wtorek, 6 listopada 2012

4


    To był jednak zły pomysł – myślałam, torując sobie drogę poprzez gałęzie drzew w kompletnych ciemnościach.
Od wejścia do lasu przeszłam gdzieś dziesięć albo piętnaście metrów, kiedy nagle światełko w oddali zgasło. Na początku przeraziłam się, prawie wpadając na jakieś drzewo i chciałam już podnieść świetlną tarczę lub wysłać iskrę światła w głąb lasu, ale w porę się opamiętałam. Wiedziałam, że gdybym, choć w najmniejszy sposób, dała znać o swojej obecności tutaj, to mój cały plan poszedłby na marne. Nie, żebym miała jakiś plan, ale zakładałam, że mam.
Właśnie dlatego stałam teraz w zupełnych ciemnościach, znowu szukając jakiegoś źródła światła, które się nie pojawiało. Żeby nie stać się jakąś „wyglądającą na chętną” ofiarą dla zwierząt, ruszałam się, co kilka sekund, do przodu.
Stawiałam ostrożnie kroki, bo bałam się, że wejdę w jakiś pień lub, co gorsza, w jaszczurkę bądź węża.
Niespodziewanie obok mnie rozległo się wycie, a ja podskoczyłam w miejscu. Błyskawicznie odwróciłam się, a widząc przed sobą złote ślepia, szybko się cofnęłam.
To coś niewątpliwie było wilkiem, ale oczy wydawały mi się znajome.
- Matt?! – wyszeptałam zdziwiona jak i lekko zła – bo jeśli to on, to jakim prawem mnie śledził?! – lecz kiedy wilk podszedł bliżej, tak, że mogłam dostrzec ciemne futro wokół jego świecących oczu, uspokoiłam się. Matt miał jasne futro.
Matthew, tak samo jak Lizzie, był zmiennokształtnym, a postać wilka była jego ulubioną, dlatego w pierwszym odruchu myślałam, że to on – lubił mnie zaskakiwać tą postacią.
Spodziewałam się, że ten obcy wilk będzie na mnie warczał, a może nawet i zaatakuje, ale tylko stał w miejscu i wpatrywał się we mnie mądrymi oczami. Zastanawiałam się czy wilki mogą być mądre. Pewnie tak, skoro spokrewnione są z psami.
Niepokoił mnie jego wzrok, zatem ruszyłam niezdarnie dalej. Jednak zwierzę podążyło za mną, wiedziałam to, pomimo że na niego nie spojrzałam – słyszałam jego ciche kroki za sobą.
Westchnęłam cicho, odgłos ten poniósł się po całym lesie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wilk odpowiedział na nie kolejnym wyciem.
- Zamknij się, głupi psie – syknęłam. Wilk zwany psem spojrzał na mnie ślepiami bez wyrazu, zawył jeszcze raz i zamilkł. Czy ja się przesłyszałam, czy w tym wyciu usłyszałam wyrzut?
- Dostajesz paranoi, Cat – mruknęłam do siebie, ale to nie powstrzymało mnie przed spekulowaniem nad tym, czy aby ten wilk nie był zmiennokształtnym…
- Co ty tutaj robisz?
Podniosłam gwałtownie głowę, przeklinając się w myślach. To ja miałam go zaskoczyć, a nie on mnie!
Przed sobą dostrzegłam maleńką smugę światła, więc odwróciłam się do Willa, który stał przede mną w cieniu z założonymi rękoma.
Nie widziałam jego całej twarzy, ale zobaczyłam usta zaciśnięte w cienką linię. Nie wróżyło to niczego dobrego, ale zaraz przypomniałam sobie, po co weszłam do tego lasu. Nie przestraszę się go, chcę dowiedzieć się tylko prawdy.
Zerknęłam na moment w górę na kulę światła zawieszoną wysoko pomiędzy nami, która jakimś cudem oświetlała tylko mnie.
- Nieładnie jest skradać się do przyjaciół – powiedziałam oskarżycielsko, osłaniając dłonią oczy przed rażącym światłem.
- Nieładnie jest nie odpowiadać na pytanie przyjaciół. – Dostrzegłam jak uniósł lekko jeden kącik ust. – Co tutaj robisz?
- Nudziło mi się, więc poszłam się przejść.
- W nocy do lasu? – Usłyszałam powątpienie w jego głosie, ale je zignorowałam.
- A ty, co tutaj robisz? – Wymigałam się od pytania.
- Miałem spotkanie – odpowiedział spokojnie.
- W nocy w środku lasu? – powtórzyłam jego pytanie. Zaśmiał się cicho.
- Nie powiem ci, z kim się spotkałem.
- Rozumiem – powiedziałam beztrosko, a zaraz dodałam. – To była randka w ciemno, prawda?
Kiedy nic nie odpowiedział, ciągnęłam dalej.
- Więc jak nazywa się dziewczyna, która odważyła się wejść do ciemnego i mrocznego lasu dla chłopaka?
Cat – odparła Alice i uświadomiłam sobie z przerażeniem i zaskoczeniem równocześnie, że miała rację.
- Cat… - Słysząc swoje imię wypowiedziane przez Willa, przestraszyłam się, że może wie, iż go śledziłam, lecz, na szczęście, tak nie było. – I tak ci nie powiem, więc możesz przestać.
- A więc to randka w ciemno.
Prawie się uśmiechnęłam, gdy Will westchnął bardzo cicho z irytacją.
- Odprowadzę cię do pokoju.
- Nie potrzebuję odprowadzania – powiedziałam, ale Will już ruszył. Nie lubiłam jak się mnie ignorowano, ale podążyłam za nim, nie chcąc się kłócić. Na razie.
Z tyłu usłyszałam ciche kroki i odwróciłam się, przypominając sobie o wilku.
- Idź sobie – szepnęłam, a on, o dziwo, posłusznie odszedł. Coś było nie tak z tym zwierzęciem.
- Twój wilk? – zapytał Will.
- Nie, przybłęda jakaś. Pewnie zobaczył mnie w ciemnościach i postanowił podejść, może liczył na kolację.
- Nie dziwię mu się.
Mrużąc oczy, pokazałam język tyle jego głowy. Kula światła ciągnęła się za nami, więc widziałam gdzie on się znajduje. Musiałam zmienić kierunek rozmowy, bo inaczej w ogóle się go o to nie zapytam.
Ale jak nawiązać rozmowę do medalionu?
A po co chcesz z nim o tym rozmawiać, co? Przecież to ma pozostać tajemnicą – przypomniała mi Ally.
Nie chcę z nim rozmawiać o tym, tylko ogólnie o medalionie. Wiem, że on już go gdzieś widział i mnie okłamał. Nie znoszę, kiedy okłamuje się mnie, więc chcę wiedzieć, dlaczego to zrobił.
Przez kilka minut wszyscy milczeliśmy, aż w końcu odważyłam się odezwać.
- Miałeś kiedyś świecący medalion? – Było to banalne pytanie, ale na razie nie miałam żadnego innego.
- Nie – odparł od razu, co mnie trochę zaskoczyło.
- A widziałeś…
- Nie – powtórzył, zatrzymując się i odwrócił, zatem ja też stanęłam. – Okej, Cat, o co chodzi? – spytał prosto z mostu.
- Czemu uważasz, że może mi o coś chodzić? – Udawałam niewiniątko, ale Will nie dawał się tak łatwo nabrać.
- Znam cię na tyle by wiedzieć, że nigdy nie pytasz o coś bez powodu.
Wywróciłam oczami, krzyżując ramiona na piersiach.
- Zniszczyłeś mój sprytny plan.
- Mówi się trudno. – Chłopak wzruszył ramionami przepraszającym uśmiechem, który wcale nie przepraszał. – Więc…?
- Pamiętasz mój medalion? – Wyciągnęłam spod bluzki medalik, żeby pokazać mu go pod promieniem światła. Diament zabłyszczał, ale poza tym nic nie zrobił. Ku mojemu rozczarowaniu z twarzy Willa nie zniknął uśmiech, może trochę się zmniejszył. Albo był dobrym aktorem, albo naprawdę nie znał tego medalika.
- Tak, i…?
Chrząknęłam cicho, nagle tracąc odwagę na zadanie kolejnego pytania.
- Dlaczego mnie okłamałeś? – spytałam cicho, czym sprawiłam, że uśmiech całkowicie zniknął z jego ust.
- W jakiej sprawie?
- W sprawie medalika! – zawołałam, a odwaga znowu powróciła. – Okłamałeś mnie, mówiąc, że nigdy nie widziałeś tego medalionu, ale sposób, w jaki na niego patrzyłeś i…
- Naprawdę nigdy nie widziałem tego medalionu – przerwał mi spokojnym głosem.
- Znowu kłamiesz! – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Nie. Nie rozumiesz, Cat? Nigdy nie widziałem tego medalionu.
Zastanowiłam się nad jego słowami. Ten nacisk na „tego” medalionu… Widział medalik jakiegoś Wybranego!
- Kto jeszcze ma taki medalion? – spytałam ożywiona, pragnąc wiedzieć, kto mógłby mi pomóc w dowiedzeniu się tego czy naprawdę jestem Wybranką Ognia.
- Kiedyś miała go moja ciotka. Był taki sam jak twój, tylko że kamień był zielony.
Wybranka Ziemi – powiedziała Ally. Mnie interesowało coś innego.
- Miała…? Czyli że…
- Nie żyje. Zmarła dwa lata temu, a medalion zaginął. W pierwszej chwili jak zobaczyłem twój, pomyślałem, że to może ten sam, co posiadała moja ciotka, ale jest inny kamień. Zaintrygowało mnie to podobieństwo, tyle. – Wzruszył lekceważąco ramionami. – Nie okłamałem cię.
Czułam się lekko zawstydzona, ale nadal mi coś nie pasowało.
- Ale później za każdym razem, gdy się spotykaliśmy wciąż gapiłeś się na ten medalion. To było… dziwne.
- Jak powiedziałem, intrygowało mnie te podobieństwo – mówiąc to, odwrócił wzrok, wpatrując się w coś za mną.
Patrzyłam na niego dłuższą chwilę, próbując odszukać w jego twarzy jakiegoś śladu fałszu, ale nic takiego nie dostrzegłam, zatem odpuściłam. W pewnym sensie mu wierzyłam i tego na razie się trzymałam.
- Powiedzmy, że ci wierzę – mruknęłam, a moje ramiona opadły. Już nie musiałam zgrywać twardej i odważnej. – Lecz jeśli okaże się, że jednak mnie okłamałeś, zmienię cię w robaka, rozumiesz?
- Czuję się ostrzeżony – odparł rozbawionym tonem. – Chociaż mogłabyś zrobić ze mną coś gorszego – dodał ciszej.
- Udam, że tego nie słyszałam – powiedziałam, a on parsknął śmiechem. – Co?
- Śmiesznie marszczysz oczy i nos. – Dotknął delikatnie mojego nosa, a przeze mnie przeszedł dreszcz niewiadomo czego.
- Wcale nie – zaprzeczyłam, zasłaniając twarz, co skwitował kolejnym uśmiechem, a jego ciemnozielone oczy zabłysły wesoło. Stwierdziłam, że oprócz tych tęczówek lubię też jego lekkie uśmiechy. A to było do mnie niepodobne, żeby zachwycać się nad innymi cechami zewnętrznymi mężczyzn niż po prostu ładną twarzą.
Czyżbym dojrzewała?
Will zerknął na zegarek zapięty na dłoni lewej ręki, marszcząc brwi.
- Dochodzi już dziesiąta, lepiej wracajmy.
- Dziesiąta? – Zdziwiłam się, bo wydawało mi się, że kiedy wchodziłam do lasu była dopiero ósma. Widocznie w lesie szybciej schodzi czas, zwłaszcza jeśli jest się zagubionym i kogoś się szuka.
- Więc prowadź – powiedziałam, a on ruszył w jakimś kierunku, a ja za nim. Miałam nadzieję, że zna drogę wyjścia z lasu.
W pewnym momencie przypomniałam sobie, że on jest przecież pół-wampirem i widzi w ciemnościach!
O Boże… A jeśli on wiedział o mojej obecności od samego wejścia do lasu, ba!, od momentu kiedy tutaj zaczęłam za nim iść? Po raz tysięczny przeklęłam swoją pamięć staruszki. Za nie długo zapomnę jak się nazywam, przysięgam.


***


Następnego ranka obudził mnie denerwujący dzwonek.
Podniosłam leniwie powieki i z niemiłosiernym trudem podniosłam tułów z łóżka, rozglądając się nieprzytomnie po ciemnym pokoju. Sięgnęłam ręką do budzika stojącego na stoliku nocnym, żeby go odwrócić w moją stronę i zobaczyć, że jest dopiero siódma rano. Kto wydzwania o siódmej w niedzielę?!
Odpowiedź przyszła od razu.
Lizzie.
Przetarłam zaspane oczy i wsunęłam rękę pod poduszkę, gdzie chowałam komórkę, żebym w razie takich właśnie wypadków niczego nie słyszała. Niestety miałam niezbyt mocny sen. Tak naprawdę to prawie w ogóle nie spałam, a to wszystko przez prześladującą mnie zieleń, a czasem nawet złoto. Miałam przemożną ochotę odnaleźć osoby związane z tymi kolorami i zamordować je za nieprzespaną noc. Lecz pierwsza na liście była moja kuzynka.
Właśnie, Lizzie. Wyciągając telefon spod poduszki, przeklinałam się w myślach za pomysł kupienia sobie tego grata. Obeszłabym się szczęśliwie bez tego okropnego urządzenia. Nie wspominając już o tym, że większość telefonów miałam od osób znajdujących się w szkole.
Uwolniłam w końcu telefon spod ciężkiej, i jeszcze tak miękkiej oraz ciepłej, poduchy i odbierając, przyłożyłam ją sobie do ucha.
- Haaalo, tu Caaat – wychrypiałam zaspanym od snu głosem, ziewając głośno.
- Cholera, jeśli to znowu ta popieprzona sekretarka…
W pierwszej chwili poznałam uroczy głos Liz.
- To ja.
- Aha. Przepraszam, coś nie mam od rana cierpliwości.
- Może dlatego że bardzo wcześnie wstałaś?
- Wcześnie? – zawołała, a ja wzniosłam oczy do góry. – Kobieto, przecież to już późna godzina. Wiesz, ile już dzieje się na świecie, a ty gadasz, że jest wcześnie?
- Może w twoim świecie coś się dzieje, ale w moim, zwykle o tej godzinie, jeszcze słodko się śpi – odparłam, kładąc głowę na poduszce i wpatrzyłam się w biel sufitu, powoli zamykając oczy.
- Przykro mi, kochanie, ale jesteśmy z powrotem w szkole. Przyzwyczajaj się do tych pobudek, bo przed nami kolejne dziesięć miesięcy męki.
- Racja. – Moje powieki całkowicie opadły. – Ale na razie nie mam zamiaru stać się rannym ptaszkiem i to, w dodatku, w niedzielę. Popatrz za okno, nawet słońca jeszcze nie ma. – Rozłączyłam się i odłożyłam komórkę na półkę, następnie odwróciłam się na lewy bok, starając się znowu zasnąć.
Jednakże nie dane mi było spać spokojnie, bo Lizzie najwyraźniej nie chciała dać mi tego spokoju. Komórka, oprócz upartego dzwonienia, zaczęła tłuc się o drewno dzięki delikatnym wibracjom. Myślałam, że dostanę nerwicy.
Z cichym przekleństwem złapałem cegłę, jaką była moja komórka i odebrałam.
- I tu nie masz racji, kuzynko. Słonko wyszło już z godzinę temu.
- Niemożliwe – wymamrotałam, przecierając z uporem klejące się powieki.
- Możliwe, możliwe. A teraz, kochanie, zbieraj swój śliczny tyłek z łóżka i spotykamy się za dwadzieścia minut na dole.
- Chyba sobie żartujesz. – W jednej chwili otworzyłam szeroko oczy.
- Nie.
- Nigdzie nie idę.
- Obawiam się, Cat, że nie masz zbytniego wyboru.
- A to niby czemu? – Zmrużyłam gniewnie oczy i spojrzałam na zasłonięte błękitną zasłoną okno. Rzeczywiście wydobywało się spomiędzy wąskiej szpary słabe światło.
- Muszę z tobą poważnie porozmawiać, a Agnes najwyraźniej nie wróciła na noc lub postanowiła mnie zignorować.
- I ja jestem tą głupszą, która nie umie cię zignorować, tak?
- W rzeczy samej. Więc wstawaj albo bądź pewna, że osobiście po ciebie przyjdę. Z obstawą.
Miałam dziwne wrażenie, że moja kochana przyjaciółka nie żartowała.
- Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziałam, zanim się rozłączyła.
- Słucham.
- Czemu nie przyszłaś mnie obudzić, tylko katowałaś mnie telefonem?
- Sądzisz, że jestem taka głupia, żeby myśleć, że na noc się nie zamknęłaś? – Prychnęła, rozłączając się.
Miała rację, zamknęłam się, jak co noc, przed niechcianymi wizytami.
W innej sytuacji nie miałabym najmniejszej ochoty ruszyć choć jednej kończyny z łóżka, ale jeśli Liz miała przyjść po mnie osobiście z osobą towarzyszącą, znającą więcej zaklęć ode mnie – czyli Ethanem, bo był na tyle nie asertywny wobec swojej dziewczyny, że dałby wyciągnąć się łóżka, zresztą tak samo, jak ja – i miałaby mnie torturować, to nie miałam za wiele do gadania. Dlatego postanowiłam nie być leniem i wstałam z milutkiego schronienia z głośnym jękiem, a gdy już zdołałam się wyprostować, ruszyłam do łazienki by wziąć krótki, acz orzeźwiający prysznic.
Po porannej toalecie wyciągnęłam z szafy jakieś stare spodnie od dresu oraz moją ulubioną niebieską bluzę. Poskręcane na wszystkie strony włosy związałam w luźnego kucyka i wyszłam z pokoju.
Schodząc po schodach do holu, dojrzałam Liz ubraną w przewiewną białą sukienkę do kolan, włosy zaczesała do tyłu, które zdobiła biała opaska z pasującym kolorem niewielkim kwiatkiem. Wyglądała, jakby co najmniej wybierała się do kościoła. W rękach trzymała jakiegoś dużego futrzaka, a kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam jej czarnego kota, leniwca Percy’ego.
Uśmiechnęłam się lekko na widok tego pupila Liz. Ona po prostu go uwielbiała, choć ja podchodziłam z dystansem do tego kocura. Miałam złe wspomnienia z kotami, niekoniecznie z tym, ale kot pozostaje kotem.
- Wiesz, że to kiepski pomysł? – spytałam, dołączając do przyjaciółki. Podrapałam Percy’ego pod brodą, a kot zamruczał w odpowiedzi.
- Wiem, ale jest niedzielny poranek, Cat! Nikt o tej porze nie robi sobie spacerów po szkole.
- Właśnie. – Rzuciłam jej wymowne spojrzenie.
- Nie patrz tak na mnie! – Zasłoniła wolną dłonią oczy, udając, że mój wzrok ją pali.
- Powiedz mi, po co mnie obudziłaś.
Lizzie przez dłuższy czas nie odpowiadała, a ciszę pomiędzy nami przerywało tylko miarowy stukot sandałów Liz o marmurową posadzkę i ciche mruczenie Percy’ego.
- Czuję, że Ethan coraz bardziej się ode mnie oddala.
Przystanęłam z zaskoczenia.
- Jak to? – Sądziłam, że to Lizzie oddala się od niego, biorąc pod uwagę wakacje, a nie na odwrót.
Liz westchnęła.
- Może nie oddala, ale… Nie wiem jak to określić. Jest inny niż wcześniej…? Przynajmniej do mnie odnosi się jakoś chłodniej…
- Jest możliwe, że wie o twoich wakacyjnych przygodach? – Starałam się nadać swojemu głosu delikatny ton, ale ona i tak się oburzyła.
- Nie miałam żadnych wakacyjnych przygód! To że spotykałam się z innymi chłopakami nie znaczy przecież, że go zdradzałam. Poza tym… Ethan od początku wiedział, jaka jestem, więc nie powinien tym się przejmować – wie, że go kocham.
- Kiedy ostatnio mu to mówiłaś?
Znowu zapadła cisza, a po chwili Liz chrząknęła cicho, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć.
- No… powiedziałam mu…
- Kiedy?
- Och, jesteś straszna – marudziła, ale nie dałam za wygraną. Popatrzyła na mnie z wyrzutem i wreszcie odpowiedziała.
- Jakiś rok temu, może więcej… Ale to nie może chodzić o to!
- Skąd wiesz? Zapytałaś go, o co mu chodzi? – Nie otrzymując odezwy, ciągnęłam. – Może usłyszał od kogoś o twoich nowych przyjaciołach i pomyślał, że go już nie kochasz. Albo, nie daj Boże, sądzi, że go zdradziłaś…?
- To absurdalne. – Prychnęła głośno. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że Ethan stał się wobec niej chłodny przez nie mówienie mu, że go wciąż kocha.
Liz nie dało rady wmówić się, że nie ma racji, dlatego nie próbowałam sprzeczać się z nią. Wiedziałam z własnego doświadczenia, że poprowadziłoby to do nikąd.
- Nikt nie mówił, że miłość jest łatwa. – Wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do kota, by podrapać go teraz za uszami. – A tak właściwie, to nadal kochasz Ethana?
- Oczywiście, że tak. – Spojrzała na mnie, jakby niespodziewanie wyrosły mi dodatkowe dwie głowy. – Kocham go od ponad 4 lat i tak nagle miałabym się odkochać? W życiu.
- Spokojnie, chciałam tylko upewnić się. – Ukryłam uśmiech, cisnący się na usta, żeby nie obraziła się, bo to robiła dosyć łatwo, zwłaszcza wtedy gdy była nie w sosie.
- To upewniłaś się. – Odetchnęła głęboko i odgarniając włosy z twarzy, posłała mi zadziorne spojrzenie czekoladowych oczu. – Skoro mowa o miłości, jak ma się twoje życie towarzyskie?
- Moje życie towarzyskie? – powtórzyłam, przeciągając sylaby, ponieważ te dwa słowa były dla mnie obce. Nie miałam życia towarzyskiego od… podstawówki, a nie wiem czy nawet to da się tak nazwać.
Już chciałam jej odpowiedzieć, że nie mam czegoś takiego, lecz ona była szybsza.
- Tak, twoje. Ja mam chłopaka, nasza Angie raczej też, tylko ty pozostajesz sama, a jestem całkiem pewna, że zauważyłaś ostatnie zainteresowanie twoją osobą. – Dostrzegając moje spojrzenie, które chyba wyrażało zupełne niezrozumienie, wyjaśniła, przewracając oczyma. – Nie udawaj, że nie zauważyłaś. Brunet, drań, o brązowym spojrzeniu, drugi czarnowłosy baran z nieziemskimi zielonymi oczami i jasnowłosy cielak z miodowymi tęczówkami. Pierwszy byłby nawet, nawet, gdyby nie to, że jest wielkim dupkiem i go nie znosimy. Drugiego też odradzam, jest okropnie irytujący, więc pozostaje nam trzeci kandydat, czyli nasz uroczy Matthew. – Podekscytowana klasnęła w dłonie, zadowolona ze swojego spostrzeżenia.
Nie zastanawiając się nad konsekwencjami swoich słów – i zapominając zupełnie o tym, że właśnie narzuciła mi wybór chłopaka, którego, na marginesie, nie potrzebowałam – powiedziałam pierwsze, co mi przyszło na myśl.
- Wykluczasz Willa, tylko dlatego że ciebie irytuje.
Liz wciągnęła głośno powietrze, jej ręka zamarła w futerku kota.
- Will ci się podoba?! – spytała głośnym szeptem, a oczy szeroko wytrzeszczała, jakby była to najgorsza rzecz na świecie, kiedy sama wcześniej proponowała mi za chłopaka mojego największego wroga.
- Liz… - mruknęłam, podnosząc oczy do sufitu. – Will, tak jak inni mężczyźni w tej szkole, podoba mi się od dawna, co nie oznacza, że mam zamiar z nim chodzić, okej?
Szatynka przyłożyła dłoń do serca z ulgą wypisaną na twarzy.
- Co za szczęście!
- Nie przesadzaj… Przyznaj, panno Elizabeth, nie jest wcale taki zły, prawda? – Wyszczerzyłam zęby w złośliwym uśmiechu, gdy przeniosła na mnie ciemnobrązowe oczy, w których czaił się morderczy błysk, ale zanim zdołała mnie ochrzanić, usłyszałam hałas za rogiem.
Zobaczyłam, że Liz także usłyszała ten stukot, a jedyną osobą, oprócz nas, która mogła chodzić koło ósmej po korytarzu szkolnym mógł być jakiś nauczyciel.
- Schowaj go! – syknęłam, wskazując wzrokiem Percy’ego, a ona z rozgorączkowaniem rozejrzała się naokoło, szukając jakiejś kryjówki.
Nagle usłyszałam głos Ally z tyłu głowy.
Spraw, żeby zniknął – szepnęła, a mnie z niewiadomego powodu zakręciło się w głowie.
Nie umiem! – zaprzeczyłam.
Umiesz, idź za instynktem – poradziła, ale nadal nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi.
Jednakże po chwili wiedziona jakimś dziwnym impulsem – może to Alice mną pokierowała? – okrążyłam dłońmi ciałko Percy’ego, a kot naprawdę zniknął.
- Jak to zrobiłaś? – Lizzie podniosła na mnie szeroko otwarte oczy, z ekscytacją i zdziwieniem równocześnie wypisanymi na twarzy.
Właśnie, jak ja to zrobiłam?
Lecz teraz brakowało czasu na zastanawianie się nad tym, bo kroki słychać było coraz bliżej, a Liz wciąż wyglądała, jakby coś trzymała.
- Połóż go, bo to dziwacznie wygląda – ponagliłam ją szeptem, więc kucnęła pod ścianą i postawiła pod nią niewidzialnego zwierzaka, rozkazując mu cicho, aby tam pozostał.
Zrobiła to w ostatniej chwili, ponieważ kiedy się podniosła, zza rogu wyszedł wysoki mężczyzna w ciemnej szacie.
- Dzień dobry, profesorze Scout – powitałyśmy nauczyciela paranormalności. Mężczyzna, na oko średniego wieku, podszedł do nas wolnym krokiem, prześwietlając korytarz i nas swoimi badawczymi szmaragdowymi oczami.
- Dzień dobry. – Kiwnął sztywno głową, wbijając w nas wzrok. Mimo że dobrze mu z oczu patrzyło, to te spojrzenie mnie mroziło. Ten facet był dziwny, ale nie tak jak nauczyciel zaklęć. – Jesteście tutaj same? – Rozejrzał się, raz jeszcze, po przejściu za nami.
- Tak, panie profesorze – odparła Liz, jak dla mnie, zbyt gorliwie.
- Wydawało mi się, że słyszałem miauczenie…
- To Cat, panie profesorze. – Moja przyjaciółka uśmiechnęła się lekko przepraszająco, choć widziałam w tym uśmiechu coś więcej, coś takiego… - Za bardzo wzięła do siebie swoje imię i, od czasu do czasu, trenuje miauczenie.
Spiorunowałam ją wzrokiem, lecz nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi, uśmiechając się słodko do nauczyciela, który utrzymywał twarde spojrzenie.
- Doskonale wiecie, że nie można trzymać zwierząt w szkole…
- Naprawdę jesteśmy tutaj same – powiedziałam. Chyba uwierzył, bo wyminął nas bez słowa, a chwilę później zniknął w holu.
Wypuściłam wolno powietrze z ust, uświadamiając sobie dopiero teraz, że cały czas je przetrzymywałam.
- Możesz już ściągnąć te zaklęcie z Percy’ego? – zapytała Liz, a więc je zdjęłam, nawet nie wiedząc jak – po prostu chciałam by kot znowu był widzialny. Nie chciałam wiedzieć jak to się stało, naprawdę.
Moja kuzynka podniosła z posadzki wielkiego kocura, który grzecznie siedział pod ścianą i przytuliła się do jego futerka.
- Mój kochanieńki Percy. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mi ciebie zabrali – wymruczała, tuląc zwierzę do siebie. Widok ten wprost wzruszał, ale ja nie mogłam zapomnieć jednego.
- Trenuję miauczenie, tak? – Położyłam dłonie na biodrach, wpatrując się w nią zmrużonymi oczami. Lizzie przybrała niewinną minę.
- Musiałam jakoś wytłumaczyć ten dźwięk!
Zamknęłam na moment oczy, żeby powstrzymać się przed walnięciem jej tu i teraz.
Ruszyłyśmy dalej, kiedy nagle Liz westchnęła rozmarzona.
- Czyż on nie jest seksowny?
- Ethan? Cóż, pewnie jest, ja…
- Nie, profesor Scout. Jest taki męski i w ogóle… - Dostrzegła w jej spojrzeniu lekką mgiełkę i znowu miałam ochotę jej przywalić.
Jeszcze nie więcej, niż dziesięć minut temu żaliła mi się, że Ethan oddala się od niej, nie wiadomo czemu, a sama ogląda się, za kim popadnie!
- A za dużo masz zębów? – warknęłam. Dziewczyna spojrzała na mnie urażona i poszła dalej, dodając wystarczająco głośno, żebym usłyszała:
- Mam idealną ich ilość, dzięki za troskę.


***


Dwa tygodnie później, o tej samej porze, może nawet wcześniej, siedziałam nad szkolnym jeziorkiem, rozmyślając o wszystkim i o niczym.
Wzrok utkwiony miałam w tafli spokojnej wody, w której odbijały się promienie, dopiero, co wschodzącego, słońca. W srebrnej poświacie jeziora mogłam dostrzec swoje szare odbicie, znikające w głębinach wody, ale nie przyglądałam mu się długo.
Nabrałam kilka wdechów świeżego powietrza i oparłam się na łokciach, wpatrując się w niemal czyste niebo, wiedząc, że to jeden z moich ostatnich takich poranków nad jeziorem w tym roku. Za miesiąc będzie za zimno na przesiadywanie tyle na dworze, o zimie już nie mówiąc. Uwielbiałam lato, dlatego myśl o tym białym wrednym puchu naprawdę mnie przerażała.
Wzdrygnęłam się, odganiając natrętne myśli o zimnie. Wciąż jest lato, tak? Nieważne, że jeszcze tylko przez trzy dni.
Z przyzwyczajenia sięgnęłam ręką do szyi, natrafiając tylko na moją gładką skórę. Uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie, że zostawiłam medalion w pokoju, chcąc pobyć trochę sam na sam z moją głową. Niby Alice prawie w ogóle nie dawała znać o tym, że przesiaduje w moim umyśle, ale jednak potrzebowałam całkowitej samotności.
Wzmianka o Ally przeniosła mnie myślami do sprawy mojego rzekomego bycia Wybraną. Trzy tygodnie temu, kiedy mój medalik zaczął dziwnie się zachowywać, a następnie przemówiła z niego Alice, ani trochę nie wierzyłam w to, że mogę być jakąś tam Wybranką Ognia. Było to dla mnie śmieszne. Że niby ja, jakąś Wybranką? Podczas gdy cały czas zapominałam, że jestem czarodziejką, gdy panicznie bałam się ognia? Nigdy w życiu.
Ale tak było na początku.
Po dłuższym czasie i rzeczach, które się od tamtego momentu wydarzyły, w ciągu tych dwóch tygodni zrozumiałam, że to najprawdopodobniej jest prawda. Niespodziewane wystrzeliwanie iskier, (a, jak wiadomo, z iskier bierze się ogień) dziwna energia w ciele, gwałtowne emocje i ta odporność na oparzenia oraz ogień – to wszystko mogło znaczyć tylko jedno, choć wciąż z całych sił przed tym się broniłam.
Ani nie chciałam, ani nie potrzebowałam być kimś, kto miał uczestniczyć w obronie świata paranormalnego. Nie pragnęłam być Wybranką Ognia czy inną z Wybranych, to była dla mnie za duża odpowiedzialność. W dodatku byłam na głównym celowniku morderców, co niespecjalnie mnie cieszyło.
Nawet, jeśli pogodziłabym się z tym przeznaczeniem, to nic nie wiedziałam o byciu Wybraną, a także nie znałam innych Wybranych. Alice twierdziła, że mi pomoże, ale siedząc w medalionie niewiele mogła zrobić. A jeśli miałam nauczyć się jakichś nowych zaklęć, to jak zamierzała mnie ich nauczyć? Było tyle niewiadomych, a nie miałam nawet, od kogo dowiedzieć się prawdy.
Will powiedział, że jego ciotka miała podobny medalion, czyli była Wybranką Ziemi, jak wyjaśniła mi moja Kapłanka. Mówił też, że po jej śmierci medalik zaginął bez śladu, lecz ja nadal nie byłam pewna czy mu w tej sprawie wierzyć. Najpierw myślałam, że to może on został po niej Wybranym, ale nie zauważyłam u niego żadnego wisiorka, no chyba że nie nosił medalionu. Także nie dostrzegłam u niego żadnych dziwnych zachowań, ale mogły się one ujawnić w wakacje, albo on, w przeciwieństwie do mnie, od razu uwierzył w to, że jest inny.
Jednak było dla mnie mało prawdopodobne, że gdyby Will był Wybranym, to by to przede mną ukrywał. Wtedy wiedziałby raczej o mnie i wyznałby mi prawdę. A ja, choć bardzo chciałam mieć przy sobie kogoś takiego samego jak ja, to wykluczałam Willa z grona Wybranych. Nie mógł nim być.
Pozostawało pytanie czy reszta Wybranych mieszka w ogóle w Nowym Jorku albo nawet Ameryce. Tak mało wiedziałam, a dużo więcej pragnęłam wiedzieć…
Zanim się zorientowałam, słońce całkiem wzeszło, ogrzewając swoimi promieniami moją sylwetkę. Otrząsnęłam się z otępienia, włączając na powrót zmysły słuchu i węchu. Do moich nozdrzy dotarł świeży zapach trawy i lekka woń wody morskiej. W oddali usłyszałam ćwierkot ptaków, a na twarzy czułam powiew letniego wiatru.
Westchnęłam tęsknie, chociaż wiedziałam, że to nie ostatni dzień takiej pogody. Miałam szczerą nadzieję, że utrzyma się taka do końca października, co graniczyło z cudem.
Wstałam z ziemi, otrzepując dżinsową spódniczkę z trawy, poprawiłam czerwoną koszulę i ruszyłam miarowym krokiem w kierunku szkoły, znajdującej się jakiś kilometr od jeziora, za skrajem lasu, który musiałam ominąć, bo nie chciałam od rana nowych przygód w lesie.
Idąc, rozglądałam się po polanie z nadzieją, że zobaczę gdzieś czarnego kota, ale oprócz kilku sarenek na obrzeżach lasu nikogo więcej, w zasięgu mojego wzroku, nie było.
Kilka dni temu kot Liz, Percy, zaginął, a moja przyjaciółka odchodziła od zmysłów i wszczęła wielki alarm wśród uczniów – oczywiście wielki do pewnych granic, bo nauczyciele nie mogli dowiedzieć się o tym, że Lizzie nielegalnie trzymała kota w szkole. Zaufanym osobom kazała rozglądać się na każdym kroku za czarnym grubym kocurem, ale jak do tej pory po kocie nie było ni słuchu, ni śladu.
Kot Lizzie był strasznie leniwy, więc sam nie byłby zdolny uciec daleko, cudem było samo to… że uciekł. Martwiłam się, że ktoś mógł go zabrać. Raczej na pewno nie nauczyciele, bo wtedy Liz dostałaby karę. Więc komu potrzebny był jej zwierzak?
Przeczesałam dłonią włosy, wodząc wzrokiem pomiędzy drzewami, kiedy moje oczy spotkały się ze złotymi ślepiami. Stanęłam w miejscu, czekając, aż wilk sam zrobi pierwszy ruch. Był to ten sam wilk, którego spotkałam w tę noc, którą śledziłam Willa. Jakoś mu się nie śpieszyło; dreptał powoli i spokojnie w moją stronę, nie spuszczając ze mnie dziwnych oczu.
Czas, w którym do mnie podchodził, wykorzystałam na dokładnym mu się przyjrzeniu, czego nie mogłam zrobić przy naszym pierwszym spotkaniu. Cały był kruczoczarny, wokół oczu miał ciemniejsze o ton obwódki, a na czubku jego głowy zauważyłam maleńką białą kropkę. Kiedy zwierzę w końcu przede mną stanęło zajrzałam mu w ślepia, które były złociste.
- Hej, psie. – Uśmiechnęłam się, gdy wilk odpowiedział krótkim wyciem. – Nie śpisz jeszcze o tej porze? – spytałam, nie oczekując specjalnie odpowiedzi. Jakby nie było, wilki nie gadają.
Pies przekrzywił lekko łeb, wpatrując się we mnie, a ja odwzajemniłam spojrzenie. W jego wzroku było coś mądrego oraz niepokojącego, a jednocześnie znajomego, ale nie miałam pojęcia co.
Po dłuższym przyglądaniu się sobie ukucnęłam powoli, czekając na reakcję zwierzęcia. Wilk nijako zareagował, nie poruszając się, tylko wciąż mi się przyglądając. Bez zastanowienia wyciągnęłam dłoń w jego stronę, a gdy ten nie pokazał kłów przysunęłam rękę do jego szyi. Poddał się mojemu dotykowi, kiedy zatopiłam palce w futrzanej nasadzie szerokiej szyi i przesunęłam rękę na górę, by pogłaskać go po głowie.
Ogromnie się zdziwiłam, kiedy wilk mnie nie zaatakował, ponieważ tego właśnie się po nim spodziewałam, wręcz tego wyczekiwałam. Zawsze wydawało mi się, że wilki nie dają ludziom się głaskać, przecież są dzikimi zwierzakami, a tu takie zaskoczenie.
- Muszę już iść – powiedziałam do niego po chwili, postanawiając już wracać, kolejny raz przytłoczona jego bystrym spojrzeniem. – Może się jeszcze kiedyś spotkamy – dodałam, pewna, że jakoś mnie rozumie.
Podniosłam się z klęczek i zamierzałam ruszyć w drogę, kiedy wilk niespodziewanie skoczył do mnie – oho, nie mów hop, zanim nie skoczysz – położył wielkie łapy na moim brzuchu, i zaczął obwąchiwać moją szyję oraz dekolt.
- Zejdź! – zawołałam, stanowczo odpychając od siebie twarde ciało, a on posłusznie stanął z powrotem na czterech łapach, schylając pokornie łeb. Wygładziłam koszulę, patrząc spode łba na tego bezczelnego psa. Przerażał mnie, co on chciał, do cholery?
Odwróciłam się od wilka i poszłam w stronę szkoły, widząc przed sobą zarys ogromnego ciemnoniebieskiego budynku. Ani razu nie obejrzałam się za wilkiem, bałam się go. Miałam wielką nadzieję, że to nie był żaden zmiennokształtny z naszej szkoły. Nie chciałam przed nikim się ośmieszyć.
Kilkadziesiąt minut później byłam już w szkole i szłam korytarzem swojego piętra do swojego pokoju. W pewnym momencie, znikąd, poczułam na ramieniu czyjąś rękę, która pociągnęła mnie do siebie i stanęłam twarzą w twarz z Agnes.
- Angie? – spytałam, przyglądając się jej w zdziwieniu. Co ona robi w tym skrzydle? Przecież jej pokój jest gdzie indziej.
- Musisz mi pomóc – powiedziała bez ogródek, a w jej niebieskich oczach zobaczyłam zaczątki paniki. Nie była nawet umalowana, co nigdy nie zdarzało jej się po wyjściu ze swojego pokoju, więc coś musiało się stać.
- Coś się stało?
Pokiwała głową na lewo, więc spojrzałam w tamtą stronę i domyśliłam się, gdzie stoimy.
Zielone ściany, pełno zdjęć i plakatów, bałagan na podłodze. Pokój Lizzie. Samą lokatorkę dostrzegłam przy oknie; opierała się bokiem o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami, wyglądając przez szybę na ogród.
- Co jej jest? – Zadałam pytanie, ale zaraz go pożałowałam.
- Co mi jest? – odezwała się szatynka, odwracając się do nas. – Jak to, co mi jest?! Percy zniknął, to mi jest! – krzyknęła z desperacją w głosie.
- Liz, bez paniki, kot na pewno się odnajdzie i dobrze o tym wiesz – powiedziałam uspokajającym tonem, podchodząc do niej ostrożnie.
- Ale to pierwszy raz, kiedy sobie znika, ot tak. On nigdy, powtarzam nigdy, nie oddalał się od swojego legowiska na więcej niż dziesięć metrów! Ktoś musiał go zabrać! – Jej oczy zaszkliły się, więc ją przytuliłam do siebie.
- Kto mógł mieć dostęp do twojego pokoju? – spytała Agnes, siadając na łóżku Liz, które ustawione było obok drzwi.
- Nauczyciele… - Lizzie odsunęła się ode mnie z szeroko rozwartymi oczami. Wyglądała teraz, jak wielkie zapłakane dziecko.
- Oprócz nauczycieli?
- Ale…
- Gdyby któreś z nich zabrało Percy’ego, już dawno by cię wezwali. – Marnie ją pocieszyłam, ale zawsze coś.
- Nikt inny nie mógł tutaj wejść, oprócz was i chłopaków.
- Może Percy sam wyszedł na chwilę z pokoju i ktoś go zabrał… - zasugerowała Ag, ale Liz spiorunowała ją wzrokiem.
- Percy jest zbyt leniwym kotem, żeby samemu wyjść z pokoju – powiedziała dobitnie, czym mnie zaskoczyła, bo nigdy nie wypominała wad swojego kota.
Zauważając moje zdziwienie, dodała szybko:
- Wiem, że nie był leniwy i rozpieszczony, ale to mój ukochany kocurek, rozumiecie? Jeśli coś mu się stało, nie wiem, jak to przeżyję. – Jej broda niebezpiecznie zadrżała, ale żeby to przed nami ukryć, odwróciła się do okna.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, przez co wszystkie trzy drgnęłyśmy przestraszone. Drzwi się uchyliły, a do środka weszła wysoka kobieta. Blond włosy, spięte w wysokiego koka, błyszczały kolorem, a twarz z kilkoma zmarszczkami przypominała mi parę osób. Niebieskoszare oczy, zawsze z wesołym błyskiem, teraz matowe, szukały tej jedynej osoby, do której tutaj przyszła.
Ciocia Cecilia, niewiele młodsza siostra mojej mamy, matka Lizzie przyszła w odwiedziny – czego nigdy nie robiła – i to w niedzielny poranek. Coś było nie tak.
- Mamo? – Liz bez wahania podeszła do kobiety i przytuliła ją mocno na powitanie, nie ukrywając zdziwienia. – Coś się stało? Dlaczego przyszłaś?
- Nie cieszycie się, że was odwiedzam? – Blondynka uśmiechnęła się trochę wymuszenie, patrząc na nas po kolei.
Agnes przywitała się ze swojego miejsca, a ja podeszłam do ciotki i pocałowałam ją w policzek.
- Cześć, ciociu.
- Witaj, słonko – odparła, poklepując mnie lekko po policzku i wróciła spojrzeniem do swojej córki.
- Nie, oczywiście, że się cieszymy, tylko że… w niedzielny poranek? Nie wmawiaj mi, że nie chciało ci się spać, bo doskonale wiem, jakim jesteś śpiochem.
Cecilia spuściła wzrok na swoją czarną suknię, która dopiero teraz przykuła moją uwagę i zaniepokoiła. Oczywiście mogła iść tak elegancko ubrana do kościoła, ale…
- Elizabeth…
- O nie, o co chodzi? – zapytała nagle przestraszona moja kuzynka, domyślając się z tonu matki, że to coś poważnego. – Zawsze, kiedy zaczynasz od mojego pełnego imienia, to jest coś okropnego.
Ciotka przełknęła ślinę i podniosła powoli wzrok najpierw na mnie, potem na Liz.
- Kilka dni temu znaleziono martwe ciało babci w jej domu.
Serce dosłownie we mnie zamarło. Kątem oka dostrzegłam jak Agnes wstaje z miejsca, ale wpatrywałam się ze skupieniem w blondynkę.
- Której babci? – spytałam cicho, a Liz przeniosła na mnie szkliste spojrzenie. Dla niej było to obojętne, umarła któraś z jej babć.
- Babci Jane – odparła równie cicho ciocia, nie odrywając oczu od córki.
Poczułam w sercu, egoistycznie, niewielką ulgę, ponieważ to była prababka Liz. Byłam z nią w jakimś sensie spokrewniona, ale nie była dla mnie tak ważna, jak dla mojej przyjaciółki. Co nie zmieniało faktu, że miałam ochotę się rozryczeć. Spojrzałam na Agnes, która zasłaniała dłonią usta, a z jej oczu leciały łzy. Także znała babcię Jane, często jeździła do niej z Lizzie, nawet częściej ode mnie.
Z boku usłyszałam dziwny odgłos, więc spojrzałam na Lizzie.
Zaśmiała się bez wesołości, a po jej policzku pomknęła jedna łza.
- To przecież niemożliwe, mamo. Rozmawiałam z babcią w zeszłym tygodniu i miała się bardzo dobrze. Ona żyje – mówiła powoli i spokojnie, ale ostatnie zdanie wypowiedziała z wyraźnym drżeniem w głosie. Zaginięcie ulubionego zwierzaka, śmierć ukochanej prababci… to była dla niej za dużo.
- Kochanie… - Cecilia zbliżyła się do córki, chcąc ją przytulić, ale Liz się cofnęła.
- Nie, mamo, ja to wiem. Babcia żyje, siedzi sobie teraz w domu, w swoim fotelu, pije herbatę i ogląda telewizję, jak co niedzielę. Mamo, ja to wiem.
- Lizzie… Ja też wiem, że babcia w zeszłym tygodniu czuła się wyśmienicie, bo to nie była śmierć naturalna.
- Przestań – szepnęła Liz, zasłaniając sobie uszy.
- Nie była to śmierć naturalna? – Angie podeszła bliżej, stając obok mnie i otarła wilgotne policzki.
Starsza kobieta pokręciła przecząco głową.
- Zamordowaną ją. Nikt o tym nie wiedział, dopiero wczoraj jej sąsiadka zaczęła się niepokoić, bo Jane przynajmniej, co dwa dni gdzieś wychodziła, zawiadomiła policję i znaleziono ją w sypialni. Nie było żadnych śladów walki, zresztą nawet gdyby chciała, to nie miała siły się obronić…
- Nie, ja nie mogę tego słuchać. Ona żyje, słyszycie?! – zawołała Lizzie, patrząc na nas czekoladowymi oczami, w których kumulowały się gorzkie łzy już od kilku dni. Liz była silna i uparta, ale wiedziałam, że dzisiaj, prędzej czy później, pęknie.
- Lizzie… - Matka znowu spróbowała do niej podejść, ale dziewczyna pokręciła tylko głową, wyminęła ją i ruszyła do drzwi.
- Nie chcę tego słuchać – rzekła, wychodząc z pokoju, a my mogłyśmy tylko wpatrywać się w próg drzwi, nie potrafią zrobić nic innego.
Dobrze znałam Liz i wiedziałam, że teraz potrzebuje spokoju albo ukochanej osoby. Jeśli nie poszła do Ethana, to zaszyje się w jakimś odludnym miejscu na jakiś czas.
Doświadczenie mówiło mi, że nie można jej teraz na siłę szukać, bo i tak jej nie znajdziemy. A jej ból brałam jak swój własny, bo wiedziałam jak to jest stracić bliską ci osobę i to bardzo dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz