pory uczestniczyłam tylko na pogrzebach starych znajomych lub dalekich krewnych. Nigdy nie żegnałam tak bliskiej sobie osoby.
Właśnie o to chodziło. Od początku tej uroczystości w ogóle nie spojrzałam na trumnę, przyjaciół czy choćby księdza lub innych tu obecnych. Odciągałam wzrok daleko od tych zapłakanych twarzy i miejsca, w którym Matt będzie leżał na wieki. Gdybym tylko rzuciła okiem... wiedziałam, że prędzej czy później nie wytrzymałabym napięcia.
Miałam lekkie dreszcze od chłodnego wiaterka, ale nie zadałam sobie trudu by zabrać ze sobą sweter, a czarna sukienka na ramiączkach niewiele dawała ciepła. Jednak mogło zacząć padać, cokolwiek, mogłam nawet zachorować – teraz mało mnie to wszystko obchodziło.
Nie wiedziałam co się dzieje, dopóki ktoś nie szturchnął mnie w ramię i nie zostałam obrócona o 180 stopni. Zamrugałam parę razy powiekami, próbując załapać kontakt ze światem zewnętrznym, a wtedy dopiero rozpoznałam dwie sylwetki stojące przede mną. Duet moich marzeń – Max i Will.
Potarłam powieki, rozglądając się wokoło i w końcu dotarło do mnie gdzie jestem. Trumna. Grób. Pogrzeb.
Westchnęłam bezdźwięcznie, wbrew woli zatrzymując wzrok na trumnie i poczułam narastającą gulę w gardle.
- Cat. – Znowu poczułam szarpnięcie. Wróciłam spojrzeniem do dwóch mężczyzn, którzy swoją porażającą energią mnie dosłownie przytłaczali. – Dobrze się czujesz? – spytał Max, ściskając delikatnie moją rękę.
Zagryzłam dolną wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią i spojrzałam z ciekawością na lekko zachmurzone niebo. Jak ja się czułam?
Zamiast odpowiedzieć spojrzałam na ubiór Maxa i zauważając nierówno zapięte guziki, zaczęłam majstrować przy jego koszuli, przypominając sobie z czułością jak to zawsze poprawiałam ubrania Matta. Po dobrym zapięciu guzików poprawiłam kołnierzyk jego marynarki, a potem mankiety i ignorując jego zatroskany i pytający wzrok, spojrzałam na czarną koszulę Willa, i jemu poprawiłam jedynie kołnierz. Starannie wykonałam swoją pracę, unikając patrzenia im w oczy, by nie zobaczyli, że mój mur powoli, ale ze skutkiem, łamie się.
- Bywało gorzej – powiedziałam w końcu, gdy wyczekująca cisza się przedłużała.
- Chcesz zostać do końca? – zapytał tym razem Will, a ja na moment podniosłam na niego wzrok, ale zaraz spuściłam go na swoje baleriny.
- Tak myślę. – Wzruszyłam ramionami, bawiąc się swoją bransoletką.
Max zniżył się do poziomu moich oczu, próbując spojrzeć mi w oczy, ale zacisnęłam powieki, niczym dziecko, spuszczając jeszcze niżej głowę.
- Wiesz, że nie musisz, prawda?
Nie muszę? Podniosłam głowę, rozglądając się wokoło. Było tu tyle osób... Skacząc po twarzach obecnych spotkałam się z brązowym spojrzeniem Lizzie, której zaczerwienione oczy patrzyły na mnie z smutno i z niejaką obawą. Prawie, prawie się zaśmiałam – jak dobrze znałam te jej spojrzenie – czekała aż poddam się. Poddam się temu uściskowi gardle, pieczeniu w kącikach oczu, poddam się uczuciu całkowitej rozpaczy i straty. Czekała aż poddam się bezradności. Ale to nie nadejdzie, a na pewno nie teraz.
Musiałam być twarda, bo kto miał być? Musiałam stawić czoło temu co dokonałam – przez ostatnie pół roku robiłam wszystko – myślałam, że robiłam - by nie doszło do tego, co musimy teraz przeżywać. A na koniec dałam się tak łatwo nabrać, uwierzyłam w obietnice moich przyjaciół, którzy nic nie wiedzieli, uwierzyłam nawet infantylnemu Maxowi, któremu szczególnie nie powinnam wierzyć. Co on mógł wiedzieć o zagrożeniu, jeśli swoje przeznaczenie traktował jak zabawę?
Mogłabym go obwiniać, oczywiście. Mogłabym wszystkich obwinić, ale nie tak bardzo jak obwiniałam siebie. Przecież do tego w ogóle nie powinno dojść, a Alice mnie ostrzegała.
Nie rozmawiałam z nią od tamtego dnia, medalion schowałam głęboko w szufladzie komody. Zbyt wielki czułam wstyd, zbyt bardzo bałam się skonfrontować z Kręgiem i ich opinią – wiedziałam, że spieprzyłam na całej linii, a ofiarą tego był Matt. Mój biedny, bezbronny Matt.
- Muszę – powiedziałam niespodziewanie głośno, prostując się, ale nie patrzyłam na chłopaków, wciąż mówiłam do nieba. – Matthew zasługuje na godne pożegnanie, pożegnanie od prawdziwych przyjaciół, a nie zwykłych gapiów. – Z tymi słowami odwróciłam się do księdza i zauważyłam, że trumna jest spuszczana.
A w niej ty, Matt. Tak bardzo cię przepraszam, że nie umiałam należycie oddać twojej miłości, że trzymałam cię przy sobie, bo tak mi było wygodnie. Przepraszam, że nie nauczyłam się bronić, by móc ochronić ciebie. Przepraszam, że cię zawiodłam. Ale ty o tym wszystkim wiesz, nieprawdaż?
Zacisnęłam mocno wnętrza policzków, dusząc w sobie krzyk, jak i płacz.
Nie.
Nie będę płakać.
Nie będę.
Nie będę.
Nad trumną leżącą już w grobie zabłysło białe światło, z którego utworzyły się tego samego koloru róże, które z cichym stuknięciem opadły na drewno.
Przymknęłam powieki, spod których wypłynęło parę łez.
Nie będę ryczeć.
- Spoczywaj w spokoju, Matt – usłyszałam obok siebie cichy głos, po czym usłyszałam kolejne świśnięcie magii, a spod przymkniętych powiek ujrzałam te same białe światło co wcześniej.
Nie.
Uścisk w podbrzuszu był nie do wytrzymania, a pieczenie w gardle powoli przeradzało się w żywe palenie.
Po słowach tego kogoś słyszałam inne szepty lub głośniej wymamrotane zdania, słyszałam jak ludzie podchodzą i swoją magią obdarowują trumnę kwiatami.
I tak znikną, zanim zakopią trumnę – pomyślałam gorzko.
Nie wiem ile trwałam w swoim transie, nie wiem ile powtarzałam sobie, by nie płakać – wiem, że gdy otworzyłam oczy księdza już nie było, ani wielkiego tłumku wokół trumny. Nie było nikogo prócz mnie i moich przyjaciół, i nikt się nie odzywał.
W pewnym momencie Lizzie uklękła przy grobie ze spuszczoną głową, a gdy spojrzałam na Ethana, ten wyglądał jakby walczył sam ze sobą czy podejść do niej, czy nie, jednak wybrał drugą opcję i obserwował dziewczynę ze swojego miejsca.
Potem Liz zrobiła szybki ruch ręką, a z powietrza zleciały źdźbła zieleniutkiej trawy.
- Lubił trawę – wymamrotała, po czym zaczęła chichotać histerycznie.
Kiedy upadła kolanami na ziemię, ramionami zasłaniając twarz, Ethan uklęknął obok niej, próbując przytulić ją do siebie, ale szatynka odepchnęła go, wstając i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia cmentarza.
Nie będę płakać – zaczynało to brzmieć jak mantra.
Ethan raz się obejrzał za swoją dziewczyną, ale potem dłuższą chwilę patrzył na trumnę, aż w końcu westchnął cicho, z trudem i nie patrząc na nikogo, ruszył ze spuszczoną głową za Lizzie, która zatrzymała się przy jakimś drzewie.
Czułam, że dłużej tego wszystkiego nie zniosę. Tej zapłakanej twarzy Agnes, bezradności w oczach Willa i Maxa, który wpatrywał się przed siebie z żałością.
Zacisnęłam pięści, koncentrując się przez chwilę na czym innym niż nie płakaniu i w chwili, gdy otworzyłam oczy nad grobem wybuchły iskry pokolorowane przeze mnie, z czego utworzył się bukiet kolorowych płomieni. Wystraszyłam pozostałą trójkę, widziałam to po ich zaskoczonych minach, ale odwróciłam się od nich, ruszając w stronę drugiego wyjścia z cmentarza, które znałam.
Otarłam wilgotne policzki i założyłam ramiona na piersiach, oddalając się szybko od wołających mnie głosów.
Nie będę płakać.
Zapłacisz za to, skurwysynu.


***


     Co to jest za dzień? Nie miałam pojęcia. Czy minął tydzień, miesiąc, a może nawet rok lub dopiero jeden dzień – to nie miało wielkiego znaczenia, teraz nic nie miało.
Pamiętałam tylko niektóre z zajęć, te na których nauczyciele koniecznie chcieli zwrócić moją małą uwagę.
Pamiętałam starania Maxa, by wyciągnąć mnie z otępienia i jego zrozpaczone bursztynowe oczy.
Pamiętałam również wezwanie mnie do dyrektorki, która chciała wyciągnąć ode mnie informacje na temat zdarzenia na polanie, bo byłam tego jedynym żywym świadkiem. Nie pomogło jej mówienie, że rozumie moją sytuację, wręcz przeciwnie – gdy zaczęła mówić o Matcie wybiegłam z jej gabinetu, nie miałam na to wszystko siły.
- Dyrektorce naprawdę jest przykro, że cię zdenerwowała. – Poinformował mnie monotonny głos.
- Nie musi – odpowiedziałam, wpatrując się w płomyk ognia tańczący nad moimi palcami.
- Co…? – Właściciel głosu zdążył odpłynąć myślami w innym kierunku.
- Nie musi być jej przykro. Nie ona pierwsza, nie ostatnia – powiedziałam sucho. Bawiłam się, to przybliżając, to oddalając palce drugiej ręki od płomyka.
Ciężkie westchnięcie.
- To i tak nie ma znaczenia, po prostu kazała mi to tobie powtórzyć. Pracownicy szkolni bardzo żałują, że nie chcesz niczego powiedzieć, bo muszą zapisać to w aktach…
- Gówno mnie obchodzą ich akta – warknęłam, gwałtownie ruszając rękami i zbyt blisko przysunęłam palce do ognia. Zasyczałam z bólu, ale po chwili bawiłam się dalej z uporem maniaka.
- Myślałem, że jesteś odporna na oparzenia – zauważył głos na wpół rozbawiony, na wpół tak samo monotonny jak wcześniej.
- Nie kiedy mam wahania nastrojów i nie chcę kontrolować mocy. Nic mi z tego, że jest ujarzmiona, dalej ma humorki.
- Zupełnie jak jej właścicielka.
- Zamknij się.
- Właśnie.
Zakręciłam kółko palcem i wycelowałam nim w mężczyznę stojącego koło okna, lecz blondyn, nawet na mnie nie patrząc, podniósł lewą dłoń, zatrzymując w miejscu płomyk ognia.
- Twoja doskonałość w magii zaczyna mnie irytować – mruknęłam, krzyżując nogi w siad turecki i oparłam dłonie za sobą na łóżku, rzucając krytyczne spojrzenie Ethanowi.
- Założę się, że będziesz ją uwielbiać, gdy zaczniesz potrzebować pomocy w nauce, tak jak Agnes.
- Gdzie ona jest? – spytałam, udając ciekawość. Tak naprawdę nie czułam nic oprócz dziwnego spokoju.
- Nie rusza się z pokoju od paru dni.
- Will?
- Nie mam bladego pojęcia, ale na zajęciach się pojawia.
- A Lizzie?
- Nie wiem.
Ta odpowiedź sprawiła, że spojrzałam na Ethana, przekrzywiając głowę na bok. Jego blada twarz nic nie pokazywała, lecz po zaciśniętej szczęce poznałam, że coś go gnębi.
- Ethan – powiedziałam tak cicho, że prawie samej siebie nie usłyszałam. – Usiądź obok mnie.
Chłopak zamknął oczy, spuszczając głowę i oparł się o parapet. Zobaczyłam jak jego jabłko Adama porusza się, gdy przełknął głośno ślinę i w końcu powiedział:
- Nie zaczynaj. – Zanim zdążyłam zapytać czego nie mam zaczynać, dodał: - Nie będziesz mi doradzać i poprawiać humoru, gdy sama jesteś wrakiem samej siebie.
- Kto powiedział, że tak chcę zrobić?
- Bo tak zawsze robisz – zaśmiał się bez humoru Ethan, zerkając na mnie z dziwnym błyszczeniem w oczach.
Zagryzłam wargę, chwilę się w niego wpatrując i raz jeszcze poklepałam miejsce obok siebie.
- No chooodź.
Moment stał w bezruchu, choć ostatecznie powoli, z ociąganiem wyprostował się i usiadł obok mnie, opierając się o ścianę. Na nogach wyciągniętych przed sobą położył dłonie i wpatrywał się w nie, udając że nie widzi mojego przeszywającego wzroku.
Mimo to, z niemałym trudem, podniosłam jego ramię i wcisnęłam się pod nie, wtulając się w przyjaciela.
Długo siedzieliśmy tak w ciszy, każdy we własnym świecie.
- Ile już minęło? – zapytałam nagle, niepewnie.
- Ponad tydzień.
- Tylko?
- Co nie?
- Brakuje mi go – stwierdziłam po paru minutach ciszy, ale w moim głosie brak było jakiegokolwiek uczucia. Ot tak, proste stwierdzenie. Mogłoby mnie to przerazić, gdybym nie była tak żałośnie otępiała. Tak bardzo żałosna.


***


     Po otępieniu przyszedł czas na gwałtowne emocje i to wszystko dzięki Kundlowi. Kiedy chciałam siedzieć w ciszy i spokoju, otępieniu i posiadaniem wszystkiego głęboko, on przychodził do mojego pokoju i doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoimi uwagami, rozkazami i przede wszystkim samym sobą, bo gdy chciał był potężnie irytujący, a ja chciałam by wszyscy dali mi święty spokój. Czy choć raz mnie posłuchał?
Pewnego dnia wparował do mojego pokoju z misją – wywołać we mnie jakieś emocje, bo był zmęczony moją biernością.
- A kto ci, do cholery, każe cały czas do mnie przyłazić?! – warknęłam, podnosząc się w końcu z łóżka. Osiągnął pierwszy cel – wyciągnął mnie z mojej bezpiecznej strefy.
- Sumienie! I to, że mi na tobie zależy! – zawołał, gwałtownie gestykulując.
Sumienie!
- Nie prosiłam nikogo o litość, kundlu – powiedziałam ze złością.      
- Jaką litość? Dla ciebie to litość, że nie chcę byś całkowicie siebie zaniedbała?
- Jakoś reszta tutaj nie przychodzi by mnie napastować, tylko ty, wielki wybawiciel!
- Bo reszta robi dokładnie to samo co ty – odparł cicho Max, co mnie na chwilę zatkało. – Co, może myślałaś, że ty jedyna masz teraz wszystko gdzieś? Otóż nie, twoi przyjaciele uparli się na to by stworzyć kółko samodestrukcyjne! Nie znam ich na tyle dobrze, ale ciebie tak i nie pozwolę ci żyć do końca życia w rozpaczy, bo to nie jest przeznaczenie Wybranej. To nie jest nikogo przeznaczenie. A to, że masz focha na cały świat gówno mnie obchodzi, Cat, jesteś moją przyjaciółką i nie chcę cię stracić, tak jak ty straciłaś Matta. Ja nie stracę kolejnej bliskiej osoby.
Przez chwilę miałam ochotę zapytać kogo on już stracił, jak to się stało, dlaczego nic mi nie powiedział... Przez moment czułam się egoistycznie, przez moment... Ale tylko przez krótką chwilę, zanim złość wróciła.
- Nie możesz kierować moim życiem – powiedziałam twardo.
- Ale mogę wpłynąć na twój wybór. Ty możesz wybrać, Cat. Czy taki przywilej miał Matt?
Odwróciłam wzrok od jego zdeterminowanych oczu, odwróciłam się od jego wojowniczej postawy.
- Nie możesz czekać w nieskończoność na to, co nie nadejdzie. Wiem o tym dobrze ty i ja, Cat.
- Nic nie wiesz.
- Musisz w końcu stawić czoła rzeczywistości, czy tego chcesz, czy nie.
- Daj mi spokój! – Nie wytrzymałam i podeszłam do drzwi, zanim zdołał zareagować i wybiegłam na korytarz. Nie poszłam daleko, a już słyszałam jego wołanie.
- Cat, zaczekaj! Stój!
Odwróciłam się i spojrzałam na niego ze złością.
- Po co? Żebyś znowu palnął mi kazanie?!
- Żebyś się uspokoiła i wróciła ze mną do pokoju – powiedział spokojnie, ale w jego oczach mogłam dostrzec niepokój.
- Nie mam takiego zamiaru – rzekłam i wznowiłam drogę.
- Cat, on nie wróci – wypowiedział słowa, które od jakiegoś czasu wisiały w powietrzu. -  Nawet wtedy, jak zrobisz coś idiotycznego. – Usłyszałam za sobą i coś we mnie pękło.
- Wiem! – wrzasnęłam i w tym krzyku ja sama usłyszałam ból. Z trudem spojrzałam w jego złociste oczy. – Nie musisz mi o tym na każdym kroku przypominać, już sama o tym doskonale wiem, do cholery!
Nim zdołał cokolwiek zrobić, zbyt oszołomiony moim wybuchem, pobiegłam do wyjścia ze szkoły.


***


     Siedziałam w chłodnym jeziorze do późnego popołudnia i wciąż nie miałam zbytniej ochoty na powrót. Powrót do rzeczywistości, czego tak bardzo pragnął dla mnie Max – po ochłonięciu w końcu dostrzegłam, że on chce pomóc, a w jego słowach tkwi twarda prawda.
Matt nie mógł dokonać żadnego wyboru w swoich ostatnich chwilach życia, nie miał tego, co ja mam teraz. Albo mogę żyć dalej w przeświadczeniu, że świat uwziął się na mnie, że życie jest niesprawiedliwe i nie warto dalej się nim przejmować – albo zrobię coś w kierunku zmiany. Tyle jest do zrobienia. Morderca Matta nie może żyć bezkarnie na wolności, nie może pluć mi w twarz ze swoim szyderczym uśmieszkiem na twarzy, nie ma prawa.
Właśnie takiego kopa potrzebowałam – przyznałam się sobie z niechęcią.
Ruszyłam zdrętwiałą z zimna nogą, a potem ręką, za czym poniósł się głośny plusk. Woda koiła moje emocje i zmysły – uspokoiła mój żywioł. Nie przejmowałam się tym, że spędziłam – siedząc w wodzie – ponad 6 godzin, dzięki magii lekko mogłam się rozgrzać, ale nie było to zbyt potrzebne w temperaturze panującej na dworze. Mogłoby mnie też zmartwić zmarszczenie skóry, gdyby nie to, że... właśnie, magia. Często była moim skarbem, rzadziej wrogiem.
Podniosłam się powoli z klęczek, a woda sięgała mi teraz do połowy ud. Przeszłam się parę kroków w przód i w tył, by rozprostować nogi. Kiedy miałam się odwracać – moje szczęście – potknęłam się o coś, tak gwałtownie, że wpadłam cała do wody. Zamknęłam oczy i buzię, ale zdążyłam nabrać haust wody do płuc i zaczęłam się krztusić pod powierzchnią wody. Chciałam popłynąć, ale okazało się, że noga zaplątała mi się w wodorosty, a gdy próbowałam wyjść na powierzchnię wody stwierdziłam, że brak mi sił na cokolwiek.
Cóż za ironia losu – kiedy postanowiłam, że warto dalej żyć pełnią życia, utonę.
Zanim całkowicie zabrakło mi oddechu otworzyłam na moment oczy. W sumie takie uczucie nicości jest niczego sobie, tego potrzebowałam od samego początku.
Gdy zamrugałam powiekami zobaczyłam czerń, ale nie wiedziałam czy straciłam przytomność, czy to wyśniony wybawca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz