wtorek, 6 listopada 2012

11


- Ty pierwsza! – syknęłam, wpatrując się z uporem w kuzynkę, a ona odwzajemniła się tym samym spojrzeniem.
- Nie, ty!
- Ty!
- Ty!
Siedząca tuż obok nas Agnes skakała wzrokiem ode mnie do Liz, jej głowa obracała się tak, jakby oglądała bardzo ciekawy mecz tenisa. Na jej ustach, co chwila, pojawiał się rozbawiony uśmiech.
- Ej – przerwałam ostatecznie tę bezsensowną wymianę zdań, podnosząc wysoko dłoń – to nie ja chciałam włamywać się do jego pokoju!
- A ktoś chciał? – spytała zdziwiona Lizzie, zerkając szybko na drzwi, obok których siedziałyśmy, w obawie, że nagle mogłyby się otworzyć, a na progu stanąłby Will.
- Tak, ty – przypomniałam jej słodko. – Proponowałaś to, gdy mi się nudziło.
- Ach! – Nastąpił głośny plask, kiedy walnęła się w czoło, za co wysłałam jej ostrzegawcze spojrzenie. W każdej chwili Will naprawdę mógł wyjść z pokoju, dziwiłam się, że jeszcze tego nie zrobił, posiadając wyostrzony słuch. Chyba że był czymś zajęty albo w ogóle nie było go w pokoju. – Pamiętam! – szepnęła Liz, a jej oczy zaświeciły się wesoło. – Akcja miała brzmieć „Mamy cię, Will!”.
Gdy Agnes spojrzała na nas pytająco niewtajemniczona w nasze szatańskie plany, postanowiłam jej wszystko wytłumaczyć.
- Plan polegał na tym, żeby zrobić Willowi zdjęcie. Miałyśmy włamać się do jego pokoju i albo nakryć go w łóżku z jakąś panną, albo samego lub pod prysznicem.
- To ostatnie to mój pomysł! – wtrąciła Liz, szczerząc się, jak mysz do sera. Przewróciłam oczami.
- Tak, w gruncie rzeczy cała akcja była twoim pomysłem, nieważne zresztą. Głównie chodziło o te zdjęcie zrobione mu z zaskoczenia czy po prostu prawie nago, bo najwidoczniej naszej Lizzie brakuje widoku męskiego ciała.
- To miało być dla ciebie, zdrajczyni! – syknęła Liz, a Agnes zaśmiała się cicho, kiedy rozdziawiłam szeroko usta.
- Co?! A na co mi jego zdjęcia nago?! – wykrztusiłam po paru sekundach zaskoczenia, a szatynka uśmiechnęła się szeroko.
- Nie wiem. – Wzruszyła niewinnie ramionami, mrugając szybko powiekami. – Coś tam kiedyś szeptałaś przez sen, więc chciałam zrobić ci niespodziankę.
Wyraźnie robiła sobie ze mnie żarty. Musiała.
- Liz – powiedziałam groźnie, tymczasem Angie krztusiła się obok ze śmiechu. Lizzie wskazała głową drzwi, mówiąc bezgłośnie „Wchodź”.
Właściwie to nie byłam pewna, czego chcemy od Willa, ale wiedziałam, że gdybym nie weszła tam sama, Liz wepchałaby mnie tam siłą, zatem wolałam już bardziej godne wejście.
Wyprostowałam się, chrząknęłam parę razy i modląc się, by miał otwarte drzwi, nacisnęłam na klamkę, a drzwi otworzyły się bezszelestnie. Usłyszałam jak dziewczyny podniosły się z miejsc, ale moja uwaga skoncentrowana była na wnętrzu pomieszczenia.
Moim oczom ukazał się niecodzienny widok, ponieważ – i to było coś, na co czekała Liz – Will był ubrany tylko do pasa, a obok niego, na łóżku, siedziała jakaś jasnowłosa dziewczyna. Byli tak zajęci sobą, że mnie chyba nie zauważyli, ale Will już się od niej odrywał, więc szybko wycofałam się z pokoju, zamykając za sobą drzwi i wpadłam na Liz, która szykowała się do wejścia za mną.
- Co jest? – spytała od razu.
Musiałam wziąć kilka wdechów, zanim odpowiedziałam.
- Jest tam z jakąś dziewczyną – szepnęłam.
Lizzie wpatrywała się we mnie długą chwilę, aż w końcu przeklęła głośno. – Gdzie mój aparat?! – dodała, waląc pięścią w czoło.
Kiedy Agnes stanęła po mojej lewej stronie i zamierzała coś powiedzieć, drzwi się nagle otworzyły, a w nich pojawił się Will z podejrzliwym wyrazem twarzy, wciąż bez koszulki. A my zapatrzyłyśmy się na jego tors, jak jakieś idiotki.
Cóż, po części nie chodziło o fakt, że był umięśniony – bo widziałyśmy wiele i to bardziej umięśnionych facetów – ale o to, że – trzeba było to przyznać – widok Willa bez koszulki był, w pewnym sensie, bezcenny. Nigdy jeszcze przy nas się nie rozbierał.
Obiekt naszego osłupienia chrząknął głośno, a my natychmiast się otrząsnęłyśmy, odwracając wzrok. Will nie wyglądał na skrępowanego, wciąż był podejrzliwy, no i może trochę rozbawiony.
Lizzie, jak można było tego się spodziewać, pierwsza się opamiętała i bez pardonu wepchnęła się do jego pokoju, na co podniósł jedynie brew, i odsunął się pod drzwi, wpuszczając mnie oraz Agnes. Nie mogłam zignorować tego, że tylko mnie obserwował, gdy wchodziłyśmy.
Zastanawiać się nad tym będę później.
- Hej! – zawołała entuzjastycznie Liz do dziewczyny, a ona cała się zaczerwieniła. Kątem oka zauważyłam jak Agnes unosi brwi w zdumieniu.
- Pam?
Dziewczyna nazwana Pam wstała szybko i bez słowa ruszyła do drzwi, zatrzymując się na chwilę przy Willu, któremu coś szepnęła, i wyszła.
Brunet zamknął za nią drzwi i oparł się o nie plecami, zakładając ramiona na klatce piersiowej, zresztą dobrze robiąc, bo już nie byłyśmy tak rozpraszane. Przynajmniej ja i Agnes, bo Liz mimo wszystko żywiła do niego niechęć.
Usiadłyśmy wszystkie trzy na jego łóżku, ja w środku, i dłuższą chwilę w pokoju trwała niczym nie zmącono cisza. Przy tym rozejrzałam się po jego ciemno-umalowanym pokoju, aż ostatecznie odezwał się Will:
- Co was sprowadza w moje progi?
- Cat chciała o coś cię zapytać – powiedziała Liz, a ja walnęłam ją łokciem w bok. Czemu zawsze ja?!
- Chcesz dostać? – syknęłam do niej przez zaciśnięte zęby.
- Żartuję, no. – Wyszczerzyła się do Willa. – Chciałyśmy po prostu wiedzieć, czy wybierasz się na dzisiejszy bal.
Will wydawał się trochę zaskoczony.
- Naprawdę?
- Nie chciałyśmy wam przeszkadzać… - mruknęła Agnes, przyglądając się swoim paznokciom. – Ale Liz się uparła.
- Tylko rozmawialiśmy – powiedział i mogłabym się założyć, że usłyszałam nutkę obrony w jego głosie. Jednak Will nigdy by się z tym nie zdradził, dlatego utrzymywał obojętny wyraz twarzy.
- Jasne. Matt też tak gadał – odparła z sarkazmem Lizzie.
- Co?!
Podniosłam głowę zaskoczona, choć mogłabym przysiąc, że poczułam lekkie ukłucie zazdrości, co było niepodobne w moich uczuciach do Matta. Oczywiście chodziliśmy razem już od dwóch miesięcy, ale nadal nie mogłam stwierdzić, czemu byłam z nim w tym związku.
Takie myśli jednak opętywały mnie tylko wtedy, gdy nie było w pobliżu Matta – kiedy był ze mną, zapominałam o wszystkich zmartwieniach, liczyło się tylko to, że jestem szczęśliwa. O to chodziło w związkach, nieprawdaż? O bycie szczęśliwym?
A co z miłością?
Kocham go, to oczywiste – odpowiedziałam Ally.
Ale…?
Czy musi być zawsze jakieś „ale”? – westchnęłam zirytowana w myślach i usłyszałam ciche parsknięcie Alice.
Sama je masz, dobrze o tym wiesz.
Okej – poddałam się – ale tylko jak przyjaciela. Zadowolona?
Tylko, jeśli ty tak.
Jestem z nim szczęśliwa, jeśli o to ci chodzi.
To akurat widzę, ale chodzi mi o bycie fair w stosunku do niego. Wiesz, o czym mówię?
Pytanie te zostawiłam bez odpowiedzi. Tak samo robiłam z identycznymi iluzjami Liz do tego, że może po prostu trzymam Matta przy sobie tylko, dlatego że znudziło mi się bycie singielką. Miałam ochotę za to ją udusić. Przekonywała mnie, że cieszy się, iż jesteśmy razem, i tak dalej, jednak było – jak zwykle – jakieś „ale”.
Ta krótka rozmowa pomiędzy mną, a moją Kapłanką trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, nie dużo więcej same moje przemyślenia, dlatego spojrzałam wyczekująco na przyjaciółkę.
- Z naciskiem na „gadał” – rzuciła szybko, spuszczając oczy pod moim krytycznym spojrzeniem.
- Czyżby zazdrosna? – Dosłyszałam mruczenie Agnes, która z wielkim zainteresowaniem obserwowała jedną ze ścian, ale ją zignorowałam. Nie umknęło mojej uwadze, że nawet William wydawał się być rozbawiony tym całym moim wzburzeniem, bo zauważyłam jak unosi mu się lewy kącik ust.
- Wracając do sprawy, z którą tu przyszłyśmy – powiedziała głośno Liz. – Idziesz na ten bal czy nie?
- Tylko po to tu przyszłyście? – Will tym razem nie ukrył zaskoczenia w głosie, choć twarz miał wciąż spokojną. Zastanawiałam się, czy teraz myśli jak nas zabić za to, że taką błahostką zniszczyłyśmy mu randkę.
- Pewnie, że nie! – odezwała się Ag. – Chciałyśmy także odwiedzić naszego cudownego przyjaciela i dowiedzieć się, co u niego, ale już dostałyśmy na to odpowiedź na samym wstępie, prawda? – Uśmiechnęła się niewinnie i wiedziałam, do czego pije. Do nowej – a może starej? Zaraz, może to była ta dziewczyna z lasu? – dziewczyny Willa.
Chłopak popatrzył na nią zmrużonymi oczami, a na ustach Agnes uformował się większy uśmiech. Jak ona uwielbiała droczyć się z ludźmi.
Lizzie odchrząknęła, wyraźnie zniecierpliwiona. Choć może klata bruneta zrobiła na niej wrażenie, to i tak wciąż czuła do niego niechęć, a spędzanie więcej czasu, niż trzeba było, w jego pokoju nie wchodziło w jej rachubę.
- Więc? – Zastukała nogą w drewnianą podłogę, wwiercając wzrok w Willa.
- Nie mam pojęcia, jak do tej pory nawet nie myślałem o tym balu. – Podrapał się po głowie, myśląc. – Może. A czemu to takie dla was ważne? – Spojrzał na mnie z pytającym wyrazem twarzy.
- Jej pytaj – kiwnęłam głową w stronę kuzynki – cała akcja była jej pomysłem.
- Akcja? – Nie zrozumiał, dlaczego użyłam tego słowa. Skarciłam się w myślach i zagryzłam wargę, żeby powstrzymać panikę, która chciała pokazać się na mojej twarzy. Wtedy byłybyśmy załatwione.
Na szczęście Liz mądra głowa wymyśliła coś na poczekaniu.
- Chciałam zrobić akcję, która miałaby na celu pilnowanie dzisiejszej nocy mojej głupiutkiej siostrzyczki, która – jako że jest znana ze swoich podbojów alkoholowych – znowu może wpakować się w jakieś kłopoty.
- Obyś się myliła, Liz – powiedziała Agnes, biorąc na poważnie słowa naszej przyjaciółki.
Liz miała rację, co do tych podbojów jej siostry, ale nie było sensu niańczyć ją, jak jakąś sześciolatkę, gdy miała osiemnaście lat. Początkowo myślałam, że Liz żartuje, ale z jej skupionej miny poznałam, iż poważnie myśli o pilnowaniu Jennifer.
- Pamiętasz, co było po ostatnim razie, mam nadzieję, że czegoś po tamtym się nauczyła – mówiła dalej ruda, a mnie przeleciały przed oczami obrazy do połowy rozebranej Jenn na podwórku, przed domem jakiegoś jej znajomego, u którego była impreza. Wokoło niej walały się butelki najróżniejszych ludzkich trunków. Zwykłego człowieka to może by tyle alkoholu nie ruszyło tak jak Jenn, ale ona była czarodziejką – wiadomo było, że w naszym świecie wszystkie ludzkie używki działają z podwójną siłą.
Można by pomyśleć, że po tym jak znaleźliśmy ją w takim stanie w poprzednie wakacje, to chociaż byłaby skruszona. A gdzie tam – miała jeszcze do nas pretensję, że zabrałyśmy ją stamtąd, gdy impreza dopiero się zaczynała. Do dziś nie wiem jak mogła jeszcze wtedy trzeźwo myśleć.
- Szczerze mówiąc, to wątpię – powiedziała tylko Liz i podniosła się z łóżka Willa. – No, na nas już najwyższa pora, prawda, dziewczyny? – Popatrzyła na nas znacząco, więc podniosłyśmy się z naszych miejsc. Gdy Will odsunął się od drzwi i nam je otworzył, zwróciła się do niego: - Fajnie, że nas gościłeś, ale ponieważ nie odpowiedziałeś zadowalająco na nasze pytanie, nie dziękujemy. – Wyszła z jego pokoju, a ja parsknęłam śmiechem razem z Agnes.
Pożegnałyśmy się z uśmiechniętym Willem i ruszyłyśmy we trójkę na dolne piętro, by odprowadzić Angie do jej pokoju.


***


Dzisiaj w naszej szkole odbywał się bal bożonarodzeniowy, dla uczniów, którzy zostali w szkole na święta, a było ich całkiem sporo, niemal połowa szkoły, wliczając w to moich przyjaciół. W tych czasach ludzie czuli się bezpieczniejsi w szkole, choć i ta ostatnio nie była już tak bezpieczna, jak wcześniej, zważając na liczbę i miejsca morderstw z ostatniego pół roku.
Ten coroczny bal odbywał się zawsze 25 grudnia i był to bal, jak każdy inny. Suknie, wino, poncz, walce i inne tańce oraz ogólnie miła oraz przyjemna atmosfera, acz trochę smętna. To w Sylwestra organizowana była już bardziej młodzieżowa impreza, gdzie można było przychodzić nawet w podartych dżinsach i zabrudzonej koszulce, co na balu było surowo zabronione. Bez eleganckiej koszuli lub sukni nie miało się co pokazywać, a nawet, jeśli próbowało się tak przyjść, to w chwili przejścia przez próg sali balowej, magia zmieniała twoje ciuchy w elegancki ubiór – zwykle zbyt elegancki, dlatego uczniowie woleli przyjść ubrani sami, chcąc nie chcąc, odświętnie, ale w swoim guście.
Pośród powszechnego hałasu, którym była głośna muzyka oraz rozmowy i śmiechu ludzi tu zgromadzonych, odwróciłam się do Matta z uśmiechem na ustach.
- Dobrze się bawisz? – spytałam, przesuwając się do niego, a on podał mi kielich ze szkarłatną substancją chlupoczącą w środku. Przyjrzałam jej się podejrzanie. – Poncz czy…
- Wino – odparł, posyłając mi szybki uśmiech. Dobrze wiedział, że nie znoszę ponczu. – Wiesz, nienajgorzej, jednak wolę nasze imprezy od takich bali. – Wzruszył ramionami. – My mamy inne…
- Zaopatrzenie? – wtrąciłam, upijając trochę czerwonego napoju. Za winem też, szczerze mówiąc, nie przepadałam, ale musiałam się nim zadowolić, zważając na to, że innego alkoholu tutaj nie było, a ja dziś miałam ochotę upić się, chociaż troszeczkę, tak po prostu.
- Nie – zaśmiał się chłopak. – Inne zwyczaje.
Pokiwałam głową, rozglądając się po zatłoczonej wielkiej sali, po chwili poczułam ciepło na swojej wolnej dłoni. Uśmiechnęłam się do Matta, który ujął mnie za rękę i pocałowałam go delikatnie w usta, pozostawiając na nich czerwony ślad po winie.
Matthew oblizał usta, wpatrując mi się w oczy, a ja uśmiechnęłam się szerzej i ponownie go pocałowałam, tym razem dłużej, lecz ostrożnie, bo w każdej chwili mogłabym zapomnieć, gdzie się znajduję i co trzymam w dłoni. Wtedy wino wylądowałoby na jego idealnie białej koszuli.
Kiedy jasnowłosy przycisnął mnie mocniej do siebie, kładąc ciepłe dłonie na moich odkrytych plecach – taki krój miała błękitna sukienka, którą miałam na sobie – szepnęłam w jego wargi:
- Uważaj, bo wyleję wino.
- No i co?
- To, że zniszczę ci koszulę. – Oderwałam się od niego, pokazując mu język i starłam kciukiem szkarłatne smugi z jego ust. Patrzył na mnie obrażony.
- To tylko koszula, poza tym mogę ją wyczyścić magią – prychnął.
- Oj, nie obrażaj się – mruknęłam, przykładając kielich do ust. Zerkając nad jego ramieniem, objęłam wzrokiem salę, skacząc spojrzeniem od pary do pary, próbując kogoś poznać w półmroku.
Starałam się odnaleźć Liz i Ethana, ale obydwoje zaszyli się gdzieś zaraz po tym jak przyszłam z kuzynką na salę. Agnes również zniknęła, ale domyślałam się, że wymknęła się do Luke’a. Will… Willa jeszcze nie widziałam, lecz nie byłam pewna czy w ogóle tutaj się dziś zjawi.
- Widzisz kogoś znajomego? – spytał Matt, wpatrując się we mnie.
Pokręciłam głową, wciąż krążąc wzrokiem po sali.
- Nie, chyba tylko my, z naszej szóstki, postanowiliśmy dołączyć dziś do balu straceńców. – Wyszczerzyłam się do chłopaka, na co ten się zaśmiał.
- Bal straceńców? Ciekawe. – Widząc, że opróżniłam już cały kieliszek wina, Matt wziął butelkę ze stolika stojącego za mną i dolał mi cieczy do połowy. Skinęłam mu w podziękowaniu głową, a on przyjrzał mi się z rozbawieniem. – Szybka jesteś.
Machnęłam lekceważąco ręką.
- Nic jeszcze nie widziałeś, mój drogi.
- Doprawdy? – Uśmiechnął się łobuzersko. – Przyjdź kiedyś na naszą imprezę, to się przekonamy.
- Zapraszasz mnie na własne ryzyko – ostrzegłam, podnosząc jedną brew.
Aż taka okropna jesteś po pijaku?
Tak mi wmawiano – mruknęłam, a Ally się zaśmiała.
Liz i Agnes?
Jak zawsze, dwie mendy. Najgorsze jest to, że ja nigdy nic nie pamiętam, więc nie wiem czy mówią prawdę, czy nie, a w swoich historyjkach są dosyć okrutne.
Wzdrygnęłam się w duchu na wspomnienie jednej „relacji” Liz z naszej babskiej imprezy. Wmawiała mi, że odwiedzałam pokoje chłopaków na naszym piętrze, a nawet robiłam dużo więcej. Nie chciałam w to wierzyć, ale wszystko było prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że po każdym wypitym przeze mnie alkoholu następnego dnia miałam pustkę w głowie. Miałam słaby łeb, ale to nie powstrzymywało mnie przed kolejnym trunkiem i kolejnymi przygodami.
Ta dzisiejsza historyjka Liz o moim szeptaniu przez sen o nagich zdjęciach Willa podobno też była wynikiem naszych libacji. Postanowiłam to przemilczeć.
A ty się ze mnie nie śmiej – ostrzegłam Ally, wyczuwając jej rozbawienie. – Nie moja wina, że lubię czasem się uchlać, na to jest alkohol, prawda?
Oczywiście, ale pijemy z umiarem, Catty, z umiarem.
Gadasz, jak moja matka – prychnęłam.
Ponieważ obydwie mamy mocne i mądre głowy.
Aleś ty zabawna…
- Nie mogę się doczekać – usłyszałam roześmiany głos Matta, więc wróciłam do rzeczywistości.
- Nie wiesz, co mówisz, kochanie.
- Im szybciej się dowiemy, tym lepiej – powiedział porozumiewawczo.
- Nie dziś, winem nigdy jeszcze się nie upiłam. – Wzruszyłam bezradnie, a on tylko pokręcił głową z uśmiechem. Nie miałam pojęcia, co go tak bawiło.
Upiłam trochę wina i ponownie rozejrzałam się po sali. Nie znam, nie znam, nie znam, czy to na pewno bal tylko dla uczniów? Niektórych widziałam pierwszy raz w życiu…
Znowu przytknęłam kieliszek do ust, dostrzegając nagle czarną czuprynę i białą koszulę w tłumie. Zmrużyłam oczy, a gdy tańcząca osoba odwróciła się profilem w moją stronę, poznałam Dallasa. Uśmiechnęłam się złośliwie, mieszając wino w ustach, ale gdy mój wzrok padł na jego partnerkę w tańcu, zakrztusiłam się napojem, wypluwając go z buzi. Matt miał takiego pecha, że stał przede mną i wszystko wylądowało na jego koszuli, na którą tak wcześniej uważałam.
Jasnowłosy jednak tym się nie przejął, pośpieszył by poklepać mnie po plecach, kiedy wciąż się krztusiłam i wyciągnął z mojej dłoni kieliszek, kładąc go na stole.
- Może jednak ty na dzisiaj już skończysz.
Złapałam go za ramię, wykrztuszając ostatnie kropelki wina, który poleciał nie w tę dziurę i spojrzałam na niego przepraszająco.
- Wybacz.
- Nic się nie stało, mówiłem ci, że to tylko koszula. – Machnął ręką, a koszula znów była nieskazitelna. – Widzisz?
Uśmiechnęłam się słabo, zakaszlałam raz jeszcze i wróciłam wzrokiem do Dallasa.
- Spójrz. – Wskazałam na niego palcem. Matt odwrócił się i spojrzał zmrużonymi oczami na sylwetkę, teraz i jego, wroga, ale po chwili zmarszczył brwi w zdziwieniu.
- Jenn? Z Dallasem?
- Nie wyjdzie z tego nic dobrego – mruknęłam, zaciskając nerwowo pięści.
Matt wziął moją dłoń, rozprostował moje palce i splótł je ze swoimi, uśmiechając się pokrzepiająco.
- Spokojnie, Jenn jest dorosła i może sama brać odpowiedzialność za swoje czyny, prawda?
- Gdy dochodzi do kwestii Jenn i alkohol, to nie byłabym taka pewna…
Matthew milczał dłuższą chwilę, najwyraźniej nie wiedząc, co począć, ale nagle jego twarz się rozjaśniła.
- O, patrz, Liz idzie! Powiedz jej, niech sama rozprawi się z siostrą.
Odwróciłam głowę w prawą stronę i zobaczyłam zmierzającą w naszą stronę uśmiechniętą Liz, a za nią szedł tak samo roześmiany Ethan.
- Co tam? – zawołała radośnie, szczerząc zęby w uśmiechu, ale na widok mojej zaniepokojonej miny trochę oprzytomniała. – Coś się stało?
- Sama zobacz. – Kiwnęłam głową w stronę pary, a w chwili gdy jej brązowe oczy padły na jej siostrę i Erica, uśmiech całkowicie zszedł z jej twarzy.
- Co ona robi? – warknęła.
- Też się zastanawiam – mruknęłam, patrząc zaniepokojona na wesołą Jennifer. Zachowywała się, jakby w ogóle nie wiedziała, kim była osoba, z którą tańczyła – obawiałam się, że znów mogła zbyt dużo wypić.
- Jak ja jej zaraz… - Lizzie zrobiła ruch, jakby chciała pójść do siostry, lecz Ethan złapał ją w pasie, przyciągając szybko do siebie.
- Kochanie, chyba już najwyższa pora, byś przestała być drugą matką dla Jenn – powiedział, kiedy spojrzała na niego z oburzeniem, lecz ta nadal wierciła się w jego ramionach.
- Ale…
- Przypominam ci, Liz, że twoja siostra jest już pełnoletnia. Wiedziałaś?
- Tak, ale…
- Lizzie. – Ethan spojrzał jej głęboko w oczy, a ona po chwili westchnęła ciężko, wyraźnie się poddając.
- No dobrze – burknęła. Jej chłopak w odpowiedzi ucałował ją w czoło, ona uśmiechnęła się lekko. Jednak kiedy Ethan ją puścił i odwrócił się do stołu, by nalać sobie wina, Lizzie wrzasnęła, niemal przekrzykując muzykę:
- Jenn!
Zatuszowałam swój śmiech, ukrywając twarz w ramieniu Matta, gdy Ethan błyskawicznie zwrócił się do szatynki, piorunując ją wzrokiem.
- Elizabeth!
Moja kuzynka wysłała mu przepraszający uśmiech, a blondyn pokręcił zrezygnowany głową, odwracając się z powrotem do stolika. Liz utkwiła groźne spojrzenie w swojej siostrze, która zwabiona krzykiem patrzyła w naszym kierunku. Lizzie machnęła w jej kierunku ręką, aby do nas podeszła, co dziewczyna po krótkim wahaniu zrobiła.
Parę sekund później stanęła przed nami młodsza kopia Liz, tylko że zamiast brązowych loków miała długie, proste ciemnoblond włosy. Po jej zamroczonych czekoladowych oczach poznałam, że jest już wstawiona, choć jej uśmiech był dosyć trzeźwy, a i wzrok taki na moment się stał, gdy objęła nas wszystkich wzrokiem, machając nam na powitanie.
- O co chodzi, Ellie? – zawołała wesoło, wpatrując się iskrzącymi oczami w Liz.
- Mówiłam ci, żebyś tak mnie nie nazywała – syknęła Liz. Jenn sięgnęła obok szatynki do stolika, a Lizzie odtrąciła jej dłoń. – Nawet po pijaku.
Poczułam obok siebie trzęsienie, więc zerknęłam na mojego chłopaka i zauważyłam, jak próbuje powstrzymać śmiech, zaciskając mocno usta. Szturchnęłam go łokciem, a Matthew oderwał się ode mnie i podszedł do Ethana, cicho śmiejąc się pod nosem. Odeszli parę kroków od nas, rozmawiając pomiędzy sobą.
Pokręciłam lekko głową, uśmiechając się do Matta, który zerkał na mnie roześmiany i wróciłam spojrzeniem do sióstr Baker.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, z kim tańczysz? – spytała Lizzie, wpatrując się z pokerową twarzą w Jenn, a ona wzruszyła niedbale ramionami.
- Co to ma do rzeczy?
- Jenn, on jest groźny, mówiłam ci, żebyś nie zadawała się z nim – powiedziała Liz na tyle cicho, na ile pozwalał jej hałas.
- Pamiętam, co mi mówiłaś, ale teraz wcale nie wydaje się taki zły. – Uśmiechnęła się z zachwytem, nawijając pasmo włosów na palec wskazujący, poczym zwróciła swoje oczy na mnie, marszcząc brwi. – Cat, nie gniewaj się, to nie ma nic wspólnego z tobą.
- Nie mam nic do tego z kim się spotykasz, Jenn, ale pamiętaj, do czego Dallas jest zdolny – ostrzegłam kuzynkę.
Blondynka zaśmiała się perliście, zerkając przez ramię.
- Wiem, wiem, wiem, ale on naprawdę jest inny, gdy się go bliżej pozna, Cat. Zmienił się odkąd wrócił do szkoły.
- Błagam cię, zniosę wszystkie twoje pijackie brednie, ale nie pieprz mi o świętości Dallasa – rzekła zdegustowana Lizzie, wymieniając ze mną niedowierzające spojrzenie.
- Kiedy Eric naprawdę…
- Wiesz co, Jenn, wracaj już. – Szatynka złapała Jenn za ramiona, odwróciła ją plecami do siebie i pchnęła lekko do przodu. – Tylko za bardzo się z nim nie spoufalaj.
Gdy blondynka weszła w tłum, spojrzałam w miejsce, gdzie czekał Eric, a kiedy dojrzał mój wzrok, pomachał mi dłonią ze złośliwym uśmieszkiem.
- Ty mały, wstrętny gnojku – warknęła Lizzie obok mnie, także to widząca. – Niech tylko czegoś spróbuje, a go załatwię.
- Mówiłam, że z tego nie może wyjść nic dobrego. – Westchnęłam, sięgając do mojego kieliszka stojącego na stole i wypiłam resztkę jego zawartości.


***


- Jenn nigdzie nie ma.
Podniosłam wzrok na Lizzie, która stanęła w progu mojego pokoju z przerażeniem wypisanym na twarzy. Zamarłam w trakcie ściągania drugiego balerinka ze stopy, w gardle mi zaschło, a w głowie pojawiło się czerwone światełko.
- Sprawdzałaś…
- Wszędzie sprawdzałam! Wiedziałam, że trzeba jej pilnować! – jęknęła, przykładając dłoń do czoła.
Założyłam z powrotem drugiego buta na nogę, wstałam z łóżka i podeszłam do Lizzie, wypychając ją z pokoju, i zamknęłam za nami drzwi.
- Ethan dobrze ci powiedział, że Jenn powinna już sama brać za siebie odpowiedzialność.
- Ale ona nie jest odpowiedzialna!
Nic nie odpowiedziałam, tylko pociągnęłam za sobą przyjaciółkę na piętro wyżej. Kilka minut później, nie zważając na późną godzinę – a raczej wczesną, bo dochodziła druga w nocy – zapukałam do drzwi pokoju Agnes.
Liz spojrzała na mnie z niepewną miną.
- Nie powinniśmy jej tak budzić…
- Teraz potrzebna jest każda para oczu, Liz, bo nie wierzę, że przeszukałaś całą szkołę i niczego nie przeoczyłaś, a szczerze wątpię by Ag już spała… jeśli w ogóle wróciła – dodałam po chwili, kiedy nie odzyskałyśmy żadnej odpowiedzi z pokoju rudej.
- Co teraz?
- Idziemy po chłopaków – odparłam, łapiąc ją za dłoń i ruszyłyśmy na następne piętro.


***


- Chciałbym zrozumieć, dlaczego musimy uganiać się za dorosłą kobietą, która ma pełne prawo do balowania do późna w nocy – mruczał zaspany Matt, który już zdążył zasnąć w ciągu dziesięciu minut od odprowadzenia mnie do mojego pokoju. Teraz sen jeszcze bardziej się go trzymał, dlatego przez prawie cały czas pocierał palcami powieki i ziewał głośno.
Tylko on jeden z naszego towarzystwa czterech osób nie przejmował się zaistniałą sytuacją, nie znając historii przygód pijanej siostry Liz.
- Ponieważ ta dorosła tylko wiekowo kobieta, jest jeszcze wewnętrzną gówniarą, która nie zna umiaru w alkoholu, a pod jego wpływem robi niebezpieczne rzeczy – odparła zirytowana Lizzie, rozglądając się wokoło z rozgorączkowaniem. – Poza tym była z Ericiem, co samo mówi za siebie.
- Dobrze, dobrze. – Matt znowu ziewnął, a ja wbiłam mu łokieć w brzuch, przeszywając go wzrokiem.
- Matt! – syknęłam, na co wywrócił oczami.
- Pamiętacie, gdzie ostatnio ją widzieliśmy? – odezwał się Ethan, obejmujący mocno ramieniem Liz, która podrygiwała nerwowo w miejscu, jakby chciała mu się wyrwać i znów iść przeszukać budynek.
- W sali balowej – powiedziałam. – Ale byliśmy jednymi z ostatnich osób, które ją opuszczały, a jej tam już nie było.
Lizzie westchnęła głośno. – Może powinniśmy… - przerwała gwałtownie, bo z jednego z korytarzy prowadzących do holu, w którym staliśmy, ktoś wyszedł. Nie długo musiałam na niego patrzeć, by rozpoznać Dallasa, który niestety nie miał towarzystwa.
- Eric, stój! – krzyknęła przyjaciółka i podbiegła do mężczyzny, a my podążyliśmy za nią prędko.
- W czym mogę pomóc? – Spojrzał na nas kpiąco.
Gdy poczułam, jak ręka Matta zacisnęła się mocniej na mojej dłoni, wysłałam mu ostrzegawcze spojrzenie, wyczuwając jego zdenerwowanie.
- Uspokój się – szepnęłam półgębkiem, lecz on wpatrywał się w Erica.
- Gdzie jest Jenn?
- Nie wiem. – Wzruszył ramionami, a Lizzie zmrużyła groźnie oczy, zaciskając zęby. Zanim zdołała coś powiedzieć, wyprzedził ją Ethan, patrząc zimno na bruneta.
- Gdzie ją ostatni raz widziałeś?
- Szła w kierunku lasu – powiedział obojętnie, ponownie złośliwie wyszczerzając akurat do mnie zęby. Zignorowałam to, ale musiałam wbić paznokcie w dłoń Matta, bo on również zauważył tę zaczepkę Dallasa.
- A ty nawet nie próbowałeś jej powstrzymać? – spytała wściekle Liz, a on ponownie wzruszył ramionami.
- Wolny kraj, każdy ma prawo robić co chce, o czym powinnaś pamiętać, droga koleżanko, a nie prawić morały swojej siostrzyczce. – Uśmiechnął się do niej.
- Dallas, ostrzegam cię…
- Niby dlaczego mielibyśmy ci wierzyć? – wtrąciłam szybko, widząc że trójka moich przyjaciół traci już resztki swojego spokojnego zachowania w towarzystwie tego palanta - ja byłam już odporna na jego osobę.
- Sami sprawdźcie. Słodkich snów. – Skinął nam głową, wciąż z kpiącym uśmieszkiem na twarzy i po chwili zniknął na schodach prowadzących do jednego ze skrzydeł.
- Bydlak – warknęła Lizzie.
- Trzeba sprawdzić ten las – powiedziałam.
- Chyba sobie żartujesz, w dzień jest tam ciemno, a teraz to dopiero nic nie zobaczymy! – zaprotestował Matt, ale uciszyłam go wzrokiem.
- Trzeba znaleźć Jenn, a jeśli rzeczywiście trafiła do lasu, to należy ją stamtąd jak najszybciej wyciągnąć, jest zimno i nie wiadomo co na nią tam czeka.
Przypomniałam sobie tę noc, gdy śledziłam Willa, a na mojej drodze stanął – jeszcze wtedy tak myślałam – zwykły wilk, który jednak nic mi nie zrobił, bo tak naprawdę był to zmiennokształtny i jeden z Wybranych, Max. Wątpiłam by inne wilki były tak pozytywnie nastawione do Jennifer, choć żywiłam jakąś tam nadzieję, że Max może i tej nocy włóczy się po lesie, lecz zważając na pogodę, było to mało prawdopodobne.
Matthew westchnął ciężko, nareszcie odzyskując przytomność, bo już nie miał tak zaspanych oczu.
- W takim razie idziemy? – zapytałam żywo, a reszta mruknęła potakująco.


***


Nocą oświetlony las nie był już tak przerażający, jak feralnego dnia, gdy po raz pierwszy spotkałam Maxa i śledziłam Willa. W dodatku w towarzystwie trzech osób wywrzaskujących co chwilę „Jenn”, las w ogóle nie wydawał się lasem, oprócz zdradziecko ukrytych korzeni czy też wystających groźnie gałęzi z każdego krzaka.
Parę razy Matt zamieniał się w wilka i wyprzedzał nas o kilkanaście metrów, ale za każdym razem wracał sam, aż w końcu zaprzestał przemiany, bo stwierdziliśmy, że jednak w kupie siła.
Wszystko było miłe i przyjemne do momentu, gdy na swojej drodze zaczęliśmy dostrzegać czerwone smugi, które okazały się być…
- Krew – wymamrotał Matthew, podnosząc się z klęczek pod światłem magicznej kuli wiszącej nad naszymi głowami. – Jeszcze nie zakrzepła, więc ktoś, lub coś, niedawno tędy przechodził.
Lizzie sapnęła z przerażeniem, wpatrując się w Matta, poczym wyrwała rękę z uścisku swojego chłopaka i ruszyła przed siebie, a my nie mogliśmy zrobić nic innego, jak podążyć za nią.
Ta krew przywołała do mojej głowy obraz szkarłatnej kartki papieru, drugiej w ciągu dwóch miesięcy, którą znalazłam pewnego popołudnia w swoim pokoju. Jej złota treść zabłyszczała przed moimi oczami, tak jakbym w tej właśnie chwili ją czytała.

Jak się ma nasza droga Wybranka Ognia? Czy jest już dostatecznie przerażona?
Nie?
Pozwól, że się tym zajmę, Ogniku.
Chociaż może…
Nie, jeszcze trochę się pobawmy.
Do bliskiego do zobaczenia, Ogniku.

Nie mówiłam o tym liście Alice, choć byłam niesamowicie przerażona po tym jak go przeczytałam – było pewne, iż ktoś już wiedział, że jestem Wybraną i miał niezły ubaw.
Zapytacie, jak Ally mogła nie zobaczyć tego listu, skoro teraz praktycznie we mnie żyła. W dniu, kiedy miałam pierwsze spotkanie z Wybranymi wujek Jack wyjawił mi jak można odgradzać się umysłem od swojej Kapłanki w chwilach, gdy chcę być sama – bez ściągania medalionu. Długo nie zajął mi trening umysłu, bo z siłą woli nigdy nie miałam problemu.
Poza tym wtedy, gdy znalazłam list nie miałam na sobie medalionu, dlatego łatwiej było mi to ukrywać przed Ally.
Dlaczego nie chciałam nikomu o tym powiedzieć? Sama nie miałam pojęcia. Te listy nie były, na mój gust, pogróżkami, dlatego nie było potrzeby kogokolwiek o nich informować – wolałam je zignorować.
Jednak dziś poczułam niepokój, choć Jennifer nie mogło stać się nic poważnego, a w ostatnich dniach nie znalazłam żadnego martwego kota, co wiadomo co znaczyło.
Lecz wciąż denerwowała mnie ta krew - czy dziewczyna mogła być tak pijana by sama zapędzić się tak daleko do lasu, a przy okazji tak bardzo się poranić?
A może to nie jest jej krew? – myślałam z nadzieją. Miło by było teraz mieć ze sobą Alice dla otuchy, ale medalion zostawiłam w pokoju.
Kiedy śpieszyliśmy za Lizzie, oglądając się na boki w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po Jenn, zauważyłam wyraźnie pobladłą twarz Matta. Zrównałam z nim kroku i złapałam go za dłoń, wpatrując się w niego czujnym spojrzeniem.
- Coś się stało?
Jasnowłosy przełknął ślinę, zerkając na mnie z lekką obawą. Uśmiechnęłam się zachęcająco, ale uśmiech ten zamarł po tym, co od niego usłyszałam.
- Parę dni temu znalazłem martwego kota – powiedział na jednym wydechu. Wpatrywałam się w niego z przerażonym zrozumieniem, bo obydwoje doskonale wiedzieliśmy, co ten „znak” zwiastował.
Opanowałam oddech, który szybko wyrywał mi się z gardła i znowu przyśpieszyliśmy kroku, dołączając się do nawoływań Jenn.
Nie wiem ile mogło minąć od naszego wejścia do lasu – może pół godziny – gdy zdecydowaliśmy się jednak rozdzielić i samotnie przeszukiwać las, i poszliśmy w różnych kierunkach.
Sukienka nie bardzo pomagała w przedzieraniu się przez zarośla i krzaki, więc zmuszona byłam rozedrzeć ją trochę w rozkroku, choć miałam nadzieję, że zaklęcie zwróci mi później jej poprzedni wygląd. W tym jednak momencie bardziej skoncentrowana byłam na poszukiwaniu Jenn.
- Jennie, Jennie, Jennie, pokaż się – wołałam, bezradnie rozglądając się na boki, szukając choć najmniejszego ruchu, na próżno.
- Pokaż się, nie zmuszaj mnie bym używała swoich „nadzwyczajnych” sił, żeby cię odszukać!
Zatrzymałam się gwałtownie, słysząc ledwo dostrzegalny jęk. Czujnie rozejrzałam się wokoło, zaglądając w krzaki, ale dalej niczego nie widziałam.
- Jenn! – krzyknęłam raz jeszcze, idąc przed siebie, aż nagle dostrzegłam parę metrów dalej w łunie światła brązowy materiał, który niewątpliwie był sukienką blondyny.
Podbiegłam szybko do postaci leżącej nieruchomo na śniegu i ukucnęłam obok niej. Natychmiast wysłałam strzałę światła w głąb lasu, która miała odszukać moich przyjaciół i ich tutaj przyprowadzić.
- Jennie! – Potrząsnęłam jej ramieniem, wpatrując się z trwogą w jej bladą twarz. Nałożyłam na nią barierę ocieplającą, którą sama miałam na sobie w tę straszliwie mroźną noc. Sapnęłam przerażona, odrywając rękę od jej ciała, która cała umazana była krwią.
- Jenn, błagam cię, ocknij się! – jęknęłam błagalnie, potrząsając jej wątłym ciałem, lecz nie otrzymałam odpowiedzi. Przyłożyłam palce do jej zimnej szyi i westchnęłam z ulgą, czując jej puls.
Dzięki Bogu, żyła.
- Cat? Znalazłaś ją?! – Usłyszałam w oddali krzyk Lizzie.
- Tak! – zawołałam, poczym nastąpił pisk i chwilę potem Liz stała obok mnie w postaci psa, ale szybko się zmieniła, kucając przy siostrze. Niedługo później dołączyli do nas chłopcy.
- Czy ona…?
- Żyje, ale nieźle zmarzła. I wydaje mi się, że zraniła się w ramię, bo jest całe zakrwawione.
Lizzie wpatrywała się ze łzami w oczach w dziewczynę, następnie rzuciła się na jej nieprzytomne ciało.
- Idiotka! – warknęła, mocno wtulając się w siostrę.
Spojrzałam na Matta, a on odwzajemnił mój wzrok, strach widoczny był w jego miodowych tęczówkach. Obydwoje zastanawialiśmy się nad jednym.
Czy to był po prostu zwykły martwy kot czy ktoś inny z bliskich Matta miał umrzeć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz