poniedziałek, 5 listopada 2012

0


Niebo zasnute granatowymi chmurami przecięła długa błyskawica, oświetlając na krótki moment wysokie budynki i mokrą ulicę miasteczka oraz ponure twarze nielicznych przechodniów, którzy odważyli się wyjść tego dnia z bezpiecznego i suchego schronienia w tę okropną pogodę. Jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, pozostawiając mrok i pozorną ciszę, mąconą jedynie szumem padającego deszczu i, co jakiś czas, głośnym grzmotem.
Głośny śmiech sprawił, że idąca chodnikiem zakapturzona postać wyrwała się z zamyślenia i przystanęła na chwilę, by zlokalizować źródło uroczego dźwięku. Bladymi dłońmi odgarnęła oklapnięte przez wilgoć loki z jasnych oczu i skierowała wzrok na osobliwą parę po drugiej stronie opustoszałej ulicy.
Pod krwistoczerwonym daszkiem należącym do zamkniętej kawiarenki, stało dwoje ludzi, jeśli można było ich tak nazwać. Młoda dziewczyna miała długie srebrzyste włosy i piękną owalną twarz, w której osadzone były rzadko spotykane, błyszczące w mroku, fiołkowe oczy. W tej chwili śmiała się cicho, lecz w panującej na dworze ciszy dało się to słyszeć jak krzyk. W sumie nie byłoby w tej dziewczynie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że te cudowne włosy zasłaniały spiczaste uszy, będące przylepką elfów. I ten śmiech, jak milion dzwoneczków. Nie dało się go pomylić z żadnym innym stworzeniem na tym świecie.
Zaś chłopak – tak mroczny na tle swej towarzyszki – był cały ubrany na czarno, co pasowało do jego czarnych, jak węgiel włosów, jak i oczu, co zdążyła zauważyć, gdy ten na chwilę oderwał zafascynowany wzrok od ukochanej. Nawet z dziesięciometrowej odległości wyczuła, że był wampirem.
Ponieważ istotom nocy, mimo wielu mitów i legend, promienie słońca niewiele szkodziły – a nawet gdyby tak było, to dzisiaj na pewno by mu nie zagrażały – chłopak mógł swobodnie poruszać się po mieście, o każdej porze dnia i nocy - oczywiście dopóki nie żywił wyraźnych pragnień by zatopić w którejś z mijanych szyj swych ostrych kłów.
Dziwne w tej parze było jedynie to, kto ją tworzył. Ale powiadają, że miłość nie wybiera.
Kobieta z trudem odwróciła wzrok od tego obrazka, który był z każdym dniem rzadszy w jej świecie przez panujące zbrodnie oraz coraz częstsze wojny i wznowiła drogę. Idąc, rzuciła okiem na zegarek zapięty na lewej ręce i przyspieszyła kroku, zauważając, że jest już spóźniona.
Parę minut później wchodziła już do baru, a tam od razu buchnęło w nią przyjemne ciepło i głośna wrzawa pomieszana z muzyką lecącą z głośników. Zsunęła kaptur z głowy, ukazując gęste czarne loki i nie rozglądając się na boki, ruszyła do najbardziej oddalonego od wejścia stolika pod oknem, gdzie ktoś już na nią czekał.
- Witaj, Jack – powiedziała, siadając naprzeciw mężczyzny, który był całkowicie skupiony na gazecie przed sobą. Słysząc jej głos, drgnął lekko i uniósł głowę, lecz zanim to zrobił poczuła wokół siebie dobrze znaną sobie moc, która była barierą całkowicie odcinającą ich od reszty klienteli baru.
- Mercy – mruknął, prostując się w krześle i odgarniając niesforne brązowe włosy z zaoranej bliznami twarzy. Wstrzymując na chwilę oddech, wbił wzrok w jej twarz. Mercy powstrzymała uśmiech, widząc jak z uporem dziecka przesuwa swoimi czekoladowymi oczami po jej rysach i próbuje dostrzec choć jedną zmarszczkę, na próżno.
Po kilkudziesięciu sekundach westchnął ze zrezygnowaniem i podrapał się zakłopotany po brodzie, uświadamiając sobie, że kobieta cały czas go obserwowała.
- I co? Jakieś zmiany? – zapytała.
- Nic a nic – odparł, zakładając ręce na klatce piersiowej, jakby obrażony. – Wiecznie młoda.
Mercy w końcu pozwoliła sobie na szeroki uśmiech.
- Takie jest już moje przeznaczenie, być wiecznie młodą. – Wzruszyła bezradnie ramionami i na powrót spoważniała. – I do końca życia przekazywać nieprzyjemne wiadomości, mówiąc o powodzie naszego spotkania.
Jack zmarszczył zabawnie nos i pochylił się nad stołem w jej stronę.
- O co chodzi?
- Zaraz. Najpierw powiedz mi, co ciekawego tutaj przeczytałeś. – Postukała umalowanym na czarno paznokciem w szarą gazetę, która otwarta była na artykule zajmującym obydwie strony.
Mężczyzna po raz kolejny westchnął ciężko, a Mercy nie była pewna czy to, dlatego że nie chciała od razu ujawnić mu, po co chciała się z nim spotkać pierwszy raz od dobrych piętnastu lat, czy też z powodu tego, co przeczytał.
- Świat Paranormalny pisze, że wczoraj znaleziono trzecie martwe ciało nastolatka. – Widząc uniesione brwi towarzyszki, szybko wyjaśnił. – Jakieś dwa miesiące temu, chyba w lipcu, rodzina Jimmy’ego Sparksa znalazła go martwego w ogródku na tyłach domu.
- Tego linkantropa? – spytała brunetka, na co Jack skinął głową ze smutkiem w oczach. Po chwili kontynuował:
- W zeszłym tygodniu ludzka policja znalazła martwą czarownicę. Oczywiście nie wiedzieli, że to czarownica, ale Rachel ją rozpoznała. Trzecie ciało znaleziono wczorajszej nocy w lesie. Jest tak zmasakrowane, że na razie go nie zidentyfikowano.
- A oni wszyscy to nastolatki?
Mercy zmrużyła delikatnie oczy, zachowując kamienny wyraz twarzy. Sama w sobie informacja o morderstwach nie wywarła na niej takiego wrażenia jak na Jacku. Nie o takich rzeczach słyszała i nie takie rzeczy widziała w swoim kilkusetnym życiu. Jedynym, co ją w tym wszystkim niepokoiło było to, że mordowane były jak na razie same dzieciaki. Było to bardzo dziwne.
- Tak, ale nie to martwi mnie najbardziej. – Kiedy kobieta spojrzała na niego pytająco, zmarszczył ze zmartwieniem czoło. – Martwe ciała znajdowane są coraz bliżej River High – dodał cicho i utkwił spojrzenie w jakimś punkcie za nią, nadal marszcząc czoło.
Mercedes domyślała się, czym tak się zamartwiał. Do River High uczęszczały jego dwie córki; Elizabeth i Jennifer. Były dorosłe, więc mogły zadbać same o siebie, lecz były oczkiem w głowie Jacka i nie mógł ot tak przestać się o nie martwić, tylko dlatego że opuściły rodzinne gniazdo.
- One nie są przygotowane na tę walkę – rzekł do siebie, ale Mercy wiedziała, że szukał w niej potwierdzenia lub zaprzeczenia tego czy zbliża się kolejna wojna. Lecz zamiast tego zapytała:
- A czy ty byłeś przygotowany, gdy walczyłeś, mając zaledwie piętnaście lat?
Jack przeniósł na nią zmęczony wzrok brązowych tęczówek i patrzył przez chwilę w jej oczy, które były na pół zielone, na pół szare.
- To nie jest to samo. – Pokręcił głową, jakby starając się odrzucić jakąś myśl. – Ja urodziłem się, kiedy panowała wojna i od małego byłem przygotowywany do walki, a one nie.
- Są dorosłe, potrafią same o siebie zadbać, chyba na to je przygotowałeś – powiedziała lekceważąco kobieta, odwracając wzrok, by nie zauważył jak wywraca oczami.
Nigdy nie zaznała instynktu macierzyńskiego, więc nie czuła odpowiedzialności za żadne dziecko. O nią samą, gdy była dzieckiem, także nikt się troszczył ani się nie martwił, od najmłodszych lat musiała sama sobie radzić, bo rodzina była nią przerażona, bali się jej i ją odrzucili, dlatego musiała nauczyć się liczyć na samą siebie. Więc nie rozumiała i nigdy nie miała zrozumieć strachu Jacka czy innego rodzica.
- Nie rozumiesz… - zaczął Jack, ale zaraz zamilkł, kiedy napotkał jej nachmurzone spojrzenie. – I nie chcesz zrozumieć. Dobra, nieważne. Zanim przejdziemy do sedna naszego spotkania, chcę wiedzieć jedno. – Poczekał, aż Mercy podniesie na niego wzrok, dopiero wtedy zadał dręczące go od paru dni – od dnia, kiedy dostał jej wiadomość dotyczącą spotkania – pytanie. – Wiesz cokolwiek o tej wojnie?
Mercedes wzruszyła ramionami, ponownie odwracając wzrok.
- Wojna jak każda inna. Walka, ofiary, krew, rozpacz. To kanon każdej wojny, od stuleci.
- Nie o to mi chodzi. Czy miałaś jakąś… wizję?
Kobieta powoli splotła dłonie, kładąc je na stole i spojrzała na niego, przekrzywiając delikatnie głowę.
- Co masz na myśli? – spytała cicho.
Jack przełknął ślinę zaniepokojony jej nagłą postawą pełną spokoju.
- Wizję tego, jak będzie wyglądała ta wojna…
- Mówiłam ci. Wojna jak każda inna – powtórzyła, nie odrywając od niego niezwykłych oczu, celowo wprawiając go tym w dyskomfort.
- No tak. Ale czy nie widziałaś tego, czy ktoś położy w końcu kres całej tej bitwie? Czy możemy liczyć na czyjąś pomoc?
Nie poddał się jej i nie przerywał kontaktu wzrokowego, dlatego zauważył jak szybko odwróciła wzrok i pobladła.
- Widziałaś coś? – spytał znowu, a ona nie od razu odpowiedziała.
- Nie, nic szczególnego – odparła. Spróbowała się opanować, lecz z trudem jej się to udawało, była zbyt zdekoncentrowana. – Dobrze, więc jeśli już zadałeś wszystkie swoje pytania, pozwól że ci powiem, a właściwie przekażę powód naszego niezwłocznego spotkania.
Obserwował, jak powoli odpina guziki swego czarnego płaszcza i wkłada rękę pod materiał, by po chwili wyciągnąć spod niego łańcuszek, który nosił coś połyskującego. Gdy Mercedes zawiesiła biżuterię na palcu wskazującym Jack przejechał wzrokiem po srebrnym łańcuszku, dochodząc do okrągłego medalika wielkości niemowlęcej piąstki z czerwonym kamieniem po środku, w którym wyryte były jakieś niewielkie słowa w nieznanym mu języku.
Wpatrywał się weń urzeczony, dopóki nie otrząsnęło go ciche chrząknięcie towarzyszki. Wtedy dopiero spojrzał w jej, już nie tak spokojne, oczy.
Oczywiście były stalowe jak zawsze, ale znał ją na tyle, że dostrzegł gdzieś głęboko w nich iskrę niepokoju. Tylko że nie miał pojęcia czego mogła bać się Mercedes Johnson, jeden z najpotężniejszych mieszańców w świecie paranormalnym.
Mercy przytłoczona przenikliwym spojrzeniem Jacka skupiła się na medaliku i potrząsnęła nim niecierpliwie w jego stronę, czekając aż ten go weźmie, a ona będzie mogła w końcu wrócić do domu.
On jednak – czego mogła się spodziewać - nie dawał zbyć się tak szybko. 
- Co to jest? – spytał, wiedząc jak i ona, że to pytanie retoryczne.
- Nie widzisz? Medalion – niemal warknęła, lecz prędko się opanowała, nie chcąc by pomyślał sobie, że coś ją gnębi.
- A na co mi on potrzebny?
Mógłby przestać zadawać tyle pytań – westchnęła w myślach, ale odpowiedziała ze spokojem.
- Nie jest dla ciebie. – Znowu pokiwała cennym przedmiotem, ale mężczyzna nie wydawał się chcieć go dotykać. Westchnęła zniecierpliwiona.
- Weź go.
- Skoro nie jest dla mnie to, po co mam go brać? – Spojrzał na nią zirytowany, a Mercy nagle dostała przemożnej ochoty żeby walnąć go w łepetynę jak za dawnych lat.
- Po prostu go, do cholery jasnej, weź! – wycedziła przez zaciśnięte zęby, ale Jack nie dawał za wygraną.
- Po co?
Mercedes – zmęczona i zirytowana całodobową „bieganiną” po całym świecie oraz nękana bolesnymi obrazami wbrew jej woli – powstrzymała krzyk wściekłości gromadzący się w jej gardle i schowała rękę z medalionem pod stół.
- Jesteś taki dziecinny – powiedziała cicho, a on wzruszył ramionami.
- Zawsze ci to przeszkadzało, ale taki już jestem.
Kobieta wyciągnęła spod stołu dłoń i jeszcze raz pokiwała nim zachęcająco.
- Bierzesz go czy nie?
- Po co mi? – spytał znowu, a w Mercy zawrzała krew. Bliska była wyjścia w tej chwili z baru, by nie zrobić mu krzywdy.
- Dobra, jeśli go nie chcesz, to nie – powiedziała ze złością i zamierzała schować już medalion do kieszeni, ale zatrzymał ją poddający się głos Jacka.
- Zawsze musisz wygrać. No dobra, dla kogo ten medalik? – Delikatnie zabrał z jej ręki rzecz, jakby była z najdelikatniejszej porcelany. A może się go bał?
- Dla Catherine. Musisz koniecznie dać ten medalion Catherine.
Jack spojrzał na nią wielce zdziwiony.
- Cat?
- Tak, musisz jej go dać, to bardzo ważne. Ona może być jedną z Wybranych – dodała niechętnie w odpowiedzi na jego pytający wzrok.
I tak ostatecznie by się dowiedział.
Jack natychmiast przestał się marszczyć i patrzył z nowym zafascynowaniem na medalion trzymany w swoich rękach.
- Więc to jest… to jest ten medalion…?
- Tak – odparła, wykręcając pod stołem chłodne palce. Powoli zaczynała się wiercić i denerwować. Pragnęła wrócić już do domu, stworzyć wokół siebie barierę nicości i wyciszyć się na kolejny miesiąc. Lecz powstrzymywała ją ta cholerna ciekawość jej dawnego przyjaciela Jacka.
- Skąd go masz? – Spojrzał na nią podejrzliwie, ale ona nie patrzyła mu w oczy.
- Po prostu mam, nie musisz wszystkiego wiedzieć.
Mercedes znowu położyła dłonie na stole i zaczęła intensywnie się w nie wpatrywać, ignorując uważny wzrok mężczyzny.
- Ostatni raz cię proszę. Powiedz mi, co wiesz o tej wojnie – poprosił cicho, nachylając się w jej kierunku, lecz Mercy zamiast odpowiedzieć tylko zamknęła oczy.
Nie miała ochoty opowiadać o tym, co widziała każdego dnia po przebudzeniu. Nie chciała mówić mu o tym, co słyszała, wychodząc na spacer czy próbując zasnąć. To byłoby dla niego za wiele.
Zacisnęła powieki, gdy zobaczyła obraz doszczętnie spalonego lasu, a wokół setki wybitych zwierząt i ludzi. Spróbowała zacisnąć jeszcze mocniej powieki, a wtedy obraz zniknął, ale usłyszała krzyki bólu oraz rozpaczy, ludzi wołających o pomoc i poczuła tak dobrze sobie znany zapach krwi i dymu.
Jęknęła cicho, zasłaniając ramionami twarz przed zmartwionym spojrzeniem jej przyjaciela i przykładając dłoń do czoła, wyszeptała do siebie zaklęcie uzdrowienia. W tej sytuacji prawie zawsze pomagało.
- Co widziałaś, Mer? – zapytał zaniepokojony szatyn, używając zapomnianego przez nią przezwiska.
- Nic, Jack – wymamrotała. Nie była pewna czy to usłyszał, ale podniosła głowę i dodała głośniej. – Muszę już iść. Daj to Cat przed rozpoczęciem roku, bardzo cię o to proszę. To jest ważne. Jeśli to właśnie ona jest Wybranką, jej Kapłanka wszystko jej wyjaśni w odpowiednim czasie.
Wstała szybko i zamierzała przekroczyć już barierę oddzielającą ich od reszty świata, gdy wtem Jack dotknął ją po raz pierwszy od kilkunastu lat, łapiąc mocno za ramię, co spowodowało następną falę wydarzeń. Nagle ją zamroczyło, wszystko zniknęło jej sprzed oczu, pozostawiając ciemność, a w uszach zaszumiało, jak gdyby przycisnęła do nich muszelki. Doskonale znała ten stan. Zaraz miała mieć wizję, co nie bardzo jej się podobało. Po chwili przestała nawet myśleć, a Jack mógł tylko wpatrywać się w nią bez słowa.
Mercy nie czuła żadnego ze zmysłów, ale jakimś nieznanym nikomu sposobem widziała to coś.
Ogień. Panoszył się wszędzie, niszcząc wszystko, co stało na jego drodze. Pojawiał się tak szybko, że ludzie stojący na polanie musieli w ostatniej chwili umykać jego morderczym strzałom. Kiedy płomienie dotarły do wysokich drzew, ogień w kilka sekund dosłownie pożarł połowę lasu. Gdzie się nie spojrzało, można było dostrzec uciekających ludzi, ale jedna mała grupka stała, jakby nie widziała masakry toczącej się wokół nich. Najbliżej płomieni stał ciemnowłosy młody mężczyzna, wykrzykując coś ze wściekłością wypisaną na przystojnej twarzy, kilka metrów za nim zapłakana brązowowłosa dziewczyna wierzgała się w uścisku blondyna, który powstrzymywał ją od rzucenia się w ogień, a obok nich, jak gdyby wyrwany z innej bajki, wysoki mężczyzna wpatrywał się ze smutkiem w punkt za granicą ognia. Patrzyli na młodą kobietę, która odgrodzona była od nich płomieniami sunącymi obok niej, nawet jej niedotykającymi, tak jak by stworzyła wokół siebie jakąś niewidzialną barierę. Stała niewzruszenie z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi przed siebie dłońmi, mówiąc coś do siebie, a po jej twarzy lały się łzy, pozostawiając smugi na jej ubrudzonej dymem twarzy. W pewnej chwili uniosła powieki, pokazując srebrzyste oczy i opuściła ręce, patrząc z nikłą satysfakcją na ogień wokół niej. Widząc, że płomienie nie opadły, wzięła głęboki wdech i rzucając ostatnie spojrzenie na grupkę ludzi po drugiej stronie ognia, ruszyła biegiem w przeciwną stronę.
Mercy uwolniła się z transu z cichym okrzykiem i musiała oprzeć się o Jacka, żeby nie upaść. On zadawał jej pytania gorączkowym tonem, ale nie usłyszała żadnego z nich, ponieważ wciąż powracał do niej zmysł słuchu. Oddychała głęboko, jakby przebiegła przynajmniej milę, a gdy jej oddech choć trochę się uspokoił natychmiast się wyprostowała i spojrzała na przyjaciela.
- Co widziałaś? – spytał, potrząsając nią lekko. – Mercy? CO WIDZIAŁAŚ?!
- Cat jest Wybranką – szepnęła, a kiedy nie dosłyszał krzyknęła: - Musisz jej dać ten medalion, Jack! Catherine Jones jest Wybranką Ognia – dodała zachrypniętym głosem. 

1


- Cat!
Słysząc swoje imię, odwróciłam się i zobaczyłam biegnącą korytarzem w moim kierunku znajomą brązowowłosą dziewczynę. Gdy cała zasapana stanęła obok mnie, spojrzałam na nią z lekką rezerwą.
- Coś się stało? – zapytałam, a ona po krótkiej chwili podniosła na mnie wzrok.
- Słyszałaś najnowsze informacje? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nadal ledwo łapiąc urywany oddech.
Zanim odpowiedziałam objęłam spojrzeniem jej wątłą sylwetkę i prawie się uśmiechnęłam, widząc nierówno zapiętą błękitną koszulę oraz pogniecioną w kilku miejscach czarną spódnicę do kolan. Cała nierozgarnięta ona.
- Jakie informacje?
- Nie słyszałaś?! – krzyknęła głośno, aż się skrzywiłam.
- Ciszej – syknęłam, rozglądając się z niepokojem po wielkim holu szkolnym, gdzie się znajdowałyśmy.
W tej chwili w salach na piętrze, czyli dokładnie nad nami, odbywały się lekcje czwarto- i piątoklasistów, którzy rozpoczęcie roku mieli zawsze dzień wcześniej niż reszta – 31 sierpnia – ze znanemu tylko dyrekcji powodowi.
Dziwne, ale ja za dwa lata też tak będę miała. Dzisiaj rozpoczynałam dopiero drugi rok nauki w tej szkole.
Spojrzałam z powrotem na dziewczynę.
- Dobrze wiesz, że nie interesuję się plotkami, Liz.
Liz, zwana też Lizzie lub Elizabeth, wyprostowała się i popatrzyła na mnie sceptycznie.
- Nie żartuj sobie. Od plotek się żyje, kochanie. – Mówiąc to, odgarnęła brązową grzywę z twarzy, ukazując duże czekoladowe oczy.
Elizabeth Baker, dziewiętnastoletnia wariatka, a jednocześnie jedna z moich najlepszych przyjaciółek, była często uosobieniem nadpobudliwego człowieka, ale przeważnie wrażliwą i pomocną kobietą. Kochałam ją między innymi za jej lekkie podejście do życia, którego jej szczerze zazdrościłam. Miała wielki optymizm do życia, czasem aż za wielki. A, w dodatku uwielbiała plotki, szczególnie te dotyczące jej. Ja ich nie znosiłam.
- Ty z nich żyjesz, nie ja – powiedziałam i ruszyłam w stronę najbliższego korytarza, a Lizzie poszła za mną.
- No, ale nie chcesz wiedzieć, co się dzieje? – zapytała, zrównując ze mną krok.
- Szczerze? Nie. – Zatrzymałam się na rozdrożu korytarza, próbując przypomnieć sobie plan tego ogromnego budynku.
- To akurat będziesz chciała usłyszeć – upierała się Liz, a ja ostatecznie skręciłam w prawo, modląc się w duchu by była to prawidłowa droga.
- Nie chcę słyszeć żadnych plotek, zwłaszcza, jeśli są na mój temat. – Kiedy nic nie odpowiedziała, stanęłam, wzdychając ciężko, a stukot moich obcasów odbił się echem po kamiennych ścianach ciemnego przejścia. – Co, znowu przespałam się z nauczycielem? Albo może coś ukradłam, pocałowałam zajętego chłopaka, słucham?
Tak, niestety miałam wiele takich historii oraz kłopotów z powodu takiego rodzaju plotek. Ta o przespaniu się z nauczycielem już istniała, ale nie była oczywiście prawdziwa. Nigdy nie byłam zainteresowana żadnym z profesorów, nie wspominając już o tym, że nie znosiłam nauczyciela zaklęć, z którym rzekomo miałam romans. Jeśli ludziom się nudzi, to wymyślą wszystko.
Lizzie powoli pokręciła głową, robiąc niewyraźną minę. Złapałam za medalik, wiszący na mojej szyi i ściskając go mocno, wzięłam głęboki oddech. Czułam, że szykowało się coś gorszego.
- Wyduś to z siebie.
- Eric jednak wraca do szkoły.
Moje ciało gwałtownie zesztywniało, a oczy niebezpiecznie się zmrużyły.
- Jak to możliwe? – warknęłam.
- Wiedziałam, że TO cię zainteresuje! – zawołała radośnie Liz. Przymknęłam powieki, pocierając nasadę nosa.
- Sądzę, że to nie jest zbytni powód do radości, Lizzie – mruknęłam.
Eric był moim pierwszym i jedynym wrogiem od pierwszego dnia mojej nauki w River High. Wprawdzie zaczęło się od błahostki, bo była to kłótnia o pokój – zachowaliśmy się wtedy jak wykapane przedszkolaki, mimo posiadania pełnoletniości – lecz z czasem było jeszcze gorzej. Złośliwe żarty, zastraszanie, nielegalna walka magią…
Za to ostatnie obydwoje zostaliśmy ukarani miesięczną pracą społeczną, czyli sprzątaniem razem w szkole, co skończyło się wydaleniem Dallasa z River High, bo użył na mnie jakiejś magii zakazanej dla pierwszorocznych, dzięki której byłam nieprzytomna, przez co najmniej tydzień. A teraz okazuje się, że on wraca.
Za jakie grzechy…
- Jak to możliwe?! – powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
- Podobno jego dziadek miał w tym swój udział. – Spojrzała na mnie porozumiewawczo, a mnie opadły ramiona ze zrezygnowania.
Rodzina Dallasów była jednym z najbogatszych klanów Nowego Jorku, jak i naszego świata. A jeśli najbogatszym, to i z wielką władzą.
Temu już nic nie dało się zaradzić, nawet dyrektorka, która wydawała się lubić mnie o wiele bardziej niż Erica.
- Już się nie mogę doczekać naszego spotkania – mruknęłam ironicznie, a Liz spojrzała na mnie wesoło.
- Ja też! – Po chwili jej oczy zaszły lekką mgłą, co mówiło mi, że jej mózg zaczął pracować. – Zawsze mi się wydawało, że ta wasza nienawiść to w rzeczywistości ukryta namiętna miłość.
- Bardzo śmieszne. – Ruszyłam do przodu, nawet się na nią nie oglądając. Usłyszałam jak śpieszy za mną.
- Oj, no wiesz przecież, że żartuję, Cat. – Wsunęła dłoń pod moje ramię i przytuliła się do niego.
- A ty wiesz, że nie lubię takich żartów – odparłam.
- Przepraszam, już więcej tak nie zażartuję. Wybaczysz mi, Catty? – zapytała słodko, a ja, powstrzymując śmiech, przybrałam szybko obojętną minę.
- Prędzej wybaczyłabym psu niż tobie – rzekłam. Zanim zdążyłabym choćby mrugnąć, przede mną stał już brązowy labrador.
Wspominałam, że Lizzie jest zmiennokształtną? Potrafiła przybrać postać każdego zwierzęcia, ale tylko wtedy, gdy je wcześniej widziała. W tej chwili była kopią swojego psa, który mieszkał z jej rodzicami.
Liz-pies położyła łapy na mojej czarnej spódniczce i zaczęła napastliwie lizać mnie po twarzy i szyi, aż nie mogłam złapać tchu.
- Przestań, Lizzie. Już wystarczy, wybaczam ci. Liz! – Kiedy lizanie nie ustawało, trzepnęłam ją otwartą dłonią po łbie. Sekundę później znów stała przede mną w swojej ludzkiej formie, masując się po głowie.
- To bolało – jęknęła teatralnie, a ja uśmiechnęłam się pierwszy raz tego dnia.
- Zasłużyłaś. – Wznowiłam drogę, ciągnąc za sobą marudzącą przyjaciółkę. – Chodź, marudo.
Kilka minut później dotarłyśmy do odpowiedniej sali i dołączyłyśmy do reszty klasy czekającej na nauczycielkę, która miała oficjalnie rozpocząć nowy rok szkolny w River High.


***


River High była drugą najlepszą szkołą w Nowym Jorku, jak i w całej Ameryce, zaraz po Akademii Whippley’a. Przyjmowała w swoje progi wszystkie uzdolnione magicznie paranormalne istoty żyjące na ziemi. W większości jednak uczniami tej szkoły byli czarodzieje, zmiennokształtni oraz telepaci, dużo mniej było wampirów, elfów czy osób z innymi darami lub mieszańców. Nauka w naszej szkole trwała do pięciu lat, a ludzie zaczynający w niej edukację musieli mieć ukończone 18 lat.
Żaden zwykły śmiertelnik, z oczywistych powodów, nie wiedział o istnieniu takich szkół jak ta – a przynajmniej kazano nam tak wierzyć.
Od dawien dawna wiadomo, że ludzkość nie wierzyła w żadne nadprzyrodzone rzeczy ani istoty. Było to dla nich niemożliwe, aby postacie z science-fiction czy książek i filmów fantasy naprawdę istniały. A my nie mieliśmy zamiaru zmieniać ich głębokich przekonań, bo najprawdopodobniej wybuchłaby wtedy panika, podniecenie i zafascynowanie, co doprowadziłoby do wielu niemiłych wydarzeń, czego, przy problemach naszego świata, za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć.
Wróżki, elfy i inne stworzenia dziwnie wyglądające, pokazywały się wyłącznie nocą, zaś reszta mogła wychodzić na ulice, kiedy tylko chciała. Chyba że ktoś był na takim poziomie umiejętności, że potrafił utworzyć sobie pole niewidzialności – lub samemu stać się niewidzialnym – albo był na tyle sprytny by jakoś ukryć swoje dodatki do wyglądu.
Wracając do River High, szkoła była potężnym budynkiem, przypominającym uniwersytet, tylko że jeszcze większym. Miała około tysiąca sal, choć niektórzy twierdzili, że więcej, w tym podzielona była na 5 osobnych skrzydeł, gdzie w każdym było mniej więcej 100 pokoi dla uczniów i również pięć pięter w nich przeznaczone było na poszczególne roki, lecz nie było reguły na to, jaka część uczniów przebywała w jakim punkcie szkoły – ja miałam to szczęście, że przebywałam w tym samym skrzydle, co moi przyjaciele. Często bywało, że i tak większość spała gdzie indziej, ale tradycja trwała od kilkuset lat i nikt nie chciał jej przerywać.
Każde skrzydło miało dwóch opiekunów, którzy pokoje mieli pod piętrem i do tego jedną sprzątaczkę (oczywiście obdarzoną wspaniałą sprawnością i szybkością) oraz salę zabaw, gdzie odbywały się różne uroczystości. Szkoła posiadała również ogromny ogród na tyłach budynku, gdzie było jeszcze więcej atrakcji, między innymi jezioro oddalone o kilometr, kilkuhektarowy las i wiele innych. Natomiast od frontu szkoły był duży dziedziniec, gdzie, co roku, pierwszego września było mnóstwo uczniów i można było zobaczyć wiele znajomych twarzy wśród tłumu rozgadanych ludzi.
Dokładnie po środku dziedzińca stała fontanna w postaci posągu Mallory River, żyjącej ponad pięćset lat temu. Była założycielką szkoły wraz ze swoim mężem Ghartem Whippley’em, który po kilkunastu latach małżeństwa zmienił się z sympatycznego mężczyzny w okrutnego i władczego drania. Rzucił zakazany urok szybkiej śmierci na swoją żonę, zostawił ją i założył własną akademię, cieszącą się teraz wielką popularnością, a z którą właśnie konkurowała nasza szkoła. Mallory zmarła kilka miesięcy po jego odejściu, lecz pozostawiła szkołę w rękach swojej wnuczki Alice, a potem szkoła była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Każdy, kto uczęszczał na pierwszym roku w lekcjach historii magii, znał tę historię.
Lizzie jednak nie miała tego samego szczęścia, co ja, dlatego, co jakiś czas zadawała mi to głupie pytanie, tak jak w tej chwili:
- Kogo to posąg, bo cały czas zapominam?
Zaciskając rękę na pasku swojej torby, wpatrywała się ze zmarszczonymi brwiami w postać zdobiącą dziedziniec. Wokoło nas stało i przepychało się przez innych wielu uczniów; jedni stali samotnie, inni w parach rozmawiali, a jeszcze inni tłoczyli się w grupkach, śmiejąc się głośno.
- Założycielki naszej szkoły, ośle. – Westchnęłam głośno, ale zaraz pisnęłam, gdyż uszczypnęła mnie w ramię.
- Ej!
- Nie mów do mnie „ośle”.
- Inaczej cię nie można określić.
- Nie bądź taka mądra, wcale… O, widzę Agnes! – krzyknęła nagle.
- Gdzie? – spytałam, rozglądając się naokoło.
- Tam. Angie! Agnes! – Spojrzałam we wskazanym przez nią kierunku, ale dalej nie widziałam naszej przyjaciółki. Moment później jednak dostrzegłam rudą, prawie pomarańczową, czuprynę, która niewątpliwie należała do Agnes.
Rudowłosa, gdy zorientowała się, że jest wołana, odwróciła głowę od dziewczyny, z którą rozmawiała i spoglądając w naszym kierunku, uśmiechnęła się szeroko. Powiedziała coś do towarzyszki i ruszyła do nas przez tłum, przyciągając uwagę wielu chłopaków, którzy, gdy tylko przemknęła obok nich, odwracali głowy w jej stronę jakby Agnes była jakimś magnezem. Widząc to, przewróciłam oczami i ostentacyjnie odwróciłam głowę.
Cóż, Agnes była śliczna, temu nie można zaprzeczyć; wysoka, z długimi rudymi włosami i niebieskooka. Niejedna dziewczyna zazdrościła jej wyglądu, ale i sposobu poruszania się, bo mogłaby spokojnie uchodzić za modelkę.
Lecz chłopcom tylko jedno było w głowie. Oglądali się za nią wyłącznie z pożądania, jak każdy facet. Gdy tylko widzi jakąś ładną pannę, to od razu włącza się u niego jakiś impuls by się odwrócić, a wielu nawet, żeby zagadać i umówić się – na jedną noc.
Agnes jednak to w ogóle nie przeszkadzało, do tego sama z nimi flirtowała. Przykładowo dzisiaj ubrała czarną mini, białe podkolanówki i tak samo białą koszulę z dwoma rozpiętymi prowokacyjnie guzikami, co na facetów działało, jak zając na wilka. Cała emanowała seksem, ruda zołza.
I tak ją uwielbiałam. Może i była ruda, i złośliwa, ale tak naprawdę jej inteligencja wysoko przewyższała moją – podczas gdy ja nie miałam dalej żadnych konkretnych planów na przyszłość, ona planowała zostać uzdrowicielką, co samo w sobie było dla mnie wielką sprawą – a czasami bywała słodka do bólu. Była o rok starsza ode mnie i od Liz, lecz we trójkę czułyśmy się jak siostry i zawsze doskonale się rozumiałyśmy, pomijając błahe kłótnie jak to bywa w rodzeństwie.
Od kilku lat Agnes szukała sobie odpowiedniego chłopaka, bo dotychczasowym chodziło tylko o jedno, czemu trudno było się dziwić. Mimo że tego wszystkiego nie popierałam, miałam do niej niejaki podziw, za to, że pomimo tych porażek miłosnych nadal poszukiwała miłości, nawet, jeśli oznaczało to kolejne nieprzespane noce i załamania. Miała nadzieję, że flirtując, z kim popadnie, znajdzie w końcu kogoś wartego zainteresowania. Według mnie ten sposób był do bani. Uważałam, że jeżeli jest mi pisana miłość, to sama do mnie przyjdzie. Po co mam latać za facetami i niszczyć sobie niepotrzebnie życie?
- Czemu za mną się tak nie oglądają, co, Cat? Jestem brudna, a może źle się ubrałam?
Głos Lizzie wyrwał mnie z zamyślenia, a gdy na nią zerknęłam, zobaczyłam jak obraca się wokół własnej osi, próbując dostrzec jakąś wadę na swoim odzieniu.
- Wyglądasz świetnie – odparłam, biegnąc wzrokiem po twarzach mnie otaczających, rozpoznając kolejne znajome buzie i witałam je z uśmiechem.
- To, o co chodzi? – spytała.
- Jesteś zajęta – przypomniałam jej uprzejmie, a ona wywróciła tylko oczami.
- No i co z tego?
- Domyślam się, że nikt nie chce narażać się czwartoklasiście – odparłam.
- A piątoklasiści? – Podniosła powątpiewająco brew.
Wzruszyłam ramionami.
- Ethana zapytaj.
Ethan był chłopakiem Liz od niecałych trzech lat, ale znali się praktycznie od dzieciństwa, lecz dopiero w liceum się zeszli. Wiedziałam, że Lizzie była zakochana w Ethanie już od podstawówki – choć wtedy można było to raczej nazwać zauroczeniem – ale odważyła się wyznać mu to dopiero wtedy, jak sama powiedziała, gdy dojrzała emocjonalnie do tego by albo wejść w poważny związek, albo ponieść porażkę i odejść z podniesioną głową, co nie było konieczne. Okazało się, że Ethan też od jakiegoś czasu się w niej podkochiwał, ale najzwyczajniej w świecie nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Para z typowego filmu romantycznego, nie ma co.
Po części wiedziałam, czemu nikt nie próbował zagadać do Lizzie. Nie to, że nie była ładna, bo była o wiele więcej niż ładna, ale raczej chodziło o to, że Ethan był powszechnie lubianym i szanowanym uczniem w szkole. Podejrzewałam, że nikt nie chciał mieć z nim na pieńku. Z drugiej strony mógł być to jego przyjaciel Will, który sprawiał wrażenie groźnego chłopaka, ale większość nie próbowała się o tym osobiście przekonywać, bo chyba się go bała. Ja nie widziałam w nim niczego strasznego. Przeważnie.
- Hej, dziewczyny! – Poczułam na barkach ciepłe ramię Agnes, która objęła mnie oraz Lizzie i przytuliła mocno do siebie. – Tęskniłam za wami przez te ostatnie tygodnie!
Popatrzyłam wymownie na Liz, a ta uniosła niewinnie brwi.
- To nie moja wina, że twoja babcia przetrzymywała nas u siebie przez prawie miesiąc!
Odsuwając się od Agnes, pokręciłam lekko głową.
- To jest twoja wina, bo gdybyś nie uganiała się za tym wiejskim chłopakiem, zajęta dziewczyno, byłybyśmy w domu 3 tygodnie wcześniej. A moja babcia wcale nas nie przytrzymywała.
- Dalej umawiasz się na boku, Liz? – spytała rozbawiona Ag.
- Nie umawiam się na boku, po prostu…
- Chcesz się dowartościować? – podsunęłam.
- Tak, ale ja przynajmniej nie chcę zostać starą panną – prychnęła Lizzie, patrząc na mnie wilkiem.
- Wcale nie chcę zostać starą panną! Ja tylko…
- Szukasz tego jedynego? – wtrąciła złośliwie szatynka, a ja pokazałam jej język.
Agnes oparła dłonie na biodrach i spojrzała na nas, kręcąc głową z uśmiechem.
- Właśnie za tym tęskniłam. Dziecinną Lizzie i docinającą Cat.
- My też za tobą tęskniłyśmy, zołzo – powiedziałyśmy równocześnie z Liz, a po chwili wszystkie trzy wybuchłyśmy śmiechem.
Chwilę później zaczęłyśmy rozglądać się po dziedzińcu w poszukiwaniu kolejnych znajomych przy akompaniamencie komentującej wszystko i wszystkich Liz.
- Czy to nie Evelyn Fry? O Boże, widziałyście, co ona ma na głowie? Tylko mi nie mówcie, że znowu pomyliła zaklęcie suszenia ze zmienianiem rzeczy w zwierzęta. A Edison wcale nie lepsza. Błagam, Cat, tylko nie każ mi siedzieć obok niej na zaklęciach. To coś, co wygląda jak pieprzyk na jej twarzy bardzo mnie przeraża.
Szturchnęłam ją łokciem w bok, z trudem powstrzymując śmiech.
- Przestań. Nie śmiej się z ich… oryginalnego wyglądu.
Agnes słysząc to, zachichotała głośno, ale zaraz spoważniała, wzdychając głęboko.
- Coś się stało? – zapytałam. Ona tylko pokręciła głowa i powróciła do przeszukiwania tłumu wzrokiem.
- Czemu tu, do cholery, nie ma Ethana? Albo Matta lub, choćby, Willa?
- Bo mają lekcje? – zasugerowałam, a Liz przeszyła mnie ciemnymi oczami.
- Nie zaczynaj – ostrzegła. – Nigdy nie twierdziłam, że mam dobrą pamięć.
Zagryzłam wargę, żeby się nie uśmiechnąć.
- Ale plan lekcji swojego chłopaka mogłabyś pamiętać.
- Swojego nie pamiętam, a co dopiero jego – mruknęła, na co poklepałam ją pocieszająco po ramieniu.
- Starość nie radość.
- Spadaj.
- Coś ty taka rozdrażniona?
- Bo znowu zaczyna się szkoła. Bo muszę chodzić na lekcje. Bo świat mnie nie rozumie. Bo…
Zasłoniłam dłonią jej usta.
- Jeszcze nie zobaczyłaś Willa i już zaczynasz marudzić? – Podniosłam brwi i po chwili zabrałam rękę.
- Później nie będę mogła marudzić, bo Will zacznie mnie drażnić i będę go tylko wyklinać.
- Nie wiem, które z was jest gorsze – ty czy on?
- Zdecydowanie on – rzekła stanowczo Lizzie, a za nią znowu pojawiła się Agnes i objęła ją ramionami.
- Zdecydowanie ty, słońce – zaprzeczyła rudowłosa, a Liz spojrzała na nią z wyrzutem przez ramię.
- I ty przeciwko mnie, Brutusie?
- Nie, po prostu stwierdzam oczywisty fakt. Will, jeśli nie musi, to w ogóle się nie odzywa i nikomu nie zawadza. Natomiast ty, jakby na złość, zawsze go zaczepiasz i drażnisz się z nim.
- Biedny Willie, zła Lizzie – marudziła pod nosem Liz. Angie pocałowała ją w policzek.
- Nie denerwuj się, słońce, bo ci się zmarszczki porobią.
Lizzie wywróciła oczami, ale na jej usta wypłynął lekki uśmiech.
- Jesteście okropne, ale i tak was kocham. – Wyciągnęła ramiona, żebym się w nią wtuliła, ale ja wpatrywałam się w punkt na lewo, wykrzywiając gniewnie wargi.
Liz i Agnes podążyły za moim wzrokiem i zauważyły, na kogo patrzę.
Gdzieś dziesięć metrów dalej w naszą stronę podążał średniego wzrostu, szczupłej postury ciemnowłosy młody mężczyzna ze wzrokiem utkwionym w naszą trójkę.
Eric.
- Wiedziałam, że dzisiaj sobie nie odpuści – powiedziała Liz, a ja pokręciła głową.
- Nie zwracajcie na niego uwagi.
Kilkanaście sekund później Eric już przy nas stał z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Cześć, dziewczyny.
Moje przyjaciółki mruknęły coś pod nosami, ale ja się nie odzywałam, udając, że przyglądam się swojemu medalionowi, nerwowo zaciskając usta.
- Nie przywitasz się ze starym wrogiem, Cat? – spytał Eric, czułam jak mi się przypatruje.
- Cześć – odparłam obojętnie, nie odrywając wzroku od medaliku, a on parsknął cicho.
- No cóż, miło jest znów cię zobaczyć.
- Nie mogę powiedzieć tego samego.
Eric patrzył na mnie przez chwilę.
- Chciałem być miły.
- Jasne – prychnęłam, odwracając się do niego plecami z nadzieją, że zniechęcony odejdzie, ale zaraz po tym poczułam jego oddech na moim karku.
- Nie bądź taka odważna, bo wtedy na korytarzu nie byłaś – usłyszałam w uchu. Mówił o tym jak zaatakował mnie tą dziwną magią.
- Grozisz mi? – odszepnęłam wściekle, odwracając się do niego. On uśmiechnął się tylko kpiąco i powolnym krokiem odszedł, po drodze witając się ze znajomymi.
Stałam tam i patrzyłam za nim, zaciskając pięści w bezsilnej złości, gdy poczułam na ramieniu czyjąś rękę.
- Nie przejmuj się tym idiotą, Cat. – To była Agnes. – Drugi raz nie odważy się ciebie zaatakować.
- Nie byłabym tego taka pewna. Nawet gdyby mnie zamordował, jego dziadek i tak załatwiłby mu tutaj miejsce, bez względu na wszystko. – Westchnęłam ciężko i znowu przypatrzyłam się swojemu skarbowi, spoczywającemu na moim dekolcie.
Czerwony kamień osadzony po środku srebrnego metalu błyszczał w ostatnich promieniach letniego słońca, a wyryte w nim czarne delikatne napisy wołały do przeczytania, co zrobiłabym od razu, gdybym tylko znała ten dziwny język. Gdy poprosiłam wujka by wytłumaczył mi, co to znaczy, sam powiedział, że też nie zna tego języka.
Kiedy zobaczyłam ten medalion po raz pierwszy, pomyślałam, że jest śliczny. Kiedy Jack wyciągnął go z szarego woreczka, czerwony diament mienił się pięknie pod wpływem słońca, a gdy wzięłam medalik w swoje ręce kamień zabłysnął, a w środku niego, na brzegach, zaczęły pojawiać się te dziwne napisy, które po krótkiej chwili zniknęły. Nie wiedziałam, co się wtedy zdarzyło, a Jack w odpowiedzi na moje pytania powiedział, że dowiem się wszystkiego w swoim czasie.
Dziękuję, wujku, za tę wielce zadowalającą odpowiedź.
Mówił jeszcze, że ten medalion, tak samo jak ja, jest niezwykły i za niedługo się do mnie odezwie. Medalion, nie on. Dziwne.
Dobra, żyłam w paranormalnym świecie, sama byłam nadprzyrodzona, bo byłam czarodziejką, ale nigdy nie widziałam by rzeczy gadały. Zaczarowane, tak, coś tam powiedzą, ale to i tak tylko niektóre. Zastanawiałam się, po co ktoś miałby zaczarować ten medalion by do mnie przemówił – i najważniejsze, co miał mi powiedzieć.
Niestety jak medalion nie odezwał się pierwszego dnia, kiedy go dostałam, tak nie odezwał się do dzisiaj, czyli, jak na razie, tydzień. Jakoś zbytnio się tym nie zamartwiałam, bardziej cieszyłam się ze swojego pięknego prezentu.
Ponownie westchnęłam i przywołałam na wargi wesoły uśmiech, zwracając się do dziewczyn. Zauważyłam, że tłum, który nas otaczał trochę się przerzedził, co przyjęłam z radością, ponieważ można było swobodniej oddychać.
- A jak tobie minął ostatni miesiąc? – zapytałam Agnes, a odpowiedziała mi, o dziwo, Liz.
- Przecież doskonale wiesz jak. Spędziłyśmy go u twojej babci, prawda?
Wzniosłam oczy do nieba, prosząc Boga, jeżeli w ogóle istniał, o cierpliwość do tej istoty, która jakimś cudem była moją kuzynką – nie wspominałam? Nasze matki są siostrami – i patrząc przelotnie na szeroko uśmiechniętą Ag, spojrzałam na Lizzie.
- Czy ktoś ciebie o to pytał? – Uśmiechnęłam się słodko, a Liz popatrzyła na mnie, jakbym z choinki się urwała.
- Zapytałaś, jak minął mi ostatni miesiąc.
Powstrzymałam odruch walnięcia się w czoło.
- Nie ciebie, ośle. Zwracałam się do Ag, co byś zauważyła, gdybyś nie szukała wzrokiem nowych chłopaków.
Lizzie zmrużyła groźnie oczy.
- Po pierwsze, nie oglądam się za chłopakami. Po drugie, każdemu może się pomylić. A po trzecie, nie mów do mnie OŚLE! – Prawie krzyknęła, marszcząc śmiesznie nos, co miała po ojcu, kiedy się denerwowała. Usta zadrgały mi w uśmiechu, ale go powstrzymałam.
- Nie denerwuj się, oślico – poradziłam, nie zwracając uwagi na chichrającą się Agnes.
Tak zawsze wyglądały nasze sprzeczki z Liz; ona się denerwowała, ja najczęściej powstrzymywałam od śmiechu przez zachowanie mojej kuzynki, a Angie śmiała się z nas otwarcie. Tylko biednej Lizzie nigdy nie było do śmiechu, bo często brała wszystko do siebie.
Lizzie warknęła bezsilnie.
- Jesteś wredną kreaturą – powiedziała cicho, a ja wzruszyłam bezradnie ramionami. Nic nie mogłam poradzić na to, jaka jestem, a wcale nie rozpaczałam, że jestem, według Liz, wredna. W moim rozumowaniu lepiej być wredną i umiejącą postawić na swoim, niż nieśmiałą i bojącą się wyrazić swoje zdanie.
- I tak mnie kochasz – odparłam z uśmiechem, a ona skinęła niechętnie głową.
- Niestety.
Już miałam coś odpowiedzieć, kiedy usłyszałam z tyłu znajomy głos.
- Znowu się kłócicie?
- Ethan! – pisnęła przeraźliwie Lizzie i, prawie mnie przewracając, rzuciła się na swojego chłopaka. Zatoczyłam się na Agnes, która przytrzymała mnie za ramiona, a ja patrzyłam z niedowierzaniem na Liz, która wydawała się zaraz rozpłakać na widok blondyna.
- Co jej jest? – spytałam cicho rudowłosą, a ona wzruszyła ramionami nadal z uśmiechem na twarzy.
- Może po prostu stęskniła się? – odparła równie cicho. Pokręciłam tylko zdziwiona głową. To nie było podobne do Liz. Przez cały miesiąc ani razu nie wydawała się tęsknić za swoim chłopakiem, ba!, nawet o nim nie wspomniała, a teraz niemal płacze na jego widok? Coś był nie tak i musiałam dowiedzieć się co.
Tymczasem, gdy Liz zaczęła bezceremonialnie obcałowywać Ethana dostrzegłam, że w naszą stronę zbliża się dwóch wysokich chłopaków; jeden jasnowłosy, drugi ciemnowłosy. Uśmiechnęłam się, kiedy podeszli do mnie i Agnes, mijając wcześniej z rozbawieniem na twarzach zakochaną parę.
- A im co? – spytał jasnowłosy, przenosząc wzrok z Ethana oraz Lizzie na mnie i Agnes.
- Nie wiem, Matt. – Westchnęłam radośnie, ciesząc się, że w końcu spotykamy się znowu wszyscy razem. Brakowało mi przyjaciół przez te wakacje, chociaż miałam przy sobie Lizzie, a przez jakiś czas nawet Agnes, jednak w szóstkę było weselej. Szczególnie wtedy, gdy Agnes filozofowała na różne tematy z chłopcami, a Liz ciągle kłóciła się z Willem.
- Po prostu są w sobie zakochani, jak możecie tego nie rozumieć? – odezwała się Agnes, wpatrując się melancholijnie w szczęśliwą parę. – Dla zakochanego nawet jedna godzina bez ukochanej osoby jest udręką.
- A ty skąd możesz to wiedzieć? – spytał Will, patrząc na nią niesamowicie ciemnozielonymi oczami, a w nich zobaczyłam ledwo dostrzegalną podejrzliwość.
Zadał właściwie pytanie, bo Agnes zarumieniła się lekko i nie patrząc na nikogo, mruknęła coś pod nosem.
- Co powiedziałaś? – spytałam, przybliżając się do przyjaciółki. – Nie dosłyszałam…
- Nic ważnego – wymamrotała.
- Angie…
- Powiedziała, że…
- Zamknij się, Will! – Ponieważ brunet stał obok niej, walnęła go łokciem w brzuch tak, że od razu zamilkł.
- Co jest złego w tym, że… - zaczął obronnym tonem, ale znowu go walnęła, tym razem chyba nawet mocniej.
- Will, przestań! Nie miałeś tego usłyszeć, więc teraz siedź cicho – fuknęła. Udała, że kogoś zauważyła w oddali i ruszając w tamtą stronę, dodała na odchodnym: - Zaraz wracam.
- Jakby nie wiedziała, że jestem w połowie wampirem… - powiedział Will dość głośno bym to dosłyszała. Zachichotałam, na co przeniósł na mnie zielone spojrzenie.
- Nie przejmuj się nią, pewnie zaraz jej przejdzie – rzekłam. Zauważyłam, że Will zjechał spojrzeniem w dół i zatrzymał je na moim medalionie.
- Skąd go masz? – spytał, poruszając się nerwowo w miejscu.
- Dostałam od wujka. Widziałeś go już wcześniej? – Przyjrzałam mu się uważnie, ale on nadal wpatrywał się w mój medalion, jakby go zahipnotyzował.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że o coś go zapytałam.
- Nie, nigdy go nie widziałem – powiedział cicho i zajrzał mi w oczy z chłodną ciekawością. Jego zielone ślepia zawsze troszeczkę mnie paraliżowały przez swoje piękno, ale nigdy nie straciłam przez nie języka – nigdy całkowicie.
- A może wiesz, co jest w nim napisane? Znasz ten język? – Podniosłam medalik by mógł spojrzeć na kamień, ale Will rzucił tylko na niego okiem i znów spojrzał na mnie.
- Niestety nie wiem.
- A ty, Matt? – zwróciłam się do drugiego chłopaka, rozglądającego się po dziedzińcu. – Wiesz, co tu jest napisane?
- Co…? – Matthew spojrzał na mnie nieprzytomnie, więc opuściłam zrezygnowana ramiona. Taka jest właśnie rozmowa z facetami. Najpierw w ogóle cię nie słuchają, a później dziwią się, dlaczego jesteś obrażona.
- Nic, nic. Możesz znowu odlecieć.
Machnęłam lekceważąco ręką, ale on już się nie odwrócił. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, gdy ostatecznie Willowi zaczęło się nudzić.
- Gołąbki! – zawołał, a kilka głów odwróciło się w naszym kierunku, co zignorował. – Hej, gołąbki! Koniec obściskiwania! – Podążył w ich kierunku, a ja parsknęłam śmiechem na myśl o tym, jak zła będzie Liz.
- Jak minęły ci wakacje? – spytał Matt, gdy Will się oddalił. Spojrzałam na niego i po raz kolejny zachwyciłam się, patrząc w jego miodowe tęczówki. Siłą woli musiałam przypomnieć sobie pytanie.
- Hmm… podsumujmy; z walniętą Lizzie, jej ciągłymi fochami, walką na lody i popcorn oraz zniszczeniem ściany… całkiem dobrze.
Wszystko było prawdą. Lizzie zachowywała się w te wakacje, jak kobieta w ciąży, przez co poważnie się wystraszyłam, że zostanę przedwcześnie ciotką. Nie żebym nie lubiła dzieci, tylko… to byłoby dziwne, nawet jak na dziewiętnastolatkę. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić Liz z wielkim brzuchem.
Walka na lody i popcorn zaczęła się po skończeniu oglądania wyjątkowo nudnego i absurdalnego filmu romantycznego, kiedy Lizzie była tak pobudzona hektolitrami kawy, że zaczęła obrzucać mnie czekoladowymi lodami, na co ja odpowiedziałam lodami truskawkowymi. Gdy słodyczy zabrakło, w ruch poszedł popcorn. Nasz widok po całej walce – bezcenny. Gdy Jenn, młodsza siostra Liz, nas zobaczyła, aż spadła z kanapy i nie potrafiła się podnieść ze śmiechu przez przynajmniej dziesięć minut, a w międzyczasie do niej dołączyłyśmy.
O zniszczeniu ściany trzeba byłoby dużo opowiadać…
Matt zaśmiał się cicho, a mnie zrobiło się ciepło w sercu na ten widok. Mój przyjaciel przez ostatnie miesiące był bardzo przygaszony, ponieważ w kwietniu zamordowano jego matkę. Najgorsze było to, że to on znalazł jej ciało, a ten obraz prześladował go w koszmarach.
Nienawidziłam wojen z całego serca. Powstawały, co kilkadziesiąt lat i za każdym razem zabierały coraz więcej ukochanych osób. Każdy już wiedział, że teraz znów szykowała się wojna, bo od jakiegoś czasu znów zaczęto mordować istoty z naszego świata. Matka Matta została zamordowana tylko za to, że była w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. To było okrutne.
- A tobie? – zapytałam, a on wzruszył ramionami.
- W porządku. Na pewno nie miałem tyle wrażeń, co ty. – Posłał mi uroczy uśmiech, lecz w jego oczach nadal dostrzegałam żal i smutek, choć próbował ukryć te uczucia pod radością.
Zapadła między nami cisza, którą po dłuższej chwili przerwał Matt.
- Słyszałaś o tych ostatnich morderstwach? – spytał, a ja wzdrygnęłam się na samą myśl.
- Tak. Nie rozumiem jak można mordować niewinnych ludzi, komu oni zawadzali?
- Nie mam pojęcia, Cat. Najstraszniejsze jest to, że ofiar tej jeszcze niezaczętej wojny jest coraz więcej. Bo to nie tylko te trzy osoby zostały zamordowane w ostatnim czasie. Moja ciotka pracuje w ludzkiej policji i wyciągnąłem od niej, że gazeta nie pisze o wszystkim, nie chcąc wywołać paniki.
- Ilu? – Czułam narastający gniew jak i strach.
- Nie chcesz wiedzieć. – Matt odwrócił głowę i spojrzał na coś, czego nie widziałam.
- Ale skoro gazeta nie mówi całej prawdy, to…
- Nie wierzcie gazetom – odezwała się Lizzie, która skąd nikąd pojawiła się przy nas. Oprócz rozczochranych włosów wyglądała tak jak wcześniej. No i może tego niebezpiecznego błysku w oku…
- O, Lizzie. Myślałam, że już dzisiaj cię nie zobaczę… - zaczęłam z uśmiechem, ale spiorunowała mnie wzrokiem.
- Nie denerwuj mnie. Już wystarczająco Will mnie podręczył, mam go już dzisiaj dosyć.
- Czemu mamy nie wierzyć gazetom? – Nagle i Agnes pojawiła się obok nas.
- Skąd ty…? – Matt spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale ta machnęła tylko ręką. Ja byłam przyzwyczajona do takiego znikania i pojawiania się, co chwilę.
- Lizzie? – Ag wpatrywała się wyczekująco w szatynkę.
- Bo piszą w niej same małpy – rzekła ot tak.
- Aha – powiedziałam prawie równocześnie z Agnes, a Matt dodał:
- Ciekawy argument.
- No nie dziwcie się tak! – Wsparła ręce na biodrach i zmierzyła nas wszystkich wzrokiem. – Nie myślcie sobie, że nie czytałam tej gazety, a zwłaszcza tego artykułu o morderstwach. – Po chwili zacytowała nam chyba fragment artykułu. – „Ponieważ sytuacja powtarza się praktycznie, co sto lat, nie byłoby w tych morderstwach nic niepokojącego”! Jestem ciekawa, która małpa to napisała.
- Lizzie, ja bym bardziej denerwowała się tym, że ten morderca zbliża się do naszej szkoły – mruknęła Agnes, poprawiając kucyka i przygryzła dolną wargę.
- Ja tam nie wierzę Światu Paranormalnemu. Pracują tam same pacany. – Liz zamarła na chwilę, zastanawiając się nad czymś, a następnie wyrecytowała nam kolejny cytat z gazety, jak podejrzewałam. – „Jak dowiedzieliśmy się z nieoficjalnego i zaufanego źródła”. Nie pamiętam już, o co chodziło, ale… Jak nieoficjalne źródło może być zaufane?! Przecież zawsze wiadomo, że nieoficjalne źródła są NIE zaufane!
Nie mogłam się powstrzymać i walnęłam głową o ramię Agnes, która także wyglądała, jakby chciała o coś walnąć głową.
Liz, jak to Liz, zawsze była przejęta nie tym, co trzeba. Nie wypowiedziałam tej myśli na głos, tylko zaproponowałam byśmy wrócili do szkoły. Trzeba było się rozpakować, a przynajmniej ja z dziewczynami, bo nie wiem czy chłopcy w ogóle muszą się rozpakowywać.
Zawołaliśmy Willa i Ethana, którzy stali kilka metrów dalej, rozmawiając i ruszyliśmy do wielkiego gmachu szkoły, a oni zostali w tyle.
- Specjalnie nauczyłaś się tych fragmentów na pamięć, żeby nam je powtórzyć? – zaciekawił się Matt. Lizzie pokręciła przecząco głową, mówiąc:
- Nie trzeba było tego jakoś długo się uczyć. Po prostu słowa tej wrednej małpy tak mnie ugodziły, że zostały mi w pamięci.
- Ty tak na poważnie?
Lizzie rzuciła mu miażdżące spojrzenie.
- Bardzo. – I przyśpieszyła kroku.
- Co wam dzisiaj, do cholery jasnej, baby jest?! – jęknął głośno Matt, zwracając na siebie uwagę.
Agnes coś mu odpowiedziała, ale nie miałam szansy usłyszeć, co, bo nagle usłyszałam szum w uszach, tak jakbym przyłożyła do ucha muszelkę, a przed oczami mi pociemniało. Stanęłam w miejscu i próbowałam przytrzymać się przyjaciółki, ale nie mogłam ruszyć rękoma, żadną kończyną.
Spanikowana chciałam krzyknąć, jęknąć, powiedzieć cokolwiek, lecz nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Powoli traciłam oddech, nie mogłam oddychać. Ten stan trwał zaledwie kilka sekund, ale czułam się tak, jakby trwało to wieczność. Czułam się, jakbym umierała…
Kilkanaście sekund później wszystko powróciło tak szybko, jak zniknęło, a hałas, czucie w ciele i widoczność nasunęło się naraz tak nagle, że znowu mnie zamroczyło i bym upadła, gdyby nie ramiona, które już mnie podtrzymywały.
Oddychałam szybko i płytko, jak po jakimś milowym biegu, zamknęłam oczy, żeby uspokoić wirujące obrazy, a ramiona mnie trzymające ściskałam z całych sił, przerażona, że znowu stracę w nich czucie.
- Catty? Cat, co się dzieje?! – Do moich uszu wolno doszedł zaniepokojony głos Agnes, a potem ktoś potrząsnął moimi ramionami, ponownie wzbudzając w mojej głowie karuzelę. Zmusiłam powieki do podniesienia i zobaczyłam, że był to Matt, więc odepchnęłam go delikatnie jedną ręką.
- Przestań – szepnęłam. Zaraz zamiast niego pojawiły się przede mną Liz i Agnes.
- Co się stało, Cat? Nagle pobladłaś i prawie się przewróciłaś, gdyby nie Will! – Obie przekrzykiwały się zmartwione i przestraszone. Czy to wyglądało, aż tak strasznie? 
Bezwiednie dotknęłam swojego medalionu i natychmiast zabrałam z niego rękę. Był piekielnie gorący! Spojrzałam na swoje palce, lekko się zaczerwieniły.
Cholera, poparzyłam się! Świetnie. Dobrze, że miałam zasłonięty dekolt, bo jeszcze poparzyłabym sobie piersi…
Gdy już byłam pewna, że stanę o własnych nogach, wyprostowałam się powoli w ramionach Willa, który, co zauważyłam, gdy na niego spojrzałam, nie odrywał wzroku od tego piekielnego medalika.
- Zaczyna się – szepnął do siebie, na co spojrzałam na niego zaskoczona.
- Słucham?
Oderwał wzrok od medalionu i popatrzył na mnie lekceważąco, wzruszając ramionami.
- Gadam do siebie, tobie nigdy się nie zdarzyło? – Uśmiechnął się lekko, ale nie odwzajemniłam tego gestu.
Okłamał mnie. Widział już wcześniej ten medalion inaczej nie patrzyłby cały czas tak zaciekawiony na mój skarb i teraz nie powiedziałby, że coś się zaczyna. On coś o nim wiedział, a ja musiałam dowiedzieć się, co takiego.
- Cat! – Lizzie pomachała mi ręką przed nosem. Przeniosłam na nią nieprzytomne spojrzenie, a ona westchnęła zmartwiona. – Musiałaś zasłabnąć. Przydałaby się pielęgniarka, ale dzisiaj jeszcze żadnej nie ma, co jest okropne! A co gdyby ktoś miał zawał serca, co?!
Zmarszczyłam brwi, słysząc tę absurdalną uwagę, ale dałam się jej zaciągnąć w jakimś kierunku. Za drugą rękę trzymała mnie Agnes, wpatrująca się we mnie z troską i coś do mnie mówiła, ale jej nie słyszałam. Czułam też na sobie oczy wielu uczniów zgromadzonych na dziedzińcu, ale ich też zignorowałam. Chciałam tylko wiedzieć, co oznaczały słowa Willa.
„Zaczyna się”.
Ale co się, do jasnej Anielki, zaczyna?