To był jednak zły pomysł – myślałam, torując sobie
drogę poprzez gałęzie drzew w kompletnych ciemnościach.
Od wejścia do lasu przeszłam gdzieś dziesięć albo
piętnaście metrów, kiedy nagle światełko w oddali zgasło. Na początku
przeraziłam się, prawie wpadając na jakieś drzewo i chciałam już podnieść
świetlną tarczę lub wysłać iskrę światła w głąb lasu, ale w porę się
opamiętałam. Wiedziałam, że gdybym, choć w najmniejszy sposób, dała znać o
swojej obecności tutaj, to mój cały plan poszedłby na marne. Nie, żebym miała
jakiś plan, ale zakładałam, że mam.
Właśnie dlatego stałam teraz w zupełnych
ciemnościach, znowu szukając jakiegoś źródła światła, które się nie pojawiało.
Żeby nie stać się jakąś „wyglądającą na chętną” ofiarą dla zwierząt, ruszałam
się, co kilka sekund, do przodu.
Stawiałam ostrożnie kroki, bo bałam się, że wejdę w
jakiś pień lub, co gorsza, w jaszczurkę bądź węża.
Niespodziewanie obok mnie rozległo się wycie, a ja
podskoczyłam w miejscu. Błyskawicznie odwróciłam się, a widząc przed sobą złote
ślepia, szybko się cofnęłam.
To coś niewątpliwie było wilkiem, ale oczy wydawały
mi się znajome.
- Matt?! – wyszeptałam zdziwiona jak i lekko zła –
bo jeśli to on, to jakim prawem mnie śledził?! – lecz kiedy wilk podszedł
bliżej, tak, że mogłam dostrzec ciemne futro wokół jego świecących oczu,
uspokoiłam się. Matt miał jasne futro.
Matthew, tak samo jak Lizzie, był
zmiennokształtnym, a postać wilka była jego ulubioną, dlatego w pierwszym
odruchu myślałam, że to on – lubił mnie zaskakiwać tą postacią.
Spodziewałam się, że ten obcy wilk będzie na mnie
warczał, a może nawet i zaatakuje, ale tylko stał w miejscu i wpatrywał się we
mnie mądrymi oczami. Zastanawiałam się czy wilki mogą być mądre. Pewnie tak,
skoro spokrewnione są z psami.
Niepokoił mnie jego wzrok, zatem ruszyłam
niezdarnie dalej. Jednak zwierzę podążyło za mną, wiedziałam to, pomimo że na
niego nie spojrzałam – słyszałam jego ciche kroki za sobą.
Westchnęłam cicho, odgłos ten poniósł się po całym
lesie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wilk odpowiedział na nie kolejnym
wyciem.
- Zamknij się, głupi psie – syknęłam. Wilk zwany psem spojrzał na mnie ślepiami bez
wyrazu, zawył jeszcze raz i zamilkł. Czy ja się przesłyszałam, czy w tym wyciu
usłyszałam wyrzut?
- Dostajesz paranoi, Cat – mruknęłam do siebie, ale
to nie powstrzymało mnie przed spekulowaniem nad tym, czy aby ten wilk nie był
zmiennokształtnym…
- Co ty tutaj robisz?
Podniosłam gwałtownie głowę, przeklinając się w
myślach. To ja miałam go zaskoczyć, a nie
on mnie!
Przed sobą dostrzegłam maleńką smugę światła, więc
odwróciłam się do Willa, który stał przede mną w cieniu z założonymi rękoma.
Nie widziałam jego całej twarzy, ale zobaczyłam
usta zaciśnięte w cienką linię. Nie wróżyło to niczego dobrego, ale zaraz
przypomniałam sobie, po co weszłam do tego lasu. Nie przestraszę się go, chcę
dowiedzieć się tylko prawdy.
Zerknęłam na moment w górę na kulę światła
zawieszoną wysoko pomiędzy nami, która jakimś cudem oświetlała tylko mnie.
- Nieładnie jest skradać się do przyjaciół – powiedziałam
oskarżycielsko, osłaniając dłonią oczy przed rażącym światłem.
- Nieładnie jest nie odpowiadać na pytanie
przyjaciół. – Dostrzegłam jak uniósł lekko jeden kącik ust. – Co tutaj robisz?
- Nudziło mi się, więc poszłam się przejść.
- W nocy do lasu? – Usłyszałam powątpienie w jego
głosie, ale je zignorowałam.
- A ty, co tutaj robisz? – Wymigałam się od
pytania.
- Miałem spotkanie – odpowiedział spokojnie.
- W nocy w środku lasu? – powtórzyłam jego pytanie.
Zaśmiał się cicho.
- Nie powiem ci, z kim się spotkałem.
- Rozumiem – powiedziałam beztrosko, a zaraz
dodałam. – To była randka w ciemno, prawda?
Kiedy nic nie odpowiedział, ciągnęłam dalej.
- Więc jak nazywa się dziewczyna, która odważyła
się wejść do ciemnego i mrocznego lasu dla chłopaka?
Cat – odparła Alice i uświadomiłam sobie z
przerażeniem i zaskoczeniem równocześnie, że miała rację.
- Cat… - Słysząc swoje imię wypowiedziane przez
Willa, przestraszyłam się, że może wie, iż go śledziłam, lecz, na szczęście,
tak nie było. – I tak ci nie powiem, więc możesz przestać.
- A więc to randka w ciemno.
Prawie się uśmiechnęłam, gdy Will westchnął bardzo
cicho z irytacją.
- Odprowadzę cię do pokoju.
- Nie potrzebuję odprowadzania – powiedziałam, ale
Will już ruszył. Nie lubiłam jak się mnie ignorowano, ale podążyłam za nim, nie
chcąc się kłócić. Na razie.
Z tyłu usłyszałam ciche kroki i odwróciłam się,
przypominając sobie o wilku.
- Idź sobie – szepnęłam, a on, o dziwo, posłusznie
odszedł. Coś było nie tak z tym zwierzęciem.
- Twój wilk? – zapytał Will.
- Nie, przybłęda jakaś. Pewnie zobaczył mnie w
ciemnościach i postanowił podejść, może liczył na kolację.
- Nie dziwię mu się.
Mrużąc oczy, pokazałam język tyle jego głowy. Kula
światła ciągnęła się za nami, więc widziałam gdzie on się znajduje. Musiałam
zmienić kierunek rozmowy, bo inaczej w ogóle się go o to nie zapytam.
Ale jak nawiązać rozmowę do medalionu?
A po co
chcesz z nim o tym rozmawiać, co? Przecież to ma pozostać tajemnicą – przypomniała mi Ally.
Nie chcę z nim rozmawiać o tym, tylko ogólnie o medalionie. Wiem, że on już go gdzieś widział
i mnie okłamał. Nie znoszę, kiedy okłamuje się mnie, więc chcę wiedzieć,
dlaczego to zrobił.
Przez kilka minut wszyscy milczeliśmy, aż w końcu
odważyłam się odezwać.
- Miałeś kiedyś świecący medalion? – Było to banalne
pytanie, ale na razie nie miałam żadnego innego.
- Nie – odparł od razu, co mnie trochę zaskoczyło.
- A widziałeś…
- Nie – powtórzył, zatrzymując się i odwrócił,
zatem ja też stanęłam. – Okej, Cat, o co chodzi? – spytał prosto z mostu.
- Czemu uważasz, że może mi o coś chodzić? –
Udawałam niewiniątko, ale Will nie dawał się tak łatwo nabrać.
- Znam cię na tyle by wiedzieć, że nigdy nie pytasz
o coś bez powodu.
Wywróciłam oczami, krzyżując ramiona na piersiach.
- Zniszczyłeś mój sprytny plan.
- Mówi się trudno. – Chłopak wzruszył ramionami
przepraszającym uśmiechem, który wcale nie przepraszał. – Więc…?
- Pamiętasz mój medalion? – Wyciągnęłam spod bluzki
medalik, żeby pokazać mu go pod promieniem światła. Diament zabłyszczał, ale
poza tym nic nie zrobił. Ku mojemu rozczarowaniu z twarzy Willa nie zniknął
uśmiech, może trochę się zmniejszył. Albo był dobrym aktorem, albo naprawdę nie
znał tego medalika.
- Tak, i…?
Chrząknęłam cicho, nagle tracąc odwagę na zadanie
kolejnego pytania.
- Dlaczego mnie okłamałeś? – spytałam cicho, czym
sprawiłam, że uśmiech całkowicie zniknął z jego ust.
- W jakiej sprawie?
- W sprawie medalika! – zawołałam, a odwaga znowu
powróciła. – Okłamałeś mnie, mówiąc, że nigdy nie widziałeś tego medalionu, ale
sposób, w jaki na niego patrzyłeś i…
- Naprawdę nigdy nie widziałem tego medalionu –
przerwał mi spokojnym głosem.
- Znowu kłamiesz! – powiedziałam przez zaciśnięte
zęby.
- Nie. Nie rozumiesz, Cat? Nigdy nie widziałem tego medalionu.
Zastanowiłam się nad jego słowami. Ten nacisk na
„tego” medalionu… Widział medalik jakiegoś Wybranego!
- Kto jeszcze ma taki medalion? – spytałam
ożywiona, pragnąc wiedzieć, kto mógłby mi pomóc w dowiedzeniu się tego czy
naprawdę jestem Wybranką Ognia.
- Kiedyś miała go moja ciotka. Był taki sam jak twój,
tylko że kamień był zielony.
Wybranka
Ziemi – powiedziała Ally. Mnie
interesowało coś innego.
- Miała…? Czyli że…
- Nie żyje. Zmarła dwa lata temu, a medalion
zaginął. W pierwszej chwili jak zobaczyłem twój, pomyślałem, że to może ten
sam, co posiadała moja ciotka, ale jest inny kamień. Zaintrygowało mnie to
podobieństwo, tyle. – Wzruszył lekceważąco ramionami. – Nie okłamałem cię.
Czułam się lekko zawstydzona, ale nadal mi coś nie
pasowało.
- Ale później za każdym razem, gdy się spotykaliśmy
wciąż gapiłeś się na ten medalion. To było… dziwne.
- Jak powiedziałem, intrygowało mnie te
podobieństwo – mówiąc to, odwrócił wzrok, wpatrując się w coś za mną.
Patrzyłam na niego dłuższą chwilę, próbując
odszukać w jego twarzy jakiegoś śladu fałszu, ale nic takiego nie dostrzegłam,
zatem odpuściłam. W pewnym sensie mu wierzyłam i tego na razie się trzymałam.
- Powiedzmy, że ci wierzę – mruknęłam, a moje
ramiona opadły. Już nie musiałam zgrywać twardej i odważnej. – Lecz jeśli okaże
się, że jednak mnie okłamałeś, zmienię cię w robaka, rozumiesz?
- Czuję się ostrzeżony – odparł rozbawionym tonem.
– Chociaż mogłabyś zrobić ze mną coś gorszego – dodał ciszej.
- Udam, że tego nie słyszałam – powiedziałam, a on
parsknął śmiechem. – Co?
- Śmiesznie marszczysz oczy i nos. – Dotknął
delikatnie mojego nosa, a przeze mnie przeszedł dreszcz niewiadomo czego.
- Wcale nie – zaprzeczyłam, zasłaniając twarz, co
skwitował kolejnym uśmiechem, a jego ciemnozielone oczy zabłysły wesoło.
Stwierdziłam, że oprócz tych tęczówek lubię też jego lekkie uśmiechy. A to było
do mnie niepodobne, żeby zachwycać się nad innymi cechami zewnętrznymi mężczyzn
niż po prostu ładną twarzą.
Czyżbym dojrzewała?
Will zerknął na zegarek zapięty na dłoni lewej
ręki, marszcząc brwi.
- Dochodzi już dziesiąta, lepiej wracajmy.
- Dziesiąta? – Zdziwiłam się, bo wydawało mi się,
że kiedy wchodziłam do lasu była dopiero ósma. Widocznie w lesie szybciej
schodzi czas, zwłaszcza jeśli jest się zagubionym i kogoś się szuka.
- Więc prowadź – powiedziałam, a on ruszył w jakimś
kierunku, a ja za nim. Miałam nadzieję, że zna drogę wyjścia z lasu.
W pewnym momencie przypomniałam sobie, że on jest
przecież pół-wampirem i widzi w ciemnościach!
O Boże… A jeśli on wiedział o mojej obecności od
samego wejścia do lasu, ba!, od momentu kiedy tutaj zaczęłam za nim iść? Po raz
tysięczny przeklęłam swoją pamięć staruszki. Za nie długo zapomnę jak się
nazywam, przysięgam.
***
Następnego ranka obudził mnie denerwujący dzwonek.
Podniosłam leniwie powieki i z niemiłosiernym
trudem podniosłam tułów z łóżka, rozglądając się nieprzytomnie po ciemnym
pokoju. Sięgnęłam ręką do budzika stojącego na stoliku nocnym, żeby go odwrócić
w moją stronę i zobaczyć, że jest dopiero siódma rano. Kto wydzwania o siódmej
w niedzielę?!
Odpowiedź przyszła od razu.
Lizzie.
Przetarłam zaspane oczy i wsunęłam rękę pod
poduszkę, gdzie chowałam komórkę, żebym w razie takich właśnie wypadków niczego nie słyszała. Niestety miałam
niezbyt mocny sen. Tak naprawdę to prawie w ogóle nie spałam, a to wszystko
przez prześladującą mnie zieleń, a czasem nawet złoto. Miałam przemożną ochotę
odnaleźć osoby związane z tymi kolorami i zamordować je za nieprzespaną noc.
Lecz pierwsza na liście była moja kuzynka.
Właśnie, Lizzie. Wyciągając telefon spod poduszki,
przeklinałam się w myślach za pomysł kupienia sobie tego grata. Obeszłabym się
szczęśliwie bez tego okropnego urządzenia. Nie wspominając już o tym, że
większość telefonów miałam od osób znajdujących się w szkole.
Uwolniłam w końcu telefon spod ciężkiej, i jeszcze
tak miękkiej oraz ciepłej, poduchy i odbierając, przyłożyłam ją sobie do ucha.
- Haaalo, tu Caaat – wychrypiałam zaspanym od snu
głosem, ziewając głośno.
- Cholera, jeśli to znowu ta popieprzona
sekretarka…
W pierwszej chwili poznałam uroczy głos Liz.
- To ja.
- Aha. Przepraszam, coś nie mam od rana
cierpliwości.
- Może dlatego że bardzo wcześnie wstałaś?
- Wcześnie?
– zawołała, a ja wzniosłam oczy do góry. – Kobieto, przecież to już późna
godzina. Wiesz, ile już dzieje się na świecie, a ty gadasz, że jest wcześnie?
- Może w twoim
świecie coś się dzieje, ale w moim, zwykle o tej godzinie, jeszcze słodko się
śpi – odparłam, kładąc głowę na poduszce i wpatrzyłam się w biel sufitu, powoli
zamykając oczy.
- Przykro mi, kochanie, ale jesteśmy z powrotem w
szkole. Przyzwyczajaj się do tych pobudek, bo przed nami kolejne dziesięć
miesięcy męki.
- Racja. – Moje powieki całkowicie opadły. – Ale na
razie nie mam zamiaru stać się rannym ptaszkiem i to, w dodatku, w niedzielę.
Popatrz za okno, nawet słońca jeszcze nie ma. – Rozłączyłam się i odłożyłam
komórkę na półkę, następnie odwróciłam się na lewy bok, starając się znowu
zasnąć.
Jednakże nie dane mi było spać spokojnie, bo Lizzie
najwyraźniej nie chciała dać mi tego spokoju. Komórka, oprócz upartego
dzwonienia, zaczęła tłuc się o drewno dzięki delikatnym wibracjom. Myślałam, że
dostanę nerwicy.
Z cichym przekleństwem złapałem cegłę, jaką była
moja komórka i odebrałam.
- I tu nie masz racji, kuzynko. Słonko wyszło już z
godzinę temu.
- Niemożliwe – wymamrotałam, przecierając z uporem
klejące się powieki.
- Możliwe, możliwe. A teraz, kochanie, zbieraj swój
śliczny tyłek z łóżka i spotykamy się za dwadzieścia minut na dole.
- Chyba sobie żartujesz. – W jednej chwili
otworzyłam szeroko oczy.
- Nie.
- Nigdzie nie idę.
- Obawiam się, Cat, że nie masz zbytniego wyboru.
- A to niby czemu? – Zmrużyłam gniewnie oczy i
spojrzałam na zasłonięte błękitną zasłoną okno. Rzeczywiście wydobywało się
spomiędzy wąskiej szpary słabe światło.
- Muszę z tobą poważnie porozmawiać, a Agnes
najwyraźniej nie wróciła na noc lub postanowiła mnie zignorować.
- I ja jestem tą głupszą, która nie umie cię
zignorować, tak?
- W rzeczy samej. Więc wstawaj albo bądź pewna, że
osobiście po ciebie przyjdę. Z obstawą.
Miałam dziwne wrażenie, że moja kochana przyjaciółka nie żartowała.
- Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziałam, zanim
się rozłączyła.
- Słucham.
- Czemu nie przyszłaś mnie obudzić, tylko katowałaś
mnie telefonem?
- Sądzisz, że jestem taka głupia, żeby myśleć, że
na noc się nie zamknęłaś? – Prychnęła, rozłączając się.
Miała rację, zamknęłam się, jak co noc, przed
niechcianymi wizytami.
W innej sytuacji nie miałabym najmniejszej ochoty
ruszyć choć jednej kończyny z łóżka, ale jeśli Liz miała przyjść po mnie
osobiście z osobą towarzyszącą, znającą więcej zaklęć ode mnie – czyli Ethanem,
bo był na tyle nie asertywny wobec swojej dziewczyny, że dałby wyciągnąć się
łóżka, zresztą tak samo, jak ja – i miałaby mnie torturować, to nie miałam za
wiele do gadania. Dlatego postanowiłam nie być leniem i wstałam z milutkiego
schronienia z głośnym jękiem, a gdy już zdołałam się wyprostować, ruszyłam do
łazienki by wziąć krótki, acz orzeźwiający prysznic.
Po porannej toalecie wyciągnęłam z szafy jakieś
stare spodnie od dresu oraz moją ulubioną niebieską bluzę. Poskręcane na
wszystkie strony włosy związałam w luźnego kucyka i wyszłam z pokoju.
Schodząc po schodach do holu, dojrzałam Liz ubraną
w przewiewną białą sukienkę do kolan, włosy zaczesała do tyłu, które zdobiła
biała opaska z pasującym kolorem niewielkim kwiatkiem. Wyglądała, jakby co
najmniej wybierała się do kościoła. W rękach trzymała jakiegoś dużego futrzaka,
a kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam jej czarnego kota, leniwca Percy’ego.
Uśmiechnęłam się lekko na widok tego pupila Liz.
Ona po prostu go uwielbiała, choć ja podchodziłam z dystansem do tego kocura.
Miałam złe wspomnienia z kotami, niekoniecznie z tym, ale kot pozostaje kotem.
- Wiesz, że to kiepski pomysł? – spytałam,
dołączając do przyjaciółki. Podrapałam Percy’ego pod brodą, a kot zamruczał w
odpowiedzi.
- Wiem, ale jest niedzielny poranek, Cat! Nikt o
tej porze nie robi sobie spacerów po szkole.
- Właśnie. – Rzuciłam jej wymowne spojrzenie.
- Nie patrz tak na mnie! – Zasłoniła wolną dłonią
oczy, udając, że mój wzrok ją pali.
- Powiedz mi, po co mnie obudziłaś.
Lizzie przez dłuższy czas nie odpowiadała, a ciszę
pomiędzy nami przerywało tylko miarowy stukot sandałów Liz o marmurową posadzkę
i ciche mruczenie Percy’ego.
- Czuję, że Ethan coraz bardziej się ode mnie
oddala.
Przystanęłam z zaskoczenia.
- Jak to? – Sądziłam, że to Lizzie oddala się od niego, biorąc pod uwagę wakacje, a nie
na odwrót.
Liz westchnęła.
- Może nie oddala, ale… Nie wiem jak to określić.
Jest inny niż wcześniej…? Przynajmniej do mnie odnosi się jakoś chłodniej…
- Jest możliwe, że wie o twoich wakacyjnych
przygodach? – Starałam się nadać swojemu głosu delikatny ton, ale ona i tak się
oburzyła.
- Nie miałam żadnych wakacyjnych przygód! To że
spotykałam się z innymi chłopakami nie znaczy przecież, że go zdradzałam. Poza
tym… Ethan od początku wiedział, jaka jestem, więc nie powinien tym się
przejmować – wie, że go kocham.
- Kiedy ostatnio mu to mówiłaś?
Znowu zapadła cisza, a po chwili Liz chrząknęła
cicho, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć.
- No… powiedziałam mu…
- Kiedy?
- Och, jesteś straszna – marudziła, ale nie dałam
za wygraną. Popatrzyła na mnie z wyrzutem i wreszcie odpowiedziała.
- Jakiś rok temu, może więcej… Ale to nie może
chodzić o to!
- Skąd wiesz? Zapytałaś go, o co mu chodzi? – Nie
otrzymując odezwy, ciągnęłam. – Może usłyszał od kogoś o twoich nowych przyjaciołach i pomyślał, że go już nie kochasz. Albo, nie daj
Boże, sądzi, że go zdradziłaś…?
- To absurdalne. – Prychnęła głośno. Nie chciała
przyjąć do wiadomości, że Ethan stał się wobec niej chłodny przez nie mówienie
mu, że go wciąż kocha.
Liz nie dało rady wmówić się, że nie ma racji,
dlatego nie próbowałam sprzeczać się z nią. Wiedziałam z własnego
doświadczenia, że poprowadziłoby to do nikąd.
- Nikt nie mówił, że miłość jest łatwa. – Wzruszyłam ramionami i sięgnęłam
do kota, by podrapać go teraz za uszami. – A tak właściwie, to nadal kochasz
Ethana?
- Oczywiście, że tak. – Spojrzała na mnie, jakby niespodziewanie
wyrosły mi dodatkowe dwie głowy. – Kocham go od ponad 4 lat i tak nagle
miałabym się odkochać? W życiu.
- Spokojnie, chciałam tylko upewnić się. – Ukryłam uśmiech, cisnący
się na usta, żeby nie obraziła się, bo to robiła dosyć łatwo, zwłaszcza wtedy
gdy była nie w sosie.
- To upewniłaś się. – Odetchnęła głęboko i odgarniając włosy z twarzy,
posłała mi zadziorne spojrzenie czekoladowych oczu. – Skoro mowa o miłości, jak
ma się twoje życie towarzyskie?
- Moje życie towarzyskie? –
powtórzyłam, przeciągając sylaby, ponieważ te dwa słowa były dla mnie obce. Nie
miałam życia towarzyskiego od… podstawówki, a nie wiem czy nawet to da się tak
nazwać.
Już chciałam jej odpowiedzieć, że nie mam czegoś takiego, lecz ona
była szybsza.
- Tak, twoje. Ja mam chłopaka, nasza Angie raczej też, tylko ty
pozostajesz sama, a jestem całkiem pewna, że zauważyłaś ostatnie zainteresowanie
twoją osobą. – Dostrzegając moje spojrzenie, które chyba wyrażało zupełne
niezrozumienie, wyjaśniła, przewracając oczyma. – Nie udawaj, że nie
zauważyłaś. Brunet, drań, o brązowym spojrzeniu, drugi czarnowłosy baran z
nieziemskimi zielonymi oczami i jasnowłosy cielak z miodowymi tęczówkami.
Pierwszy byłby nawet, nawet, gdyby nie to, że jest wielkim dupkiem i go nie
znosimy. Drugiego też odradzam, jest okropnie irytujący, więc pozostaje nam
trzeci kandydat, czyli nasz uroczy Matthew. – Podekscytowana klasnęła w dłonie,
zadowolona ze swojego spostrzeżenia.
Nie zastanawiając się nad konsekwencjami swoich słów – i zapominając
zupełnie o tym, że właśnie narzuciła mi wybór chłopaka, którego, na marginesie,
nie potrzebowałam – powiedziałam pierwsze, co mi przyszło na myśl.
- Wykluczasz Willa, tylko dlatego że ciebie irytuje.
Liz wciągnęła głośno powietrze, jej ręka zamarła w futerku kota.
- Will ci się podoba?! – spytała głośnym szeptem, a oczy szeroko
wytrzeszczała, jakby była to najgorsza rzecz na świecie, kiedy sama wcześniej
proponowała mi za chłopaka mojego największego wroga.
- Liz… - mruknęłam, podnosząc oczy do sufitu. – Will, tak jak inni
mężczyźni w tej szkole, podoba mi się od dawna, co nie oznacza, że mam zamiar z
nim chodzić, okej?
Szatynka przyłożyła dłoń do serca z ulgą wypisaną na twarzy.
- Co za szczęście!
- Nie przesadzaj… Przyznaj, panno Elizabeth, nie jest wcale taki zły,
prawda? – Wyszczerzyłam zęby w złośliwym uśmiechu, gdy przeniosła na mnie
ciemnobrązowe oczy, w których czaił się morderczy błysk, ale zanim zdołała mnie
ochrzanić, usłyszałam hałas za rogiem.
Zobaczyłam, że Liz także usłyszała ten stukot, a jedyną osobą, oprócz
nas, która mogła chodzić koło ósmej po korytarzu szkolnym mógł być jakiś
nauczyciel.
- Schowaj go! – syknęłam, wskazując wzrokiem Percy’ego, a ona z
rozgorączkowaniem rozejrzała się naokoło, szukając jakiejś kryjówki.
Nagle usłyszałam głos Ally z tyłu głowy.
Spraw, żeby zniknął – szepnęła, a mnie z
niewiadomego powodu zakręciło się w głowie.
Nie umiem! – zaprzeczyłam.
Umiesz, idź za
instynktem – poradziła, ale nadal nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi.
Jednakże po chwili wiedziona jakimś dziwnym impulsem – może to Alice
mną pokierowała? – okrążyłam dłońmi ciałko Percy’ego, a kot naprawdę zniknął.
- Jak to zrobiłaś? – Lizzie podniosła na mnie szeroko otwarte oczy, z
ekscytacją i zdziwieniem równocześnie wypisanymi na twarzy.
Właśnie, jak ja to zrobiłam?
Lecz teraz brakowało czasu na zastanawianie się nad tym, bo kroki
słychać było coraz bliżej, a Liz wciąż wyglądała, jakby coś trzymała.
- Połóż go, bo to dziwacznie wygląda – ponagliłam ją szeptem, więc
kucnęła pod ścianą i postawiła pod nią niewidzialnego zwierzaka, rozkazując mu
cicho, aby tam pozostał.
Zrobiła to w ostatniej chwili, ponieważ kiedy się podniosła, zza rogu
wyszedł wysoki mężczyzna w ciemnej szacie.
- Dzień dobry, profesorze Scout – powitałyśmy nauczyciela
paranormalności. Mężczyzna, na oko średniego wieku, podszedł do nas wolnym
krokiem, prześwietlając korytarz i nas swoimi badawczymi szmaragdowymi oczami.
- Dzień dobry. – Kiwnął sztywno głową, wbijając w nas wzrok. Mimo że
dobrze mu z oczu patrzyło, to te spojrzenie mnie mroziło. Ten facet był dziwny,
ale nie tak jak nauczyciel zaklęć. – Jesteście tutaj same? – Rozejrzał się, raz
jeszcze, po przejściu za nami.
- Tak, panie profesorze – odparła Liz, jak dla mnie, zbyt gorliwie.
- Wydawało mi się, że słyszałem miauczenie…
- To Cat, panie profesorze. – Moja przyjaciółka uśmiechnęła się lekko
przepraszająco, choć widziałam w tym uśmiechu coś więcej, coś takiego… - Za
bardzo wzięła do siebie swoje imię i, od czasu do czasu, trenuje miauczenie.
Spiorunowałam ją wzrokiem, lecz nie zwróciła na mnie najmniejszej
uwagi, uśmiechając się słodko do nauczyciela, który utrzymywał twarde
spojrzenie.
- Doskonale wiecie, że nie można trzymać zwierząt w szkole…
- Naprawdę jesteśmy tutaj same – powiedziałam. Chyba uwierzył, bo
wyminął nas bez słowa, a chwilę później zniknął w holu.
Wypuściłam wolno powietrze z ust, uświadamiając sobie dopiero teraz,
że cały czas je przetrzymywałam.
- Możesz już ściągnąć te zaklęcie z Percy’ego? – zapytała Liz, a więc
je zdjęłam, nawet nie wiedząc jak – po prostu chciałam by kot znowu był
widzialny. Nie chciałam wiedzieć jak to się stało, naprawdę.
Moja kuzynka podniosła z posadzki wielkiego kocura, który grzecznie
siedział pod ścianą i przytuliła się do jego futerka.
- Mój kochanieńki Percy. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mi ciebie
zabrali – wymruczała, tuląc zwierzę do siebie. Widok ten wprost wzruszał, ale
ja nie mogłam zapomnieć jednego.
- Trenuję miauczenie, tak? – Położyłam dłonie na biodrach, wpatrując
się w nią zmrużonymi oczami. Lizzie przybrała niewinną minę.
- Musiałam jakoś wytłumaczyć ten dźwięk!
Zamknęłam na moment oczy, żeby powstrzymać się przed walnięciem jej tu
i teraz.
Ruszyłyśmy dalej, kiedy nagle Liz westchnęła rozmarzona.
- Czyż on nie jest seksowny?
- Ethan? Cóż, pewnie jest, ja…
- Nie, profesor Scout. Jest taki męski i w ogóle… - Dostrzegła w jej
spojrzeniu lekką mgiełkę i znowu miałam ochotę jej przywalić.
Jeszcze nie więcej, niż dziesięć minut temu żaliła mi się, że Ethan
oddala się od niej, nie wiadomo czemu,
a sama ogląda się, za kim popadnie!
- A za dużo masz zębów? – warknęłam. Dziewczyna spojrzała na mnie
urażona i poszła dalej, dodając wystarczająco głośno, żebym usłyszała:
- Mam idealną ich ilość, dzięki za troskę.
***
Dwa tygodnie później, o tej samej porze, może nawet wcześniej,
siedziałam nad szkolnym jeziorkiem, rozmyślając o wszystkim i o niczym.
Wzrok utkwiony miałam w tafli spokojnej wody, w której odbijały się
promienie, dopiero, co wschodzącego, słońca. W srebrnej poświacie jeziora
mogłam dostrzec swoje szare odbicie, znikające w głębinach wody, ale nie
przyglądałam mu się długo.
Nabrałam kilka wdechów świeżego powietrza i oparłam się na łokciach,
wpatrując się w niemal czyste niebo, wiedząc, że to jeden z moich ostatnich
takich poranków nad jeziorem w tym roku. Za miesiąc będzie za zimno na
przesiadywanie tyle na dworze, o zimie już nie mówiąc. Uwielbiałam lato,
dlatego myśl o tym białym wrednym puchu naprawdę mnie przerażała.
Wzdrygnęłam się, odganiając natrętne myśli o zimnie. Wciąż jest lato,
tak? Nieważne, że jeszcze tylko przez trzy dni.
Z przyzwyczajenia sięgnęłam ręką do szyi, natrafiając tylko na moją
gładką skórę. Uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie, że zostawiłam
medalion w pokoju, chcąc pobyć trochę sam na sam z moją głową. Niby Alice
prawie w ogóle nie dawała znać o tym, że przesiaduje w moim umyśle, ale jednak
potrzebowałam całkowitej samotności.
Wzmianka o Ally przeniosła mnie myślami do sprawy mojego rzekomego
bycia Wybraną. Trzy tygodnie temu, kiedy mój medalik zaczął dziwnie się
zachowywać, a następnie przemówiła z niego Alice, ani trochę nie wierzyłam w
to, że mogę być jakąś tam Wybranką Ognia. Było to dla mnie śmieszne. Że niby ja, jakąś Wybranką? Podczas gdy cały
czas zapominałam, że jestem czarodziejką, gdy panicznie bałam się ognia? Nigdy
w życiu.
Ale tak było na początku.
Po dłuższym czasie i rzeczach, które się od tamtego momentu wydarzyły,
w ciągu tych dwóch tygodni zrozumiałam, że to najprawdopodobniej jest prawda.
Niespodziewane wystrzeliwanie iskier, (a, jak wiadomo, z iskier bierze się
ogień) dziwna energia w ciele, gwałtowne emocje i ta odporność na oparzenia
oraz ogień – to wszystko mogło znaczyć tylko jedno, choć wciąż z całych sił
przed tym się broniłam.
Ani nie chciałam, ani nie potrzebowałam być kimś, kto miał
uczestniczyć w obronie świata paranormalnego. Nie pragnęłam być Wybranką Ognia czy inną z Wybranych, to była dla mnie
za duża odpowiedzialność. W dodatku byłam na głównym celowniku morderców, co
niespecjalnie mnie cieszyło.
Nawet, jeśli pogodziłabym się z tym przeznaczeniem, to nic nie
wiedziałam o byciu Wybraną, a także nie znałam innych Wybranych. Alice
twierdziła, że mi pomoże, ale siedząc w medalionie niewiele mogła zrobić. A
jeśli miałam nauczyć się jakichś nowych zaklęć, to jak zamierzała mnie ich
nauczyć? Było tyle niewiadomych, a nie miałam nawet, od kogo dowiedzieć się
prawdy.
Will powiedział, że jego ciotka miała podobny medalion, czyli była
Wybranką Ziemi, jak wyjaśniła mi moja Kapłanka. Mówił też, że po jej śmierci
medalik zaginął bez śladu, lecz ja nadal nie byłam pewna czy mu w tej sprawie
wierzyć. Najpierw myślałam, że to może on został po niej Wybranym, ale nie
zauważyłam u niego żadnego wisiorka, no chyba że nie nosił medalionu. Także nie
dostrzegłam u niego żadnych dziwnych zachowań, ale mogły się one ujawnić w
wakacje, albo on, w przeciwieństwie do mnie, od razu uwierzył w to, że jest inny.
Jednak było dla mnie mało prawdopodobne, że gdyby Will był Wybranym,
to by to przede mną ukrywał. Wtedy wiedziałby raczej o mnie i wyznałby mi
prawdę. A ja, choć bardzo chciałam mieć przy sobie kogoś takiego samego jak ja,
to wykluczałam Willa z grona Wybranych. Nie mógł nim być.
Pozostawało pytanie czy reszta Wybranych mieszka w ogóle w Nowym Jorku
albo nawet Ameryce. Tak mało wiedziałam, a dużo więcej pragnęłam wiedzieć…
Zanim się zorientowałam, słońce całkiem wzeszło, ogrzewając swoimi
promieniami moją sylwetkę. Otrząsnęłam się z otępienia, włączając na powrót
zmysły słuchu i węchu. Do moich nozdrzy dotarł świeży zapach trawy i lekka woń
wody morskiej. W oddali usłyszałam ćwierkot ptaków, a na twarzy czułam powiew
letniego wiatru.
Westchnęłam tęsknie, chociaż wiedziałam, że to nie ostatni dzień takiej
pogody. Miałam szczerą nadzieję, że utrzyma się taka do końca października, co
graniczyło z cudem.
Wstałam z ziemi, otrzepując dżinsową spódniczkę z trawy, poprawiłam
czerwoną koszulę i ruszyłam miarowym krokiem w kierunku szkoły, znajdującej się
jakiś kilometr od jeziora, za skrajem lasu, który musiałam ominąć, bo nie
chciałam od rana nowych przygód w lesie.
Idąc, rozglądałam się po polanie z nadzieją, że zobaczę gdzieś
czarnego kota, ale oprócz kilku sarenek na obrzeżach lasu nikogo więcej, w
zasięgu mojego wzroku, nie było.
Kilka dni temu kot Liz, Percy, zaginął, a moja przyjaciółka odchodziła
od zmysłów i wszczęła wielki alarm wśród uczniów – oczywiście wielki do pewnych
granic, bo nauczyciele nie mogli dowiedzieć się o tym, że Lizzie nielegalnie trzymała
kota w szkole. Zaufanym osobom kazała rozglądać się na każdym kroku za czarnym
grubym kocurem, ale jak do tej pory po kocie nie było ni słuchu, ni śladu.
Kot Lizzie był strasznie leniwy, więc sam nie byłby zdolny uciec
daleko, cudem było samo to… że uciekł. Martwiłam się, że ktoś mógł go zabrać.
Raczej na pewno nie nauczyciele, bo wtedy Liz dostałaby karę. Więc komu
potrzebny był jej zwierzak?
Przeczesałam dłonią włosy, wodząc wzrokiem pomiędzy drzewami, kiedy
moje oczy spotkały się ze złotymi ślepiami. Stanęłam w miejscu, czekając, aż
wilk sam zrobi pierwszy ruch. Był to ten sam wilk, którego spotkałam w tę noc,
którą śledziłam Willa. Jakoś mu się nie śpieszyło; dreptał powoli i spokojnie w
moją stronę, nie spuszczając ze mnie dziwnych oczu.
Czas, w którym do mnie podchodził, wykorzystałam na dokładnym mu się
przyjrzeniu, czego nie mogłam zrobić przy naszym pierwszym spotkaniu. Cały był
kruczoczarny, wokół oczu miał ciemniejsze o ton obwódki, a na czubku jego głowy
zauważyłam maleńką białą kropkę. Kiedy zwierzę w końcu przede mną stanęło
zajrzałam mu w ślepia, które były złociste.
- Hej, psie. – Uśmiechnęłam się, gdy wilk odpowiedział krótkim wyciem.
– Nie śpisz jeszcze o tej porze? – spytałam, nie oczekując specjalnie
odpowiedzi. Jakby nie było, wilki nie gadają.
Pies przekrzywił lekko
łeb, wpatrując się we mnie, a ja odwzajemniłam spojrzenie. W jego wzroku było
coś mądrego oraz niepokojącego, a jednocześnie znajomego, ale nie miałam pojęcia
co.
Po dłuższym przyglądaniu się sobie ukucnęłam powoli, czekając na
reakcję zwierzęcia. Wilk nijako zareagował, nie poruszając się, tylko wciąż mi
się przyglądając. Bez zastanowienia wyciągnęłam dłoń w jego stronę, a gdy ten
nie pokazał kłów przysunęłam rękę do jego szyi. Poddał się mojemu dotykowi,
kiedy zatopiłam palce w futrzanej nasadzie szerokiej szyi i przesunęłam rękę na
górę, by pogłaskać go po głowie.
Ogromnie się zdziwiłam, kiedy wilk mnie nie zaatakował, ponieważ tego
właśnie się po nim spodziewałam, wręcz tego wyczekiwałam. Zawsze wydawało mi
się, że wilki nie dają ludziom się głaskać, przecież są dzikimi zwierzakami, a
tu takie zaskoczenie.
- Muszę już iść – powiedziałam do niego po chwili, postanawiając już
wracać, kolejny raz przytłoczona jego bystrym spojrzeniem. – Może się jeszcze
kiedyś spotkamy – dodałam, pewna, że jakoś mnie rozumie.
Podniosłam się z klęczek i zamierzałam ruszyć w drogę, kiedy wilk
niespodziewanie skoczył do mnie – oho, nie mów hop, zanim nie skoczysz –
położył wielkie łapy na moim brzuchu, i zaczął obwąchiwać moją szyję oraz dekolt.
- Zejdź! – zawołałam, stanowczo odpychając od siebie twarde ciało, a
on posłusznie stanął z powrotem na czterech łapach, schylając pokornie łeb.
Wygładziłam koszulę, patrząc spode łba na tego bezczelnego psa. Przerażał mnie,
co on chciał, do cholery?
Odwróciłam się od wilka i poszłam w stronę szkoły, widząc przed sobą
zarys ogromnego ciemnoniebieskiego budynku. Ani razu nie obejrzałam się za
wilkiem, bałam się go. Miałam wielką nadzieję, że to nie był żaden
zmiennokształtny z naszej szkoły. Nie chciałam przed nikim się ośmieszyć.
Kilkadziesiąt minut później byłam już w szkole i szłam korytarzem
swojego piętra do swojego pokoju. W pewnym momencie, znikąd, poczułam na
ramieniu czyjąś rękę, która pociągnęła mnie do siebie i stanęłam twarzą w twarz
z Agnes.
- Angie? – spytałam, przyglądając się jej w zdziwieniu. Co ona robi w
tym skrzydle? Przecież jej pokój jest gdzie indziej.
- Musisz mi pomóc – powiedziała bez ogródek, a w jej niebieskich
oczach zobaczyłam zaczątki paniki. Nie była nawet umalowana, co nigdy nie
zdarzało jej się po wyjściu ze swojego pokoju, więc coś musiało się stać.
- Coś się stało?
Pokiwała głową na lewo, więc spojrzałam w tamtą stronę i domyśliłam
się, gdzie stoimy.
Zielone ściany, pełno zdjęć i plakatów, bałagan na podłodze. Pokój
Lizzie. Samą lokatorkę dostrzegłam przy oknie; opierała się bokiem o ścianę ze
skrzyżowanymi ramionami, wyglądając przez szybę na ogród.
- Co jej jest? – Zadałam pytanie, ale zaraz go pożałowałam.
- Co mi jest? – odezwała się szatynka, odwracając się do nas. – Jak
to, co mi jest?! Percy zniknął, to mi
jest! – krzyknęła z desperacją w głosie.
- Liz, bez paniki, kot na pewno się odnajdzie i dobrze o tym wiesz –
powiedziałam uspokajającym tonem, podchodząc do niej ostrożnie.
- Ale to pierwszy raz, kiedy sobie znika, ot tak. On nigdy, powtarzam nigdy, nie oddalał się od swojego
legowiska na więcej niż dziesięć metrów! Ktoś musiał go zabrać! – Jej oczy zaszkliły
się, więc ją przytuliłam do siebie.
- Kto mógł mieć dostęp do twojego pokoju? – spytała Agnes, siadając na
łóżku Liz, które ustawione było obok drzwi.
- Nauczyciele… - Lizzie odsunęła się ode mnie z szeroko rozwartymi
oczami. Wyglądała teraz, jak wielkie zapłakane dziecko.
- Oprócz nauczycieli?
- Ale…
- Gdyby któreś z nich zabrało Percy’ego, już dawno by cię wezwali. –
Marnie ją pocieszyłam, ale zawsze coś.
- Nikt inny nie mógł tutaj wejść, oprócz was i chłopaków.
- Może Percy sam wyszedł na chwilę z pokoju i ktoś go zabrał… -
zasugerowała Ag, ale Liz spiorunowała ją wzrokiem.
- Percy jest zbyt leniwym kotem, żeby samemu wyjść z pokoju –
powiedziała dobitnie, czym mnie zaskoczyła, bo nigdy nie wypominała wad swojego
kota.
Zauważając moje zdziwienie, dodała szybko:
- Wiem, że nie był leniwy i rozpieszczony, ale to mój ukochany
kocurek, rozumiecie? Jeśli coś mu się stało, nie wiem, jak to przeżyję. – Jej
broda niebezpiecznie zadrżała, ale żeby to przed nami ukryć, odwróciła się do
okna.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, przez co wszystkie trzy drgnęłyśmy
przestraszone. Drzwi się uchyliły, a do środka weszła wysoka kobieta. Blond
włosy, spięte w wysokiego koka, błyszczały kolorem, a twarz z kilkoma
zmarszczkami przypominała mi parę osób. Niebieskoszare oczy, zawsze z wesołym
błyskiem, teraz matowe, szukały tej jedynej osoby, do której tutaj przyszła.
Ciocia Cecilia, niewiele młodsza siostra mojej mamy, matka Lizzie
przyszła w odwiedziny – czego nigdy nie robiła – i to w niedzielny poranek. Coś
było nie tak.
- Mamo? – Liz bez wahania podeszła do kobiety i przytuliła ją mocno na
powitanie, nie ukrywając zdziwienia. – Coś się stało? Dlaczego przyszłaś?
- Nie cieszycie się, że was odwiedzam? – Blondynka uśmiechnęła się
trochę wymuszenie, patrząc na nas po kolei.
Agnes przywitała się ze swojego miejsca, a ja podeszłam do ciotki i
pocałowałam ją w policzek.
- Cześć, ciociu.
- Witaj, słonko – odparła, poklepując mnie lekko po policzku i wróciła
spojrzeniem do swojej córki.
- Nie, oczywiście, że się cieszymy, tylko że… w niedzielny poranek?
Nie wmawiaj mi, że nie chciało ci się spać, bo doskonale wiem, jakim jesteś
śpiochem.
Cecilia spuściła wzrok na swoją czarną suknię, która dopiero teraz
przykuła moją uwagę i zaniepokoiła. Oczywiście mogła iść tak elegancko ubrana
do kościoła, ale…
- Elizabeth…
- O nie, o co chodzi? – zapytała nagle przestraszona moja kuzynka,
domyślając się z tonu matki, że to coś poważnego. – Zawsze, kiedy zaczynasz od
mojego pełnego imienia, to jest coś okropnego.
Ciotka przełknęła ślinę i podniosła powoli wzrok najpierw na mnie,
potem na Liz.
- Kilka dni temu znaleziono martwe ciało babci w jej domu.
Serce dosłownie we mnie zamarło. Kątem oka dostrzegłam jak Agnes
wstaje z miejsca, ale wpatrywałam się ze skupieniem w blondynkę.
- Której babci? – spytałam cicho, a Liz przeniosła na mnie szkliste
spojrzenie. Dla niej było to obojętne, umarła któraś z jej babć.
- Babci Jane – odparła równie cicho ciocia, nie odrywając oczu od
córki.
Poczułam w sercu, egoistycznie, niewielką ulgę, ponieważ to była
prababka Liz. Byłam z nią w jakimś sensie spokrewniona, ale nie była dla mnie
tak ważna, jak dla mojej przyjaciółki. Co nie zmieniało faktu, że miałam ochotę
się rozryczeć. Spojrzałam na Agnes, która zasłaniała dłonią usta, a z jej oczu
leciały łzy. Także znała babcię Jane, często jeździła do niej z Lizzie, nawet
częściej ode mnie.
Z boku usłyszałam dziwny odgłos, więc spojrzałam na Lizzie.
Zaśmiała się bez wesołości, a po jej policzku pomknęła jedna łza.
- To przecież niemożliwe, mamo. Rozmawiałam z babcią w zeszłym
tygodniu i miała się bardzo dobrze. Ona żyje – mówiła powoli i spokojnie, ale
ostatnie zdanie wypowiedziała z wyraźnym drżeniem w głosie. Zaginięcie
ulubionego zwierzaka, śmierć ukochanej prababci… to była dla niej za dużo.
- Kochanie… - Cecilia zbliżyła się do córki, chcąc ją przytulić, ale
Liz się cofnęła.
- Nie, mamo, ja to wiem. Babcia żyje, siedzi sobie teraz w domu, w
swoim fotelu, pije herbatę i ogląda telewizję, jak co niedzielę. Mamo, ja to wiem.
- Lizzie… Ja też wiem, że babcia w zeszłym tygodniu czuła się
wyśmienicie, bo to nie była śmierć naturalna.
- Przestań – szepnęła Liz, zasłaniając sobie uszy.
- Nie była to śmierć naturalna? – Angie podeszła bliżej, stając obok
mnie i otarła wilgotne policzki.
Starsza kobieta pokręciła przecząco głową.
- Zamordowaną ją. Nikt o tym nie wiedział, dopiero wczoraj jej
sąsiadka zaczęła się niepokoić, bo Jane przynajmniej, co dwa dni gdzieś
wychodziła, zawiadomiła policję i znaleziono ją w sypialni. Nie było żadnych
śladów walki, zresztą nawet gdyby chciała, to nie miała siły się obronić…
- Nie, ja nie mogę tego słuchać. Ona żyje, słyszycie?! – zawołała
Lizzie, patrząc na nas czekoladowymi oczami, w których kumulowały się gorzkie
łzy już od kilku dni. Liz była silna i uparta, ale wiedziałam, że dzisiaj,
prędzej czy później, pęknie.
- Lizzie… - Matka znowu spróbowała do niej podejść, ale dziewczyna
pokręciła tylko głową, wyminęła ją i ruszyła do drzwi.
- Nie chcę tego słuchać – rzekła, wychodząc z pokoju, a my mogłyśmy
tylko wpatrywać się w próg drzwi, nie potrafią zrobić nic innego.
Dobrze znałam Liz i wiedziałam, że teraz potrzebuje spokoju albo
ukochanej osoby. Jeśli nie poszła do Ethana, to zaszyje się w jakimś odludnym
miejscu na jakiś czas.
Doświadczenie mówiło mi, że nie można jej teraz na siłę szukać, bo i
tak jej nie znajdziemy. A jej ból brałam jak swój własny, bo wiedziałam jak to
jest stracić bliską ci osobę i to bardzo dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz