wtorek, 6 listopada 2012

7


     Obudził mnie przeraźliwy trzask, po którym nastąpiło głośne przekleństwo, za które osobnik, który śmiał zakłócić mój błogi sen, został opierzony. Delikatny głos, teraz zirytowany, bez wątpienia należał do Agnes, a tego drugiego nie umiałam rozpoznać; wiedziałam jedynie, że był męski. Może gdyby nie te szepty i szumy w głowie to mogłabym się skupić na tym, co działo się w tym pokoju, ale nie potrafiłam.
- Byłaś wczoraj w…
- Nie gadaj…!
- Stary, naprawdę nie…
- A on do mnie, że jestem…
Głowa pękała mi od tych wszystkich głosów, a nawet nie wiedziałam skąd one się biorą. Z tego, co zdążyłam się zorientować, w tym pomieszczeniu, gdzie przebywałam ja, były tylko dwie osoby, a nie dziesięć! W dodatku ten ból we wszystkich kończynach…
Spróbowałam podnieść powieki, lecz wydawały się być z ołowiu. Zaczynałam panikować, bo to samo było z innymi częściami mojego ciała.
- Co z nią? – Dosłyszałam ten sam męski głos, co wcześniej, w którym brzmiała troska. Był to Matt, byłam już tego pewna.
- Nie obudziła się od wczoraj. Coraz bardziej się martwię. – Głos mojej przyjaciółki drżał pod wpływem emocji. Czułam jak jej chłodna dłoń zaciska się na moich palcach z siłą imadła, lecz nie odczuwałam bólu, którego się spodziewałam. Było tylko lekkie mrowienie, które koiło moje ciało. Agnes znowu odezwała się niepewnym tonem. – Czy nie lepiej byłoby…
- Nie – odpowiedział jej Matt, zanim ta dokończyła pytanie. Chyba domyślił się, o co jej chodzi. – Lepiej, żeby nauczyciele ani nikt inny nie dowiedział się o tym, co wczoraj zaszło.
- Ale… - Angie próbowała coś powiedzieć, ale przerwał jej nowy, cichy głos, dobywający się z odległości kilku metrów ode mnie, który rozpoznałabym nawet wśród wrzawy.
- Matt ma rację, Ag – powiedziała Liz. – Jeśli jakiś nauczyciel dowie się o tym, zabronią nam zbliżać się do niej, dopóki sami nie wyciągną od niej, co tam się wydarzyło. Albo wciągną ją w coś większego, już ja ich znam. – Zaśmiała się do siebie cicho, jakby coś sobie przypomniała. – Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru oddawać jej im pod opiekę.
- A co jeśli sama się nie obudzi? Jeśli to coś poważniejszego, niż zwykłe „zmęczenie”? – spytała kwaśnym tonem Agnes.
Usłyszałam ciężkie westchnienie.
- Miejmy nadzieję, że jednak jeszcze dzisiaj oprzytomnieje.
Miałam ochotę już teraz im powiedzieć, że jestem przytomna i nic mi nie jest, lecz głos nie chciał wydobyć się z mojego gardła. Kończyny nie chciały choćby drgnąć, co szczerze mnie niepokoiło. Omdlenie, okej, to nic wielkiego. Ale żebym teraz nie mogła w ogóle się poruszyć, odezwać? Czułam się, jak sparaliżowana jakimś zaklęciem, którym wcale nie dostałam.
Ally? – zawołałam w przestrzeń swojego umysłu, ale nikt mi nie odpowiedział.
Musieli ściągnąć mi medalion, a szkoda. Może przynajmniej z Kapłanką mogłabym spokojnie porozmawiać o tym, co zaszło, jeśli nie mogłam odezwać się do przyjaciół.
- Jesteście pewni, że ten ogień wywołała Cat? – zapytała Liz, w której głosie słychać było niepokój jak i zafascynowanie.
- Stuprocentowo nie, ale sposób, w jaki zachowywała się przed tym… coś jej było. Poza tym ta sytuacja z Ericiem była trochę podobna.
- Jaka sytuacja z Ericiem? – odezwał się nagle Matt, a mnie ścisnęło się serce. Więc jeszcze nie wiedział? Znając go na pewno będzie zły, albo i nawet rozczarowany, że nie powiedziałam mu, kto spowodował, że wznieciłam pożar w bibliotece.
- W bibliotece. Nic nie wiesz? – Agnes przybrała ostrożny ton, który jednocześnie świadczył o jej zaskoczeniu.
- Jaka sytuacja w bibliotece z Ericiem? O czym ty gadasz? – dołączyła się do pytania Lizzie.
O cholera, Liz też nic nie wie? Miałam przechlapane. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy jednak nie pozostać nieprzytomną przez jakiś tydzień.
- No - mruknęła niepewnie Agnes – jakiś czas temu podobno Cat podpaliła Dallasa w bibliotece. Niby to tylko plotka, którą rozpuścił Eric, ale coś każe mi wierzyć, że Cat byłaby do tego zdolna, gdyby ją zmusił. Cat mi nic o tym nie wspominała, ale myślałam, że też to usłyszeliście z plotek. A przynajmniej sądziłam, że ty, Matt, o tym wiesz, bo ostatnio przez prawie cały czas z nią przebywałeś.
- Nic mi nie powiedziała – powiedział cicho. Pewnie teraz myślał o tym dniu, kiedy znalazł mnie wśród płonących regałów.
Zacisnęłam mocniej powieki. Byłam pewna, że teraz moi przyjaciele będą chcieli wyciągnąć ze mnie prawdę. Mogłam albo ich okłamać, albo powiedzieć o tym, że jestem Wybraną i narazić ich na niebezpieczeństwo związane z tą wiedzą. Nie mogłam im tego zrobić, nie chciałam, bo zbyt bardzo ich kochałam.
Więc pozostało mi kłamanie? Tego również nie chciałam robić.
Wiedza o tym, że jestem Wybranką Ognia mogła skazać ich na śmierć, a kłamstwo zniszczyć naszą przyjaźń. Co było gorsze? Oczywiście, że śmierć. Wolałam, żeby moi przyjaciele żyli, nie odzywając się do mnie, niżbym miała potencjalnie ich zabić, za co później obwiniałabym się do końca życia.
Wydawało się to takie łatwe w głowie – postanowienie, że ich wszystkich okłamię – lecz wcale takie nie było. Prędzej czy później domyślą się, że coś przed nimi ukrywam i nie dadzą mi spokoju. I gdy już dowiedzą się, że ich okłamałam, będą wściekli. Ale to mogłam przeżyć. Musiałam, żeby przeżyli oni.
Łzy zebrały mi się pod powiekami. Naprawdę nie chciałam tego wszystkiego. Wszystkiego, czyli bycia Wybraną. To był dla mnie zbyt wielki obowiązek; przez to mogłam stracić przyjaciół, nawet swoje życie. Musiałam okłamywać i krzywdzić innych – o ironio, dla ich dobra – a jednocześnie samą siebie. To niesprawiedliwe. Czemu ten głupi obowiązek uratowania świata spadł akurat na mnie? Na zwykłą osobę z własnymi problemami, która chce normalnego życia?
Nagle zrobiło mi się zimno bez powodu. A może dlatego, że zbierało mi się na płacz? Często tak miałam. Choć mogła to też być gorączka.
W uszach mi zaszumiało, gdy znowu próbowałam podnieść powieki. Nieznajome głosy ponownie zaczęły narastać w mojej głowie.
- Ale, Diana…
- I wtedy ona…
- Muszę na chwilę wyjść. – Ten głos należał do Matthewa.
- Matt…
- Liz, zaczekaj! – zawołała niespodziewanie Agnes do Lizzie, jakby ta miała zamiar wyjść za chłopakiem. – Cicho, spójrz… po prostu patrz na nią, no!
Nie poświęcałam dziewczynom większej uwagi, zajęta wypychaniem natrętnych głosów z mojej głowy. W pewnym momencie musiałam sapnąć głośno, czując w skroni głębokie ukłucie, jakby ktoś wbił mi tam gwoździa.
Po chwili – a może kilku godzinach? – wszystko minęło, jak za machnięciem różdżki. Niemal się uśmiechnęłam, gdy mogłam zacisnąć rękę w pięść i otworzyć oczy, które jednak zaraz zamknęłam oślepiona rażącym światłem latarki, która wisiała nad moją głową.
- Och, dzięki Bogu. – Lizzie westchnęła z ulgą, łapiąc mnie za lewą ręką i ścisnęła ją lekko.
- Jeszcze nie dziękuj. Pokaż oczy, Cat – powiedziała do mnie Agnes i podświadomie wiedziałam, że nadal celuje latarką w moją twarz, poza tym czułam ciepło od jej światła na skórze.
- To zabierz to cholerstwo – wychrypiałam.
- Najpierw muszę sprawdzić twoje oczy.
- A od kiedy z ciebie jest taka lekarka? – jęknęłam, powoli uchylając powieki.
- Od kiedy zaczynasz bawić się ogniem – mruknęła ruda, wpatrując się z uwagą w moje tęczówki, z pomocą latarki, która sprawiła, że nie widziałam nic oprócz czarnych plamek.
Przemilczałam to, co powiedziała, doskonale wiedząc, do czego dąży. Jeśli myślała, że miałam zamiar od razu rozpocząć temat o wczorajszym wydarzeniu to musiała się rozczarować.
- Dobra. – Odsunęła się ode mnie i odłożyła latarkę na stolik nocny, nie odrywając ode mnie czujnych niebieskich oczu.
- Która jest? – Mrugałam przez kilka sekund, starając się pozbyć z pola widzenia denerwujących kropek.
Liz zerknęła na zegarek na swojej ręce. – Piętnaście po szóstej.
- Rano? – Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że w moim głosie zabrzmiała nadzieja.
- Wieczorem – odparła Lizzie, przenosząc wymowny wzrok na Angie, a ona posłała jej zirytowane spojrzenie. Nie wiedziałam, o co może chodzić, ale naprawdę mało mnie to teraz obchodziło.
Starałam się wymyślić jakąś dobrą wymówkę na to, co wczoraj się stało. Ognista ospa? Chyba już na to się nie nabiorą. Ból głowy, który kompletnie mnie zaćmił? Zbyt dramatyczne. Zmęczenie? Nie, w to na pewno nie uwierzą.
Cholera.
Poczułam na nogach ciężar, którym była Liz, sadowiąca się na moim łóżku pod ścianą, z nogami na moich. Wciąż nie puszczała mojej dłoni, przekrzywiając głowę w bok i wpatrywała się we mnie wielkimi, zatroskanymi czekoladowymi oczami. Odwzajemniłam spojrzenie, piorunując ją wzrokiem, by przestała gapić się na mnie, ale ona podniosła tylko wyzywająco brwi, pokazując mi, że nie podda się. Wywróciłam oczami i spojrzałam na Agnes, dostrzegając jeszcze uśmieszek na ustach Liz.
Ta krótka zwykła chwila sprawiła, że niewidzialna ręka jeszcze mocniej zacisnęła się na moim sercu, powstrzymując przed, możliwie, najgorszym błędem w moim życiu.
Natomiast Angie wpatrywała się uporczywie w swoje dłonie spoczywające na jej kolanach odzianych w ciemne dżinsy. Wmawiałam sobie, że ona wcale nie unika mojego wzroku, bo czemu miałaby to robić? Nie mogła o niczym wiedzieć. Nie mogła, prawda?
Potrzebowałam natychmiast Alice.
- Słuchaj, Cat… - zaczęła Agnes, ale przerwałam jej niegrzecznie, dostrzegając, podczas mojego nerwowego obchodu wzrokiem pokoju, połysk czerwonego kamienia na biurku.
- Możesz podać mi medalion?
- Co? – Podniosła zdziwiona wzrok.
- Mój medalion. Leży tam – z zadziwiającym wysiłkiem podniosłam ramię i wskazałam palcem medalik – możesz mi to podać? Uspokaja mnie.
Podczas gdy Ag podniosła się z krzesła ustawionego obok mojego łóżka i podeszła do biurka zerknęłam przelotnie na Liz i zauważyłam jej dziwne spojrzenie. Nim zdążyłam zapytać, o co chodzi, ubiegła mnie.
- Medalion cię uspokaja?
Skinęłam głową.
- Nie wystarczy ci nasza obecność? – Zadała kolejne pytanie, lecz tym razem ton jej głosu wyraźnie wskazywał, że jest urażona.
- Tu nie chodzi o was – mruknęłam, uciekając wzrokiem od jej przenikliwego spojrzenia.
- A o co? Czy może, o kogo? – Kątem oka zauważyłam, jak zaciska mocno wargi. – Co się dzieje, Cat? Masz jakieś problemy, o których nie chcesz nam powiedzieć? Od kilku tygodni coś się z tobą dzieje, nie zaprzeczaj. Już nie mówię o tym, że ani razu nie wspomniałaś mi lub Agnes o twojej przygodzie z Dallasem w bibliotece… albo gdzie znikasz nocami. – Na te słowa gwałtownie zbladłam, a Liz to zauważyła. – Tak, wiem o tym. W końcu jestem zmiennokształtną z wyostrzonym słuchem, a w dodatku ostatnio nie mam snu, więc słyszałam jak wymykasz się nocami z pokoju. Być może to nie nasza sprawa, ale jesteś naszą przyjaciółką i chcemy wiedzieć czy coś jest nie tak…
Głupia, głupia, głupia. Jak mogłam nie przewidzieć tego, że Lizzie dowie się o moich wieczornych schadzkach? Przecież ma pokój obok mnie!
Idiotko, po co w ogóle dawałaś się wyprowadzać Alice do lasu na te durne ćwiczenia?! – skarciłam się w myślach.
- Proszę. – Angie pomogła mi podnieść pulsującą głowę z poduszki i nałożyła mi medalion.
Alice!
Cat? Dobrze cię słyszeć – westchnęła z ulgą Ally.
Naprawdę? Zresztą… pogadamy o tym później. Teraz powiedz mi, co się wtedy stało. A przynajmniej, co mam powiedzieć przyjaciołom.
- Cat? – Teraz Liz wraz z Agnes patrzyły na mnie nagląco, oczekując jakiejś odpowiedzi.
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku – powiedziałam, obracając w palcach medalik i oparłam się wygodniej o poduszkę, z ulgą witając coraz mniejsze niewidzialne obciążenie mojego ciała.
- Nie wydaje mi się – rzekła niedowierzającym tonem Agnes, wodząc ze skupieniem językiem po wargach i krążyła spojrzeniem po pokoju, zastanawiając się nad czymś.
Alice, szybko. Zaraz mogą zacząć się niewygodne pytania, a ja nie chcę ich za dużo okłamywać. W ogóle nie chcę tego robić.
Ale musisz.
Wiem – warknęłam, by zaraz się opanować. Mimo wszystkich moich głupich myśli, to nie Alice była temu wszystkiemu winna. Ona była tylko częścią tego całego szaleństwa, tak jak ja.
- Zemdlałaś już dwa razy w ciągu dwóch miesięcy, Cat, to nie jest normalne. Tak samo jak…
- To jest normalne – sprzeciwiłam się cicho, lecz stanowczo. – Ostatnio jestem przemęczona i mało jem, ale to nie oznacza, że jest ze mną coś nie tak.
- Poczekaj, nie dałaś mi dokończyć… - Znowu spróbowała Lizzie, ale westchnęłam głęboko, przymykając powieki, co zwróciło jej uwagę. – Co jest?
- Nic, po prostu zakręciło mi się w głowie – mruknęłam, przykładając ciężką dłoń do czoła, które było rozgrzane. Kiedy z tyłu głowy powoli dochodziły do mnie ciche szepty, zacisnęłam mocniej powieki.
- Możecie mnie zostawić samą? Do jutra. Chciałabym pobyć sama i odpocząć. – Spojrzałam na nie błagająco spod powiek. Agnes wyraźnie się wahała, Liz także.
Powiedz im, że zjadłaś rano papryczkę chilli, a ona wywołała u ciebie skutki uboczne, bo jesteś na nią uczulona.
Otworzyłam oczy, słysząc tę radę i wolno przełknęłam ślinę.
- Przepraszam za te wczorajsze… Zwyczajnie zapomniałam, jak to ja, że jestem uczulona na papryczkę chilli, a wczoraj zjadłam ją na obiad. Chyba to wywołało ten ogień. Naprawdę przepraszam, że przysporzyłam wam tyle strachu. – Przybrałam przepraszający wyraz twarzy, ale nie podnosiłam na przyjaciółki wzroku w obawie, że odkryją w moich oczach kłamstwo. Głos, na szczęście, mnie nie zawiódł, był cichy i nieśmiały, właśnie taki, jaki miałam, gdy przepraszałam.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza, aż w końcu poczułam jak Agnes i Lizzie przytulają się do mnie w obydwu stron, a mnie zakłuły oczy.
- Przepraszam – szepnęłam, odwzajemniając ich uścisk i pociągając równocześnie nosem. Tym razem nie przepraszałam tylko za wczorajsze. Przepraszałam za to, co musiałam im zrobić, że po tylu latach szczerości miałam zacząć je okłamywać.
- Nie przepraszaj – odszepnęła Liz.
- Ważne, że żyjesz, tylko to się dla nas liczy – dodała Angie.
- No i że nie będziesz miała przed nami żadnych mrocznych tajemnic. Tego byśmy tobie nie wybaczyły, prawda, Ag? – zażartowała Lizzie, odrywając się ode mnie, moment później zrobiła to też ruda.
- Chcemy, żebyś była szczęśliwa i bezpieczna. Jeśli coś ci grozi lub masz jakieś problemy…
- To na nas zawsze możesz liczyć – dokończyła za Agnes moja kuzynka. – Jesteśmy twoimi przyjaciółkami, na dobre i na złe, po prostu o tym pamiętaj.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Ag spojrzała z uśmiechem na Liz.
- Czasami czuję, jakbyś była moją zaginioną siostrą bliźniaczką.
- Ty nie masz zaginionej siostry bliźniaczki.
- No właśnie.
Obydwie parsknęły śmiechem, a ja zamknęłam oczy, rozkoszując się miękkością poduszki, którą dopiero teraz zaczynałam odczuwać. Nieoczekiwanie ogarnęła mnie senność.
- Do jutra, Cat – szepnęła Agnes przy moim uchu, całując mnie po policzku. Po chwili na czole również poczułam delikatne muśnięcie czyichś ust, a po zapachu perfum poznałam, że to Liz.
- Dobranoc, słońce.
Przed tym jak ledwo słyszalnie kliknęły zamykane drzwi usłyszałam cichy głos Liz.
- Coś jest z tym jej medalionem.


***


Kilka tygodni później wszystko wróciło do normy. Prawie wszystko.
Lizzie znowu śmiała się, była złośliwa, a równocześnie słodka, tak jak przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Ethan wraz z Willem i Mattem znowu mogli poświęcić swoją całkowitą uwagę nauce, choć i tak tego nie robili.
Agnes coraz częściej wymykała się wieczorami do swojego chłopaka, uparcie twierdząc, że po prostu lubi wieczorne spacery po terenie szkoły. Jednak razem z Liz jednego wieczora przeszłyśmy niemal całe tyły szkoły, a naszej przyjaciółki nigdzie nie było, co mówiło samo za siebie.
Wszystko byłoby w normie, gdyby nie parę rzeczy.
Po pierwsze – jakieś dwa tygodnie po moim wypadku z ogniem, Peter Jenkins, chłopak z pierwszego roku, znalazł w swoim pokoju jakiegoś martwego kota, a dwa dni później znaleziono martwe ciało jego ojca. Gdy się o tym dowiedziałam, czułam jednocześnie ulgę - bo nie musiałam znów mierzyć się z tymi problemami – i przerażenie, ponieważ jednak Will miał rację, co do tych kotów. Jeżeli jednak ja nie byłam jedyną ofiarą tego przypadku, to czy to oznaczało, że jakiś morderca naprawdę zbliża się do naszej szkoły? Starałam się o tym nie myśleć.
Po drugie – Matt zaczął dziwnie zachowywać się w stosunku do mnie. Początkowo myślałam, że obrażony jest, iż nie powiedziałam mu o sytuacji z Dallasem, ale on nawet o tym nie wspomniał. Ogólnie mało ze mną rozmawiał i popołudniami gdzieś znikał, zupełnie tak jak Agnes, ale wiedziałam, że ona chodzi do swojego faceta, a Matt? Raz się go o to zapytałam, to najzwyczajniej w świecie mnie spławił i to była nasza ostatnia rozmowa na osobności. Szczerze nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić.
I po trzecie – ogień nadal we mnie buzował w nerwowych sytuacjach. Alice wyjaśniła mi, że tamto wydarzenie przy jeziorze spowodowane było zwiększoną adrenaliną. Spytałam się jej wtedy, czy teraz nie będę mogła sobie nawet pobiegać, na co odparła, że będę mogła, tylko muszę najpierw perfekcyjnie opanować moc, która nieustannie we mnie płynęła.
Zatem Alice nadal ćwiczyła ze mną mentalnie w niektóre wieczory, lecz już nie wymykałam się do lasu, tylko ćwiczyłam w pokoju, starając się niczego nie spalić, co nie zawsze się udawało.
Dzisiejszego listopadowego dnia byłam całkiem radosna, widząc za oknem, dawno niewidziane, słońce, które wychylało się zza szarych chmur, otulając promieniami zziębnięty ogród szkolny. Niestety słońce o tej porze roku nie dawało jeszcze dostatecznego ciepła, lecz sam jego widok nastrajał mnie do pozytywnego życia.
Właśnie czytałam jakąś nudną książkę o starożytnych wojnach na zachodzie stanu, kiedy usłyszałam pośpieszne kroki, które, co podpowiadał mi umysł, zmierzały do mojego pokoju.
Już zadziwiające było to, że słyszałam kroki na schodach. To była jedna z tych dziwnych rzeczy ostatnich tygodni – słyszałam różne szelesty, głosy, hałasy z odległości kilku kilometrów, a przecież nie przemieniłam się w wampira, wilkołaka czy inną tego typu istotę.
Gdy kroki zatrzymały się tuż pod moimi drzwiami rzuciłam ciche „wejdź”, a do pokoju wpadła Lizzie.
Zadyszana dziewczyna pochylając się, oparła dłonie na kolanach i wymamrotała coś pomiędzy sapnięciami, czego nie zrozumiałam.
- Co mówisz?
- Musisz… iść… ze… ze… mną… natychmiast! – wysapała, trzymając rękę na piersi.
- Gdzie i po co? – mruknęłam obojętnie, ze znudzeniem przewracając kolejne kartki niezwykle wciągającej lektury.
- Na… na… do-dole… Po prostu musisz ze mną iść! – Wzięła parę głębokich wdechów i wyprostowała się w końcu, patrząc na mnie z przejęciem. Kiedy już wypieki zniknęły z jej twarzy, zobaczyłam, jaka jest blada.
Odłożyłam ostrożnie książkę na bok, zsunęłam nogi z łóżka i przyjrzałam się jej uważniej.
- Co się stało, Liz?
Podeszła do mnie powoli i złapała za rękę, nie odrywając ode mnie rozszerzonych tęczówek.
- Liz! Co się dzieje? – spytałam, spanikowana jej zachowaniem.
- Zobaczysz, chodź ze mną. – Pociągnęła mnie w stronę drzwi, ale widząc, że nie mam zamiaru ruszyć się bez wyjaśnienia, założyła zabłąkany kosmyk włosów za ucho i wywróciła nerwowo oczami.
- Matt bije się z Dallasem – wydukała na jednym wydechu, a mnie zabiło mocniej serce.
- Co?! – wrzasnęłam. – Gdzie? Czemu? Jak? – Spróbowałam wyrwać rękę z jej uścisku, lecz ten się zacieśnił.
- Uspokój się. Nerwy nic ci nie dadzą. – Odetchnęła głęboko. – Na jednym z korytarzy prowadzących do holu, nie wiem jeszcze, dlaczego i normalnie się biją.
- Bez magii?
- Bez. Normalnie.
Mój oddech przyśpieszył, tak jak puls, a w żyłach poczułam znajome ciepło, ale było na tyle słabe, że zdołałam je wycofać. Przynajmniej lekcje z Ally na coś się przydały.
- Zaprowadź mnie tam – powiedziałam szybko. Lizzie znowu wywróciła oczami, tym razem wyglądając bardziej jak ona.
- Właśnie to, od kilku minut, próbuję zrobić. – Pociągnęła mnie za sobą i po paru minutach biegu mogłam już zobaczyć niewielką grupkę uczniów zgromadzonych wokół, nie byle jakiego, zdarzenia. W końcu rzadko zdarzało się, żeby ktoś walczył bez magii.
Przeciskając się przez rozentuzjazmowany tłum, zastanawiałam się, o co oni, do cholery, mogą się bić.
Pomyśl, Cat. O kogo oni mogą się bić, co?
W tym momencie mi nie pomagasz, Alice.
Nawet nie próbuję.
Wielkie dzięki – sarknęłam w duchu, a gdy już przedarłam się na sam środek kręgu, bez wahania podeszłam do dwójki kretynów bijących się w miejscu publicznym.
- Matt! – zawołałam akurat w momencie, gdy jasnowłosy cisnął pięścią w twarz Dallasa, który uchylił się i odwzajemnił ciosem, który miał trafić w żołądek Matta, jednak chybił właśnie przez mój głos.
- Co wy robicie, do cholery?!
- Nie widać? – warknął Eric, krążąc wokół siebie razem z moim przyjacielem.
- Dlaczego się bijecie? – spytałam zdenerwowana, patrząc na Matta, który wpatrywał się z determinacją i złością w swojego przeciwnika.
- Nie domyślasz się? – odpowiedział mi znów Dallas, uśmiechając się szyderczo do Matta. – Nie mówiłeś jej, kolego?
- Nie ciebie pytam, do diabła! – krzyknęłam do niego. – Matt!
- Idź stąd, Cat – powiedział w miarę spokojnie Matthew, a ja zacisnęłam ze złością zęby.
- Nie, macie w tej chwili przestać, rozumiecie!? – Próbowałam przekrzyczeć skandujący tłum, jednocześnie szukając kogoś znajomego w tłumie, ale Liz nagle zniknęła. Miałam nadzieję, że poszła po jakieś wsparcie, bo ja sama – biorąc pod uwagę ludzi naokoło, którzy wcale nie byli oburzeni bójką – nie mogłam nic zaradzić.
- Matthew! – wrzasnęłam kolejny raz, lecz zignorował mnie i znowu wycelował cios w twarz bruneta, tym razem trafiając. Dallas nawet nie mrugnął, tylko zamachnął się pięścią i chybiłby kolejny raz, gdybym nie stała tak blisko.
Bo trafił we mnie.
Krzyknęłam, kiedy poczułam mocne uderzenie w okolicy kości policzkowej i lewego kącika ust, a siła ciosu powaliła mnie do tyłu.
Wszystko nagle ucichło, nie wiedziałam co się dzieje, przez mroczki, które pojawiły mi się przed oczami. Dopiero po chwili tłum znów zaczął krzyczeć i skandować, a moja twarz została delikatnie uniesiona do góry.
Podniosłam powoli powieki, próbując odmrugać szybko łzy, które napłynęły mi do oczu od bólu i dostrzegłam przed sobą dobrze znane ciemnozielone oczy, które oceniały miejsce po uderzeniu. Will przejechał lekko kciukiem po bolącym policzku i podniósł się, ale przed tym dostrzegłam czerwień na jego palcu.
Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam, że Matt praktycznie leży na Ericu, z którego nosa tryskała krew. Chłopak wpatrywał się we mnie z przerażeniem.
- Zabierz ją stąd – powiedział Will do Matta, pomagając mu wstać z Dallasa.
Matt otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przyjaciel spojrzał na niego zmrużonymi oczami, w których płonęły iskry gniewu. Jasnowłosy natychmiast wszystko zrozumiał, podszedł do mnie, objął rękoma w pasie i podniósł do pozycji stojącej. Szybko wyprowadził mnie z tego tłumu.


***


- To było idiotyczne, wiesz o tym?
Matt nie odpowiedział, ale spuścił wzrok, najwyraźniej nie chcąc patrzeć w moje wściekłe oczy.
Tak, byłam na niego wściekła, ale nie tak jak na Erica i na siebie. Jak mogłam dopuścić do tego, że sama od niego dostałam? Jak mogłam dopuścić, żeby ci dwaj bili się… o mnie?! I czemu mieli to robić.
Podniosłam ręką brodę Matthewa do góry i otarłam wacikiem z wodą utlenioną jego brew, z której sączyła się gęsta krew. Widziałam po twarzy przyjaciela, że stara nie krzywić się z bólu, co słabo mu wychodziło. Cóż, musiał pocierpieć po tej głupocie, nie zamierzałam ułatwiać mu życia czarami, a i on nie starał się sam uleczyć.
- Kto kazał ci z nim się bić?
- Nikt – mruknął zirytowany, nie otwierając oczu.
- Więc po co to zrobiłeś? – Rzuciłam na łóżko brudny wacik i usiadłam obok chłopaka, żeby przetrzeć teraz jego dłoń, której skóra pękła od mocnego walnięcia Dallasa w nos. Po jego rękach było widać, że rzadko kiedy się bił czy też robił inne ciężkie prace. Były twarde, lecz gładkie, nie spracowane. Po chwili zdałam sobie sprawę, że gapię się na dłonie przyjaciela, zatem gdy już opatrzyłam jego rękę, szybko ją puściłam, a Matt nie spuszczał ze mnie wzroku, jak teraz zauważyłam.
- Powiedz mi, czemu biłeś się z nim? – Podniosłam na niego zmęczone spojrzenie, powstrzymując odruch dotknięcia policzka, na którym powstał siniak.
Matt nie odpowiedział od razu, tylko wziął z apteczki kawałek wacika, nasączył go wodą utlenioną i przyłożył go delikatnie do lewego kącika moich ust, gdzie dostałam od Dallasa. Zastanawiałam się, czemu na mnie nie użył zaklęcia uzdrowienia, choć ja sama i siebie chciałam ukarać tym za swoją głupotę pchania się pomiędzy dwóch walczących mężczyzn.
- Ciągle cię krzywdzi – powiedział cicho, podążając wzrokiem za ręką, która obmywała mój policzek z krwi.
- Matt, jest dużo osób w moim życiu, które mnie skrzywdziły i umiem sama sobie z nimi poradzić – rzekłam, wpatrując się w małą zmarszczkę znaczącą jego czoło.
- Ale zależy mi na tobie i nie chcę patrzeć na twój ból.
Westchnęłam cicho.
- Mi także na tobie zależy, ale nie znaczy to, że mamy samych siebie krzywdzić, by drugie było nietknięte.
- O to właśnie chodzi, Cat. Jeśli nam na kimś zależy i chcemy ich ochronić, to zrobimy wszystko, byleby oni nie zostali skrzywdzeni. Weźmiemy na siebie wszystko – powiedział jasnowłosy, patrząc mi intensywnie w oczy, a ja przypomniałam sobie, co postanowiłam miesiąc temu.
Ochronię moich przyjaciół, nawet ceną śmierci czy końca przyjaźni. Wszystko, tylko żeby nic im się nie stało.
Czując napływające do oczu łzy, spuściłam wzrok i przytknęłam palce do kącika ust, tam gdzie jeszcze przed chwilą był wacik.
- Przepraszam za to.
Gdy spojrzałam na niego zdziwiona, wskazał na moją ranę.
- W pewnym sensie to przeze mnie dostałaś. Chciałem rozerwać Dallasa na strzępy, ale…
- Nie, Matt, nie możesz niszczyć sobie życia przez jakiegoś palanta. Nie warto.
- Uderzył cię. – Zmarszczył brwi, wpatrując się w mojego siniaka, jakby to wszystko wyjaśniało.
- No i co? Ja nie jestem wiele warta od niego…
- Wcale nie.
Matt niespodziewanie odgarnął spocone włosy z mojego czoła, a ja zdobyłam się na leciutki uśmiech, zaintrygowana.
- Czemu tak uważasz?
Przekrzywił głowę, przybliżając się do mnie.
- Jesteś piękna, mądra, wrażliwa, elokwentna i…
- No, już nie przesadzaj. – Zaśmiałam się nerwowo, czując napływające ciepło do policzków.
- …chyba się zakochałem – dokończył. Zanim mogłabym choćby osłupieć, dotknął ciepłymi wargami moich, a mnie gwałtownie zakręciło się w głowie. Po odrętwieniu w końcu coś poczułam, czyli to jak z niezwykłą delikatnością Matt dotyka miękkimi ustami moich, żeby nie za bardzo naruszyć mojej spuchniętej wargi, jak splata na chwilę swoje palce ze swoimi, by po chwili je rozplątać i odsunąć się ode mnie z dziwnym błyskiem w jaśniejących oczach.
Wpatrywałam się w niego spod przymkniętych powiek, zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć.
- Niepotrzebnie ci to teraz mówiłem, jesteś… - powiedział coś, czego jednak nie dosłyszałam. Mój mózg rejestrował tylko to, że patrzyłam na jego usta, jakbym zobaczyła je po raz pierwszy. Albo jakbym poczuła je po raz pierwszy, bo tak właśnie było.
- W każdym razie przepraszam i już sobie idę.
Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że Matthew wyszedł z mojego pokoju, pozostawiając za sobą uchylone drzwi. Otworzyłam usta, dotykając swoich warg, które czuły jeszcze ciepły dotyk chłopaka i spojrzałam raz jeszcze na drzwi.
- Matt! – zawołałam i po chwili wybiegłam z pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz