- Cat!
Słysząc swoje imię, odwróciłam się i zobaczyłam biegnącą korytarzem w
moim kierunku znajomą brązowowłosą dziewczynę. Gdy cała zasapana stanęła obok
mnie, spojrzałam na nią z lekką rezerwą.
- Coś się stało? – zapytałam, a ona po krótkiej chwili podniosła na
mnie wzrok.
- Słyszałaś najnowsze informacje? – odpowiedziała pytaniem na pytanie,
nadal ledwo łapiąc urywany oddech.
Zanim odpowiedziałam objęłam spojrzeniem jej wątłą sylwetkę i prawie
się uśmiechnęłam, widząc nierówno zapiętą błękitną koszulę oraz pogniecioną w
kilku miejscach czarną spódnicę do kolan. Cała nierozgarnięta ona.
- Jakie informacje?
- Nie słyszałaś?! – krzyknęła głośno, aż się skrzywiłam.
- Ciszej – syknęłam, rozglądając się z niepokojem po wielkim holu
szkolnym, gdzie się znajdowałyśmy.
W tej chwili w salach na piętrze, czyli dokładnie nad nami, odbywały
się lekcje czwarto- i piątoklasistów, którzy rozpoczęcie roku mieli zawsze
dzień wcześniej niż reszta – 31 sierpnia – ze znanemu tylko dyrekcji powodowi.
Dziwne, ale ja za dwa lata też tak będę miała. Dzisiaj rozpoczynałam
dopiero drugi rok nauki w tej szkole.
Spojrzałam z powrotem na dziewczynę.
- Dobrze wiesz, że nie interesuję się plotkami, Liz.
Liz, zwana też Lizzie lub Elizabeth, wyprostowała się i popatrzyła na mnie
sceptycznie.
- Nie żartuj sobie. Od plotek się żyje, kochanie. – Mówiąc to,
odgarnęła brązową grzywę z twarzy, ukazując duże czekoladowe oczy.
Elizabeth Baker, dziewiętnastoletnia wariatka, a jednocześnie jedna z
moich najlepszych przyjaciółek, była często uosobieniem nadpobudliwego
człowieka, ale przeważnie wrażliwą i pomocną kobietą. Kochałam ją między innymi
za jej lekkie podejście do życia, którego jej szczerze zazdrościłam. Miała
wielki optymizm do życia, czasem aż za wielki. A, w dodatku uwielbiała plotki,
szczególnie te dotyczące jej. Ja ich nie znosiłam.
- Ty z nich żyjesz, nie ja –
powiedziałam i ruszyłam w stronę najbliższego korytarza, a Lizzie poszła za
mną.
- No, ale nie chcesz wiedzieć, co się dzieje? – zapytała, zrównując ze
mną krok.
- Szczerze? Nie. – Zatrzymałam się na rozdrożu korytarza, próbując
przypomnieć sobie plan tego ogromnego budynku.
- To akurat będziesz chciała usłyszeć – upierała się Liz, a ja
ostatecznie skręciłam w prawo, modląc się w duchu by była to prawidłowa droga.
- Nie chcę słyszeć żadnych plotek, zwłaszcza, jeśli są na mój temat. –
Kiedy nic nie odpowiedziała, stanęłam, wzdychając ciężko, a stukot moich
obcasów odbił się echem po kamiennych ścianach ciemnego przejścia. – Co, znowu
przespałam się z nauczycielem? Albo może coś ukradłam, pocałowałam zajętego
chłopaka, słucham?
Tak, niestety miałam wiele takich historii oraz kłopotów z powodu
takiego rodzaju plotek. Ta o przespaniu się z nauczycielem już istniała, ale
nie była oczywiście prawdziwa. Nigdy nie byłam zainteresowana żadnym z
profesorów, nie wspominając już o tym, że nie znosiłam nauczyciela zaklęć, z
którym rzekomo miałam romans. Jeśli ludziom się nudzi, to wymyślą wszystko.
Lizzie powoli pokręciła głową, robiąc niewyraźną minę. Złapałam za
medalik, wiszący na mojej szyi i ściskając go mocno, wzięłam głęboki oddech.
Czułam, że szykowało się coś gorszego.
- Wyduś to z siebie.
- Eric jednak wraca do szkoły.
Moje ciało gwałtownie zesztywniało, a oczy niebezpiecznie się zmrużyły.
- Jak to możliwe? – warknęłam.
- Wiedziałam, że TO cię zainteresuje! – zawołała radośnie Liz.
Przymknęłam powieki, pocierając nasadę nosa.
- Sądzę, że to nie jest zbytni powód do radości, Lizzie – mruknęłam.
Eric był moim pierwszym i jedynym wrogiem od pierwszego dnia mojej
nauki w River High. Wprawdzie zaczęło się od błahostki, bo była to kłótnia o
pokój – zachowaliśmy się wtedy jak wykapane przedszkolaki, mimo posiadania
pełnoletniości – lecz z czasem było jeszcze gorzej. Złośliwe żarty,
zastraszanie, nielegalna walka magią…
Za to ostatnie obydwoje zostaliśmy ukarani miesięczną pracą społeczną,
czyli sprzątaniem razem w szkole, co skończyło się wydaleniem Dallasa z River
High, bo użył na mnie jakiejś magii zakazanej dla pierwszorocznych, dzięki której byłam nieprzytomna, przez
co najmniej tydzień. A teraz okazuje się, że on wraca.
Za jakie grzechy…
- Jak to możliwe?! – powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
- Podobno jego dziadek miał w tym swój udział. – Spojrzała na mnie
porozumiewawczo, a mnie opadły ramiona ze zrezygnowania.
Rodzina Dallasów była jednym z najbogatszych klanów Nowego Jorku, jak i
naszego świata. A jeśli najbogatszym, to i z wielką władzą.
Temu już nic nie dało się zaradzić, nawet dyrektorka, która wydawała
się lubić mnie o wiele bardziej niż Erica.
- Już się nie mogę doczekać naszego spotkania – mruknęłam ironicznie, a
Liz spojrzała na mnie wesoło.
- Ja też! – Po chwili jej oczy zaszły lekką mgłą, co mówiło mi, że jej
mózg zaczął pracować. – Zawsze mi się wydawało, że ta wasza nienawiść to w
rzeczywistości ukryta namiętna miłość.
- Bardzo śmieszne. – Ruszyłam do przodu, nawet się na nią nie
oglądając. Usłyszałam jak śpieszy za mną.
- Oj, no wiesz przecież, że żartuję, Cat. – Wsunęła dłoń pod moje ramię
i przytuliła się do niego.
- A ty wiesz, że nie lubię takich żartów – odparłam.
- Przepraszam, już więcej tak nie zażartuję. Wybaczysz mi, Catty? –
zapytała słodko, a ja, powstrzymując śmiech, przybrałam szybko obojętną minę.
- Prędzej wybaczyłabym psu niż tobie – rzekłam. Zanim zdążyłabym choćby
mrugnąć, przede mną stał już brązowy labrador.
Wspominałam, że Lizzie jest zmiennokształtną? Potrafiła przybrać postać
każdego zwierzęcia, ale tylko wtedy, gdy je wcześniej widziała. W tej chwili
była kopią swojego psa, który mieszkał z jej rodzicami.
Liz-pies położyła łapy na mojej czarnej spódniczce i zaczęła
napastliwie lizać mnie po twarzy i szyi, aż nie mogłam złapać tchu.
- Przestań, Lizzie. Już wystarczy, wybaczam ci. Liz! – Kiedy lizanie
nie ustawało, trzepnęłam ją otwartą dłonią po łbie. Sekundę później znów stała
przede mną w swojej ludzkiej formie, masując się po głowie.
- To bolało – jęknęła teatralnie, a ja uśmiechnęłam się pierwszy raz
tego dnia.
- Zasłużyłaś. – Wznowiłam drogę, ciągnąc za sobą marudzącą
przyjaciółkę. – Chodź, marudo.
Kilka minut później dotarłyśmy do odpowiedniej sali i dołączyłyśmy do
reszty klasy czekającej na nauczycielkę, która miała oficjalnie rozpocząć nowy
rok szkolny w River High.
***
River High była drugą najlepszą szkołą w Nowym Jorku, jak i w całej
Ameryce, zaraz po Akademii Whippley’a. Przyjmowała w swoje progi wszystkie
uzdolnione magicznie paranormalne istoty żyjące na ziemi. W większości jednak
uczniami tej szkoły byli czarodzieje, zmiennokształtni oraz telepaci, dużo
mniej było wampirów, elfów czy osób z innymi darami lub mieszańców. Nauka w
naszej szkole trwała do pięciu lat, a ludzie zaczynający w niej edukację
musieli mieć ukończone 18 lat.
Żaden zwykły śmiertelnik, z oczywistych powodów, nie wiedział o
istnieniu takich szkół jak ta – a przynajmniej kazano nam tak wierzyć.
Od dawien dawna wiadomo, że ludzkość nie wierzyła w żadne
nadprzyrodzone rzeczy ani istoty. Było to dla nich niemożliwe, aby postacie z
science-fiction czy książek i filmów fantasy naprawdę istniały. A my nie
mieliśmy zamiaru zmieniać ich głębokich przekonań, bo najprawdopodobniej
wybuchłaby wtedy panika, podniecenie i zafascynowanie, co doprowadziłoby do
wielu niemiłych wydarzeń, czego, przy problemach naszego świata, za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć.
Wróżki, elfy i inne stworzenia dziwnie wyglądające, pokazywały się
wyłącznie nocą, zaś reszta mogła wychodzić na ulice, kiedy tylko chciała. Chyba
że ktoś był na takim poziomie umiejętności, że potrafił utworzyć sobie pole
niewidzialności – lub samemu stać się niewidzialnym – albo był na tyle sprytny
by jakoś ukryć swoje dodatki do wyglądu.
Wracając do River High, szkoła była potężnym budynkiem, przypominającym
uniwersytet, tylko że jeszcze większym. Miała około tysiąca sal, choć niektórzy
twierdzili, że więcej, w tym podzielona była na 5 osobnych skrzydeł, gdzie w każdym
było mniej więcej 100 pokoi dla uczniów i również pięć pięter w nich
przeznaczone było na poszczególne roki, lecz nie było reguły na to, jaka część
uczniów przebywała w jakim punkcie szkoły – ja miałam to szczęście, że
przebywałam w tym samym skrzydle, co moi przyjaciele. Często bywało, że i tak
większość spała gdzie indziej, ale tradycja trwała od kilkuset lat i nikt nie
chciał jej przerywać.
Każde skrzydło miało dwóch opiekunów, którzy pokoje mieli pod piętrem i
do tego jedną sprzątaczkę (oczywiście obdarzoną wspaniałą sprawnością i
szybkością) oraz salę zabaw, gdzie odbywały się różne uroczystości. Szkoła
posiadała również ogromny ogród na tyłach budynku, gdzie było jeszcze więcej
atrakcji, między innymi jezioro oddalone o kilometr, kilkuhektarowy las i wiele
innych. Natomiast od frontu szkoły był duży dziedziniec, gdzie, co roku,
pierwszego września było mnóstwo uczniów i można było zobaczyć wiele znajomych
twarzy wśród tłumu rozgadanych ludzi.
Dokładnie po środku dziedzińca stała fontanna w postaci posągu Mallory
River, żyjącej ponad pięćset lat temu. Była założycielką szkoły wraz ze swoim
mężem Ghartem Whippley’em, który po kilkunastu latach małżeństwa zmienił się z
sympatycznego mężczyzny w okrutnego i władczego drania. Rzucił zakazany urok szybkiej
śmierci na swoją żonę, zostawił ją i założył własną akademię, cieszącą się
teraz wielką popularnością, a z którą właśnie konkurowała nasza szkoła. Mallory
zmarła kilka miesięcy po jego odejściu, lecz pozostawiła szkołę w rękach swojej
wnuczki Alice, a potem szkoła była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Każdy, kto uczęszczał na pierwszym roku w lekcjach historii magii, znał
tę historię.
Lizzie jednak nie miała tego samego szczęścia, co ja, dlatego, co jakiś
czas zadawała mi to głupie pytanie, tak jak w tej chwili:
- Kogo to posąg, bo cały czas zapominam?
Zaciskając rękę na pasku swojej torby, wpatrywała się ze zmarszczonymi
brwiami w postać zdobiącą dziedziniec. Wokoło nas stało i przepychało się przez
innych wielu uczniów; jedni stali samotnie, inni w parach rozmawiali, a jeszcze
inni tłoczyli się w grupkach, śmiejąc się głośno.
- Założycielki naszej szkoły, ośle. – Westchnęłam głośno, ale zaraz
pisnęłam, gdyż uszczypnęła mnie w ramię.
- Ej!
- Nie mów do mnie „ośle”.
- Inaczej cię nie można określić.
- Nie bądź taka mądra, wcale… O, widzę Agnes! – krzyknęła nagle.
- Gdzie? – spytałam, rozglądając się naokoło.
- Tam. Angie! Agnes! – Spojrzałam we wskazanym przez nią kierunku, ale
dalej nie widziałam naszej przyjaciółki. Moment później jednak dostrzegłam
rudą, prawie pomarańczową, czuprynę, która niewątpliwie należała do Agnes.
Rudowłosa, gdy zorientowała się, że jest wołana, odwróciła głowę od
dziewczyny, z którą rozmawiała i spoglądając w naszym kierunku, uśmiechnęła się
szeroko. Powiedziała coś do towarzyszki i ruszyła do nas przez tłum,
przyciągając uwagę wielu chłopaków, którzy, gdy tylko przemknęła obok nich,
odwracali głowy w jej stronę jakby Agnes była jakimś magnezem. Widząc to,
przewróciłam oczami i ostentacyjnie odwróciłam głowę.
Cóż, Agnes była śliczna, temu nie można zaprzeczyć; wysoka, z długimi
rudymi włosami i niebieskooka. Niejedna dziewczyna zazdrościła jej wyglądu, ale
i sposobu poruszania się, bo mogłaby spokojnie uchodzić za modelkę.
Lecz chłopcom tylko jedno było w głowie. Oglądali się za nią wyłącznie
z pożądania, jak każdy facet. Gdy tylko widzi jakąś ładną pannę, to od razu
włącza się u niego jakiś impuls by się odwrócić, a wielu nawet, żeby zagadać i
umówić się – na jedną noc.
Agnes jednak to w ogóle nie przeszkadzało, do tego sama z nimi
flirtowała. Przykładowo dzisiaj ubrała czarną mini, białe podkolanówki i tak
samo białą koszulę z dwoma rozpiętymi prowokacyjnie guzikami, co na facetów
działało, jak zając na wilka. Cała emanowała seksem, ruda zołza.
I tak ją uwielbiałam. Może i była ruda, i złośliwa, ale tak naprawdę
jej inteligencja wysoko przewyższała moją – podczas gdy ja nie miałam dalej
żadnych konkretnych planów na przyszłość, ona planowała zostać uzdrowicielką,
co samo w sobie było dla mnie wielką sprawą – a czasami bywała słodka do bólu.
Była o rok starsza ode mnie i od Liz, lecz we trójkę czułyśmy się jak siostry i
zawsze doskonale się rozumiałyśmy, pomijając błahe kłótnie jak to bywa w
rodzeństwie.
Od kilku lat Agnes szukała sobie odpowiedniego chłopaka, bo dotychczasowym
chodziło tylko o jedno, czemu trudno było się dziwić. Mimo że tego wszystkiego
nie popierałam, miałam do niej niejaki podziw, za to, że pomimo tych porażek
miłosnych nadal poszukiwała miłości, nawet, jeśli oznaczało to kolejne
nieprzespane noce i załamania. Miała nadzieję, że flirtując, z kim popadnie,
znajdzie w końcu kogoś wartego zainteresowania. Według mnie ten sposób był do
bani. Uważałam, że jeżeli jest mi pisana miłość, to sama do mnie przyjdzie. Po
co mam latać za facetami i niszczyć sobie niepotrzebnie życie?
- Czemu za mną się tak nie oglądają, co, Cat? Jestem brudna, a może źle
się ubrałam?
Głos Lizzie wyrwał mnie z zamyślenia, a gdy na nią zerknęłam,
zobaczyłam jak obraca się wokół własnej osi, próbując dostrzec jakąś wadę na
swoim odzieniu.
- Wyglądasz świetnie – odparłam, biegnąc wzrokiem po twarzach mnie
otaczających, rozpoznając kolejne znajome buzie i witałam je z uśmiechem.
- To, o co chodzi? – spytała.
- Jesteś zajęta – przypomniałam jej uprzejmie, a ona wywróciła tylko
oczami.
- No i co z tego?
- Domyślam się, że nikt nie chce narażać się czwartoklasiście –
odparłam.
- A piątoklasiści? – Podniosła powątpiewająco brew.
Wzruszyłam ramionami.
- Ethana zapytaj.
Ethan był chłopakiem Liz od niecałych trzech lat, ale znali się
praktycznie od dzieciństwa, lecz dopiero w liceum się zeszli. Wiedziałam, że
Lizzie była zakochana w Ethanie już od podstawówki – choć wtedy można było to
raczej nazwać zauroczeniem – ale odważyła się wyznać mu to dopiero wtedy, jak
sama powiedziała, gdy dojrzała emocjonalnie do tego by albo wejść w poważny
związek, albo ponieść porażkę i odejść z podniesioną głową, co nie było
konieczne. Okazało się, że Ethan też od jakiegoś czasu się w niej podkochiwał,
ale najzwyczajniej w świecie nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Para z
typowego filmu romantycznego, nie ma co.
Po części wiedziałam, czemu nikt nie próbował zagadać do Lizzie. Nie
to, że nie była ładna, bo była o wiele więcej niż ładna, ale raczej chodziło o
to, że Ethan był powszechnie lubianym i szanowanym uczniem w szkole.
Podejrzewałam, że nikt nie chciał mieć z nim na pieńku. Z drugiej strony mógł
być to jego przyjaciel Will, który sprawiał wrażenie groźnego chłopaka, ale
większość nie próbowała się o tym osobiście przekonywać, bo chyba się go bała.
Ja nie widziałam w nim niczego strasznego. Przeważnie.
- Hej, dziewczyny! – Poczułam na barkach ciepłe ramię Agnes, która
objęła mnie oraz Lizzie i przytuliła mocno do siebie. – Tęskniłam za wami przez
te ostatnie tygodnie!
Popatrzyłam wymownie na Liz, a ta uniosła niewinnie brwi.
- To nie moja wina, że twoja babcia przetrzymywała nas u siebie przez
prawie miesiąc!
Odsuwając się od Agnes, pokręciłam lekko głową.
- To jest twoja wina, bo
gdybyś nie uganiała się za tym wiejskim chłopakiem, zajęta dziewczyno, byłybyśmy w domu 3 tygodnie wcześniej. A moja
babcia wcale nas nie przytrzymywała.
- Dalej umawiasz się na boku, Liz? – spytała rozbawiona Ag.
- Nie umawiam się na boku, po prostu…
- Chcesz się dowartościować? – podsunęłam.
- Tak, ale ja przynajmniej nie chcę zostać starą panną – prychnęła
Lizzie, patrząc na mnie wilkiem.
- Wcale nie chcę zostać starą panną! Ja tylko…
- Szukasz tego jedynego? – wtrąciła złośliwie szatynka, a ja pokazałam
jej język.
Agnes oparła dłonie na biodrach i spojrzała na nas, kręcąc głową z
uśmiechem.
- Właśnie za tym tęskniłam. Dziecinną Lizzie i docinającą Cat.
- My też za tobą tęskniłyśmy, zołzo – powiedziałyśmy równocześnie z
Liz, a po chwili wszystkie trzy wybuchłyśmy śmiechem.
Chwilę później zaczęłyśmy rozglądać się po dziedzińcu w poszukiwaniu
kolejnych znajomych przy akompaniamencie komentującej wszystko i wszystkich
Liz.
- Czy to nie Evelyn Fry? O Boże, widziałyście, co ona ma na głowie?
Tylko mi nie mówcie, że znowu pomyliła zaklęcie suszenia ze zmienianiem rzeczy
w zwierzęta. A Edison wcale nie lepsza. Błagam, Cat, tylko nie każ mi siedzieć
obok niej na zaklęciach. To coś, co wygląda jak pieprzyk na jej twarzy bardzo
mnie przeraża.
Szturchnęłam ją łokciem w bok, z trudem powstrzymując śmiech.
- Przestań. Nie śmiej się z ich… oryginalnego wyglądu.
Agnes słysząc to, zachichotała głośno, ale zaraz spoważniała,
wzdychając głęboko.
- Coś się stało? – zapytałam. Ona tylko pokręciła głowa i powróciła do
przeszukiwania tłumu wzrokiem.
- Czemu tu, do cholery, nie ma Ethana? Albo Matta lub, choćby, Willa?
- Bo mają lekcje? – zasugerowałam, a Liz przeszyła mnie ciemnymi
oczami.
- Nie zaczynaj – ostrzegła. – Nigdy nie twierdziłam, że mam dobrą
pamięć.
Zagryzłam wargę, żeby się nie uśmiechnąć.
- Ale plan lekcji swojego chłopaka mogłabyś pamiętać.
- Swojego nie pamiętam, a co dopiero jego – mruknęła, na co poklepałam
ją pocieszająco po ramieniu.
- Starość nie radość.
- Spadaj.
- Coś ty taka rozdrażniona?
- Bo znowu zaczyna się szkoła. Bo muszę chodzić na lekcje. Bo świat
mnie nie rozumie. Bo…
Zasłoniłam dłonią jej usta.
- Jeszcze nie zobaczyłaś Willa i już zaczynasz marudzić? – Podniosłam
brwi i po chwili zabrałam rękę.
- Później nie będę mogła marudzić, bo Will zacznie mnie drażnić i będę
go tylko wyklinać.
- Nie wiem, które z was jest gorsze – ty czy on?
- Zdecydowanie on – rzekła stanowczo Lizzie, a za nią znowu pojawiła
się Agnes i objęła ją ramionami.
- Zdecydowanie ty, słońce – zaprzeczyła rudowłosa, a Liz spojrzała na
nią z wyrzutem przez ramię.
- I ty przeciwko mnie, Brutusie?
- Nie, po prostu stwierdzam oczywisty fakt. Will, jeśli nie musi, to w
ogóle się nie odzywa i nikomu nie zawadza. Natomiast ty, jakby na złość, zawsze
go zaczepiasz i drażnisz się z nim.
- Biedny Willie, zła Lizzie – marudziła pod nosem Liz. Angie pocałowała
ją w policzek.
- Nie denerwuj się, słońce, bo ci się zmarszczki porobią.
Lizzie wywróciła oczami, ale na jej usta wypłynął lekki uśmiech.
- Jesteście okropne, ale i tak was kocham. – Wyciągnęła ramiona, żebym
się w nią wtuliła, ale ja wpatrywałam się w punkt na lewo, wykrzywiając
gniewnie wargi.
Liz i Agnes podążyły za moim wzrokiem i zauważyły, na kogo patrzę.
Gdzieś dziesięć metrów dalej w naszą stronę podążał średniego wzrostu,
szczupłej postury ciemnowłosy młody mężczyzna ze wzrokiem utkwionym w naszą
trójkę.
Eric.
- Wiedziałam, że dzisiaj sobie nie odpuści – powiedziała Liz, a ja
pokręciła głową.
- Nie zwracajcie na niego uwagi.
Kilkanaście sekund później Eric już przy nas stał z uśmiechem
przyklejonym do twarzy.
- Cześć, dziewczyny.
Moje przyjaciółki mruknęły coś pod nosami, ale ja się nie odzywałam,
udając, że przyglądam się swojemu medalionowi, nerwowo zaciskając usta.
- Nie przywitasz się ze starym wrogiem, Cat? – spytał Eric, czułam jak
mi się przypatruje.
- Cześć – odparłam obojętnie, nie odrywając wzroku od medaliku, a on
parsknął cicho.
- No cóż, miło jest znów cię zobaczyć.
- Nie mogę powiedzieć tego samego.
Eric patrzył na mnie przez chwilę.
- Chciałem być miły.
- Jasne – prychnęłam, odwracając się do niego plecami z nadzieją, że
zniechęcony odejdzie, ale zaraz po tym poczułam jego oddech na moim karku.
- Nie bądź taka odważna, bo wtedy na korytarzu nie byłaś – usłyszałam w
uchu. Mówił o tym jak zaatakował mnie tą dziwną magią.
- Grozisz mi? – odszepnęłam wściekle, odwracając się do niego. On
uśmiechnął się tylko kpiąco i powolnym krokiem odszedł, po drodze witając się
ze znajomymi.
Stałam tam i patrzyłam za nim, zaciskając pięści w bezsilnej złości,
gdy poczułam na ramieniu czyjąś rękę.
- Nie przejmuj się tym idiotą, Cat. – To była Agnes. – Drugi raz nie
odważy się ciebie zaatakować.
- Nie byłabym tego taka pewna. Nawet gdyby mnie zamordował, jego
dziadek i tak załatwiłby mu tutaj miejsce, bez względu na wszystko. –
Westchnęłam ciężko i znowu przypatrzyłam się swojemu skarbowi, spoczywającemu
na moim dekolcie.
Czerwony kamień osadzony po środku srebrnego metalu błyszczał w
ostatnich promieniach letniego słońca, a wyryte w nim czarne delikatne napisy
wołały do przeczytania, co zrobiłabym od razu, gdybym tylko znała ten dziwny
język. Gdy poprosiłam wujka by wytłumaczył mi, co to znaczy, sam powiedział, że
też nie zna tego języka.
Kiedy zobaczyłam ten medalion po raz pierwszy, pomyślałam, że jest
śliczny. Kiedy Jack wyciągnął go z szarego woreczka, czerwony diament mienił
się pięknie pod wpływem słońca, a gdy wzięłam medalik w swoje ręce kamień
zabłysnął, a w środku niego, na brzegach, zaczęły pojawiać się te dziwne
napisy, które po krótkiej chwili zniknęły. Nie wiedziałam, co się wtedy
zdarzyło, a Jack w odpowiedzi na moje pytania powiedział, że dowiem się
wszystkiego w swoim czasie.
Dziękuję, wujku, za tę
wielce zadowalającą odpowiedź.
Mówił jeszcze, że ten medalion, tak samo jak ja, jest niezwykły i za niedługo się do mnie odezwie. Medalion, nie
on. Dziwne.
Dobra, żyłam w paranormalnym świecie, sama byłam nadprzyrodzona, bo
byłam czarodziejką, ale nigdy nie widziałam by rzeczy gadały. Zaczarowane, tak,
coś tam powiedzą, ale to i tak tylko niektóre. Zastanawiałam się, po co ktoś
miałby zaczarować ten medalion by do mnie przemówił – i najważniejsze, co miał
mi powiedzieć.
Niestety jak medalion nie odezwał się pierwszego dnia, kiedy go
dostałam, tak nie odezwał się do dzisiaj, czyli, jak na razie, tydzień. Jakoś
zbytnio się tym nie zamartwiałam, bardziej cieszyłam się ze swojego pięknego
prezentu.
Ponownie westchnęłam i przywołałam na wargi wesoły uśmiech, zwracając
się do dziewczyn. Zauważyłam, że tłum, który nas otaczał trochę się przerzedził,
co przyjęłam z radością, ponieważ można było swobodniej oddychać.
- A jak tobie minął ostatni miesiąc? – zapytałam Agnes, a odpowiedziała
mi, o dziwo, Liz.
- Przecież doskonale wiesz jak. Spędziłyśmy go u twojej babci, prawda?
Wzniosłam oczy do nieba, prosząc Boga, jeżeli w ogóle istniał, o
cierpliwość do tej istoty, która jakimś cudem była moją kuzynką – nie
wspominałam? Nasze matki są siostrami – i patrząc przelotnie na szeroko
uśmiechniętą Ag, spojrzałam na Lizzie.
- Czy ktoś ciebie o to pytał?
– Uśmiechnęłam się słodko, a Liz popatrzyła na mnie, jakbym z choinki się
urwała.
- Zapytałaś, jak minął mi ostatni miesiąc.
Powstrzymałam odruch walnięcia się w czoło.
- Nie ciebie, ośle. Zwracałam się do Ag, co byś zauważyła, gdybyś nie
szukała wzrokiem nowych chłopaków.
Lizzie zmrużyła groźnie oczy.
- Po pierwsze, nie oglądam się za chłopakami. Po drugie, każdemu może
się pomylić. A po trzecie, nie mów do mnie OŚLE! – Prawie krzyknęła, marszcząc
śmiesznie nos, co miała po ojcu, kiedy się denerwowała. Usta zadrgały mi w
uśmiechu, ale go powstrzymałam.
- Nie denerwuj się, oślico – poradziłam, nie zwracając uwagi na
chichrającą się Agnes.
Tak zawsze wyglądały nasze sprzeczki z Liz; ona się denerwowała, ja
najczęściej powstrzymywałam od śmiechu przez zachowanie mojej kuzynki, a Angie
śmiała się z nas otwarcie. Tylko biednej Lizzie nigdy nie było do śmiechu, bo
często brała wszystko do siebie.
Lizzie warknęła bezsilnie.
- Jesteś wredną kreaturą – powiedziała cicho, a ja wzruszyłam bezradnie
ramionami. Nic nie mogłam poradzić na to, jaka jestem, a wcale nie rozpaczałam,
że jestem, według Liz, wredna. W moim rozumowaniu lepiej być wredną i umiejącą
postawić na swoim, niż nieśmiałą i bojącą się wyrazić swoje zdanie.
- I tak mnie kochasz – odparłam z uśmiechem, a ona skinęła niechętnie
głową.
- Niestety.
Już miałam coś odpowiedzieć, kiedy usłyszałam z tyłu znajomy głos.
- Znowu się kłócicie?
- Ethan! – pisnęła przeraźliwie Lizzie i, prawie mnie przewracając,
rzuciła się na swojego chłopaka. Zatoczyłam się na Agnes, która przytrzymała
mnie za ramiona, a ja patrzyłam z niedowierzaniem na Liz, która wydawała się
zaraz rozpłakać na widok blondyna.
- Co jej jest? – spytałam cicho rudowłosą, a ona wzruszyła ramionami
nadal z uśmiechem na twarzy.
- Może po prostu stęskniła się? – odparła równie cicho. Pokręciłam
tylko zdziwiona głową. To nie było podobne do Liz. Przez cały miesiąc ani razu
nie wydawała się tęsknić za swoim chłopakiem, ba!, nawet o nim nie wspomniała,
a teraz niemal płacze na jego widok? Coś był nie tak i musiałam dowiedzieć się
co.
Tymczasem, gdy Liz zaczęła bezceremonialnie obcałowywać Ethana
dostrzegłam, że w naszą stronę zbliża się dwóch wysokich chłopaków; jeden
jasnowłosy, drugi ciemnowłosy. Uśmiechnęłam się, kiedy podeszli do mnie i
Agnes, mijając wcześniej z rozbawieniem na twarzach zakochaną parę.
- A im co? – spytał jasnowłosy, przenosząc wzrok z Ethana oraz Lizzie
na mnie i Agnes.
- Nie wiem, Matt. – Westchnęłam radośnie, ciesząc się, że w końcu
spotykamy się znowu wszyscy razem. Brakowało mi przyjaciół przez te wakacje,
chociaż miałam przy sobie Lizzie, a przez jakiś czas nawet Agnes, jednak w
szóstkę było weselej. Szczególnie wtedy, gdy Agnes filozofowała na różne tematy
z chłopcami, a Liz ciągle kłóciła się z Willem.
- Po prostu są w sobie zakochani, jak możecie tego nie rozumieć? –
odezwała się Agnes, wpatrując się melancholijnie w szczęśliwą parę. – Dla
zakochanego nawet jedna godzina bez ukochanej osoby jest udręką.
- A ty skąd możesz to
wiedzieć? – spytał Will, patrząc na nią niesamowicie ciemnozielonymi oczami, a
w nich zobaczyłam ledwo dostrzegalną podejrzliwość.
Zadał właściwie pytanie, bo Agnes zarumieniła się lekko i nie patrząc
na nikogo, mruknęła coś pod nosem.
- Co powiedziałaś? – spytałam, przybliżając się do przyjaciółki. – Nie
dosłyszałam…
- Nic ważnego – wymamrotała.
- Angie…
- Powiedziała, że…
- Zamknij się, Will! – Ponieważ brunet stał obok niej, walnęła go
łokciem w brzuch tak, że od razu zamilkł.
- Co jest złego w tym, że… - zaczął obronnym tonem, ale znowu go
walnęła, tym razem chyba nawet mocniej.
- Will, przestań! Nie miałeś tego usłyszeć, więc teraz siedź cicho –
fuknęła. Udała, że kogoś zauważyła w oddali i ruszając w tamtą stronę, dodała
na odchodnym: - Zaraz wracam.
- Jakby nie wiedziała, że jestem w połowie wampirem… - powiedział Will
dość głośno bym to dosłyszała. Zachichotałam, na co przeniósł na mnie zielone
spojrzenie.
- Nie przejmuj się nią, pewnie zaraz jej przejdzie – rzekłam.
Zauważyłam, że Will zjechał spojrzeniem w dół i zatrzymał je na moim
medalionie.
- Skąd go masz? – spytał, poruszając się nerwowo w miejscu.
- Dostałam od wujka. Widziałeś go już wcześniej? – Przyjrzałam mu się
uważnie, ale on nadal wpatrywał się w mój medalion, jakby go zahipnotyzował.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że o coś go zapytałam.
- Nie, nigdy go nie widziałem – powiedział cicho i zajrzał mi w oczy z
chłodną ciekawością. Jego zielone ślepia zawsze troszeczkę mnie paraliżowały
przez swoje piękno, ale nigdy nie straciłam przez nie języka – nigdy
całkowicie.
- A może wiesz, co jest w nim napisane? Znasz ten język? – Podniosłam
medalik by mógł spojrzeć na kamień, ale Will rzucił tylko na niego okiem i znów
spojrzał na mnie.
- Niestety nie wiem.
- A ty, Matt? – zwróciłam się do drugiego chłopaka, rozglądającego się
po dziedzińcu. – Wiesz, co tu jest napisane?
- Co…? – Matthew spojrzał na mnie nieprzytomnie, więc opuściłam
zrezygnowana ramiona. Taka jest właśnie rozmowa z facetami. Najpierw w ogóle
cię nie słuchają, a później dziwią się, dlaczego jesteś obrażona.
- Nic, nic. Możesz znowu odlecieć.
Machnęłam lekceważąco ręką, ale on już się nie odwrócił. Pogadaliśmy
jeszcze chwilę, gdy ostatecznie Willowi zaczęło się nudzić.
- Gołąbki! – zawołał, a kilka głów odwróciło się w naszym kierunku, co
zignorował. – Hej, gołąbki! Koniec obściskiwania! – Podążył w ich kierunku, a
ja parsknęłam śmiechem na myśl o tym, jak zła będzie Liz.
- Jak minęły ci wakacje? – spytał Matt, gdy Will się oddalił.
Spojrzałam na niego i po raz kolejny zachwyciłam się, patrząc w jego miodowe
tęczówki. Siłą woli musiałam przypomnieć sobie pytanie.
- Hmm… podsumujmy; z walniętą Lizzie, jej ciągłymi fochami, walką na
lody i popcorn oraz zniszczeniem ściany… całkiem dobrze.
Wszystko było prawdą. Lizzie zachowywała się w te wakacje, jak kobieta
w ciąży, przez co poważnie się wystraszyłam, że zostanę przedwcześnie ciotką.
Nie żebym nie lubiła dzieci, tylko… to byłoby dziwne, nawet jak na
dziewiętnastolatkę. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić Liz z wielkim
brzuchem.
Walka na lody i popcorn zaczęła się po skończeniu oglądania wyjątkowo
nudnego i absurdalnego filmu romantycznego, kiedy Lizzie była tak pobudzona
hektolitrami kawy, że zaczęła obrzucać mnie czekoladowymi lodami, na co ja
odpowiedziałam lodami truskawkowymi. Gdy słodyczy zabrakło, w ruch poszedł
popcorn. Nasz widok po całej walce – bezcenny. Gdy Jenn, młodsza siostra Liz,
nas zobaczyła, aż spadła z kanapy i nie potrafiła się podnieść ze śmiechu przez
przynajmniej dziesięć minut, a w międzyczasie do niej dołączyłyśmy.
O zniszczeniu ściany trzeba byłoby dużo opowiadać…
Matt zaśmiał się cicho, a mnie zrobiło się ciepło w sercu na ten widok.
Mój przyjaciel przez ostatnie miesiące był bardzo przygaszony, ponieważ w
kwietniu zamordowano jego matkę. Najgorsze było to, że to on znalazł jej ciało,
a ten obraz prześladował go w koszmarach.
Nienawidziłam wojen z całego serca. Powstawały, co kilkadziesiąt lat i
za każdym razem zabierały coraz więcej ukochanych osób. Każdy już wiedział, że
teraz znów szykowała się wojna, bo od jakiegoś czasu znów zaczęto mordować
istoty z naszego świata. Matka Matta została zamordowana tylko za to, że była w
nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. To było okrutne.
- A tobie? – zapytałam, a on wzruszył ramionami.
- W porządku. Na pewno nie miałem tyle wrażeń, co ty. – Posłał mi
uroczy uśmiech, lecz w jego oczach nadal dostrzegałam żal i smutek, choć
próbował ukryć te uczucia pod radością.
Zapadła między nami cisza, którą po dłuższej chwili przerwał Matt.
- Słyszałaś o tych ostatnich morderstwach? – spytał, a ja wzdrygnęłam
się na samą myśl.
- Tak. Nie rozumiem jak można mordować niewinnych ludzi, komu oni
zawadzali?
- Nie mam pojęcia, Cat. Najstraszniejsze jest to, że ofiar tej jeszcze niezaczętej
wojny jest coraz więcej. Bo to nie tylko te trzy osoby zostały zamordowane w
ostatnim czasie. Moja ciotka pracuje w ludzkiej policji i wyciągnąłem od niej,
że gazeta nie pisze o wszystkim, nie chcąc wywołać paniki.
- Ilu? – Czułam narastający gniew jak i strach.
- Nie chcesz wiedzieć. – Matt odwrócił głowę i spojrzał na coś, czego
nie widziałam.
- Ale skoro gazeta nie mówi całej prawdy, to…
- Nie wierzcie gazetom – odezwała się Lizzie, która skąd nikąd pojawiła
się przy nas. Oprócz rozczochranych włosów wyglądała tak jak wcześniej. No i
może tego niebezpiecznego błysku w oku…
- O, Lizzie. Myślałam, że już dzisiaj cię nie zobaczę… - zaczęłam z
uśmiechem, ale spiorunowała mnie wzrokiem.
- Nie denerwuj mnie. Już wystarczająco Will mnie podręczył, mam go już
dzisiaj dosyć.
- Czemu mamy nie wierzyć gazetom? – Nagle i Agnes pojawiła się obok
nas.
- Skąd ty…? – Matt spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale ta machnęła
tylko ręką. Ja byłam przyzwyczajona do takiego znikania i pojawiania się, co
chwilę.
- Lizzie? – Ag wpatrywała się wyczekująco w szatynkę.
- Bo piszą w niej same małpy – rzekła ot tak.
- Aha – powiedziałam prawie równocześnie z Agnes, a Matt dodał:
- Ciekawy argument.
- No nie dziwcie się tak! – Wsparła ręce na biodrach i zmierzyła nas
wszystkich wzrokiem. – Nie myślcie sobie, że nie czytałam tej gazety, a
zwłaszcza tego artykułu o morderstwach. – Po chwili zacytowała nam chyba
fragment artykułu. – „Ponieważ sytuacja powtarza się praktycznie, co sto lat,
nie byłoby w tych morderstwach nic niepokojącego”! Jestem ciekawa, która małpa
to napisała.
- Lizzie, ja bym bardziej denerwowała się tym, że ten morderca zbliża
się do naszej szkoły – mruknęła Agnes, poprawiając kucyka i przygryzła dolną
wargę.
- Ja tam nie wierzę Światu
Paranormalnemu. Pracują tam same pacany. – Liz zamarła na chwilę,
zastanawiając się nad czymś, a następnie wyrecytowała nam kolejny cytat z
gazety, jak podejrzewałam. – „Jak dowiedzieliśmy się z nieoficjalnego i
zaufanego źródła”. Nie pamiętam już, o co chodziło, ale… Jak nieoficjalne
źródło może być zaufane?! Przecież zawsze wiadomo, że nieoficjalne źródła są
NIE zaufane!
Nie mogłam się powstrzymać i walnęłam głową o ramię Agnes, która także
wyglądała, jakby chciała o coś walnąć głową.
Liz, jak to Liz, zawsze była przejęta nie tym, co trzeba. Nie
wypowiedziałam tej myśli na głos, tylko zaproponowałam byśmy wrócili do szkoły.
Trzeba było się rozpakować, a przynajmniej ja z dziewczynami, bo nie wiem czy
chłopcy w ogóle muszą się rozpakowywać.
Zawołaliśmy Willa i Ethana, którzy stali kilka metrów dalej,
rozmawiając i ruszyliśmy do wielkiego gmachu szkoły, a oni zostali w tyle.
- Specjalnie nauczyłaś się tych fragmentów na pamięć, żeby nam je
powtórzyć? – zaciekawił się Matt. Lizzie pokręciła przecząco głową, mówiąc:
- Nie trzeba było tego jakoś długo się uczyć. Po prostu słowa tej
wrednej małpy tak mnie ugodziły, że zostały mi w pamięci.
- Ty tak na poważnie?
Lizzie rzuciła mu miażdżące spojrzenie.
- Bardzo. – I przyśpieszyła kroku.
- Co wam dzisiaj, do cholery jasnej, baby jest?! – jęknął głośno Matt,
zwracając na siebie uwagę.
Agnes coś mu odpowiedziała, ale nie miałam szansy usłyszeć, co, bo
nagle usłyszałam szum w uszach, tak jakbym przyłożyła do ucha muszelkę, a przed
oczami mi pociemniało. Stanęłam w miejscu i próbowałam przytrzymać się
przyjaciółki, ale nie mogłam ruszyć rękoma, żadną kończyną.
Spanikowana chciałam krzyknąć, jęknąć, powiedzieć cokolwiek, lecz nie
mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Powoli traciłam oddech, nie mogłam
oddychać. Ten stan trwał zaledwie kilka sekund, ale czułam się tak, jakby
trwało to wieczność. Czułam się, jakbym umierała…
Kilkanaście sekund później wszystko powróciło tak szybko, jak zniknęło,
a hałas, czucie w ciele i widoczność nasunęło się naraz tak nagle, że znowu
mnie zamroczyło i bym upadła, gdyby nie ramiona, które już mnie podtrzymywały.
Oddychałam szybko i płytko, jak po jakimś milowym biegu, zamknęłam
oczy, żeby uspokoić wirujące obrazy, a ramiona mnie trzymające ściskałam z
całych sił, przerażona, że znowu stracę w nich czucie.
- Catty? Cat, co się dzieje?! – Do moich uszu wolno doszedł
zaniepokojony głos Agnes, a potem ktoś potrząsnął moimi ramionami, ponownie
wzbudzając w mojej głowie karuzelę. Zmusiłam powieki do podniesienia i
zobaczyłam, że był to Matt, więc odepchnęłam go delikatnie jedną ręką.
- Przestań – szepnęłam. Zaraz zamiast niego pojawiły się przede mną Liz
i Agnes.
- Co się stało, Cat? Nagle pobladłaś i prawie się przewróciłaś, gdyby
nie Will! – Obie przekrzykiwały się zmartwione i przestraszone. Czy to
wyglądało, aż tak strasznie?
Bezwiednie dotknęłam swojego medalionu i natychmiast zabrałam z niego
rękę. Był piekielnie gorący! Spojrzałam na swoje palce, lekko się
zaczerwieniły.
Cholera, poparzyłam
się! Świetnie. Dobrze, że miałam zasłonięty
dekolt, bo jeszcze poparzyłabym sobie piersi…
Gdy już byłam pewna, że stanę o własnych nogach, wyprostowałam się powoli
w ramionach Willa, który, co zauważyłam, gdy na niego spojrzałam, nie odrywał
wzroku od tego piekielnego medalika.
- Zaczyna się – szepnął do siebie, na co spojrzałam na niego
zaskoczona.
- Słucham?
Oderwał wzrok od medalionu i popatrzył na mnie lekceważąco, wzruszając
ramionami.
- Gadam do siebie, tobie nigdy się nie zdarzyło? – Uśmiechnął się
lekko, ale nie odwzajemniłam tego gestu.
Okłamał mnie. Widział już wcześniej ten medalion inaczej nie patrzyłby
cały czas tak zaciekawiony na mój skarb i teraz nie powiedziałby, że coś się
zaczyna. On coś o nim wiedział, a ja musiałam dowiedzieć się, co takiego.
- Cat! – Lizzie pomachała mi ręką przed nosem. Przeniosłam na nią
nieprzytomne spojrzenie, a ona westchnęła zmartwiona. – Musiałaś zasłabnąć.
Przydałaby się pielęgniarka, ale dzisiaj jeszcze żadnej nie ma, co jest
okropne! A co gdyby ktoś miał zawał serca, co?!
Zmarszczyłam brwi, słysząc tę absurdalną uwagę, ale dałam się jej
zaciągnąć w jakimś kierunku. Za drugą rękę trzymała mnie Agnes, wpatrująca się
we mnie z troską i coś do mnie mówiła, ale jej nie słyszałam. Czułam też na
sobie oczy wielu uczniów zgromadzonych na dziedzińcu, ale ich też zignorowałam.
Chciałam tylko wiedzieć, co oznaczały słowa Willa.
„Zaczyna się”.
Ale co się, do jasnej
Anielki, zaczyna?