- Ty pierwsza! –
syknęłam, wpatrując się z uporem w kuzynkę, a ona odwzajemniła się tym samym
spojrzeniem.
- Nie, ty!
- Ty!
- Ty!
Siedząca tuż obok
nas Agnes skakała wzrokiem ode mnie do Liz, jej głowa obracała się tak, jakby
oglądała bardzo ciekawy mecz tenisa. Na jej ustach, co chwila, pojawiał się
rozbawiony uśmiech.
- Ej – przerwałam
ostatecznie tę bezsensowną wymianę zdań, podnosząc wysoko dłoń – to nie ja
chciałam włamywać się do jego pokoju!
- A ktoś chciał? –
spytała zdziwiona Lizzie, zerkając szybko na drzwi, obok których siedziałyśmy,
w obawie, że nagle mogłyby się otworzyć, a na progu stanąłby Will.
- Tak, ty –
przypomniałam jej słodko. – Proponowałaś to, gdy mi się nudziło.
- Ach! – Nastąpił
głośny plask, kiedy walnęła się w czoło, za co wysłałam jej ostrzegawcze
spojrzenie. W każdej chwili Will naprawdę mógł wyjść z pokoju, dziwiłam się, że
jeszcze tego nie zrobił, posiadając wyostrzony słuch. Chyba że był czymś zajęty
albo w ogóle nie było go w pokoju. – Pamiętam! – szepnęła Liz, a jej oczy zaświeciły
się wesoło. – Akcja miała brzmieć „Mamy cię, Will!”.
Gdy Agnes spojrzała
na nas pytająco niewtajemniczona w nasze szatańskie plany, postanowiłam jej
wszystko wytłumaczyć.
- Plan polegał na
tym, żeby zrobić Willowi zdjęcie. Miałyśmy włamać się do jego pokoju i albo
nakryć go w łóżku z jakąś panną, albo samego lub pod prysznicem.
- To ostatnie to mój
pomysł! – wtrąciła Liz, szczerząc się, jak mysz do sera. Przewróciłam oczami.
- Tak, w gruncie
rzeczy cała akcja była twoim pomysłem, nieważne zresztą. Głównie chodziło o te
zdjęcie zrobione mu z zaskoczenia czy po prostu prawie nago, bo najwidoczniej
naszej Lizzie brakuje widoku męskiego ciała.
- To miało być dla
ciebie, zdrajczyni! – syknęła Liz, a Agnes zaśmiała się cicho, kiedy rozdziawiłam
szeroko usta.
- Co?! A na co mi
jego zdjęcia nago?! – wykrztusiłam po
paru sekundach zaskoczenia, a szatynka uśmiechnęła się szeroko.
- Nie wiem. –
Wzruszyła niewinnie ramionami, mrugając szybko powiekami. – Coś tam kiedyś
szeptałaś przez sen, więc chciałam zrobić ci niespodziankę.
Wyraźnie robiła
sobie ze mnie żarty. Musiała.
- Liz – powiedziałam
groźnie, tymczasem Angie krztusiła się obok ze śmiechu. Lizzie wskazała głową
drzwi, mówiąc bezgłośnie „Wchodź”.
Właściwie to nie
byłam pewna, czego chcemy od Willa, ale wiedziałam, że gdybym nie weszła tam
sama, Liz wepchałaby mnie tam siłą, zatem wolałam już bardziej godne wejście.
Wyprostowałam się,
chrząknęłam parę razy i modląc się, by miał otwarte drzwi, nacisnęłam na
klamkę, a drzwi otworzyły się bezszelestnie. Usłyszałam jak dziewczyny
podniosły się z miejsc, ale moja uwaga skoncentrowana była na wnętrzu
pomieszczenia.
Moim oczom ukazał
się niecodzienny widok, ponieważ – i to było coś, na co czekała Liz – Will był
ubrany tylko do pasa, a obok niego, na łóżku, siedziała jakaś jasnowłosa
dziewczyna. Byli tak zajęci sobą, że mnie chyba nie zauważyli, ale Will już się
od niej odrywał, więc szybko wycofałam się z pokoju, zamykając za sobą drzwi i
wpadłam na Liz, która szykowała się do wejścia za mną.
- Co jest? – spytała
od razu.
Musiałam wziąć kilka
wdechów, zanim odpowiedziałam.
- Jest tam z jakąś
dziewczyną – szepnęłam.
Lizzie wpatrywała
się we mnie długą chwilę, aż w końcu przeklęła głośno. – Gdzie mój aparat?! –
dodała, waląc pięścią w czoło.
Kiedy Agnes stanęła
po mojej lewej stronie i zamierzała coś powiedzieć, drzwi się nagle otworzyły,
a w nich pojawił się Will z podejrzliwym wyrazem twarzy, wciąż bez koszulki. A
my zapatrzyłyśmy się na jego tors, jak jakieś idiotki.
Cóż, po części nie
chodziło o fakt, że był umięśniony – bo widziałyśmy wiele i to bardziej
umięśnionych facetów – ale o to, że – trzeba było to przyznać – widok Willa bez
koszulki był, w pewnym sensie, bezcenny. Nigdy jeszcze przy nas się nie
rozbierał.
Obiekt naszego
osłupienia chrząknął głośno, a my natychmiast się otrząsnęłyśmy, odwracając
wzrok. Will nie wyglądał na skrępowanego, wciąż był podejrzliwy, no i może
trochę rozbawiony.
Lizzie, jak można
było tego się spodziewać, pierwsza się opamiętała i bez pardonu wepchnęła się
do jego pokoju, na co podniósł jedynie brew, i odsunął się pod drzwi,
wpuszczając mnie oraz Agnes. Nie mogłam zignorować tego, że tylko mnie
obserwował, gdy wchodziłyśmy.
Zastanawiać się nad tym będę później.
- Hej! – zawołała
entuzjastycznie Liz do dziewczyny, a ona cała się zaczerwieniła. Kątem oka
zauważyłam jak Agnes unosi brwi w zdumieniu.
- Pam?
Dziewczyna nazwana
Pam wstała szybko i bez słowa ruszyła do drzwi, zatrzymując się na chwilę przy
Willu, któremu coś szepnęła, i wyszła.
Brunet zamknął za
nią drzwi i oparł się o nie plecami, zakładając ramiona na klatce piersiowej,
zresztą dobrze robiąc, bo już nie byłyśmy tak rozpraszane. Przynajmniej ja i
Agnes, bo Liz mimo wszystko żywiła do niego niechęć.
Usiadłyśmy wszystkie
trzy na jego łóżku, ja w środku, i dłuższą chwilę w pokoju trwała niczym nie
zmącono cisza. Przy tym rozejrzałam się po jego ciemno-umalowanym pokoju, aż
ostatecznie odezwał się Will:
- Co was sprowadza w
moje progi?
- Cat chciała o coś
cię zapytać – powiedziała Liz, a ja walnęłam ją łokciem w bok. Czemu zawsze
ja?!
- Chcesz dostać? –
syknęłam do niej przez zaciśnięte zęby.
- Żartuję, no. –
Wyszczerzyła się do Willa. – Chciałyśmy po prostu wiedzieć, czy wybierasz się
na dzisiejszy bal.
Will wydawał się
trochę zaskoczony.
- Naprawdę?
- Nie chciałyśmy wam
przeszkadzać… - mruknęła Agnes, przyglądając się swoim paznokciom. – Ale Liz
się uparła.
- Tylko
rozmawialiśmy – powiedział i mogłabym się założyć, że usłyszałam nutkę obrony w
jego głosie. Jednak Will nigdy by się z tym nie zdradził, dlatego utrzymywał
obojętny wyraz twarzy.
- Jasne. Matt też
tak gadał – odparła z sarkazmem Lizzie.
- Co?!
Podniosłam głowę
zaskoczona, choć mogłabym przysiąc, że poczułam lekkie ukłucie zazdrości, co
było niepodobne w moich uczuciach do Matta. Oczywiście chodziliśmy razem już od
dwóch miesięcy, ale nadal nie mogłam stwierdzić, czemu byłam z nim w tym
związku.
Takie myśli jednak
opętywały mnie tylko wtedy, gdy nie było w pobliżu Matta – kiedy był ze mną,
zapominałam o wszystkich zmartwieniach, liczyło się tylko to, że jestem
szczęśliwa. O to chodziło w związkach, nieprawdaż? O bycie szczęśliwym?
A co z miłością?
Kocham go, to
oczywiste – odpowiedziałam Ally.
Ale…?
Czy musi być zawsze
jakieś „ale”? – westchnęłam zirytowana w myślach i usłyszałam ciche parsknięcie
Alice.
Sama je masz, dobrze o tym wiesz.
Okej – poddałam się
– ale tylko jak przyjaciela. Zadowolona?
Tylko, jeśli ty tak.
Jestem z nim
szczęśliwa, jeśli o to ci chodzi.
To akurat widzę, ale chodzi mi o bycie fair w
stosunku do niego. Wiesz, o czym mówię?
Pytanie te
zostawiłam bez odpowiedzi. Tak samo robiłam z identycznymi iluzjami Liz do
tego, że może po prostu trzymam Matta przy sobie tylko, dlatego że znudziło mi
się bycie singielką. Miałam ochotę za to ją udusić. Przekonywała mnie, że
cieszy się, iż jesteśmy razem, i tak dalej, jednak było – jak zwykle – jakieś
„ale”.
Ta krótka rozmowa
pomiędzy mną, a moją Kapłanką trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, nie dużo
więcej same moje przemyślenia, dlatego spojrzałam wyczekująco na przyjaciółkę.
- Z naciskiem na
„gadał” – rzuciła szybko, spuszczając oczy pod moim krytycznym spojrzeniem.
- Czyżby zazdrosna?
– Dosłyszałam mruczenie Agnes, która z wielkim zainteresowaniem obserwowała
jedną ze ścian, ale ją zignorowałam. Nie umknęło mojej uwadze, że nawet William
wydawał się być rozbawiony tym całym moim wzburzeniem, bo zauważyłam jak unosi
mu się lewy kącik ust.
- Wracając do
sprawy, z którą tu przyszłyśmy – powiedziała głośno Liz. – Idziesz na ten bal
czy nie?
- Tylko po to tu
przyszłyście? – Will tym razem nie ukrył zaskoczenia w głosie, choć twarz miał
wciąż spokojną. Zastanawiałam się, czy teraz myśli jak nas zabić za to, że taką
błahostką zniszczyłyśmy mu randkę.
- Pewnie, że nie! –
odezwała się Ag. – Chciałyśmy także odwiedzić naszego cudownego przyjaciela i
dowiedzieć się, co u niego, ale już dostałyśmy na to odpowiedź na samym
wstępie, prawda? – Uśmiechnęła się niewinnie i wiedziałam, do czego pije. Do
nowej – a może starej? Zaraz, może to była ta dziewczyna z lasu? – dziewczyny
Willa.
Chłopak popatrzył na
nią zmrużonymi oczami, a na ustach Agnes uformował się większy uśmiech. Jak ona
uwielbiała droczyć się z ludźmi.
Lizzie odchrząknęła,
wyraźnie zniecierpliwiona. Choć może klata bruneta zrobiła na niej wrażenie, to
i tak wciąż czuła do niego niechęć, a spędzanie więcej czasu, niż trzeba było,
w jego pokoju nie wchodziło w jej rachubę.
- Więc? – Zastukała
nogą w drewnianą podłogę, wwiercając wzrok w Willa.
- Nie mam pojęcia,
jak do tej pory nawet nie myślałem o tym balu. – Podrapał się po głowie,
myśląc. – Może. A czemu to takie dla was ważne? – Spojrzał na mnie z pytającym
wyrazem twarzy.
- Jej pytaj –
kiwnęłam głową w stronę kuzynki – cała akcja była jej pomysłem.
- Akcja? – Nie
zrozumiał, dlaczego użyłam tego słowa. Skarciłam się w myślach i zagryzłam
wargę, żeby powstrzymać panikę, która chciała pokazać się na mojej twarzy.
Wtedy byłybyśmy załatwione.
Na szczęście Liz
mądra głowa wymyśliła coś na poczekaniu.
- Chciałam zrobić
akcję, która miałaby na celu pilnowanie dzisiejszej nocy mojej głupiutkiej
siostrzyczki, która – jako że jest znana ze swoich podbojów alkoholowych –
znowu może wpakować się w jakieś kłopoty.
- Obyś się myliła,
Liz – powiedziała Agnes, biorąc na poważnie słowa naszej przyjaciółki.
Liz miała rację, co
do tych podbojów jej siostry, ale nie było sensu niańczyć ją, jak jakąś
sześciolatkę, gdy miała osiemnaście lat. Początkowo myślałam, że Liz żartuje,
ale z jej skupionej miny poznałam, iż poważnie myśli o pilnowaniu Jennifer.
- Pamiętasz, co było
po ostatnim razie, mam nadzieję, że czegoś po tamtym się nauczyła – mówiła
dalej ruda, a mnie przeleciały przed oczami obrazy do połowy rozebranej Jenn na
podwórku, przed domem jakiegoś jej znajomego, u którego była impreza. Wokoło
niej walały się butelki najróżniejszych ludzkich trunków. Zwykłego człowieka to
może by tyle alkoholu nie ruszyło tak jak Jenn, ale ona była czarodziejką –
wiadomo było, że w naszym świecie wszystkie ludzkie używki działają z podwójną
siłą.
Można by pomyśleć,
że po tym jak znaleźliśmy ją w takim stanie w poprzednie wakacje, to chociaż
byłaby skruszona. A gdzie tam – miała jeszcze do nas pretensję, że zabrałyśmy
ją stamtąd, gdy impreza dopiero się zaczynała. Do dziś nie wiem jak mogła
jeszcze wtedy trzeźwo myśleć.
- Szczerze mówiąc,
to wątpię – powiedziała tylko Liz i podniosła się z łóżka Willa. – No, na nas
już najwyższa pora, prawda, dziewczyny? – Popatrzyła na nas znacząco, więc
podniosłyśmy się z naszych miejsc. Gdy Will odsunął się od drzwi i nam je
otworzył, zwróciła się do niego: - Fajnie, że nas gościłeś, ale ponieważ nie odpowiedziałeś
zadowalająco na nasze pytanie, nie dziękujemy. – Wyszła z jego pokoju, a ja
parsknęłam śmiechem razem z Agnes.
Pożegnałyśmy się z
uśmiechniętym Willem i ruszyłyśmy we trójkę na dolne piętro, by odprowadzić
Angie do jej pokoju.
***
Dzisiaj w naszej
szkole odbywał się bal bożonarodzeniowy, dla uczniów, którzy zostali w szkole
na święta, a było ich całkiem sporo, niemal połowa szkoły, wliczając w to moich
przyjaciół. W tych czasach ludzie czuli się bezpieczniejsi w szkole, choć i ta
ostatnio nie była już tak bezpieczna, jak wcześniej, zważając na liczbę i
miejsca morderstw z ostatniego pół roku.
Ten coroczny bal
odbywał się zawsze 25 grudnia i był to bal, jak każdy inny. Suknie, wino,
poncz, walce i inne tańce oraz ogólnie miła oraz przyjemna atmosfera, acz
trochę smętna. To w Sylwestra organizowana była już bardziej młodzieżowa
impreza, gdzie można było przychodzić nawet w podartych dżinsach i zabrudzonej
koszulce, co na balu było surowo zabronione. Bez eleganckiej koszuli lub sukni
nie miało się co pokazywać, a nawet, jeśli próbowało się tak przyjść, to w
chwili przejścia przez próg sali balowej, magia zmieniała twoje ciuchy w
elegancki ubiór – zwykle zbyt elegancki,
dlatego uczniowie woleli przyjść ubrani sami, chcąc nie chcąc, odświętnie, ale
w swoim guście.
Pośród powszechnego
hałasu, którym była głośna muzyka oraz rozmowy i śmiechu ludzi tu
zgromadzonych, odwróciłam się do Matta z uśmiechem na ustach.
- Dobrze się bawisz?
– spytałam, przesuwając się do niego, a on podał mi kielich ze szkarłatną
substancją chlupoczącą w środku. Przyjrzałam jej się podejrzanie. – Poncz czy…
- Wino – odparł,
posyłając mi szybki uśmiech. Dobrze wiedział, że nie znoszę ponczu. – Wiesz,
nienajgorzej, jednak wolę nasze imprezy
od takich bali. – Wzruszył ramionami. – My mamy inne…
- Zaopatrzenie? –
wtrąciłam, upijając trochę czerwonego napoju. Za winem też, szczerze mówiąc,
nie przepadałam, ale musiałam się nim zadowolić, zważając na to, że innego
alkoholu tutaj nie było, a ja dziś miałam ochotę upić się, chociaż troszeczkę,
tak po prostu.
- Nie – zaśmiał się
chłopak. – Inne zwyczaje.
Pokiwałam głową,
rozglądając się po zatłoczonej wielkiej sali, po chwili poczułam ciepło na
swojej wolnej dłoni. Uśmiechnęłam się do Matta, który ujął mnie za rękę i
pocałowałam go delikatnie w usta, pozostawiając na nich czerwony ślad po winie.
Matthew oblizał
usta, wpatrując mi się w oczy, a ja uśmiechnęłam się szerzej i ponownie go
pocałowałam, tym razem dłużej, lecz ostrożnie, bo w każdej chwili mogłabym
zapomnieć, gdzie się znajduję i co trzymam w dłoni. Wtedy wino wylądowałoby na
jego idealnie białej koszuli.
Kiedy jasnowłosy
przycisnął mnie mocniej do siebie, kładąc ciepłe dłonie na moich odkrytych
plecach – taki krój miała błękitna sukienka, którą miałam na sobie – szepnęłam
w jego wargi:
- Uważaj, bo wyleję
wino.
- No i co?
- To, że zniszczę ci
koszulę. – Oderwałam się od niego, pokazując mu język i starłam kciukiem
szkarłatne smugi z jego ust. Patrzył na mnie obrażony.
- To tylko koszula,
poza tym mogę ją wyczyścić magią – prychnął.
- Oj, nie obrażaj
się – mruknęłam, przykładając kielich do ust. Zerkając nad jego ramieniem,
objęłam wzrokiem salę, skacząc spojrzeniem od pary do pary, próbując kogoś
poznać w półmroku.
Starałam się
odnaleźć Liz i Ethana, ale obydwoje zaszyli się gdzieś zaraz po tym jak
przyszłam z kuzynką na salę. Agnes również zniknęła, ale domyślałam się, że
wymknęła się do Luke’a. Will… Willa jeszcze nie widziałam, lecz nie byłam pewna
czy w ogóle tutaj się dziś zjawi.
- Widzisz kogoś
znajomego? – spytał Matt, wpatrując się we mnie.
Pokręciłam głową,
wciąż krążąc wzrokiem po sali.
- Nie, chyba tylko
my, z naszej szóstki, postanowiliśmy dołączyć dziś do balu straceńców. –
Wyszczerzyłam się do chłopaka, na co ten się zaśmiał.
- Bal straceńców?
Ciekawe. – Widząc, że opróżniłam już cały kieliszek wina, Matt wziął butelkę ze
stolika stojącego za mną i dolał mi cieczy do połowy. Skinęłam mu w
podziękowaniu głową, a on przyjrzał mi się z rozbawieniem. – Szybka jesteś.
Machnęłam
lekceważąco ręką.
- Nic jeszcze nie
widziałeś, mój drogi.
- Doprawdy? –
Uśmiechnął się łobuzersko. – Przyjdź kiedyś na naszą imprezę, to się
przekonamy.
- Zapraszasz mnie na
własne ryzyko – ostrzegłam, podnosząc jedną brew.
Aż taka okropna jesteś po pijaku?
Tak mi wmawiano –
mruknęłam, a Ally się zaśmiała.
Liz i Agnes?
Jak zawsze, dwie
mendy. Najgorsze jest to, że ja nigdy nic nie pamiętam, więc nie wiem czy mówią
prawdę, czy nie, a w swoich historyjkach są dosyć okrutne.
Wzdrygnęłam się w
duchu na wspomnienie jednej „relacji” Liz z naszej babskiej imprezy. Wmawiała
mi, że odwiedzałam pokoje chłopaków na naszym piętrze, a nawet robiłam dużo
więcej. Nie chciałam w to wierzyć, ale wszystko było prawdopodobne, biorąc pod
uwagę, że po każdym wypitym przeze mnie alkoholu następnego dnia miałam pustkę
w głowie. Miałam słaby łeb, ale to nie powstrzymywało mnie przed kolejnym
trunkiem i kolejnymi przygodami.
Ta dzisiejsza
historyjka Liz o moim szeptaniu przez sen o nagich zdjęciach Willa podobno też
była wynikiem naszych libacji. Postanowiłam to przemilczeć.
A ty się ze mnie nie
śmiej – ostrzegłam Ally, wyczuwając jej rozbawienie. – Nie moja wina, że lubię
czasem się uchlać, na to jest alkohol, prawda?
Oczywiście, ale pijemy z umiarem, Catty, z umiarem.
Gadasz, jak moja
matka – prychnęłam.
Ponieważ obydwie mamy mocne i mądre głowy.
Aleś ty zabawna…
- Nie mogę się
doczekać – usłyszałam roześmiany głos Matta, więc wróciłam do rzeczywistości.
- Nie wiesz, co
mówisz, kochanie.
- Im szybciej się
dowiemy, tym lepiej – powiedział porozumiewawczo.
- Nie dziś, winem nigdy
jeszcze się nie upiłam. – Wzruszyłam bezradnie, a on tylko pokręcił głową z
uśmiechem. Nie miałam pojęcia, co go tak bawiło.
Upiłam trochę wina i
ponownie rozejrzałam się po sali. Nie znam, nie znam, nie znam, czy to na pewno
bal tylko dla uczniów? Niektórych widziałam pierwszy raz w życiu…
Znowu przytknęłam
kieliszek do ust, dostrzegając nagle czarną czuprynę i białą koszulę w tłumie.
Zmrużyłam oczy, a gdy tańcząca osoba odwróciła się profilem w moją stronę,
poznałam Dallasa. Uśmiechnęłam się złośliwie, mieszając wino w ustach, ale gdy
mój wzrok padł na jego partnerkę w tańcu, zakrztusiłam się napojem, wypluwając
go z buzi. Matt miał takiego pecha, że stał przede mną i wszystko wylądowało na
jego koszuli, na którą tak wcześniej uważałam.
Jasnowłosy jednak
tym się nie przejął, pośpieszył by poklepać mnie po plecach, kiedy wciąż się
krztusiłam i wyciągnął z mojej dłoni kieliszek, kładąc go na stole.
- Może jednak ty na
dzisiaj już skończysz.
Złapałam go za
ramię, wykrztuszając ostatnie kropelki wina, który poleciał nie w tę dziurę i
spojrzałam na niego przepraszająco.
- Wybacz.
- Nic się nie stało,
mówiłem ci, że to tylko koszula. – Machnął ręką, a koszula znów była
nieskazitelna. – Widzisz?
Uśmiechnęłam się
słabo, zakaszlałam raz jeszcze i wróciłam wzrokiem do Dallasa.
- Spójrz. –
Wskazałam na niego palcem. Matt odwrócił się i spojrzał zmrużonymi oczami na
sylwetkę, teraz i jego, wroga, ale po chwili zmarszczył brwi w zdziwieniu.
- Jenn? Z Dallasem?
- Nie wyjdzie z tego
nic dobrego – mruknęłam, zaciskając
nerwowo pięści.
Matt wziął moją
dłoń, rozprostował moje palce i splótł je ze swoimi, uśmiechając się
pokrzepiająco.
- Spokojnie, Jenn
jest dorosła i może sama brać odpowiedzialność za swoje czyny, prawda?
- Gdy dochodzi do
kwestii Jenn i alkohol, to nie byłabym taka pewna…
Matthew milczał
dłuższą chwilę, najwyraźniej nie wiedząc, co począć, ale nagle jego twarz się
rozjaśniła.
- O, patrz, Liz
idzie! Powiedz jej, niech sama rozprawi się z siostrą.
Odwróciłam głowę w
prawą stronę i zobaczyłam zmierzającą w naszą stronę uśmiechniętą Liz, a za nią
szedł tak samo roześmiany Ethan.
- Co tam? – zawołała
radośnie, szczerząc zęby w uśmiechu, ale na widok mojej zaniepokojonej miny
trochę oprzytomniała. – Coś się stało?
- Sama zobacz. –
Kiwnęłam głową w stronę pary, a w chwili gdy jej brązowe oczy padły na jej
siostrę i Erica, uśmiech całkowicie zszedł z jej twarzy.
- Co ona robi? –
warknęła.
- Też się
zastanawiam – mruknęłam, patrząc zaniepokojona na wesołą Jennifer. Zachowywała
się, jakby w ogóle nie wiedziała, kim była osoba, z którą tańczyła – obawiałam
się, że znów mogła zbyt dużo wypić.
- Jak ja jej zaraz…
- Lizzie zrobiła ruch, jakby chciała pójść do siostry, lecz Ethan złapał ją w
pasie, przyciągając szybko do siebie.
- Kochanie, chyba
już najwyższa pora, byś przestała być drugą matką dla Jenn – powiedział, kiedy
spojrzała na niego z oburzeniem, lecz ta nadal wierciła się w jego ramionach.
- Ale…
- Przypominam ci,
Liz, że twoja siostra jest już pełnoletnia. Wiedziałaś?
- Tak, ale…
- Lizzie. – Ethan
spojrzał jej głęboko w oczy, a ona po chwili westchnęła ciężko, wyraźnie się
poddając.
- No dobrze –
burknęła. Jej chłopak w odpowiedzi ucałował ją w czoło, ona uśmiechnęła się
lekko. Jednak kiedy Ethan ją puścił i odwrócił się do stołu, by nalać sobie
wina, Lizzie wrzasnęła, niemal przekrzykując muzykę:
- Jenn!
Zatuszowałam swój
śmiech, ukrywając twarz w ramieniu Matta, gdy Ethan błyskawicznie zwrócił się
do szatynki, piorunując ją wzrokiem.
- Elizabeth!
Moja kuzynka wysłała
mu przepraszający uśmiech, a blondyn pokręcił zrezygnowany głową, odwracając
się z powrotem do stolika. Liz utkwiła groźne spojrzenie w swojej siostrze,
która zwabiona krzykiem patrzyła w naszym kierunku. Lizzie machnęła w jej
kierunku ręką, aby do nas podeszła, co dziewczyna po krótkim wahaniu zrobiła.
Parę sekund później
stanęła przed nami młodsza kopia Liz, tylko że zamiast brązowych loków miała
długie, proste ciemnoblond włosy. Po jej zamroczonych czekoladowych oczach
poznałam, że jest już wstawiona, choć jej uśmiech był dosyć trzeźwy, a i wzrok
taki na moment się stał, gdy objęła nas wszystkich wzrokiem, machając nam na
powitanie.
- O co chodzi,
Ellie? – zawołała wesoło, wpatrując się iskrzącymi oczami w Liz.
- Mówiłam ci, żebyś
tak mnie nie nazywała – syknęła Liz. Jenn sięgnęła obok szatynki do stolika, a
Lizzie odtrąciła jej dłoń. – Nawet po pijaku.
Poczułam obok siebie
trzęsienie, więc zerknęłam na mojego chłopaka i zauważyłam, jak próbuje
powstrzymać śmiech, zaciskając mocno usta. Szturchnęłam go łokciem, a Matthew
oderwał się ode mnie i podszedł do Ethana, cicho śmiejąc się pod nosem. Odeszli
parę kroków od nas, rozmawiając pomiędzy sobą.
Pokręciłam lekko
głową, uśmiechając się do Matta, który zerkał na mnie roześmiany i wróciłam
spojrzeniem do sióstr Baker.
- Zdajesz sobie
sprawę z tego, z kim tańczysz? – spytała Lizzie, wpatrując się z pokerową
twarzą w Jenn, a ona wzruszyła niedbale ramionami.
- Co to ma do
rzeczy?
- Jenn, on jest
groźny, mówiłam ci, żebyś nie zadawała się z nim – powiedziała Liz na tyle
cicho, na ile pozwalał jej hałas.
- Pamiętam, co mi
mówiłaś, ale teraz wcale nie wydaje się taki zły. – Uśmiechnęła się z
zachwytem, nawijając pasmo włosów na palec wskazujący, poczym zwróciła swoje
oczy na mnie, marszcząc brwi. – Cat, nie gniewaj się, to nie ma nic wspólnego z
tobą.
- Nie mam nic do
tego z kim się spotykasz, Jenn, ale pamiętaj, do czego Dallas jest zdolny –
ostrzegłam kuzynkę.
Blondynka zaśmiała
się perliście, zerkając przez ramię.
- Wiem, wiem, wiem,
ale on naprawdę jest inny, gdy się go bliżej pozna, Cat. Zmienił się odkąd
wrócił do szkoły.
- Błagam cię, zniosę
wszystkie twoje pijackie brednie, ale nie pieprz mi o świętości Dallasa –
rzekła zdegustowana Lizzie, wymieniając ze mną niedowierzające spojrzenie.
- Kiedy Eric
naprawdę…
- Wiesz co, Jenn, wracaj
już. – Szatynka złapała Jenn za ramiona, odwróciła ją plecami do siebie i
pchnęła lekko do przodu. – Tylko za bardzo się z nim nie spoufalaj.
Gdy blondynka weszła
w tłum, spojrzałam w miejsce, gdzie czekał Eric, a kiedy dojrzał mój wzrok,
pomachał mi dłonią ze złośliwym uśmieszkiem.
- Ty mały, wstrętny
gnojku – warknęła Lizzie obok mnie, także to widząca. – Niech tylko czegoś
spróbuje, a go załatwię.
- Mówiłam, że z tego
nie może wyjść nic dobrego. –
Westchnęłam, sięgając do mojego kieliszka stojącego na stole i wypiłam resztkę
jego zawartości.
***
- Jenn nigdzie nie
ma.
Podniosłam wzrok na
Lizzie, która stanęła w progu mojego pokoju z przerażeniem wypisanym na twarzy.
Zamarłam w trakcie ściągania drugiego balerinka ze stopy, w gardle mi zaschło,
a w głowie pojawiło się czerwone światełko.
- Sprawdzałaś…
- Wszędzie
sprawdzałam! Wiedziałam, że trzeba jej pilnować! – jęknęła, przykładając dłoń
do czoła.
Założyłam z powrotem
drugiego buta na nogę, wstałam z łóżka i podeszłam do Lizzie, wypychając ją z
pokoju, i zamknęłam za nami drzwi.
- Ethan dobrze ci
powiedział, że Jenn powinna już sama brać za siebie odpowiedzialność.
- Ale ona nie jest odpowiedzialna!
Nic nie
odpowiedziałam, tylko pociągnęłam za sobą przyjaciółkę na piętro wyżej. Kilka
minut później, nie zważając na późną godzinę – a raczej wczesną, bo dochodziła
druga w nocy – zapukałam do drzwi pokoju Agnes.
Liz spojrzała na
mnie z niepewną miną.
- Nie powinniśmy jej
tak budzić…
- Teraz potrzebna
jest każda para oczu, Liz, bo nie wierzę, że przeszukałaś całą szkołę i niczego
nie przeoczyłaś, a szczerze wątpię by Ag już spała… jeśli w ogóle wróciła –
dodałam po chwili, kiedy nie odzyskałyśmy żadnej odpowiedzi z pokoju rudej.
- Co teraz?
- Idziemy po
chłopaków – odparłam, łapiąc ją za dłoń i ruszyłyśmy na następne piętro.
***
- Chciałbym
zrozumieć, dlaczego musimy uganiać się za dorosłą kobietą, która ma pełne prawo
do balowania do późna w nocy – mruczał zaspany Matt, który już zdążył zasnąć w
ciągu dziesięciu minut od odprowadzenia mnie do mojego pokoju. Teraz sen
jeszcze bardziej się go trzymał, dlatego przez prawie cały czas pocierał
palcami powieki i ziewał głośno.
Tylko on jeden z
naszego towarzystwa czterech osób nie przejmował się zaistniałą sytuacją, nie
znając historii przygód pijanej siostry Liz.
- Ponieważ ta
dorosła tylko wiekowo kobieta, jest jeszcze wewnętrzną gówniarą, która nie zna
umiaru w alkoholu, a pod jego wpływem robi niebezpieczne rzeczy – odparła
zirytowana Lizzie, rozglądając się wokoło z rozgorączkowaniem. – Poza tym była
z Ericiem, co samo mówi za siebie.
- Dobrze, dobrze. –
Matt znowu ziewnął, a ja wbiłam mu łokieć w brzuch, przeszywając go wzrokiem.
- Matt! – syknęłam,
na co wywrócił oczami.
- Pamiętacie, gdzie
ostatnio ją widzieliśmy? – odezwał się Ethan, obejmujący mocno ramieniem Liz,
która podrygiwała nerwowo w miejscu, jakby chciała mu się wyrwać i znów iść
przeszukać budynek.
- W sali balowej –
powiedziałam. – Ale byliśmy jednymi z ostatnich osób, które ją opuszczały, a
jej tam już nie było.
Lizzie westchnęła
głośno. – Może powinniśmy… - przerwała gwałtownie, bo z jednego z korytarzy
prowadzących do holu, w którym staliśmy, ktoś wyszedł. Nie długo musiałam na
niego patrzeć, by rozpoznać Dallasa, który niestety nie miał towarzystwa.
- Eric, stój! –
krzyknęła przyjaciółka i podbiegła do mężczyzny, a my podążyliśmy za nią
prędko.
- W czym mogę pomóc?
– Spojrzał na nas kpiąco.
Gdy poczułam, jak
ręka Matta zacisnęła się mocniej na mojej dłoni, wysłałam mu ostrzegawcze
spojrzenie, wyczuwając jego zdenerwowanie.
- Uspokój się –
szepnęłam półgębkiem, lecz on wpatrywał się w Erica.
- Gdzie jest Jenn?
- Nie wiem. –
Wzruszył ramionami, a Lizzie zmrużyła groźnie oczy, zaciskając zęby. Zanim
zdołała coś powiedzieć, wyprzedził ją Ethan, patrząc zimno na bruneta.
- Gdzie ją ostatni
raz widziałeś?
- Szła w kierunku
lasu – powiedział obojętnie, ponownie złośliwie wyszczerzając akurat do mnie zęby. Zignorowałam to,
ale musiałam wbić paznokcie w dłoń Matta, bo on również zauważył tę zaczepkę
Dallasa.
- A ty nawet nie
próbowałeś jej powstrzymać? – spytała wściekle Liz, a on ponownie wzruszył
ramionami.
- Wolny kraj, każdy
ma prawo robić co chce, o czym powinnaś pamiętać, droga koleżanko, a nie prawić
morały swojej siostrzyczce. – Uśmiechnął się do niej.
- Dallas, ostrzegam
cię…
- Niby dlaczego
mielibyśmy ci wierzyć? – wtrąciłam szybko, widząc że trójka moich przyjaciół
traci już resztki swojego spokojnego zachowania w towarzystwie tego palanta -
ja byłam już odporna na jego osobę.
- Sami sprawdźcie.
Słodkich snów. – Skinął nam głową, wciąż z kpiącym uśmieszkiem na twarzy i po
chwili zniknął na schodach prowadzących do jednego ze skrzydeł.
- Bydlak – warknęła
Lizzie.
- Trzeba sprawdzić
ten las – powiedziałam.
- Chyba sobie
żartujesz, w dzień jest tam ciemno, a teraz to dopiero nic nie zobaczymy! –
zaprotestował Matt, ale uciszyłam go wzrokiem.
- Trzeba znaleźć
Jenn, a jeśli rzeczywiście trafiła do lasu, to należy ją stamtąd jak
najszybciej wyciągnąć, jest zimno i nie wiadomo co na nią tam czeka.
Przypomniałam sobie
tę noc, gdy śledziłam Willa, a na mojej drodze stanął – jeszcze wtedy tak
myślałam – zwykły wilk, który jednak nic mi nie zrobił, bo tak naprawdę był to
zmiennokształtny i jeden z Wybranych, Max. Wątpiłam by inne wilki były tak
pozytywnie nastawione do Jennifer, choć żywiłam jakąś tam nadzieję, że Max może
i tej nocy włóczy się po lesie, lecz zważając na pogodę, było to mało
prawdopodobne.
Matthew westchnął
ciężko, nareszcie odzyskując przytomność, bo już nie miał tak zaspanych oczu.
- W takim razie idziemy?
– zapytałam żywo, a reszta mruknęła potakująco.
***
Nocą oświetlony las
nie był już tak przerażający, jak feralnego dnia, gdy po raz pierwszy spotkałam
Maxa i śledziłam Willa. W dodatku w towarzystwie trzech osób wywrzaskujących co
chwilę „Jenn”, las w ogóle nie wydawał się lasem, oprócz zdradziecko ukrytych
korzeni czy też wystających groźnie gałęzi z każdego krzaka.
Parę razy Matt
zamieniał się w wilka i wyprzedzał nas o kilkanaście metrów, ale za każdym
razem wracał sam, aż w końcu zaprzestał przemiany, bo stwierdziliśmy, że jednak
w kupie siła.
Wszystko było miłe i
przyjemne do momentu, gdy na swojej drodze zaczęliśmy dostrzegać czerwone
smugi, które okazały się być…
- Krew – wymamrotał
Matthew, podnosząc się z klęczek pod światłem magicznej kuli wiszącej nad naszymi
głowami. – Jeszcze nie zakrzepła, więc ktoś, lub coś, niedawno tędy przechodził.
Lizzie sapnęła z
przerażeniem, wpatrując się w Matta, poczym wyrwała rękę z uścisku swojego
chłopaka i ruszyła przed siebie, a my nie mogliśmy zrobić nic innego, jak podążyć
za nią.
Ta krew przywołała
do mojej głowy obraz szkarłatnej kartki papieru, drugiej w ciągu dwóch
miesięcy, którą znalazłam pewnego popołudnia w swoim pokoju. Jej złota treść
zabłyszczała przed moimi oczami, tak jakbym w tej właśnie chwili ją czytała.
Jak się ma nasza droga Wybranka Ognia? Czy
jest już dostatecznie przerażona?
Nie?
Pozwól, że się tym zajmę, Ogniku.
Chociaż może…
Nie, jeszcze trochę się pobawmy.
Do bliskiego do zobaczenia, Ogniku.
Nie mówiłam o tym
liście Alice, choć byłam niesamowicie przerażona po tym jak go przeczytałam –
było pewne, iż ktoś już wiedział, że jestem Wybraną i miał niezły ubaw.
Zapytacie, jak Ally
mogła nie zobaczyć tego listu, skoro teraz praktycznie we mnie żyła. W dniu,
kiedy miałam pierwsze spotkanie z Wybranymi wujek Jack wyjawił mi jak można
odgradzać się umysłem od swojej Kapłanki w chwilach, gdy chcę być sama – bez
ściągania medalionu. Długo nie zajął mi trening umysłu, bo z siłą woli nigdy
nie miałam problemu.
Poza tym wtedy, gdy
znalazłam list nie miałam na sobie medalionu, dlatego łatwiej było mi to
ukrywać przed Ally.
Dlaczego nie
chciałam nikomu o tym powiedzieć? Sama nie miałam pojęcia. Te listy nie były,
na mój gust, pogróżkami, dlatego nie było potrzeby kogokolwiek o nich
informować – wolałam je zignorować.
Jednak dziś poczułam
niepokój, choć Jennifer nie mogło stać się nic poważnego, a w ostatnich dniach
nie znalazłam żadnego martwego kota, co wiadomo co znaczyło.
Lecz wciąż
denerwowała mnie ta krew - czy dziewczyna mogła być tak pijana by sama zapędzić
się tak daleko do lasu, a przy okazji tak bardzo się poranić?
A może to nie jest
jej krew? – myślałam z nadzieją. Miło by było teraz mieć ze sobą Alice dla
otuchy, ale medalion zostawiłam w pokoju.
Kiedy śpieszyliśmy
za Lizzie, oglądając się na boki w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po Jenn,
zauważyłam wyraźnie pobladłą twarz Matta. Zrównałam z nim kroku i złapałam go
za dłoń, wpatrując się w niego czujnym spojrzeniem.
- Coś się stało?
Jasnowłosy przełknął
ślinę, zerkając na mnie z lekką obawą. Uśmiechnęłam się zachęcająco, ale
uśmiech ten zamarł po tym, co od niego usłyszałam.
- Parę dni temu
znalazłem martwego kota – powiedział na jednym wydechu. Wpatrywałam się w niego
z przerażonym zrozumieniem, bo obydwoje doskonale wiedzieliśmy, co ten „znak” zwiastował.
Opanowałam oddech,
który szybko wyrywał mi się z gardła i znowu przyśpieszyliśmy kroku, dołączając
się do nawoływań Jenn.
Nie wiem ile mogło
minąć od naszego wejścia do lasu – może pół godziny – gdy zdecydowaliśmy się
jednak rozdzielić i samotnie przeszukiwać las, i poszliśmy w różnych
kierunkach.
Sukienka nie bardzo
pomagała w przedzieraniu się przez zarośla i krzaki, więc zmuszona byłam
rozedrzeć ją trochę w rozkroku, choć miałam nadzieję, że zaklęcie zwróci mi
później jej poprzedni wygląd. W tym jednak momencie bardziej skoncentrowana
byłam na poszukiwaniu Jenn.
- Jennie, Jennie,
Jennie, pokaż się – wołałam, bezradnie rozglądając się na boki, szukając choć
najmniejszego ruchu, na próżno.
- Pokaż się, nie
zmuszaj mnie bym używała swoich „nadzwyczajnych” sił, żeby cię odszukać!
Zatrzymałam się
gwałtownie, słysząc ledwo dostrzegalny jęk. Czujnie rozejrzałam się wokoło,
zaglądając w krzaki, ale dalej niczego nie widziałam.
- Jenn! – krzyknęłam
raz jeszcze, idąc przed siebie, aż nagle dostrzegłam parę metrów dalej w łunie
światła brązowy materiał, który niewątpliwie był sukienką blondyny.
Podbiegłam szybko do
postaci leżącej nieruchomo na śniegu i ukucnęłam obok niej. Natychmiast
wysłałam strzałę światła w głąb lasu, która miała odszukać moich przyjaciół i
ich tutaj przyprowadzić.
- Jennie! –
Potrząsnęłam jej ramieniem, wpatrując się z trwogą w jej bladą twarz. Nałożyłam
na nią barierę ocieplającą, którą sama miałam na sobie w tę straszliwie mroźną
noc. Sapnęłam przerażona, odrywając rękę od jej ciała, która cała umazana była
krwią.
- Jenn, błagam cię,
ocknij się! – jęknęłam błagalnie, potrząsając jej wątłym ciałem, lecz nie
otrzymałam odpowiedzi. Przyłożyłam palce do jej zimnej szyi i westchnęłam z
ulgą, czując jej puls.
Dzięki Bogu, żyła.
- Cat? Znalazłaś
ją?! – Usłyszałam w oddali krzyk Lizzie.
- Tak! – zawołałam,
poczym nastąpił pisk i chwilę potem Liz stała obok mnie w postaci psa, ale
szybko się zmieniła, kucając przy siostrze. Niedługo później dołączyli do nas
chłopcy.
- Czy ona…?
- Żyje, ale nieźle
zmarzła. I wydaje mi się, że zraniła się w ramię, bo jest całe zakrwawione.
Lizzie wpatrywała
się ze łzami w oczach w dziewczynę, następnie rzuciła się na jej nieprzytomne
ciało.
- Idiotka! –
warknęła, mocno wtulając się w siostrę.
Spojrzałam na Matta,
a on odwzajemnił mój wzrok, strach widoczny był w jego miodowych tęczówkach.
Obydwoje zastanawialiśmy się nad jednym.
Czy to był po prostu
zwykły martwy kot czy ktoś inny z bliskich Matta miał umrzeć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz