Zagryzłam wargę,
obserwując pusty wyraz twarzy Matta, który najprawdopodobniej zastanawiał się,
co zrobić z martwym kotem, który leżał na niebieskim, teraz zabarwionym krwią,
dywaniku w moim pokoju.
Również próbowałam
wymyślić jakieś racjonalne wyjście z tej sytuacji, ale choć odwracałam cały
czas wzrok od kota i zasłaniałam dłonią nos przed zaczynającym unosić się
odorem zdechliny, wciąż przed oczami pojawiał mi się obraz zbitego ciała
Percy’ego.
Nie mogłam
zrozumieć, czemu ktoś zrobił coś tak okrutnego małej i bezbronnej istocie – w
końcu zwierzę też czuje, jak człowiek. Tylko bestia mogła torturować kogoś, kto
nie miał możliwości obrony.
- Jedno jest pewne;
trzeba zrobić mu przyzwoity pogrzeb, a przynajmniej go zakopać.
- To oczywiste. –
Podniosłam wzrok na Matthewa, w którego oczach zobaczyłam po raz pierwszy tego
dnia cień strachu. Tak samo, jak ja, obawiał się tego co się stało.
Kto i dlaczego zabił
z premedytacją kota mojej przyjaciółki i zostawił go w moim pokoju? Trochę było to dziwne, bo martwego zwierzaka powinno
zostawiać się jego właścicielce, nieprawdaż?
Jednakże czułam
ulgę, że Liz nie zobaczyła – i nie zobaczy – swojego pupila w takim stanie.
Mogłoby ją to dodatkowo zdołować, ale ostatecznie i tak trzeba będzie jej
powiedzieć, że kot nie żyje, ponieważ inaczej nie spocznie póki go nie
znajdzie, martwego czy żywego. Taki miała charakter, pałała miłością do każdego
zwierzęcia, a jego zaginięcie traktowała jak tragedię narodową, nie mówiąc już
o jego śmierci.
- Jesteś strasznie
blada. Może wyjdziesz i…
- Nie ma mowy –
przerwałam Mattowi, krzyżując ramiona na piersiach. – Trzeba coś z nim zrobić.
– Lecz odwróciłam się plecami do kota, zmuszając się do myślenia.
Zanim Matt zdołał
coś odpowiedzieć, drzwi się otworzyły, a moim oczom pokazała się wysoka
sylwetka Williama.
- Co tutaj robisz? –
spytałam zaskoczona i obejrzałam się na Matta, który wcale nie podzielał mojego
zdumienia.
- Matt powiedział
mi, że masz niespodziankę w pokoju. – Will podszedł do przyjaciela, który stał
przy moim łóżku i ukucnął przy kocie, tak jak wcześniej zrobił to Matt.
- Jak ci to
powiedział? Przecież ty nigdzie nie wychodziłeś ani nie dzwoniłeś! – zwróciłam
się do Matta, ale obydwoje mnie zignorowali, mówiąc coś do siebie cicho,
nachyleni nad ciałem.
Świetnie –
pomyślałam ze złością, a po chwili zastanowiłam się czy oni nie mają jakichś
zdolności telepatycznych.
Z tego, co
wiedziałam Matt ich z pewnością nie posiadał, Will także nie, ponieważ był
tylko w połowie wampirem, a, jak było powszechnie wiadomo, dużo wampirów mogło
czytać i mówić w myślach.
Może ty coś o tym
wiesz, Ally?
W przypadku dziewczyn mogłyby to być jakieś
medaliki, bransoletki lub inne błyskotki, zaś jeśli chodzi o chłopców to…
Przyjrzałam się
przyjaciołom i z rozczarowaniem stwierdziłam, że niczego takiego nie posiadają,
przynajmniej nie na widoku. Raczej nie mieli bransoletek wiecznej przyjaźni.
Odpada – dokończyłam
za Alice, a ona zgodziła się ze mną.
- Katowano go
ręcznie, nie widzę ani nie czuję żadnych pozostałości magii – powiedział Will,
mnie znowu zrobiło się niedobrze.
- Wy go dotykacie? –
spytałam zachrypłym tonem i było to na pewno głupie pytanie, ale nie mogłam się
powstrzymać.
Żaden z nich nie
odpowiedział na to, lecz Matt posłał mi spojrzenie, mówiące, że w tej chwili
było to konieczne.
- Mam jedno
pocieszenie. – Will odwrócił się do mnie na klęczkach. – Wiem, co oznacza
podrzucony martwy kot w naszym świecie.
Zachęciłam go
wzrokiem, aby kontynuował.
- Po prostu śmierć.
Przymknęłam na
moment powieki i przyłożyłam palce do medalionu.
- Toś mnie pocieszył
– mruknęłam, bezwiednie pocierając gładką i zimną powierzchnię metalu w
poszukiwaniu większej otuchy, która niestety nie nadeszła.
Gwałtownie
otworzyłam oczy, coś sobie uświadamiając.
- Czy to oznacza, że
za niedługo umrę? – Nie ukrywałam paniki w moim lekko drżącym głosie.
Will stanął prosto,
kręcąc głową.
- Osoba z twojego
otoczenia.
- Ale to mnie
zostawiono tego kota, tak?
- Tak, ale o to
właśnie chodzi. Zostawiono go tobie, jako jakąś ochronę, przestrogę i
przekleństwo. To nie ciebie czeka
śmierć, ale jesteś ostrzeżona i ktoś za karę umrze za ciebie.
- Jaką karę i przed czym zostałam ostrzeżona? O czym ty
gadasz?!
- Ktoś chce jej
śmierci? – Matthew patrzył na nas z niepokojem wypisanym na twarzy, a ja coraz
bardziej panikowałam.
- Na to wygląda. –
Brunet nie odrywał ode mnie intensywnego spojrzenia, jakby sądził, że mogę coś
o tym wiedzieć.
No dobra,
wiedziałam, ale nie mogłam im teraz – a może nawet i nigdy – powiedzieć, że
jestem Wybranką Ognia i jestem na celowniku wielu złych ludzi.
- Ale o co chodzi z
tym ostrzeżeniem? – Odwróciłam wzrok od jego zielonych oczu, koncentrując się
na niebieskiej zasłonie zawieszonej przy moim oknie. – I za co ta kara? Co ja
temu komuś zrobiłam?
- Pewnie za jakiś
czas tego się dowiesz. – Wzruszył ramionami, odwracając się do zwierzaka.
- Zaraz, zaraz. Ktoś
ma zginąć, a ty po prostu wzruszasz ramionami!? – zapytałam zdenerwowana, a on
ponownie się do mnie odwrócił.
- Możliwe, że już
ten ktoś zginął.
Wpatrywałam się w
niego osłupiała, powoli uświadamiając sobie, o czym mówi.
- Chyba sobie
żartujesz! – prawie krzyknęłam. – Przeze mnie zginęła babcia Liz?!
- Nie przez ciebie –
powiedzieli równocześnie Matt z Willem, w tym ten pierwszy chciał do mnie
podejść, ale podniosłam ostrzegawczo rękę.
- Zatem podsumujmy;
prababcia Liz zostaje zamordowana bez powodu, kilka dni później znajduję
martwego kota mojej przyjaciółki na moim dywanie,
który, jak się dowiaduję, oznacza śmierć, ostrzeżenie, karę czy coś innego… Tak
właściwie, skąd ty to wszystko wiesz? – Przeniosłam podejrzliwie spojrzenie na
czarnowłosego.
- Ciotka mi
opowiadała – odparł spokojnie. Zmrużyłam oczy, wciąż na niego patrząc.
- Oczywiście. –
Parsknęłam i kontynuowałam, znów wbijając wzrok w zasłonę. – I te wszystkie
przestrogi kierowane są do mnie. Kilkanaście dni temu umarła osoba z mojego
bliskiego otoczenia i okazuje się, że za mnie, więc to wszystko moja wina!
Widząc, że Matt
otwiera usta, dodałam szybko:
- Nawet nie
próbujcie zaprzeczać. – Do ostrzeżenia nie przystosował się, oczywiście, drogi
William.
- To nie jest twoja
wina, tylko tego cholernego psychopaty i mordercy…
- Moja wina, bo to
na mnie się uwziął… - wcięłam mu się w zdanie i teraz obydwoje krzyczeliśmy, a
Matt wpatrywał się w nas z konsternacją na twarzy.
- …i tylko jego
można winić za te masakry, nie rozumiesz?!
- …więc nie wmawiaj
mi, że nie mam racji, bo mam! – dokończyłam prawie równo z nim, dysząc ze
złości, tak samo jak on. Zapominając o wcześniejszych wydarzeniach, zerknęłam w
dół i natychmiast zakręciło mi się w głowie od widoku tej ilości krwi.
Moja nagła bladość
nie uszła uwadze mojemu strasznie irytującemu przyjacielowi – już nie dziwiłam
się Lizzie.
- Idź stąd. Do
Agnes, Ethana – albo do niego nie, bo zaraz go tu wezwę – do byle kogo.
- Wypraszasz mnie z
mojego własnego pokoju? – Obruszyłam się, ale on zachował stoicki spokój. Jak
zwykle.
- Po prostu wyjdź.
- Will…
- Cat, źle się
czujesz, więc idź.
- Ale…
- Wyjdź.
Wyprostowałam się z
chłodną powolnością i wyszłam z pokoju, nawet nie kłopocząc się solidnym
trzaśnięciem drzwi, także usłyszałam pełen zdumienia głos Matta, który
dodatkowo mnie wkurzył.
- Jak to zrobiłeś?
- Chamstwem! –
krzyknęłam gniewnie i pomaszerowałam w niewiadomym kierunku.
Dziwiłam się, że
jeszcze nikt nie wyszedł na korytarz zwabiony naszymi krzykami, gdy wtem uświadomiłam
sobie, że trwała właśnie kolacja. Ja całkowicie straciłam apetyt.
Wszyscy siedzieli
teraz w jadalni, więc przeszłam się nad jezioro, nie przejmując się ciemnością,
bo magią mogłam oświetlić sobie drogę.
Jak do tej pory,
jedynie natura mnie w pełni rozumiała.
***
Czas mijał szybko;
nadszedł październik, a zanim się obejrzeliśmy była już połowa miesiąca.
Zamiast słonecznych i ciepłych popołudni, coraz częściej obserwowałam ulewę, a
na zewnątrz nie mogłam już wyjść bez wierzchniego okrycia. Nie znosiłam takiej
pogody, lecz była ona częścią natury, którą kochałam, czy tego chciałam, czy
nie.
Pogoda jednak
okazała się nie powstrzymywać mnie i moich przyjaciół od spacerów po tyłach
szkoły, gdy nie mieliśmy już żadnych lekcji. Dni, kiedy kończyliśmy zajęcia o
tej samej porze nie zdarzały się często, więc takie wyjątkowe okazje
wykorzystywaliśmy jak mogliśmy, bo bardzo ceniliśmy sobie przyjaźń w obecnych
czasach.
Łatwiej było tutaj o
wroga, niż prawdziwego przyjaciela, ale ja, na szczęście, nie miałam takich
problemów. Prawdą było, że ograniczałam swoje kontakty do przyjaciół, rodziny i
bliskich znajomych, lecz to w niczym nie zawadzało. Wystarczyło mi to, co
miałam, nie prosiłam o więcej ani o mniej.
Dzisiejszego dnia
byli ze mną tylko Will, Ethan oraz Agnes, bo Matt i Liz mieli osobne zajęcia
dla zmiennokształtnych, a z racji tego, że w naszej szkole takich uczniów było
bardzo mało – zaledwie piętnastka na całe pięćset osób – w porównaniu do
czarodziei, wszystkie klasy miały razem te lekcje. Dokładnie nie wiedziałam,
czego uczy ich profesor Tempell, ale domyślałam się, że dowiadywali się więcej
o swoich zdolnościach.
Nasz prawie, że
rytualny spacer skończył się na ławce przy jednej z dróżek prowadzących do
jeziora, z których nigdy nie korzystałam. Kiedy chciałam dostać się do mojego
ulubionego zakątku szłam na skróty.
Skonana bólem głowy
- który to już raz w ciągu tych dwóch miesięcy? - wylądowałam leżąco na ławce;
ciężką głowę ułożyłam na kolanach przyjaciółki, a łydki oparłam, za
pozwoleniem, na nogach Ethana. Will usiadł po drugiej stronie Agnes, nie
przerywając prowadzonej z nią rozmowy o jakichś nowych zaklęciach, których
zaczęła się uczyć.
Mogłabym się tym
zainteresować, bo w końcu też będę się tego za niedługo uczyła, ale kłucie w
skroni nie pozwalało mi skupić się na niczym innym jak głupich rozmyślaniach i
obserwowaniu otoczenia.
Podczas gdy Angie
bawiła się moimi włosami i przysłuchiwała Willowi, ja przyglądałam się
zamyślonemu Ethanowi.
Jasne włosy, które w
ten ponury, wyjątkowo bezopadowy, dzień wyglądały bardzo szaro, prawie stapiały
się z jego bladą twarzą, ukazującą jego zmęczenie ostatnimi tygodniami. Przez
cały czas pocieszał i wytrzymywał w jednej chwili zrozpaczoną, a w drugiej
wściekłą Liz.
Wiedziałam, że
nocowała u niego każdej nocy od momentu, kiedy powiedzieliśmy jej o kocie,
wiedziałam również, że miewa koszmary. Nie widziała, oczywiście, swojego
martwego zwierzaka, choć bardzo chciała, ale ja już wiem, że wyobrażała sobie
same najgorsze scenariusze, co skutkowało koszmarami. Strasznie przeżywała
pierwsze dwa tygodnie po tych wiadomościach, ale przetrwała i teraz tylko jej
się poprawiało, nawet zaczynała się śmiać.
Wracając do jej
chłopaka… Mimo tej jego chłodności, o której opowiadała mi Lizzie, w tym
trudnym dla niej okresie nie odwrócił się od niej, był przy niej zawsze gdy go
potrzebowała i tym pokazał jak bardzo ją kocha, a Liz mogła wreszcie przejrzeć
na oczy.
Uśmiechnęłam się do
siebie i szturchnęłam palcem ramię Ethana, by się ocknął. Od razu przeniósł na
mnie niebieskie spojrzenie, w którym pozostały jeszcze skrawki zamyślenia.
- O czym tak
rozmyślasz? – spytałam z ciekawości, a on wzruszył ramionami.
- O życiu, Lizzie,
życiu, przyszłości, Lizzie, i tak w kółko. Normalka. – Na usta wpłynął mu
delikatny uśmiech, który i tak swoją mocą rozjaśniłby mrok.
- To wszystko ze
sobą się wiąże, nie uważasz? – zagadnęłam, odwzajemniając uśmiech.
- Pożyjemy,
zobaczymy.
- Właśnie niewiadomo
czy pożyjemy, Ethanie, w tym tkwi cały problem.
Blondyn ponownie
wzruszył ramionami, zadumał się i nagle posłał mi wredny uśmiech.
- A ciebie co wzięło
na takie złote myśli? To nie w twoim stylu, Cat.
- Spadaj. – Walnęłam
przyjaciela pięścią w ramię, na co klepnął mnie w łydkę, ja go znowu w ramię,
on w łydkę i robilibyśmy tak w nieskończoność, gdybym nie podniosła się ze
śmiechem do pozycji siedzącej.
- Jesteś idiotą i
tyle – podsumowałam, ale Ethan mnie poprawił.
- MY jesteśmy
idiotami.
- Może być i tak…
idioto. – Wyszczerzyłam się do niego, a Ethan złapał mnie za policzek i
uszczypnął tak, jak robią to babcie, tyle że mocniej.
- Hej! – Kiedy
złapał mój drugi policzek, ja zaczęłam szczypać go po bokach, chichocząc i
byłam stuprocentowo pewna, że wyglądamy przekomicznie.
Agnes i Will nie
zwracali na nas uwagi, znali nas już z tej strony. Nawet nie dziwił naszych
przyjaciół widok Ethana z takiej łobuzerskiej strony.
Jak to mówią, cicha
woda brzegi rwie.
Prawda była taka, że
„drugie ja” Ethana ujawniało się tylko przy mnie i jego młodszej siostrze, tak
mi przynajmniej kiedyś powiedział. Podobno bardzo mu ją przypominałam, choć nie
miałam pojęcia, z której strony.
Lecz tak właśnie
czuliśmy się w swoim towarzystwie – jak rodzeństwo. Traktowałam Ethana, jak
starszego brata, którego nigdy nie miałam, a którego jednocześnie mi brakowało.
Bo brata miałam, młodszego, leżącego w śpiączce od kilku lat.
Niezwykłe dla mnie
było to, że z moich przyjaciół płci przeciwnej tylko Ethana traktowałam jak
brata. Może było to spowodowane tym, że blondyna znałam od piętnastu lat, a
Willa i Matta zaledwie od czterech. Było to prawdopodobne, ja byłam pewna tylko
tego, że do obydwóch – Willa i Matta – czułam ostatnio jakieś przyciąganie, ni
to całkiem przyjacielskie, ni to fizyczne.
- Dobra, stop!
Ethan, przestań, ja już się nie bawię, no! – zawołałam pomiędzy śmiechem, od
którego rozjaśniła mi się głowa, a zaczął boleć mnie brzuch.
Chłopak posłusznie
przystopował, ale poczochrał jeszcze moje włosy, jakby wprost nie mógł się bez
tego obejść.
- Nie musiałeś tego
robić – powiedziałam z wyrzutem, choć rozbawienie nadal błyszczało mi w oczach.
- Uwierz mi,
musiałem. Choćby po to, żeby zobaczyć tę oburzoną minę.
Chciałam mu coś
odpowiedzieć, lecz Agnes nie dała mi dojść do głosu.
- Ethan, musisz mi
pomóc! – powiedziała z roziskrzonymi oczami. – Bo widzisz, za tydzień profesor
Mallory będzie sprawdzała nasze umiejętności w zakresie przemian - czyli
zmienianie rzeczy w istoty, istoty w rzeczy, wiesz o co chodzi – a ponieważ ja
jestem z tego kompletna noga potrzebuję pomocy kogoś, kto to potrafi. –
Zakończyła, wpatrując się błagającymi błękitnymi oczami w blondyna.
- Myślałem, że Will
ci to wytłumaczył.
- No tak, ale co
innego jest nauczyć się teorii, a co innego umieć zastosować to w życiu. A
Willowi nie chce się tego mi pokazać…
- Nie, że nie chcę,
tylko kiepsko mi to idzie – wtrącił brunet, wspierając się na rękach opartych
na kolanach i patrzył na Agnes z niewielkim zainteresowaniem, jakby myślami był
zupełnie gdzie indziej.
Angie posłała mu
niedowierzające spojrzenie, ja także. Trudno było nam uwierzyć, że Will, ze
swoimi dodatkowymi zdolnościami pół wampira, nie potrafił użyć tak banalnego,
jak na ich klasę, zaklęcia.
- Ty tak twierdzisz
– powiedziała do niego Ag. – Dlatego chcę, żebyś ty mi to pokazał – zwróciła
się teraz do Ethana.
- Czemu ja? Matt też
to umie.
- Jak widać Matta z
nami nie ma, a ja muszę zacząć uczyć się tego jak najwcześniej. Tak w ogóle, to
jesteś jednym z najlepszych uczniów w tej szkole…
- Już tak się nie
podlizuj – rzekł Ethan, ale rudowłosa nie przestała słodko się do niego
uśmiechać, dopóki się nie zgodził.
Kilkanaście minut
później, kilka metrów dalej można było zobaczyć na trawie biegające króliki,
skaczące żaby i inne różne małe zwierzaczki, które na razie były dziełem jedynie
Ethana.
Siedząc obok
zamyślonego Willa – czy wszyscy muszą cały czas rozmyślać – wpatrywałam się w
szare niebo, bardzo podobne do koloru moich oczu, aż dostrzegłam, że ze wschodu
nadchodzą ciemniejsze chmury, które niewątpliwie zwiastowały deszcz. Miałam już
zamiar powiedzieć, że zaraz powinniśmy już się zbierać, kiedy to Will się
odezwał:
- Słyszałem, że
podpaliłaś Erica.
Niemal zakrztusiłam
się śliną i spojrzałam na przyjaciela, udając zdziwienie.
- Co?
- Podobno podpaliłaś
Dallasa.
- Wcale nie.
- Jest obandażowany
od pasa w dół – na te słowa poczułam ponurą satysfakcję – i nie omieszka się
mówić, że próbowałaś go zabić. Oczywiście powiedział to tylko swoim kumplom,
żaden nauczyciel na razie o tym nie
wie.
A to palant,
łagodnie mówiąc… Mogłam go całego spalić.
- To był wypadek…
- Cat, znam cię i
nie podpalasz ludzi bez powodu. Ty w ogóle nigdy nikogo nie podpaliłaś.
- Mówię przecież, że
to był wypadek. – To była najszersza prawda.
- Co ci zrobił tym
razem?
- Kolejny raz mnie
zdenerwował, tyle – powiedziałam niedbale. Nie mogłam mu powiedzieć, że Dallas
miał zamiary mnie zgwałcić, bo mogłoby skończyć się to tragicznie.
Will widocznie mi
nie uwierzył, bo zacisnął usta w cienką linię, świadczącą o jego
niezadowoleniu.
- Jakoś nie wierzę w
to, że tylko cię zdenerwował. Jeśli ty mi nie chcesz powiedzieć, mogę pójść do
Erica i on mi na pewno powie, co
skłoniło cię do wzniecenia na nim ognia.
- Proszę bardzo –
mruknęłam, lecz natychmiast zmieniłam zdanie.
To nie był dobry
pomysł. Znając Willa i jego charakter, pozwolenie mu na usłyszenie prawdy od
Erica, który na pewno z własnej woli nie powiedziałby mu, dlaczego go
podpaliłam, równało się z kolejnym pożarem, czyli masakra.
- Posuwał się do
czegoś, za co gotowa byłam go zabić – powiedziałam ostatecznie, ale Willa nadal
to nie zadowalało.
- Do czego?
- Nie pytaj, bo ci
nie powiem. Było, minęło.
- I tak się dowiem.
- Nie waż mi się iść
do Dallasa. – Spojrzałam na niego groźnie, lecz nie wywarło to na nim żadnego
wrażenia. Po chwili ciszy zmienił trochę temat.
- Wiesz, że już
drugi raz zdarzyło ci się unieść ogień w jego obecności?
- Racja – zgodziłam
się, nie wiedząc, do czego pije.
- Trochę to dziwne.
Ten ogień. Nigdy nie zdarzało ci się strzelanie ogniem, co nie?
- Może po prostu mam
taki okres.
- Wątpię.
- Will… możemy
zmienić temat? Jakoś nie mam ochoty gadać o ogniu.
- Więc jaki temat
proponujesz?
Zastanawiałam się
przez chwilę i mój wzrok padł na niebo.
- Chyba zaraz
zacznie padać, nie sądzisz? – rzuciłam uprzejmym tonem, a brunet zaśmiał się.
- Chcesz gadać o
pogodzie? – spytał, a w jego zielonych oczach pojawił się rozbawiony błysk,
którego brakowało tam przez cały dzień.
- Masz jakiś lepszy
pomysł? – Uśmiechnęłam się, patrząc mu w oczy.
- Spacery nocą, co
powiesz na to?
Z niewiadomego
powodu poczułam napływającą do policzków krew. Nawiązywał do tamtego wieczora,
gdy go śledziłam? Wiedział, że to robiłam?
- Chciałabyś mi o
czymś powiedzieć? – Wskazał wzrokiem moje zarumienione policzki.
- Nie… ja tylko… -
zająknęłam się.
- Słucham. – Uśmiech
Willa powiększał się, podczas gdy ja coraz bardziej się rumieniłam, aż w końcu
odzyskałam rezon po paru sekundach.
- Jak tam twoja
randka w ciemno? – Specjalnie pominęłam tamto pytanie, obierając ofensywę.
Za to pytanie
zostałam nagrodzona kolejnym śmiechem Williama, który w jakiś sposób mnie
uszczęśliwiał. Jeśli już chłodny i często ponury Will się śmieje, to nie jest
jeszcze tak źle, jak się wydaje.
- Dalej ci nie
powiem, z kim się spotkałem.
Wydęłam usta niby to
obrażona.
- A jak ładnie
poproszę? – Zrobiłam maślane oczka, przypominając sobie błagalne spojrzenia
Agnes.
- Jak bardzo ładnie?
– Zadziorny uśmiech na ustach Willa ostrzegł mnie, że chyba zaczynamy
flirtować.
Ja. Zaczynam. Flirtować. Gdzie była Liz? Zemdlałaby, jakby to zobaczyła.
Jednak musiałam to
szybko zakończyć. Nie mogłam flirtować ze swoim przyjacielem, co to, to nie.
Czemu nie?
– spytała Ally. Musiałam powstrzymać się przed drgnięciem, jeszcze nie
przyzwyczaiłam się do jej nagłych odzewów.
Bo nie.
Widzisz, nie masz żadnych racjonalnych argumentów.
Nie są mi potrzebne,
nie będę z nim flirtować ani z żadnym innym przyjacielem, kropka.
- Tak ładnie jak
przystoi przyjaciółce. – Zachichotałam, widząc jego minę. – Ale jeśli nie
chcesz powiedzieć to nie, tak czy siak dowiem się, z kim umawiasz się po nocach
i to w mrocznym lesie. – Pokazałam mu język.
- Nie uda ci się –
powiedział pewnym siebie głosem. Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.
- Zakład?
- O co?
- O prawdę. –
Wzruszyłam ramionami.
- Dobra, a ja dowiem
się, co zaszło pomiędzy tobą i Dallasem.
- Nie, nie, nie. –
Zaprzeczyłam szybko, a brunet uśmiechnął się cwanie.
- I tu cię mam,
Catty.
- To nie fair.
- To jest bardzo
fair.
Skrzyżowałam ramiona
na piersiach, przypatrując mu się z uwagą.
- Już rozumiem Liz.
Potrafisz być irytujący.
Will uniósł brwi,
słysząc tę uwagę z moich ust.
- Wątpiłaś w to?
- Szczerze mówiąc,
to tak. Widząc twoje zachowanie na co dzień, nie podejrzewałabym ciebie o coś
tak przyziemnego, jak umiejętność irytowania.
- Ty także nie
sprawiasz takiego wrażenia, a potrafisz być irytująca i złośliwa.
- Taki mam
charakter.
- Ja też.
Patrzyłam na niego
przez dłuższą chwilę, aż w końcu stwierdziłam:
- Najwyraźniej po
tych czterech latach przyjaźni wciąż nie wiemy o sobie wszystkiego.
Will zgodził się ze
mną skinieniem głowy, ale niespodziewanie przyłożył palec do ust, czemuś się
przysłuchując. Marszczył brwi, a kiedy spojrzałam na niego pytająco skinął
niezauważalnie głową w kierunku Ethana i Agnes, stojących dość daleko od nas.
Wyraźnie nas obgadywali, bo co chwila zerkali w naszą stronę. Obydwoje mieli
uśmiechy na twarzach, więc nie mogło to być nic strasznego.
- Słyszysz, o czym
rozmawiają?
Will przez kilka
sekund nic mi nie odpowiadał, a gdy wreszcie to zrobił widać było po nim, że
chce mu się śmiać.
- Obgadują nas.
- Tyle to i ja
zdążyłam zauważyć. O czym gadają?
- O związkach. –
Brunet spojrzał na mnie porozumiewawczo, lecz dopiero po dłuższym momencie
zrozumiałam, o co chodzi.
Podniosłam zdumiona
brwi. Oni naprawdę spekulowali na temat tego, jaką byłabym parą z Willem?
Musiałam się
zaśmiać, choć to dało mi do myślenia. Czy my zachowujemy się jak przyszła para?
Jeśli tak, to trzeba to będzie zmienić, ale później.
Teraz czas był na
zabawę.
- Angie! –
zawołałam, podnosząc się z miejsca i mówiąc Willowi krótkie „chodź”, podbiegłam
w podskokach do rudej przyjaciółki.
- Co to za
obgadywanie tutaj się dzieje? – Stanęłam przed nią z dłońmi na biodrach. Agnes
wzruszyła ramionami z miną niewiniątka, tak samo Ethan.
- Nie obgadywanie,
tylko omawianie pewnych spraw.
- Na przykład? –
Spojrzałam na nich zaciekawiona, rzucając uśmiech Willowi, który dotarł do nich
równo ze mną.
- Życie szkolne,
najnowsze plotki…
Pokiwałam głową z
powątpieniem w oczach.
- Jasne.
- Nie wierzysz mi?
Toż to zdrada…
Nie dałam jej
dokończyć, bo zaczęłam ją łaskotać i nie wiadomo, kiedy zaczęłyśmy gonić się po
łące w ten szary, ponury dzień października.
Jednakże w pewnym
momencie musiałam stanąć i złapać uciekający z prędkością światła oddech.
- Co jest? Już się
zmęczyłaś?! – krzyknęła, stojąc kilkadziesiąt metrów ode mnie, przy ławce, a ja
zamachałam jej ręką, by zaczekała.
Pochyliłam się, żeby
wziąć głębszy ostatni oddech przed ruszeniem do walki, kiedy poczułam mocny
uścisk w klatce piersiowej i jęknęłam z bólu, kładąc dłonie w miejscu, gdzie
bolało.
- Cat, wszystko
dobrze?! – zawołała Agnes, widząc jak opadam na kolana, lecz nie byłam w stanie
jej odpowiedzieć.
Och nie
– usłyszałam nagle leciutko spanikowany głos Alice – Cat, tylko teraz spokojnie. Bądź
spokojna.
O co ci cho…
Wtem ławka za Agnes
stanęła w ogniu, tak jak usychający krzew stojący jakieś pięć metrów ode mnie.
Mój Boże
– miałam ochotę powiedzieć, ale uścisk w klatce piersiowej powiększał się,
powoli uniemożliwiając mi oddychanie.
Spokojnie, Cat, musisz się uspokoić.
Przestań mi gadać,
żebym się uspokoiła, kiedy doskonale wiesz, że to nie jest możliwe! –
wrzasnęłam w myślach, a wtedy kamienie oraz badyle wokół mnie i dalej zaczęły
się podnosić i wirować. To wszystko działo się naprawdę.
Nie miałam pojęcia
skąd, ale wiedziałam, że w jakiś sposób ja to robię.
Co się, do cholery,
ze mną dzieje?!
Jesteś Wybranką Ognia – odparła cicho Alice, jakby to wszystko
wyjaśniało. Ale jeśli jestem Wybranką OGNIA, to dlaczego rzeczy latają?
Dobra, spokojnie, spokojnie, Cat.
Mam się uspokoić,
tak?
Tak.
Zignorowałam z
niemałym trudem ból w klatce piersiowej, wrzask Agnes, zapach spalenizny oraz
świst latających rzeczy i skupiłam się na wyrównaniu oddechu, w miarę moich
możliwości.
Pomyśl o czymś miłym i przyjemnym – poradziła Ally.
Pomyślałam o Matcie.
Czemu akurat o nim, nie miałam pojęcia, wyszło to samo z siebie, lecz pomagało.
Myślałam o chwilach, które ze mną spędził, o jego uroczym zachowaniu, po prostu
o nim – zaczęło działać.
Akurat w tej chwili
z nieba spadł deszcz, gasząc ogień, który już starali się ugasić moi
przyjaciele, jak teraz zauważyłam. Zimne krople oczyściły mnie z bólu i po
kilkudziesięciu sekundach wszystko było tak, jak wcześniej.
Opadłam na trawę,
czując zawroty głowy i poddałam się sądowi ciemnego nieba, zsyłającego na mnie
zbawienne krople, które w innej sytuacji bym wyklęła.
Zamknęłam oczy,
zapominając o świecie, gdy usłyszałam przestraszone głosy przyjaciół, którzy do
mnie podbiegli.
- Cat! Cat, otwórz
oczy! – Prosił zapłakany głos Ag, więc spełniłam jej prośbę, a ona zachłysnęła
się.
- Twoje oczy –
szepnęła, kucając nade mną i przyłożyła dłoń do ust, wymieniając spojrzenia z
chłopakami.
- Co z nimi? –
zapytałam zdenerwowana.
- Są srebrne… -
odparł za nią Will, patrząc na mnie zafascynowany.
- Co? – zawołałam
piskliwie, ale przymknęłam powieki przyćmiona bólem i zawrotami głowy.
Jedynie Ethan
zachował zimną krew i pomógł mi się podnieść.
- Spokojnie, to nic
takiego.
- Ciekawe, co ty byś
powiedział, gdybyś miał sraczkowate oczy – mruknęłam, opierając się o czyjeś
ramię. Po chwili zorientowałam się, że to Agnes przytula mnie do siebie, a
poznałam to po mokrych włosach łaskoczących moją brodę. Chłopcy nie mieli
długich włosów.
- Jest otumaniona –
odezwał się Will, oczywistym tonem głosu.
- Czym? – pisnęła
zdziwiona Agnes.
- Nie mam pojęcia –
odparł szczerze.
- Możemy już iść?
Pada na mnie – marudziłam, wtulając się w Angie, żeby mieć w kimś oporę, bo
wydawało mi się, że zaraz upadnę.
- Na nas też, Cat.
Ale tak, możemy już iść. – Ethan miał ponury głos.
Usłyszałam jak
rozmawia cicho z Willem, a Angie głaskała mnie po włosach, ale ja mogłam tylko
niemal leżeć na jej ramieniu, bo nie miałam na nic siły – chyba kręcił mi się
mózg, miałam takie uczucie, inaczej nie da się wyjaśnić tego szumu w głowie i
wirowanie świata, kiedy choć trochę uchyliłam powieki.
Mruknęłam coś
twierdząco z opóźnieniem, na to co powiedział Ethan, zatapiając się w myślach.
Co się ze mną
dzieje, Ally?
Mówiłam ci. Bycie Wybranym jest także przekleństwem.
- Poczekajcie
chwilę, mam gdzieś deszcz. – Agnes mówiła drżącym, acz stanowczym głosem,
ignorując mój cichy protest. – Skąd wziął się ten ogień?
- Chyba jedynie Cat
to wie – odpowiedział jej chyba Ethan.
- Jakoś teraz nie
wydaje się skora do… Ej, Cat. Cholera, Cat! – krzyknęła Agnes, bo oparłam się o
nią całym ciałem. Nie czułam już siły w nogach.
Nie minęła sekunda,
a już czułam, że wiszę w powietrzu, a konkretniej, że leżę na czyichś rękach.
Nie wiedziałam, kto był tak dobry – będę musiała mu podziękować, bo wcale lekka
nie byłam – żeby uciąć mi te męki, ponieważ zemdlałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz