Obudził mnie
przeraźliwy trzask, po którym nastąpiło głośne przekleństwo, za które osobnik,
który śmiał zakłócić mój błogi sen, został opierzony. Delikatny głos, teraz
zirytowany, bez wątpienia należał do Agnes, a tego drugiego nie umiałam rozpoznać;
wiedziałam jedynie, że był męski. Może gdyby nie te szepty i szumy w głowie to
mogłabym się skupić na tym, co działo się w tym pokoju, ale nie potrafiłam.
- Byłaś wczoraj w…
- Nie gadaj…!
- Stary, naprawdę
nie…
- A on do mnie, że
jestem…
Głowa pękała mi od
tych wszystkich głosów, a nawet nie wiedziałam skąd one się biorą. Z tego, co
zdążyłam się zorientować, w tym pomieszczeniu, gdzie przebywałam ja, były tylko
dwie osoby, a nie dziesięć! W dodatku ten ból we wszystkich kończynach…
Spróbowałam podnieść
powieki, lecz wydawały się być z ołowiu. Zaczynałam panikować, bo to samo było
z innymi częściami mojego ciała.
- Co z nią? –
Dosłyszałam ten sam męski głos, co wcześniej, w którym brzmiała troska. Był to
Matt, byłam już tego pewna.
- Nie obudziła się od
wczoraj. Coraz bardziej się martwię. – Głos mojej przyjaciółki drżał pod
wpływem emocji. Czułam jak jej chłodna dłoń zaciska się na moich palcach z siłą
imadła, lecz nie odczuwałam bólu, którego się spodziewałam. Było tylko lekkie
mrowienie, które koiło moje ciało. Agnes znowu odezwała się niepewnym tonem. –
Czy nie lepiej byłoby…
- Nie – odpowiedział
jej Matt, zanim ta dokończyła pytanie. Chyba domyślił się, o co jej chodzi. –
Lepiej, żeby nauczyciele ani nikt inny nie dowiedział się o tym, co wczoraj zaszło.
- Ale… - Angie
próbowała coś powiedzieć, ale przerwał jej nowy, cichy głos, dobywający się z
odległości kilku metrów ode mnie, który rozpoznałabym nawet wśród wrzawy.
- Matt ma rację, Ag
– powiedziała Liz. – Jeśli jakiś nauczyciel dowie się o tym, zabronią nam
zbliżać się do niej, dopóki sami nie wyciągną od niej, co tam się wydarzyło.
Albo wciągną ją w coś większego, już ja ich znam. – Zaśmiała się do siebie
cicho, jakby coś sobie przypomniała. – Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru
oddawać jej im pod opiekę.
- A co jeśli sama
się nie obudzi? Jeśli to coś poważniejszego, niż zwykłe „zmęczenie”? – spytała
kwaśnym tonem Agnes.
Usłyszałam ciężkie
westchnienie.
- Miejmy nadzieję,
że jednak jeszcze dzisiaj oprzytomnieje.
Miałam ochotę już
teraz im powiedzieć, że jestem przytomna i nic mi nie jest, lecz głos nie
chciał wydobyć się z mojego gardła. Kończyny nie chciały choćby drgnąć, co
szczerze mnie niepokoiło. Omdlenie, okej, to nic wielkiego. Ale żebym teraz nie
mogła w ogóle się poruszyć, odezwać? Czułam się, jak sparaliżowana jakimś
zaklęciem, którym wcale nie dostałam.
Ally? – zawołałam w
przestrzeń swojego umysłu, ale nikt mi nie odpowiedział.
Musieli ściągnąć mi
medalion, a szkoda. Może przynajmniej z Kapłanką mogłabym spokojnie porozmawiać
o tym, co zaszło, jeśli nie mogłam odezwać się do przyjaciół.
- Jesteście pewni,
że ten ogień wywołała Cat? – zapytała Liz, w której głosie słychać było
niepokój jak i zafascynowanie.
- Stuprocentowo nie,
ale sposób, w jaki zachowywała się przed tym… coś jej było. Poza tym ta
sytuacja z Ericiem była trochę podobna.
- Jaka sytuacja z
Ericiem? – odezwał się nagle Matt, a mnie ścisnęło się serce. Więc jeszcze nie
wiedział? Znając go na pewno będzie zły, albo i nawet rozczarowany, że nie
powiedziałam mu, kto spowodował, że wznieciłam pożar w bibliotece.
- W bibliotece. Nic
nie wiesz? – Agnes przybrała ostrożny ton, który jednocześnie świadczył o jej
zaskoczeniu.
- Jaka sytuacja w
bibliotece z Ericiem? O czym ty gadasz? – dołączyła się do pytania Lizzie.
O cholera, Liz też
nic nie wie? Miałam przechlapane. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy jednak
nie pozostać nieprzytomną przez jakiś tydzień.
- No - mruknęła
niepewnie Agnes – jakiś czas temu podobno Cat podpaliła Dallasa w bibliotece.
Niby to tylko plotka, którą rozpuścił Eric, ale coś każe mi wierzyć, że Cat
byłaby do tego zdolna, gdyby ją zmusił. Cat mi nic o tym nie wspominała, ale
myślałam, że też to usłyszeliście z plotek. A przynajmniej sądziłam, że ty,
Matt, o tym wiesz, bo ostatnio przez prawie cały czas z nią przebywałeś.
- Nic mi nie
powiedziała – powiedział cicho. Pewnie teraz myślał o tym dniu, kiedy znalazł
mnie wśród płonących regałów.
Zacisnęłam mocniej
powieki. Byłam pewna, że teraz moi przyjaciele będą chcieli wyciągnąć ze mnie
prawdę. Mogłam albo ich okłamać, albo powiedzieć o tym, że jestem Wybraną i
narazić ich na niebezpieczeństwo związane z tą wiedzą. Nie mogłam im tego
zrobić, nie chciałam, bo zbyt bardzo ich kochałam.
Więc pozostało mi
kłamanie? Tego również nie chciałam robić.
Wiedza o tym, że jestem
Wybranką Ognia mogła skazać ich na śmierć, a kłamstwo zniszczyć naszą przyjaźń.
Co było gorsze? Oczywiście, że śmierć. Wolałam, żeby moi przyjaciele żyli, nie
odzywając się do mnie, niżbym miała potencjalnie ich zabić, za co później
obwiniałabym się do końca życia.
Wydawało się to
takie łatwe w głowie – postanowienie, że ich wszystkich okłamię – lecz wcale
takie nie było. Prędzej czy później domyślą się, że coś przed nimi ukrywam i
nie dadzą mi spokoju. I gdy już dowiedzą się, że ich okłamałam, będą wściekli.
Ale to mogłam przeżyć. Musiałam, żeby przeżyli oni.
Łzy zebrały mi się
pod powiekami. Naprawdę nie chciałam tego wszystkiego. Wszystkiego, czyli bycia
Wybraną. To był dla mnie zbyt wielki obowiązek; przez to mogłam stracić
przyjaciół, nawet swoje życie. Musiałam okłamywać i krzywdzić innych – o
ironio, dla ich dobra – a jednocześnie samą siebie. To niesprawiedliwe. Czemu
ten głupi obowiązek uratowania świata spadł akurat na mnie? Na zwykłą osobę z
własnymi problemami, która chce normalnego życia?
Nagle zrobiło mi się
zimno bez powodu. A może dlatego, że zbierało mi się na płacz? Często tak
miałam. Choć mogła to też być gorączka.
W uszach mi
zaszumiało, gdy znowu próbowałam podnieść powieki. Nieznajome głosy ponownie
zaczęły narastać w mojej głowie.
- Ale, Diana…
- I wtedy ona…
- Muszę na chwilę
wyjść. – Ten głos należał do Matthewa.
- Matt…
- Liz, zaczekaj! –
zawołała niespodziewanie Agnes do Lizzie, jakby ta miała zamiar wyjść za
chłopakiem. – Cicho, spójrz… po prostu patrz na nią, no!
Nie poświęcałam
dziewczynom większej uwagi, zajęta wypychaniem natrętnych głosów z mojej głowy.
W pewnym momencie musiałam sapnąć głośno, czując w skroni głębokie ukłucie,
jakby ktoś wbił mi tam gwoździa.
Po chwili – a może
kilku godzinach? – wszystko minęło, jak za machnięciem różdżki. Niemal się
uśmiechnęłam, gdy mogłam zacisnąć rękę w pięść i otworzyć oczy, które jednak
zaraz zamknęłam oślepiona rażącym światłem latarki, która wisiała nad moją
głową.
- Och, dzięki Bogu.
– Lizzie westchnęła z ulgą, łapiąc mnie za lewą ręką i ścisnęła ją lekko.
- Jeszcze nie
dziękuj. Pokaż oczy, Cat – powiedziała do mnie Agnes i podświadomie wiedziałam,
że nadal celuje latarką w moją twarz, poza tym czułam ciepło od jej światła na
skórze.
- To zabierz to
cholerstwo – wychrypiałam.
- Najpierw muszę
sprawdzić twoje oczy.
- A od kiedy z
ciebie jest taka lekarka? – jęknęłam, powoli uchylając powieki.
- Od kiedy zaczynasz
bawić się ogniem – mruknęła ruda, wpatrując się z uwagą w moje tęczówki, z
pomocą latarki, która sprawiła, że nie widziałam nic oprócz czarnych plamek.
Przemilczałam to, co
powiedziała, doskonale wiedząc, do czego dąży. Jeśli myślała, że miałam zamiar
od razu rozpocząć temat o wczorajszym wydarzeniu to musiała się rozczarować.
- Dobra. – Odsunęła
się ode mnie i odłożyła latarkę na stolik nocny, nie odrywając ode mnie
czujnych niebieskich oczu.
- Która jest? –
Mrugałam przez kilka sekund, starając się pozbyć z pola widzenia denerwujących
kropek.
Liz zerknęła na
zegarek na swojej ręce. – Piętnaście po szóstej.
- Rano? – Dopiero po
chwili uświadomiłam sobie, że w moim głosie zabrzmiała nadzieja.
- Wieczorem –
odparła Lizzie, przenosząc wymowny wzrok na Angie, a ona posłała jej zirytowane
spojrzenie. Nie wiedziałam, o co może chodzić, ale naprawdę mało mnie to teraz
obchodziło.
Starałam się
wymyślić jakąś dobrą wymówkę na to, co wczoraj się stało. Ognista ospa? Chyba
już na to się nie nabiorą. Ból głowy, który kompletnie mnie zaćmił? Zbyt
dramatyczne. Zmęczenie? Nie, w to na pewno nie uwierzą.
Cholera.
Poczułam na nogach
ciężar, którym była Liz, sadowiąca się na moim łóżku pod ścianą, z nogami na
moich. Wciąż nie puszczała mojej dłoni, przekrzywiając głowę w bok i wpatrywała
się we mnie wielkimi, zatroskanymi czekoladowymi oczami. Odwzajemniłam
spojrzenie, piorunując ją wzrokiem, by przestała gapić się na mnie, ale ona
podniosła tylko wyzywająco brwi, pokazując mi, że nie podda się. Wywróciłam
oczami i spojrzałam na Agnes, dostrzegając jeszcze uśmieszek na ustach Liz.
Ta krótka zwykła
chwila sprawiła, że niewidzialna ręka jeszcze mocniej zacisnęła się na moim
sercu, powstrzymując przed, możliwie, najgorszym błędem w moim życiu.
Natomiast Angie
wpatrywała się uporczywie w swoje dłonie spoczywające na jej kolanach odzianych
w ciemne dżinsy. Wmawiałam sobie, że ona wcale nie unika mojego wzroku, bo
czemu miałaby to robić? Nie mogła o niczym wiedzieć. Nie mogła, prawda?
Potrzebowałam
natychmiast Alice.
- Słuchaj, Cat… -
zaczęła Agnes, ale przerwałam jej niegrzecznie, dostrzegając, podczas mojego
nerwowego obchodu wzrokiem pokoju, połysk czerwonego kamienia na biurku.
- Możesz podać mi
medalion?
- Co? – Podniosła
zdziwiona wzrok.
- Mój medalion. Leży
tam – z zadziwiającym wysiłkiem podniosłam ramię i wskazałam palcem medalik –
możesz mi to podać? Uspokaja mnie.
Podczas gdy Ag
podniosła się z krzesła ustawionego obok mojego łóżka i podeszła do biurka
zerknęłam przelotnie na Liz i zauważyłam jej dziwne spojrzenie. Nim zdążyłam
zapytać, o co chodzi, ubiegła mnie.
- Medalion cię uspokaja?
Skinęłam głową.
- Nie wystarczy ci
nasza obecność? – Zadała kolejne pytanie, lecz tym razem ton jej głosu wyraźnie
wskazywał, że jest urażona.
- Tu nie chodzi o
was – mruknęłam, uciekając wzrokiem od jej przenikliwego spojrzenia.
- A o co? Czy może,
o kogo? – Kątem oka zauważyłam, jak zaciska mocno wargi. – Co się dzieje, Cat?
Masz jakieś problemy, o których nie chcesz nam powiedzieć? Od kilku tygodni coś
się z tobą dzieje, nie zaprzeczaj. Już nie mówię o tym, że ani razu nie
wspomniałaś mi lub Agnes o twojej przygodzie z Dallasem w bibliotece… albo
gdzie znikasz nocami. – Na te słowa gwałtownie zbladłam, a Liz to zauważyła. –
Tak, wiem o tym. W końcu jestem zmiennokształtną z wyostrzonym słuchem, a w
dodatku ostatnio nie mam snu, więc słyszałam jak wymykasz się nocami z pokoju.
Być może to nie nasza sprawa, ale jesteś naszą przyjaciółką i chcemy wiedzieć
czy coś jest nie tak…
Głupia, głupia,
głupia. Jak mogłam nie przewidzieć tego, że Lizzie dowie się o moich
wieczornych schadzkach? Przecież ma pokój obok mnie!
Idiotko, po co w ogóle dawałaś się wyprowadzać Alice
do lasu na te durne ćwiczenia?! –
skarciłam się w myślach.
- Proszę. – Angie
pomogła mi podnieść pulsującą głowę z poduszki i nałożyła mi medalion.
Alice!
Cat? Dobrze cię słyszeć – westchnęła z ulgą Ally.
Naprawdę? Zresztą…
pogadamy o tym później. Teraz powiedz mi, co się wtedy stało. A przynajmniej,
co mam powiedzieć przyjaciołom.
- Cat? – Teraz Liz
wraz z Agnes patrzyły na mnie nagląco, oczekując jakiejś odpowiedzi.
- Wszystko jest w
jak najlepszym porządku – powiedziałam, obracając w palcach medalik i oparłam
się wygodniej o poduszkę, z ulgą witając coraz mniejsze niewidzialne obciążenie
mojego ciała.
- Nie wydaje mi się
– rzekła niedowierzającym tonem Agnes, wodząc ze skupieniem językiem po wargach
i krążyła spojrzeniem po pokoju, zastanawiając się nad czymś.
Alice, szybko. Zaraz
mogą zacząć się niewygodne pytania, a ja nie chcę ich za dużo okłamywać. W
ogóle nie chcę tego robić.
Ale musisz.
Wiem – warknęłam, by
zaraz się opanować. Mimo wszystkich moich głupich myśli, to nie Alice była temu
wszystkiemu winna. Ona była tylko częścią tego całego szaleństwa, tak jak ja.
- Zemdlałaś już dwa
razy w ciągu dwóch miesięcy, Cat, to nie jest normalne. Tak samo jak…
- To jest normalne – sprzeciwiłam się cicho,
lecz stanowczo. – Ostatnio jestem przemęczona i mało jem, ale to nie oznacza,
że jest ze mną coś nie tak.
- Poczekaj, nie
dałaś mi dokończyć… - Znowu spróbowała Lizzie, ale westchnęłam głęboko,
przymykając powieki, co zwróciło jej uwagę. – Co jest?
- Nic, po prostu
zakręciło mi się w głowie – mruknęłam, przykładając ciężką dłoń do czoła, które
było rozgrzane. Kiedy z tyłu głowy powoli dochodziły do mnie ciche szepty,
zacisnęłam mocniej powieki.
- Możecie mnie
zostawić samą? Do jutra. Chciałabym pobyć sama i odpocząć. – Spojrzałam na nie
błagająco spod powiek. Agnes wyraźnie się wahała, Liz także.
Powiedz im, że zjadłaś rano papryczkę chilli, a ona
wywołała u ciebie skutki uboczne, bo jesteś na nią uczulona.
Otworzyłam oczy,
słysząc tę radę i wolno przełknęłam ślinę.
- Przepraszam za te
wczorajsze… Zwyczajnie zapomniałam, jak to ja, że jestem uczulona na papryczkę
chilli, a wczoraj zjadłam ją na obiad. Chyba to wywołało ten ogień. Naprawdę
przepraszam, że przysporzyłam wam tyle strachu. – Przybrałam przepraszający
wyraz twarzy, ale nie podnosiłam na przyjaciółki wzroku w obawie, że odkryją w
moich oczach kłamstwo. Głos, na szczęście, mnie nie zawiódł, był cichy i
nieśmiały, właśnie taki, jaki miałam, gdy przepraszałam.
Przez chwilę w
pokoju panowała cisza, aż w końcu poczułam jak Agnes i Lizzie przytulają się do
mnie w obydwu stron, a mnie zakłuły oczy.
- Przepraszam –
szepnęłam, odwzajemniając ich uścisk i pociągając równocześnie nosem. Tym razem
nie przepraszałam tylko za wczorajsze. Przepraszałam za to, co musiałam im
zrobić, że po tylu latach szczerości miałam zacząć je okłamywać.
- Nie przepraszaj –
odszepnęła Liz.
- Ważne, że żyjesz,
tylko to się dla nas liczy – dodała Angie.
- No i że nie
będziesz miała przed nami żadnych mrocznych tajemnic. Tego byśmy tobie nie
wybaczyły, prawda, Ag? – zażartowała Lizzie, odrywając się ode mnie, moment
później zrobiła to też ruda.
- Chcemy, żebyś była
szczęśliwa i bezpieczna. Jeśli coś ci grozi lub masz jakieś problemy…
- To na nas zawsze
możesz liczyć – dokończyła za Agnes moja kuzynka. – Jesteśmy twoimi przyjaciółkami,
na dobre i na złe, po prostu o tym pamiętaj.
Zanim zdążyłam
cokolwiek powiedzieć Ag spojrzała z uśmiechem na Liz.
- Czasami czuję,
jakbyś była moją zaginioną siostrą bliźniaczką.
- Ty nie masz
zaginionej siostry bliźniaczki.
- No właśnie.
Obydwie parsknęły
śmiechem, a ja zamknęłam oczy, rozkoszując się miękkością poduszki, którą
dopiero teraz zaczynałam odczuwać. Nieoczekiwanie ogarnęła mnie senność.
- Do jutra, Cat –
szepnęła Agnes przy moim uchu, całując mnie po policzku. Po chwili na czole
również poczułam delikatne muśnięcie czyichś ust, a po zapachu perfum poznałam,
że to Liz.
- Dobranoc, słońce.
Przed tym jak ledwo
słyszalnie kliknęły zamykane drzwi usłyszałam cichy głos Liz.
- Coś jest z tym jej
medalionem.
***
Kilka tygodni
później wszystko wróciło do normy. Prawie wszystko.
Lizzie znowu śmiała
się, była złośliwa, a równocześnie słodka, tak jak przed rozpoczęciem roku
szkolnego.
Ethan wraz z Willem
i Mattem znowu mogli poświęcić swoją całkowitą uwagę nauce, choć i tak tego nie
robili.
Agnes coraz częściej
wymykała się wieczorami do swojego chłopaka, uparcie twierdząc, że po prostu
lubi wieczorne spacery po terenie szkoły. Jednak razem z Liz jednego wieczora
przeszłyśmy niemal całe tyły szkoły, a naszej przyjaciółki nigdzie nie było, co
mówiło samo za siebie.
Wszystko byłoby w
normie, gdyby nie parę rzeczy.
Po pierwsze – jakieś
dwa tygodnie po moim wypadku z ogniem, Peter Jenkins, chłopak z pierwszego
roku, znalazł w swoim pokoju jakiegoś martwego kota, a dwa dni później
znaleziono martwe ciało jego ojca. Gdy się o tym dowiedziałam, czułam
jednocześnie ulgę - bo nie musiałam znów mierzyć się z tymi problemami – i
przerażenie, ponieważ jednak Will miał rację, co do tych kotów. Jeżeli jednak
ja nie byłam jedyną ofiarą tego przypadku, to czy to oznaczało, że jakiś
morderca naprawdę zbliża się do naszej szkoły? Starałam się o tym nie myśleć.
Po drugie – Matt
zaczął dziwnie zachowywać się w stosunku do mnie. Początkowo myślałam, że
obrażony jest, iż nie powiedziałam mu o sytuacji z Dallasem, ale on nawet o tym
nie wspomniał. Ogólnie mało ze mną rozmawiał i popołudniami gdzieś znikał,
zupełnie tak jak Agnes, ale wiedziałam, że ona chodzi do swojego faceta, a
Matt? Raz się go o to zapytałam, to najzwyczajniej w świecie mnie spławił i to
była nasza ostatnia rozmowa na osobności. Szczerze nie miałam pojęcia, o co
może mu chodzić.
I po trzecie – ogień
nadal we mnie buzował w nerwowych sytuacjach. Alice wyjaśniła mi, że tamto
wydarzenie przy jeziorze spowodowane było zwiększoną adrenaliną. Spytałam się jej
wtedy, czy teraz nie będę mogła sobie nawet pobiegać, na co odparła, że będę
mogła, tylko muszę najpierw perfekcyjnie opanować moc, która nieustannie we
mnie płynęła.
Zatem Alice nadal
ćwiczyła ze mną mentalnie w niektóre wieczory, lecz już nie wymykałam się do
lasu, tylko ćwiczyłam w pokoju, starając się niczego nie spalić, co nie zawsze
się udawało.
Dzisiejszego
listopadowego dnia byłam całkiem radosna, widząc za oknem, dawno niewidziane,
słońce, które wychylało się zza szarych chmur, otulając promieniami zziębnięty
ogród szkolny. Niestety słońce o tej porze roku nie dawało jeszcze
dostatecznego ciepła, lecz sam jego widok nastrajał mnie do pozytywnego życia.
Właśnie czytałam
jakąś nudną książkę o starożytnych wojnach na zachodzie stanu, kiedy usłyszałam
pośpieszne kroki, które, co podpowiadał mi umysł, zmierzały do mojego pokoju.
Już zadziwiające
było to, że słyszałam kroki na schodach. To była jedna z tych dziwnych rzeczy
ostatnich tygodni – słyszałam różne szelesty, głosy, hałasy z odległości kilku
kilometrów, a przecież nie przemieniłam się w wampira, wilkołaka czy inną tego
typu istotę.
Gdy kroki zatrzymały
się tuż pod moimi drzwiami rzuciłam ciche „wejdź”, a do pokoju wpadła Lizzie.
Zadyszana dziewczyna
pochylając się, oparła dłonie na kolanach i wymamrotała coś pomiędzy
sapnięciami, czego nie zrozumiałam.
- Co mówisz?
- Musisz… iść… ze…
ze… mną… natychmiast! – wysapała, trzymając rękę na piersi.
- Gdzie i po co? –
mruknęłam obojętnie, ze znudzeniem przewracając kolejne kartki niezwykle
wciągającej lektury.
- Na… na… do-dole…
Po prostu musisz ze mną iść! – Wzięła parę głębokich wdechów i wyprostowała się
w końcu, patrząc na mnie z przejęciem. Kiedy już wypieki zniknęły z jej twarzy,
zobaczyłam, jaka jest blada.
Odłożyłam ostrożnie
książkę na bok, zsunęłam nogi z łóżka i przyjrzałam się jej uważniej.
- Co się stało, Liz?
Podeszła do mnie
powoli i złapała za rękę, nie odrywając ode mnie rozszerzonych tęczówek.
- Liz! Co się
dzieje? – spytałam, spanikowana jej zachowaniem.
- Zobaczysz, chodź
ze mną. – Pociągnęła mnie w stronę drzwi, ale widząc, że nie mam zamiaru ruszyć
się bez wyjaśnienia, założyła zabłąkany kosmyk włosów za ucho i wywróciła
nerwowo oczami.
- Matt bije się z
Dallasem – wydukała na jednym wydechu, a mnie zabiło mocniej serce.
- Co?! – wrzasnęłam.
– Gdzie? Czemu? Jak? – Spróbowałam
wyrwać rękę z jej uścisku, lecz ten się zacieśnił.
- Uspokój się. Nerwy
nic ci nie dadzą. – Odetchnęła głęboko. – Na jednym z korytarzy prowadzących do
holu, nie wiem jeszcze, dlaczego i normalnie się biją.
- Bez magii?
- Bez. Normalnie.
Mój oddech
przyśpieszył, tak jak puls, a w żyłach poczułam znajome ciepło, ale było na
tyle słabe, że zdołałam je wycofać. Przynajmniej lekcje z Ally na coś się
przydały.
- Zaprowadź mnie tam
– powiedziałam szybko. Lizzie znowu wywróciła oczami, tym razem wyglądając
bardziej jak ona.
- Właśnie to, od
kilku minut, próbuję zrobić. – Pociągnęła mnie za sobą i po paru minutach biegu
mogłam już zobaczyć niewielką grupkę uczniów zgromadzonych wokół, nie byle
jakiego, zdarzenia. W końcu rzadko zdarzało się, żeby ktoś walczył bez magii.
Przeciskając się
przez rozentuzjazmowany tłum, zastanawiałam się, o co oni, do cholery, mogą się
bić.
Pomyśl, Cat. O kogo oni mogą się bić, co?
W tym momencie mi
nie pomagasz, Alice.
Nawet nie próbuję.
Wielkie dzięki –
sarknęłam w duchu, a gdy już przedarłam się na sam środek kręgu, bez wahania
podeszłam do dwójki kretynów bijących się w miejscu publicznym.
- Matt! – zawołałam
akurat w momencie, gdy jasnowłosy cisnął pięścią w twarz Dallasa, który uchylił
się i odwzajemnił ciosem, który miał trafić w żołądek Matta, jednak chybił
właśnie przez mój głos.
- Co wy robicie, do
cholery?!
- Nie widać? –
warknął Eric, krążąc wokół siebie razem z moim przyjacielem.
- Dlaczego się
bijecie? – spytałam zdenerwowana, patrząc na Matta, który wpatrywał się z
determinacją i złością w swojego przeciwnika.
- Nie domyślasz się?
– odpowiedział mi znów Dallas, uśmiechając się szyderczo do Matta. – Nie
mówiłeś jej, kolego?
- Nie ciebie pytam,
do diabła! – krzyknęłam do niego. – Matt!
- Idź stąd, Cat –
powiedział w miarę spokojnie Matthew, a ja zacisnęłam ze złością zęby.
- Nie, macie w tej
chwili przestać, rozumiecie!? – Próbowałam przekrzyczeć skandujący tłum,
jednocześnie szukając kogoś znajomego w tłumie, ale Liz nagle zniknęła. Miałam
nadzieję, że poszła po jakieś wsparcie, bo ja sama – biorąc pod uwagę ludzi
naokoło, którzy wcale nie byli oburzeni bójką – nie mogłam nic zaradzić.
- Matthew! –
wrzasnęłam kolejny raz, lecz zignorował mnie i znowu wycelował cios w twarz
bruneta, tym razem trafiając. Dallas nawet nie mrugnął, tylko zamachnął się
pięścią i chybiłby kolejny raz, gdybym nie stała tak blisko.
Bo trafił we mnie.
Krzyknęłam, kiedy
poczułam mocne uderzenie w okolicy kości policzkowej i lewego kącika ust, a
siła ciosu powaliła mnie do tyłu.
Wszystko nagle
ucichło, nie wiedziałam co się dzieje, przez mroczki, które pojawiły mi się
przed oczami. Dopiero po chwili tłum znów zaczął krzyczeć i skandować, a moja
twarz została delikatnie uniesiona do góry.
Podniosłam powoli
powieki, próbując odmrugać szybko łzy, które napłynęły mi do oczu od bólu i
dostrzegłam przed sobą dobrze znane ciemnozielone oczy, które oceniały miejsce
po uderzeniu. Will przejechał lekko kciukiem po bolącym policzku i podniósł
się, ale przed tym dostrzegłam czerwień na jego palcu.
Spojrzałam przed
siebie i zobaczyłam, że Matt praktycznie leży na Ericu, z którego nosa tryskała
krew. Chłopak wpatrywał się we mnie z przerażeniem.
- Zabierz ją stąd –
powiedział Will do Matta, pomagając mu wstać z Dallasa.
Matt otworzył usta,
żeby coś powiedzieć, ale przyjaciel spojrzał na niego zmrużonymi oczami, w
których płonęły iskry gniewu. Jasnowłosy natychmiast wszystko zrozumiał,
podszedł do mnie, objął rękoma w pasie i podniósł do pozycji stojącej. Szybko
wyprowadził mnie z tego tłumu.
***
- To było idiotyczne, wiesz o tym?
Matt nie odpowiedział, ale spuścił
wzrok, najwyraźniej nie chcąc patrzeć w moje wściekłe oczy.
Tak, byłam na niego
wściekła, ale nie tak jak na Erica i na siebie. Jak mogłam dopuścić do tego, że
sama od niego dostałam? Jak mogłam
dopuścić, żeby ci dwaj bili się… o mnie?! I czemu mieli to robić.
Podniosłam ręką
brodę Matthewa do góry i otarłam wacikiem z wodą utlenioną jego brew, z której
sączyła się gęsta krew. Widziałam po twarzy przyjaciela, że stara nie krzywić
się z bólu, co słabo mu wychodziło. Cóż, musiał pocierpieć po tej głupocie, nie
zamierzałam ułatwiać mu życia czarami, a i on nie starał się sam uleczyć.
- Kto kazał ci z nim
się bić?
- Nikt – mruknął
zirytowany, nie otwierając oczu.
- Więc po co to
zrobiłeś? – Rzuciłam na łóżko brudny wacik i usiadłam obok chłopaka, żeby
przetrzeć teraz jego dłoń, której skóra pękła od mocnego walnięcia Dallasa w
nos. Po jego rękach było widać, że rzadko kiedy się bił czy też robił inne
ciężkie prace. Były twarde, lecz gładkie, nie spracowane. Po chwili zdałam
sobie sprawę, że gapię się na dłonie przyjaciela, zatem gdy już opatrzyłam jego
rękę, szybko ją puściłam, a Matt nie spuszczał ze mnie wzroku, jak teraz
zauważyłam.
- Powiedz mi, czemu
biłeś się z nim? – Podniosłam na niego zmęczone spojrzenie, powstrzymując
odruch dotknięcia policzka, na którym powstał siniak.
Matt nie
odpowiedział od razu, tylko wziął z apteczki kawałek wacika, nasączył go wodą
utlenioną i przyłożył go delikatnie do lewego kącika moich ust, gdzie dostałam
od Dallasa. Zastanawiałam się, czemu na mnie nie użył zaklęcia uzdrowienia,
choć ja sama i siebie chciałam ukarać tym za swoją głupotę pchania się pomiędzy
dwóch walczących mężczyzn.
- Ciągle cię
krzywdzi – powiedział cicho, podążając wzrokiem za ręką, która obmywała mój
policzek z krwi.
- Matt, jest dużo
osób w moim życiu, które mnie skrzywdziły i umiem sama sobie z nimi poradzić –
rzekłam, wpatrując się w małą zmarszczkę znaczącą jego czoło.
- Ale zależy mi na
tobie i nie chcę patrzeć na twój ból.
Westchnęłam cicho.
- Mi także na tobie
zależy, ale nie znaczy to, że mamy samych siebie krzywdzić, by drugie było
nietknięte.
- O to właśnie
chodzi, Cat. Jeśli nam na kimś zależy i chcemy ich ochronić, to zrobimy
wszystko, byleby oni nie zostali skrzywdzeni. Weźmiemy na siebie wszystko –
powiedział jasnowłosy, patrząc mi intensywnie w oczy, a ja przypomniałam sobie,
co postanowiłam miesiąc temu.
Ochronię moich przyjaciół, nawet ceną śmierci czy
końca przyjaźni. Wszystko, tylko żeby nic im się nie stało.
Czując napływające
do oczu łzy, spuściłam wzrok i przytknęłam palce do kącika ust, tam gdzie
jeszcze przed chwilą był wacik.
- Przepraszam za to.
Gdy spojrzałam na
niego zdziwiona, wskazał na moją ranę.
- W pewnym sensie to
przeze mnie dostałaś. Chciałem rozerwać Dallasa na strzępy, ale…
- Nie, Matt, nie
możesz niszczyć sobie życia przez jakiegoś palanta. Nie warto.
- Uderzył cię. –
Zmarszczył brwi, wpatrując się w mojego siniaka, jakby to wszystko wyjaśniało.
- No i co? Ja nie
jestem wiele warta od niego…
- Wcale nie.
Matt niespodziewanie
odgarnął spocone włosy z mojego czoła, a ja zdobyłam się na leciutki uśmiech,
zaintrygowana.
- Czemu tak uważasz?
Przekrzywił głowę,
przybliżając się do mnie.
- Jesteś piękna,
mądra, wrażliwa, elokwentna i…
- No, już nie
przesadzaj. – Zaśmiałam się nerwowo, czując napływające ciepło do policzków.
- …chyba się
zakochałem – dokończył. Zanim mogłabym choćby osłupieć, dotknął ciepłymi
wargami moich, a mnie gwałtownie zakręciło się w głowie. Po odrętwieniu w końcu
coś poczułam, czyli to jak z niezwykłą delikatnością Matt dotyka miękkimi
ustami moich, żeby nie za bardzo naruszyć mojej spuchniętej wargi, jak splata
na chwilę swoje palce ze swoimi, by po chwili je rozplątać i odsunąć się ode
mnie z dziwnym błyskiem w jaśniejących oczach.
Wpatrywałam się w
niego spod przymkniętych powiek, zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć.
- Niepotrzebnie ci
to teraz mówiłem, jesteś… - powiedział coś, czego jednak nie dosłyszałam. Mój
mózg rejestrował tylko to, że patrzyłam na jego usta, jakbym zobaczyła je po
raz pierwszy. Albo jakbym poczuła je
po raz pierwszy, bo tak właśnie było.
- W każdym razie
przepraszam i już sobie idę.
Dopiero po paru
sekundach zorientowałam się, że Matthew wyszedł z mojego pokoju, pozostawiając
za sobą uchylone drzwi. Otworzyłam usta, dotykając swoich warg, które czuły
jeszcze ciepły dotyk chłopaka i spojrzałam raz jeszcze na drzwi.
- Matt! – zawołałam
i po chwili wybiegłam z pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz