wtorek, 6 listopada 2012

6


Zagryzłam wargę, obserwując pusty wyraz twarzy Matta, który najprawdopodobniej zastanawiał się, co zrobić z martwym kotem, który leżał na niebieskim, teraz zabarwionym krwią, dywaniku w moim pokoju.
Również próbowałam wymyślić jakieś racjonalne wyjście z tej sytuacji, ale choć odwracałam cały czas wzrok od kota i zasłaniałam dłonią nos przed zaczynającym unosić się odorem zdechliny, wciąż przed oczami pojawiał mi się obraz zbitego ciała Percy’ego.
Nie mogłam zrozumieć, czemu ktoś zrobił coś tak okrutnego małej i bezbronnej istocie – w końcu zwierzę też czuje, jak człowiek. Tylko bestia mogła torturować kogoś, kto nie miał możliwości obrony.
- Jedno jest pewne; trzeba zrobić mu przyzwoity pogrzeb, a przynajmniej go zakopać.
- To oczywiste. – Podniosłam wzrok na Matthewa, w którego oczach zobaczyłam po raz pierwszy tego dnia cień strachu. Tak samo, jak ja, obawiał się tego co się stało.
Kto i dlaczego zabił z premedytacją kota mojej przyjaciółki i zostawił go w moim pokoju? Trochę było to dziwne, bo martwego zwierzaka powinno zostawiać się jego właścicielce, nieprawdaż?
Jednakże czułam ulgę, że Liz nie zobaczyła – i nie zobaczy – swojego pupila w takim stanie. Mogłoby ją to dodatkowo zdołować, ale ostatecznie i tak trzeba będzie jej powiedzieć, że kot nie żyje, ponieważ inaczej nie spocznie póki go nie znajdzie, martwego czy żywego. Taki miała charakter, pałała miłością do każdego zwierzęcia, a jego zaginięcie traktowała jak tragedię narodową, nie mówiąc już o jego śmierci.
- Jesteś strasznie blada. Może wyjdziesz i…
- Nie ma mowy – przerwałam Mattowi, krzyżując ramiona na piersiach. – Trzeba coś z nim zrobić. – Lecz odwróciłam się plecami do kota, zmuszając się do myślenia.
Zanim Matt zdołał coś odpowiedzieć, drzwi się otworzyły, a moim oczom pokazała się wysoka sylwetka Williama.
- Co tutaj robisz? – spytałam zaskoczona i obejrzałam się na Matta, który wcale nie podzielał mojego zdumienia.
- Matt powiedział mi, że masz niespodziankę w pokoju. – Will podszedł do przyjaciela, który stał przy moim łóżku i ukucnął przy kocie, tak jak wcześniej zrobił to Matt.
- Jak ci to powiedział? Przecież ty nigdzie nie wychodziłeś ani nie dzwoniłeś! – zwróciłam się do Matta, ale obydwoje mnie zignorowali, mówiąc coś do siebie cicho, nachyleni nad ciałem.
Świetnie – pomyślałam ze złością, a po chwili zastanowiłam się czy oni nie mają jakichś zdolności telepatycznych.
Z tego, co wiedziałam Matt ich z pewnością nie posiadał, Will także nie, ponieważ był tylko w połowie wampirem, a, jak było powszechnie wiadomo, dużo wampirów mogło czytać i mówić w myślach.
Może ty coś o tym wiesz, Ally?
W przypadku dziewczyn mogłyby to być jakieś medaliki, bransoletki lub inne błyskotki, zaś jeśli chodzi o chłopców to…
Przyjrzałam się przyjaciołom i z rozczarowaniem stwierdziłam, że niczego takiego nie posiadają, przynajmniej nie na widoku. Raczej nie mieli bransoletek wiecznej przyjaźni.
Odpada – dokończyłam za Alice, a ona zgodziła się ze mną.
- Katowano go ręcznie, nie widzę ani nie czuję żadnych pozostałości magii – powiedział Will, mnie znowu zrobiło się niedobrze.
- Wy go dotykacie? – spytałam zachrypłym tonem i było to na pewno głupie pytanie, ale nie mogłam się powstrzymać.
Żaden z nich nie odpowiedział na to, lecz Matt posłał mi spojrzenie, mówiące, że w tej chwili było to konieczne.
- Mam jedno pocieszenie. – Will odwrócił się do mnie na klęczkach. – Wiem, co oznacza podrzucony martwy kot w naszym świecie.
Zachęciłam go wzrokiem, aby kontynuował.
- Po prostu śmierć.
Przymknęłam na moment powieki i przyłożyłam palce do medalionu.
- Toś mnie pocieszył – mruknęłam, bezwiednie pocierając gładką i zimną powierzchnię metalu w poszukiwaniu większej otuchy, która niestety nie nadeszła.
Gwałtownie otworzyłam oczy, coś sobie uświadamiając.
- Czy to oznacza, że za niedługo umrę? – Nie ukrywałam paniki w moim lekko drżącym głosie.
Will stanął prosto, kręcąc głową.
- Osoba z twojego otoczenia.
- Ale to mnie zostawiono tego kota, tak?
- Tak, ale o to właśnie chodzi. Zostawiono go tobie, jako jakąś ochronę, przestrogę i przekleństwo. To nie ciebie czeka śmierć, ale jesteś ostrzeżona i ktoś za karę umrze za ciebie.
- Jaką karę i przed czym zostałam ostrzeżona? O czym ty gadasz?!
- Ktoś chce jej śmierci? – Matthew patrzył na nas z niepokojem wypisanym na twarzy, a ja coraz bardziej panikowałam.
- Na to wygląda. – Brunet nie odrywał ode mnie intensywnego spojrzenia, jakby sądził, że mogę coś o tym wiedzieć.
No dobra, wiedziałam, ale nie mogłam im teraz – a może nawet i nigdy – powiedzieć, że jestem Wybranką Ognia i jestem na celowniku wielu złych ludzi.
- Ale o co chodzi z tym ostrzeżeniem? – Odwróciłam wzrok od jego zielonych oczu, koncentrując się na niebieskiej zasłonie zawieszonej przy moim oknie. – I za co ta kara? Co ja temu komuś zrobiłam?
- Pewnie za jakiś czas tego się dowiesz. – Wzruszył ramionami, odwracając się do zwierzaka.
- Zaraz, zaraz. Ktoś ma zginąć, a ty po prostu wzruszasz ramionami!? – zapytałam zdenerwowana, a on ponownie się do mnie odwrócił.
- Możliwe, że już ten ktoś zginął.
Wpatrywałam się w niego osłupiała, powoli uświadamiając sobie, o czym mówi.
- Chyba sobie żartujesz! – prawie krzyknęłam. – Przeze mnie zginęła babcia Liz?!
- Nie przez ciebie – powiedzieli równocześnie Matt z Willem, w tym ten pierwszy chciał do mnie podejść, ale podniosłam ostrzegawczo rękę.
- Zatem podsumujmy; prababcia Liz zostaje zamordowana bez powodu, kilka dni później znajduję martwego kota mojej przyjaciółki na moim dywanie, który, jak się dowiaduję, oznacza śmierć, ostrzeżenie, karę czy coś innego… Tak właściwie, skąd ty to wszystko wiesz? – Przeniosłam podejrzliwie spojrzenie na czarnowłosego.
- Ciotka mi opowiadała – odparł spokojnie. Zmrużyłam oczy, wciąż na niego patrząc.
- Oczywiście. – Parsknęłam i kontynuowałam, znów wbijając wzrok w zasłonę. – I te wszystkie przestrogi kierowane są do mnie. Kilkanaście dni temu umarła osoba z mojego bliskiego otoczenia i okazuje się, że za mnie, więc to wszystko moja wina!
Widząc, że Matt otwiera usta, dodałam szybko:
- Nawet nie próbujcie zaprzeczać. – Do ostrzeżenia nie przystosował się, oczywiście, drogi William.
- To nie jest twoja wina, tylko tego cholernego psychopaty i mordercy…
- Moja wina, bo to na mnie się uwziął… - wcięłam mu się w zdanie i teraz obydwoje krzyczeliśmy, a Matt wpatrywał się w nas z konsternacją na twarzy.
- …i tylko jego można winić za te masakry, nie rozumiesz?!
- …więc nie wmawiaj mi, że nie mam racji, bo mam! – dokończyłam prawie równo z nim, dysząc ze złości, tak samo jak on. Zapominając o wcześniejszych wydarzeniach, zerknęłam w dół i natychmiast zakręciło mi się w głowie od widoku tej ilości krwi.
Moja nagła bladość nie uszła uwadze mojemu strasznie irytującemu przyjacielowi – już nie dziwiłam się Lizzie.
- Idź stąd. Do Agnes, Ethana – albo do niego nie, bo zaraz go tu wezwę – do byle kogo.
- Wypraszasz mnie z mojego własnego pokoju? – Obruszyłam się, ale on zachował stoicki spokój. Jak zwykle.
- Po prostu wyjdź.
- Will…
- Cat, źle się czujesz, więc idź.
- Ale…
- Wyjdź.
Wyprostowałam się z chłodną powolnością i wyszłam z pokoju, nawet nie kłopocząc się solidnym trzaśnięciem drzwi, także usłyszałam pełen zdumienia głos Matta, który dodatkowo mnie wkurzył.
- Jak to zrobiłeś?
- Chamstwem! – krzyknęłam gniewnie i pomaszerowałam w niewiadomym kierunku.
Dziwiłam się, że jeszcze nikt nie wyszedł na korytarz zwabiony naszymi krzykami, gdy wtem uświadomiłam sobie, że trwała właśnie kolacja. Ja całkowicie straciłam apetyt.
Wszyscy siedzieli teraz w jadalni, więc przeszłam się nad jezioro, nie przejmując się ciemnością, bo magią mogłam oświetlić sobie drogę.
Jak do tej pory, jedynie natura mnie w pełni rozumiała.


***


Czas mijał szybko; nadszedł październik, a zanim się obejrzeliśmy była już połowa miesiąca. Zamiast słonecznych i ciepłych popołudni, coraz częściej obserwowałam ulewę, a na zewnątrz nie mogłam już wyjść bez wierzchniego okrycia. Nie znosiłam takiej pogody, lecz była ona częścią natury, którą kochałam, czy tego chciałam, czy nie.
Pogoda jednak okazała się nie powstrzymywać mnie i moich przyjaciół od spacerów po tyłach szkoły, gdy nie mieliśmy już żadnych lekcji. Dni, kiedy kończyliśmy zajęcia o tej samej porze nie zdarzały się często, więc takie wyjątkowe okazje wykorzystywaliśmy jak mogliśmy, bo bardzo ceniliśmy sobie przyjaźń w obecnych czasach.
Łatwiej było tutaj o wroga, niż prawdziwego przyjaciela, ale ja, na szczęście, nie miałam takich problemów. Prawdą było, że ograniczałam swoje kontakty do przyjaciół, rodziny i bliskich znajomych, lecz to w niczym nie zawadzało. Wystarczyło mi to, co miałam, nie prosiłam o więcej ani o mniej.
Dzisiejszego dnia byli ze mną tylko Will, Ethan oraz Agnes, bo Matt i Liz mieli osobne zajęcia dla zmiennokształtnych, a z racji tego, że w naszej szkole takich uczniów było bardzo mało – zaledwie piętnastka na całe pięćset osób – w porównaniu do czarodziei, wszystkie klasy miały razem te lekcje. Dokładnie nie wiedziałam, czego uczy ich profesor Tempell, ale domyślałam się, że dowiadywali się więcej o swoich zdolnościach.
Nasz prawie, że rytualny spacer skończył się na ławce przy jednej z dróżek prowadzących do jeziora, z których nigdy nie korzystałam. Kiedy chciałam dostać się do mojego ulubionego zakątku szłam na skróty.
Skonana bólem głowy - który to już raz w ciągu tych dwóch miesięcy? - wylądowałam leżąco na ławce; ciężką głowę ułożyłam na kolanach przyjaciółki, a łydki oparłam, za pozwoleniem, na nogach Ethana. Will usiadł po drugiej stronie Agnes, nie przerywając prowadzonej z nią rozmowy o jakichś nowych zaklęciach, których zaczęła się uczyć.
Mogłabym się tym zainteresować, bo w końcu też będę się tego za niedługo uczyła, ale kłucie w skroni nie pozwalało mi skupić się na niczym innym jak głupich rozmyślaniach i obserwowaniu otoczenia.
Podczas gdy Angie bawiła się moimi włosami i przysłuchiwała Willowi, ja przyglądałam się zamyślonemu Ethanowi.
Jasne włosy, które w ten ponury, wyjątkowo bezopadowy, dzień wyglądały bardzo szaro, prawie stapiały się z jego bladą twarzą, ukazującą jego zmęczenie ostatnimi tygodniami. Przez cały czas pocieszał i wytrzymywał w jednej chwili zrozpaczoną, a w drugiej wściekłą Liz.
Wiedziałam, że nocowała u niego każdej nocy od momentu, kiedy powiedzieliśmy jej o kocie, wiedziałam również, że miewa koszmary. Nie widziała, oczywiście, swojego martwego zwierzaka, choć bardzo chciała, ale ja już wiem, że wyobrażała sobie same najgorsze scenariusze, co skutkowało koszmarami. Strasznie przeżywała pierwsze dwa tygodnie po tych wiadomościach, ale przetrwała i teraz tylko jej się poprawiało, nawet zaczynała się śmiać.
Wracając do jej chłopaka… Mimo tej jego chłodności, o której opowiadała mi Lizzie, w tym trudnym dla niej okresie nie odwrócił się od niej, był przy niej zawsze gdy go potrzebowała i tym pokazał jak bardzo ją kocha, a Liz mogła wreszcie przejrzeć na oczy.
Uśmiechnęłam się do siebie i szturchnęłam palcem ramię Ethana, by się ocknął. Od razu przeniósł na mnie niebieskie spojrzenie, w którym pozostały jeszcze skrawki zamyślenia.
- O czym tak rozmyślasz? – spytałam z ciekawości, a on wzruszył ramionami.
- O życiu, Lizzie, życiu, przyszłości, Lizzie, i tak w kółko. Normalka. – Na usta wpłynął mu delikatny uśmiech, który i tak swoją mocą rozjaśniłby mrok.
- To wszystko ze sobą się wiąże, nie uważasz? – zagadnęłam, odwzajemniając uśmiech.
- Pożyjemy, zobaczymy.
- Właśnie niewiadomo czy pożyjemy, Ethanie, w tym tkwi cały problem.
Blondyn ponownie wzruszył ramionami, zadumał się i nagle posłał mi wredny uśmiech.
- A ciebie co wzięło na takie złote myśli? To nie w twoim stylu, Cat.
- Spadaj. – Walnęłam przyjaciela pięścią w ramię, na co klepnął mnie w łydkę, ja go znowu w ramię, on w łydkę i robilibyśmy tak w nieskończoność, gdybym nie podniosła się ze śmiechem do pozycji siedzącej.
- Jesteś idiotą i tyle – podsumowałam, ale Ethan mnie poprawił.
- MY jesteśmy idiotami.
- Może być i tak… idioto. – Wyszczerzyłam się do niego, a Ethan złapał mnie za policzek i uszczypnął tak, jak robią to babcie, tyle że mocniej.
- Hej! – Kiedy złapał mój drugi policzek, ja zaczęłam szczypać go po bokach, chichocząc i byłam stuprocentowo pewna, że wyglądamy przekomicznie.
Agnes i Will nie zwracali na nas uwagi, znali nas już z tej strony. Nawet nie dziwił naszych przyjaciół widok Ethana z takiej łobuzerskiej strony.
Jak to mówią, cicha woda brzegi rwie.
Prawda była taka, że „drugie ja” Ethana ujawniało się tylko przy mnie i jego młodszej siostrze, tak mi przynajmniej kiedyś powiedział. Podobno bardzo mu ją przypominałam, choć nie miałam pojęcia, z której strony.
Lecz tak właśnie czuliśmy się w swoim towarzystwie – jak rodzeństwo. Traktowałam Ethana, jak starszego brata, którego nigdy nie miałam, a którego jednocześnie mi brakowało. Bo brata miałam, młodszego, leżącego w śpiączce od kilku lat.
Niezwykłe dla mnie było to, że z moich przyjaciół płci przeciwnej tylko Ethana traktowałam jak brata. Może było to spowodowane tym, że blondyna znałam od piętnastu lat, a Willa i Matta zaledwie od czterech. Było to prawdopodobne, ja byłam pewna tylko tego, że do obydwóch – Willa i Matta – czułam ostatnio jakieś przyciąganie, ni to całkiem przyjacielskie, ni to fizyczne.
- Dobra, stop! Ethan, przestań, ja już się nie bawię, no! – zawołałam pomiędzy śmiechem, od którego rozjaśniła mi się głowa, a zaczął boleć mnie brzuch.
Chłopak posłusznie przystopował, ale poczochrał jeszcze moje włosy, jakby wprost nie mógł się bez tego obejść.
- Nie musiałeś tego robić – powiedziałam z wyrzutem, choć rozbawienie nadal błyszczało mi w oczach.
- Uwierz mi, musiałem. Choćby po to, żeby zobaczyć tę oburzoną minę.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, lecz Agnes nie dała mi dojść do głosu.
- Ethan, musisz mi pomóc! – powiedziała z roziskrzonymi oczami. – Bo widzisz, za tydzień profesor Mallory będzie sprawdzała nasze umiejętności w zakresie przemian - czyli zmienianie rzeczy w istoty, istoty w rzeczy, wiesz o co chodzi – a ponieważ ja jestem z tego kompletna noga potrzebuję pomocy kogoś, kto to potrafi. – Zakończyła, wpatrując się błagającymi błękitnymi oczami w blondyna.
- Myślałem, że Will ci to wytłumaczył.
- No tak, ale co innego jest nauczyć się teorii, a co innego umieć zastosować to w życiu. A Willowi nie chce się tego mi pokazać…
- Nie, że nie chcę, tylko kiepsko mi to idzie – wtrącił brunet, wspierając się na rękach opartych na kolanach i patrzył na Agnes z niewielkim zainteresowaniem, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej.
Angie posłała mu niedowierzające spojrzenie, ja także. Trudno było nam uwierzyć, że Will, ze swoimi dodatkowymi zdolnościami pół wampira, nie potrafił użyć tak banalnego, jak na ich klasę, zaklęcia.
- Ty tak twierdzisz – powiedziała do niego Ag. – Dlatego chcę, żebyś ty mi to pokazał – zwróciła się teraz do Ethana.
- Czemu ja? Matt też to umie.
- Jak widać Matta z nami nie ma, a ja muszę zacząć uczyć się tego jak najwcześniej. Tak w ogóle, to jesteś jednym z najlepszych uczniów w tej szkole…
- Już tak się nie podlizuj – rzekł Ethan, ale rudowłosa nie przestała słodko się do niego uśmiechać, dopóki się nie zgodził.
Kilkanaście minut później, kilka metrów dalej można było zobaczyć na trawie biegające króliki, skaczące żaby i inne różne małe zwierzaczki, które na razie były dziełem jedynie Ethana.
Siedząc obok zamyślonego Willa – czy wszyscy muszą cały czas rozmyślać – wpatrywałam się w szare niebo, bardzo podobne do koloru moich oczu, aż dostrzegłam, że ze wschodu nadchodzą ciemniejsze chmury, które niewątpliwie zwiastowały deszcz. Miałam już zamiar powiedzieć, że zaraz powinniśmy już się zbierać, kiedy to Will się odezwał:
- Słyszałem, że podpaliłaś Erica.
Niemal zakrztusiłam się śliną i spojrzałam na przyjaciela, udając zdziwienie.
- Co?
- Podobno podpaliłaś Dallasa.
- Wcale nie.
- Jest obandażowany od pasa w dół – na te słowa poczułam ponurą satysfakcję – i nie omieszka się mówić, że próbowałaś go zabić. Oczywiście powiedział to tylko swoim kumplom, żaden nauczyciel na razie o tym nie wie.
A to palant, łagodnie mówiąc… Mogłam go całego spalić.
- To był wypadek…
- Cat, znam cię i nie podpalasz ludzi bez powodu. Ty w ogóle nigdy nikogo nie podpaliłaś.
- Mówię przecież, że to był wypadek. – To była najszersza prawda.
- Co ci zrobił tym razem?
- Kolejny raz mnie zdenerwował, tyle – powiedziałam niedbale. Nie mogłam mu powiedzieć, że Dallas miał zamiary mnie zgwałcić, bo mogłoby skończyć się to tragicznie.
Will widocznie mi nie uwierzył, bo zacisnął usta w cienką linię, świadczącą o jego niezadowoleniu.
- Jakoś nie wierzę w to, że tylko cię zdenerwował. Jeśli ty mi nie chcesz powiedzieć, mogę pójść do Erica i on mi na pewno powie, co skłoniło cię do wzniecenia na nim ognia.
- Proszę bardzo – mruknęłam, lecz natychmiast zmieniłam zdanie.
To nie był dobry pomysł. Znając Willa i jego charakter, pozwolenie mu na usłyszenie prawdy od Erica, który na pewno z własnej woli nie powiedziałby mu, dlaczego go podpaliłam, równało się z kolejnym pożarem, czyli masakra.
- Posuwał się do czegoś, za co gotowa byłam go zabić – powiedziałam ostatecznie, ale Willa nadal to nie zadowalało.
- Do czego?
- Nie pytaj, bo ci nie powiem. Było, minęło.
- I tak się dowiem.
- Nie waż mi się iść do Dallasa. – Spojrzałam na niego groźnie, lecz nie wywarło to na nim żadnego wrażenia. Po chwili ciszy zmienił trochę temat.
- Wiesz, że już drugi raz zdarzyło ci się unieść ogień w jego obecności?
- Racja – zgodziłam się, nie wiedząc, do czego pije.
- Trochę to dziwne. Ten ogień. Nigdy nie zdarzało ci się strzelanie ogniem, co nie?
- Może po prostu mam taki okres.
- Wątpię.
- Will… możemy zmienić temat? Jakoś nie mam ochoty gadać o ogniu.
- Więc jaki temat proponujesz?
Zastanawiałam się przez chwilę i mój wzrok padł na niebo.
- Chyba zaraz zacznie padać, nie sądzisz? – rzuciłam uprzejmym tonem, a brunet zaśmiał się.
- Chcesz gadać o pogodzie? – spytał, a w jego zielonych oczach pojawił się rozbawiony błysk, którego brakowało tam przez cały dzień.
- Masz jakiś lepszy pomysł? – Uśmiechnęłam się, patrząc mu w oczy.
- Spacery nocą, co powiesz na to?
Z niewiadomego powodu poczułam napływającą do policzków krew. Nawiązywał do tamtego wieczora, gdy go śledziłam? Wiedział, że to robiłam?
- Chciałabyś mi o czymś powiedzieć? – Wskazał wzrokiem moje zarumienione policzki.
- Nie… ja tylko… - zająknęłam się.
- Słucham. – Uśmiech Willa powiększał się, podczas gdy ja coraz bardziej się rumieniłam, aż w końcu odzyskałam rezon po paru sekundach.
- Jak tam twoja randka w ciemno? – Specjalnie pominęłam tamto pytanie, obierając ofensywę.
Za to pytanie zostałam nagrodzona kolejnym śmiechem Williama, który w jakiś sposób mnie uszczęśliwiał. Jeśli już chłodny i często ponury Will się śmieje, to nie jest jeszcze tak źle, jak się wydaje.
- Dalej ci nie powiem, z kim się spotkałem.
Wydęłam usta niby to obrażona.
- A jak ładnie poproszę? – Zrobiłam maślane oczka, przypominając sobie błagalne spojrzenia Agnes.
- Jak bardzo ładnie? – Zadziorny uśmiech na ustach Willa ostrzegł mnie, że chyba zaczynamy flirtować.
Ja. Zaczynam. Flirtować. Gdzie była Liz? Zemdlałaby, jakby to zobaczyła.
Jednak musiałam to szybko zakończyć. Nie mogłam flirtować ze swoim przyjacielem, co to, to nie.
Czemu nie? – spytała Ally. Musiałam powstrzymać się przed drgnięciem, jeszcze nie przyzwyczaiłam się do jej nagłych odzewów.
Bo nie.
Widzisz, nie masz żadnych racjonalnych argumentów.
Nie są mi potrzebne, nie będę z nim flirtować ani z żadnym innym przyjacielem, kropka.
- Tak ładnie jak przystoi przyjaciółce. – Zachichotałam, widząc jego minę. – Ale jeśli nie chcesz powiedzieć to nie, tak czy siak dowiem się, z kim umawiasz się po nocach i to w mrocznym lesie. – Pokazałam mu język.
- Nie uda ci się – powiedział pewnym siebie głosem. Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.
- Zakład?
- O co?
- O prawdę. – Wzruszyłam ramionami.
- Dobra, a ja dowiem się, co zaszło pomiędzy tobą i Dallasem.
- Nie, nie, nie. – Zaprzeczyłam szybko, a brunet uśmiechnął się cwanie.
- I tu cię mam, Catty.
- To nie fair.
- To jest bardzo fair.
Skrzyżowałam ramiona na piersiach, przypatrując mu się z uwagą.
- Już rozumiem Liz. Potrafisz być irytujący.
Will uniósł brwi, słysząc tę uwagę z moich ust.
- Wątpiłaś w to?
- Szczerze mówiąc, to tak. Widząc twoje zachowanie na co dzień, nie podejrzewałabym ciebie o coś tak przyziemnego, jak umiejętność irytowania.
- Ty także nie sprawiasz takiego wrażenia, a potrafisz być irytująca i złośliwa.
- Taki mam charakter.
- Ja też.
Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, aż w końcu stwierdziłam:
- Najwyraźniej po tych czterech latach przyjaźni wciąż nie wiemy o sobie wszystkiego.
Will zgodził się ze mną skinieniem głowy, ale niespodziewanie przyłożył palec do ust, czemuś się przysłuchując. Marszczył brwi, a kiedy spojrzałam na niego pytająco skinął niezauważalnie głową w kierunku Ethana i Agnes, stojących dość daleko od nas. Wyraźnie nas obgadywali, bo co chwila zerkali w naszą stronę. Obydwoje mieli uśmiechy na twarzach, więc nie mogło to być nic strasznego.
- Słyszysz, o czym rozmawiają?
Will przez kilka sekund nic mi nie odpowiadał, a gdy wreszcie to zrobił widać było po nim, że chce mu się śmiać.
- Obgadują nas.
- Tyle to i ja zdążyłam zauważyć. O czym gadają?
- O związkach. – Brunet spojrzał na mnie porozumiewawczo, lecz dopiero po dłuższym momencie zrozumiałam, o co chodzi.
Podniosłam zdumiona brwi. Oni naprawdę spekulowali na temat tego, jaką byłabym parą z Willem?
Musiałam się zaśmiać, choć to dało mi do myślenia. Czy my zachowujemy się jak przyszła para? Jeśli tak, to trzeba to będzie zmienić, ale później.
Teraz czas był na zabawę.
- Angie! – zawołałam, podnosząc się z miejsca i mówiąc Willowi krótkie „chodź”, podbiegłam w podskokach do rudej przyjaciółki.
- Co to za obgadywanie tutaj się dzieje? – Stanęłam przed nią z dłońmi na biodrach. Agnes wzruszyła ramionami z miną niewiniątka, tak samo Ethan.
- Nie obgadywanie, tylko omawianie pewnych spraw.
- Na przykład? – Spojrzałam na nich zaciekawiona, rzucając uśmiech Willowi, który dotarł do nich równo ze mną.
- Życie szkolne, najnowsze plotki…
Pokiwałam głową z powątpieniem w oczach.
- Jasne.
- Nie wierzysz mi? Toż to zdrada…
Nie dałam jej dokończyć, bo zaczęłam ją łaskotać i nie wiadomo, kiedy zaczęłyśmy gonić się po łące w ten szary, ponury dzień października.
Jednakże w pewnym momencie musiałam stanąć i złapać uciekający z prędkością światła oddech.
- Co jest? Już się zmęczyłaś?! – krzyknęła, stojąc kilkadziesiąt metrów ode mnie, przy ławce, a ja zamachałam jej ręką, by zaczekała.
Pochyliłam się, żeby wziąć głębszy ostatni oddech przed ruszeniem do walki, kiedy poczułam mocny uścisk w klatce piersiowej i jęknęłam z bólu, kładąc dłonie w miejscu, gdzie bolało.
- Cat, wszystko dobrze?! – zawołała Agnes, widząc jak opadam na kolana, lecz nie byłam w stanie jej odpowiedzieć.
Och nie – usłyszałam nagle leciutko spanikowany głos Alice – Cat, tylko teraz spokojnie. Bądź spokojna.
O co ci cho…
Wtem ławka za Agnes stanęła w ogniu, tak jak usychający krzew stojący jakieś pięć metrów ode mnie.
Mój Boże – miałam ochotę powiedzieć, ale uścisk w klatce piersiowej powiększał się, powoli uniemożliwiając mi oddychanie.
Spokojnie, Cat, musisz się uspokoić.
Przestań mi gadać, żebym się uspokoiła, kiedy doskonale wiesz, że to nie jest możliwe! – wrzasnęłam w myślach, a wtedy kamienie oraz badyle wokół mnie i dalej zaczęły się podnosić i wirować. To wszystko działo się naprawdę.
Nie miałam pojęcia skąd, ale wiedziałam, że w jakiś sposób ja to robię.
Co się, do cholery, ze mną dzieje?!
Jesteś Wybranką Ognia – odparła cicho Alice, jakby to wszystko wyjaśniało. Ale jeśli jestem Wybranką OGNIA, to dlaczego rzeczy latają?
Dobra, spokojnie, spokojnie, Cat.
Mam się uspokoić, tak?
Tak.
Zignorowałam z niemałym trudem ból w klatce piersiowej, wrzask Agnes, zapach spalenizny oraz świst latających rzeczy i skupiłam się na wyrównaniu oddechu, w miarę moich możliwości.
Pomyśl o czymś miłym i przyjemnym – poradziła Ally.
Pomyślałam o Matcie. Czemu akurat o nim, nie miałam pojęcia, wyszło to samo z siebie, lecz pomagało. Myślałam o chwilach, które ze mną spędził, o jego uroczym zachowaniu, po prostu o nim – zaczęło działać.
Akurat w tej chwili z nieba spadł deszcz, gasząc ogień, który już starali się ugasić moi przyjaciele, jak teraz zauważyłam. Zimne krople oczyściły mnie z bólu i po kilkudziesięciu sekundach wszystko było tak, jak wcześniej.
Opadłam na trawę, czując zawroty głowy i poddałam się sądowi ciemnego nieba, zsyłającego na mnie zbawienne krople, które w innej sytuacji bym wyklęła.
Zamknęłam oczy, zapominając o świecie, gdy usłyszałam przestraszone głosy przyjaciół, którzy do mnie podbiegli.
- Cat! Cat, otwórz oczy! – Prosił zapłakany głos Ag, więc spełniłam jej prośbę, a ona zachłysnęła się.
- Twoje oczy – szepnęła, kucając nade mną i przyłożyła dłoń do ust, wymieniając spojrzenia z chłopakami.
- Co z nimi? – zapytałam zdenerwowana.
- Są srebrne… - odparł za nią Will, patrząc na mnie zafascynowany.
- Co? – zawołałam piskliwie, ale przymknęłam powieki przyćmiona bólem i zawrotami głowy.
Jedynie Ethan zachował zimną krew i pomógł mi się podnieść.
- Spokojnie, to nic takiego.
- Ciekawe, co ty byś powiedział, gdybyś miał sraczkowate oczy – mruknęłam, opierając się o czyjeś ramię. Po chwili zorientowałam się, że to Agnes przytula mnie do siebie, a poznałam to po mokrych włosach łaskoczących moją brodę. Chłopcy nie mieli długich włosów.
- Jest otumaniona – odezwał się Will, oczywistym tonem głosu.
- Czym? – pisnęła zdziwiona Agnes.
- Nie mam pojęcia – odparł szczerze.
- Możemy już iść? Pada na mnie – marudziłam, wtulając się w Angie, żeby mieć w kimś oporę, bo wydawało mi się, że zaraz upadnę.
- Na nas też, Cat. Ale tak, możemy już iść. – Ethan miał ponury głos.
Usłyszałam jak rozmawia cicho z Willem, a Angie głaskała mnie po włosach, ale ja mogłam tylko niemal leżeć na jej ramieniu, bo nie miałam na nic siły – chyba kręcił mi się mózg, miałam takie uczucie, inaczej nie da się wyjaśnić tego szumu w głowie i wirowanie świata, kiedy choć trochę uchyliłam powieki.
Mruknęłam coś twierdząco z opóźnieniem, na to co powiedział Ethan, zatapiając się w myślach.
Co się ze mną dzieje, Ally?
Mówiłam ci. Bycie Wybranym jest także przekleństwem.
- Poczekajcie chwilę, mam gdzieś deszcz. – Agnes mówiła drżącym, acz stanowczym głosem, ignorując mój cichy protest. – Skąd wziął się ten ogień?
- Chyba jedynie Cat to wie – odpowiedział jej chyba Ethan.
- Jakoś teraz nie wydaje się skora do… Ej, Cat. Cholera, Cat! – krzyknęła Agnes, bo oparłam się o nią całym ciałem. Nie czułam już siły w nogach.
Nie minęła sekunda, a już czułam, że wiszę w powietrzu, a konkretniej, że leżę na czyichś rękach. Nie wiedziałam, kto był tak dobry – będę musiała mu podziękować, bo wcale lekka nie byłam – żeby uciąć mi te męki, ponieważ zemdlałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz