Niebo zasnute granatowymi chmurami przecięła długa
błyskawica, oświetlając na krótki moment wysokie budynki i mokrą ulicę
miasteczka oraz ponure twarze nielicznych przechodniów, którzy odważyli się
wyjść tego dnia z bezpiecznego i suchego schronienia w tę okropną pogodę. Jak
szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, pozostawiając mrok i pozorną ciszę,
mąconą jedynie szumem padającego deszczu i, co jakiś czas, głośnym grzmotem.
Głośny śmiech sprawił, że idąca chodnikiem
zakapturzona postać wyrwała się z zamyślenia i przystanęła na chwilę, by
zlokalizować źródło uroczego dźwięku. Bladymi dłońmi odgarnęła oklapnięte przez
wilgoć loki z jasnych oczu i skierowała wzrok na osobliwą parę po drugiej
stronie opustoszałej ulicy.
Pod krwistoczerwonym daszkiem należącym do
zamkniętej kawiarenki, stało dwoje ludzi, jeśli można było ich tak nazwać.
Młoda dziewczyna miała długie srebrzyste włosy i piękną owalną twarz, w której
osadzone były rzadko spotykane, błyszczące w mroku, fiołkowe oczy. W tej chwili
śmiała się cicho, lecz w panującej na dworze ciszy dało się to słyszeć jak
krzyk. W sumie nie byłoby w tej dziewczynie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt,
że te cudowne włosy zasłaniały spiczaste uszy, będące przylepką elfów. I ten
śmiech, jak milion dzwoneczków. Nie dało się go pomylić z żadnym innym
stworzeniem na tym świecie.
Zaś chłopak – tak mroczny na tle swej towarzyszki –
był cały ubrany na czarno, co pasowało do jego czarnych, jak węgiel włosów, jak
i oczu, co zdążyła zauważyć, gdy ten na chwilę oderwał zafascynowany wzrok od
ukochanej. Nawet z dziesięciometrowej odległości wyczuła, że był wampirem.
Ponieważ istotom nocy, mimo wielu mitów i legend,
promienie słońca niewiele szkodziły – a nawet gdyby tak było, to dzisiaj na
pewno by mu nie zagrażały – chłopak mógł swobodnie poruszać się po mieście, o
każdej porze dnia i nocy - oczywiście dopóki nie żywił wyraźnych pragnień by
zatopić w którejś z mijanych szyj swych ostrych kłów.
Dziwne w tej parze było jedynie to, kto ją tworzył. Ale powiadają, że miłość
nie wybiera.
Kobieta z trudem odwróciła wzrok od tego obrazka,
który był z każdym dniem rzadszy w jej świecie przez panujące zbrodnie oraz
coraz częstsze wojny i wznowiła drogę. Idąc, rzuciła okiem na zegarek zapięty
na lewej ręce i przyspieszyła kroku, zauważając, że jest już spóźniona.
Parę minut później wchodziła już do baru, a tam od
razu buchnęło w nią przyjemne ciepło i głośna wrzawa pomieszana z muzyką lecącą
z głośników. Zsunęła kaptur z głowy, ukazując gęste czarne loki i nie
rozglądając się na boki, ruszyła do najbardziej oddalonego od wejścia stolika
pod oknem, gdzie ktoś już na nią czekał.
- Witaj, Jack – powiedziała, siadając naprzeciw
mężczyzny, który był całkowicie skupiony na gazecie przed sobą. Słysząc jej
głos, drgnął lekko i uniósł głowę, lecz zanim to zrobił poczuła wokół siebie
dobrze znaną sobie moc, która była barierą całkowicie odcinającą ich od reszty
klienteli baru.
- Mercy – mruknął, prostując się w krześle i
odgarniając niesforne brązowe włosy z zaoranej bliznami twarzy. Wstrzymując na
chwilę oddech, wbił wzrok w jej twarz. Mercy powstrzymała uśmiech, widząc jak z
uporem dziecka przesuwa swoimi czekoladowymi oczami po jej rysach i próbuje
dostrzec choć jedną zmarszczkę, na próżno.
Po kilkudziesięciu sekundach westchnął ze zrezygnowaniem
i podrapał się zakłopotany po brodzie, uświadamiając sobie, że kobieta cały
czas go obserwowała.
- I co? Jakieś zmiany? – zapytała.
- Nic a nic – odparł, zakładając ręce na klatce
piersiowej, jakby obrażony. – Wiecznie młoda.
Mercy w końcu pozwoliła sobie na szeroki uśmiech.
- Takie jest już moje przeznaczenie, być wiecznie
młodą. – Wzruszyła bezradnie ramionami i na powrót spoważniała. – I do końca
życia przekazywać nieprzyjemne wiadomości, mówiąc o powodzie naszego spotkania.
Jack zmarszczył zabawnie nos i pochylił się nad
stołem w jej stronę.
- O co chodzi?
- Zaraz. Najpierw powiedz mi, co ciekawego tutaj
przeczytałeś. – Postukała umalowanym na czarno paznokciem w szarą gazetę, która
otwarta była na artykule zajmującym obydwie strony.
Mężczyzna po raz kolejny westchnął ciężko, a Mercy
nie była pewna czy to, dlatego że nie chciała od razu ujawnić mu, po co chciała
się z nim spotkać pierwszy raz od dobrych piętnastu lat, czy też z powodu tego,
co przeczytał.
- Świat
Paranormalny pisze, że wczoraj znaleziono trzecie martwe ciało nastolatka.
– Widząc uniesione brwi towarzyszki, szybko wyjaśnił. – Jakieś dwa miesiące
temu, chyba w lipcu, rodzina Jimmy’ego Sparksa znalazła go martwego w ogródku
na tyłach domu.
- Tego linkantropa? – spytała brunetka, na co Jack
skinął głową ze smutkiem w oczach. Po chwili kontynuował:
- W zeszłym tygodniu ludzka policja znalazła martwą
czarownicę. Oczywiście nie wiedzieli, że to czarownica, ale Rachel ją
rozpoznała. Trzecie ciało znaleziono wczorajszej nocy w lesie. Jest tak
zmasakrowane, że na razie go nie zidentyfikowano.
- A oni wszyscy to nastolatki?
Mercy zmrużyła delikatnie oczy, zachowując kamienny
wyraz twarzy. Sama w sobie informacja o morderstwach nie wywarła na niej
takiego wrażenia jak na Jacku. Nie o takich rzeczach słyszała i nie takie
rzeczy widziała w swoim kilkusetnym życiu. Jedynym, co ją w tym wszystkim
niepokoiło było to, że mordowane były jak na razie same dzieciaki. Było to
bardzo dziwne.
- Tak, ale nie to martwi mnie najbardziej. – Kiedy
kobieta spojrzała na niego pytająco, zmarszczył ze zmartwieniem czoło. – Martwe
ciała znajdowane są coraz bliżej River High – dodał cicho i utkwił spojrzenie w
jakimś punkcie za nią, nadal marszcząc czoło.
Mercedes domyślała się, czym tak się zamartwiał. Do
River High uczęszczały jego dwie córki; Elizabeth i Jennifer. Były dorosłe,
więc mogły zadbać same o siebie, lecz były oczkiem w głowie Jacka i nie mógł ot
tak przestać się o nie martwić, tylko dlatego że opuściły rodzinne gniazdo.
- One nie są przygotowane na tę walkę – rzekł do
siebie, ale Mercy wiedziała, że szukał w niej potwierdzenia lub zaprzeczenia
tego czy zbliża się kolejna wojna. Lecz zamiast tego zapytała:
- A czy ty byłeś przygotowany, gdy walczyłeś, mając
zaledwie piętnaście lat?
Jack przeniósł na nią zmęczony wzrok brązowych
tęczówek i patrzył przez chwilę w jej oczy, które były na pół zielone, na pół
szare.
- To nie jest to samo. – Pokręcił głową, jakby
starając się odrzucić jakąś myśl. – Ja urodziłem się, kiedy panowała wojna i od
małego byłem przygotowywany do walki, a one nie.
- Są dorosłe, potrafią same o siebie zadbać, chyba
na to je przygotowałeś – powiedziała lekceważąco kobieta, odwracając wzrok, by
nie zauważył jak wywraca oczami.
Nigdy nie zaznała instynktu macierzyńskiego, więc
nie czuła odpowiedzialności za żadne dziecko. O nią samą, gdy była dzieckiem,
także nikt się troszczył ani się nie martwił, od najmłodszych lat musiała sama
sobie radzić, bo rodzina była nią przerażona, bali się jej i ją odrzucili,
dlatego musiała nauczyć się liczyć na samą siebie. Więc nie rozumiała i nigdy
nie miała zrozumieć strachu Jacka czy innego rodzica.
- Nie rozumiesz… - zaczął Jack, ale zaraz zamilkł,
kiedy napotkał jej nachmurzone spojrzenie. – I nie chcesz zrozumieć. Dobra,
nieważne. Zanim przejdziemy do sedna naszego spotkania, chcę wiedzieć jedno. –
Poczekał, aż Mercy podniesie na niego wzrok, dopiero wtedy zadał dręczące go od
paru dni – od dnia, kiedy dostał jej wiadomość dotyczącą spotkania – pytanie. –
Wiesz cokolwiek o tej wojnie?
Mercedes wzruszyła ramionami, ponownie odwracając
wzrok.
- Wojna jak każda inna. Walka, ofiary, krew,
rozpacz. To kanon każdej wojny, od stuleci.
- Nie o to mi chodzi. Czy miałaś jakąś… wizję?
Kobieta powoli splotła dłonie, kładąc je na stole i
spojrzała na niego, przekrzywiając delikatnie głowę.
- Co masz na myśli? – spytała cicho.
Jack przełknął ślinę zaniepokojony jej nagłą
postawą pełną spokoju.
- Wizję tego, jak będzie wyglądała ta wojna…
- Mówiłam ci. Wojna jak każda inna – powtórzyła,
nie odrywając od niego niezwykłych oczu, celowo wprawiając go tym w dyskomfort.
- No tak. Ale czy nie widziałaś tego, czy ktoś
położy w końcu kres całej tej bitwie? Czy możemy liczyć na czyjąś pomoc?
Nie poddał się jej i nie przerywał kontaktu
wzrokowego, dlatego zauważył jak szybko odwróciła wzrok i pobladła.
- Widziałaś coś? – spytał znowu, a ona nie od razu
odpowiedziała.
- Nie, nic szczególnego – odparła. Spróbowała się
opanować, lecz z trudem jej się to udawało, była zbyt zdekoncentrowana. –
Dobrze, więc jeśli już zadałeś wszystkie swoje pytania, pozwól że ci powiem, a
właściwie przekażę powód naszego niezwłocznego spotkania.
Obserwował, jak powoli odpina guziki swego czarnego
płaszcza i wkłada rękę pod materiał, by po chwili wyciągnąć spod niego
łańcuszek, który nosił coś połyskującego. Gdy Mercedes zawiesiła biżuterię na
palcu wskazującym Jack przejechał wzrokiem po srebrnym łańcuszku, dochodząc do
okrągłego medalika wielkości niemowlęcej piąstki z czerwonym kamieniem po
środku, w którym wyryte były jakieś niewielkie słowa w nieznanym mu języku.
Wpatrywał się weń urzeczony, dopóki nie otrząsnęło
go ciche chrząknięcie towarzyszki. Wtedy dopiero spojrzał w jej, już nie tak
spokojne, oczy.
Oczywiście były stalowe jak zawsze, ale znał ją na
tyle, że dostrzegł gdzieś głęboko w nich iskrę niepokoju. Tylko że nie miał
pojęcia czego mogła bać się Mercedes Johnson, jeden z najpotężniejszych
mieszańców w świecie paranormalnym.
Mercy przytłoczona przenikliwym spojrzeniem Jacka
skupiła się na medaliku i potrząsnęła nim niecierpliwie w jego stronę, czekając
aż ten go weźmie, a ona będzie mogła w końcu wrócić do domu.
On jednak – czego mogła się spodziewać - nie dawał
zbyć się tak szybko.
- Co to jest? – spytał, wiedząc jak i ona, że to
pytanie retoryczne.
- Nie widzisz? Medalion – niemal warknęła, lecz
prędko się opanowała, nie chcąc by pomyślał sobie, że coś ją gnębi.
- A na co mi on potrzebny?
Mógłby
przestać zadawać tyle pytań –
westchnęła w myślach, ale odpowiedziała ze spokojem.
- Nie jest dla ciebie. – Znowu pokiwała cennym przedmiotem,
ale mężczyzna nie wydawał się chcieć go dotykać. Westchnęła zniecierpliwiona.
- Weź go.
- Skoro nie jest dla mnie to, po co mam go brać? –
Spojrzał na nią zirytowany, a Mercy nagle dostała przemożnej ochoty żeby walnąć
go w łepetynę jak za dawnych lat.
- Po prostu go, do cholery jasnej, weź! – wycedziła
przez zaciśnięte zęby, ale Jack nie dawał za wygraną.
- Po co?
Mercedes – zmęczona i zirytowana całodobową
„bieganiną” po całym świecie oraz nękana bolesnymi obrazami wbrew jej woli –
powstrzymała krzyk wściekłości gromadzący się w jej gardle i schowała rękę z
medalionem pod stół.
- Jesteś taki dziecinny – powiedziała cicho, a on
wzruszył ramionami.
- Zawsze ci to przeszkadzało, ale taki już jestem.
Kobieta wyciągnęła spod stołu dłoń i jeszcze raz
pokiwała nim zachęcająco.
- Bierzesz go czy nie?
- Po co mi? – spytał znowu, a w Mercy zawrzała
krew. Bliska była wyjścia w tej chwili z baru, by nie zrobić mu krzywdy.
- Dobra, jeśli go nie chcesz, to nie – powiedziała
ze złością i zamierzała schować już medalion do kieszeni, ale zatrzymał ją
poddający się głos Jacka.
- Zawsze musisz wygrać. No dobra, dla kogo ten
medalik? – Delikatnie zabrał z jej ręki rzecz, jakby była z najdelikatniejszej
porcelany. A może się go bał?
- Dla Catherine. Musisz koniecznie dać ten medalion
Catherine.
Jack spojrzał na nią wielce zdziwiony.
- Cat?
- Tak, musisz jej go dać, to bardzo ważne. Ona może
być jedną z Wybranych – dodała niechętnie w odpowiedzi na jego pytający wzrok.
I tak
ostatecznie by się dowiedział.
Jack natychmiast przestał się marszczyć i patrzył z
nowym zafascynowaniem na medalion trzymany w swoich rękach.
- Więc to jest… to jest ten medalion…?
- Tak – odparła, wykręcając pod stołem chłodne
palce. Powoli zaczynała się wiercić i denerwować. Pragnęła wrócić już do domu,
stworzyć wokół siebie barierę nicości i wyciszyć się na kolejny miesiąc. Lecz
powstrzymywała ją ta cholerna ciekawość jej dawnego przyjaciela Jacka.
- Skąd go masz? – Spojrzał na nią podejrzliwie, ale
ona nie patrzyła mu w oczy.
- Po prostu mam, nie musisz wszystkiego wiedzieć.
Mercedes znowu położyła dłonie na stole i zaczęła
intensywnie się w nie wpatrywać, ignorując uważny wzrok mężczyzny.
- Ostatni raz cię proszę. Powiedz mi, co wiesz o
tej wojnie – poprosił cicho, nachylając się w jej kierunku, lecz Mercy zamiast
odpowiedzieć tylko zamknęła oczy.
Nie miała ochoty opowiadać o tym, co widziała
każdego dnia po przebudzeniu. Nie chciała mówić mu o tym, co słyszała,
wychodząc na spacer czy próbując zasnąć. To byłoby dla niego za wiele.
Zacisnęła powieki, gdy zobaczyła obraz doszczętnie
spalonego lasu, a wokół setki wybitych zwierząt i ludzi. Spróbowała zacisnąć
jeszcze mocniej powieki, a wtedy obraz zniknął, ale usłyszała krzyki bólu oraz
rozpaczy, ludzi wołających o pomoc i poczuła tak dobrze sobie znany zapach krwi
i dymu.
Jęknęła cicho, zasłaniając ramionami twarz przed
zmartwionym spojrzeniem jej przyjaciela i przykładając dłoń do czoła,
wyszeptała do siebie zaklęcie uzdrowienia. W tej sytuacji prawie zawsze
pomagało.
- Co widziałaś, Mer? – zapytał zaniepokojony
szatyn, używając zapomnianego przez nią przezwiska.
- Nic, Jack – wymamrotała. Nie była pewna czy to
usłyszał, ale podniosła głowę i dodała głośniej. – Muszę już iść. Daj to Cat
przed rozpoczęciem roku, bardzo cię o to proszę. To jest ważne. Jeśli to
właśnie ona jest Wybranką, jej Kapłanka wszystko jej wyjaśni w odpowiednim
czasie.
Wstała szybko i zamierzała przekroczyć już barierę
oddzielającą ich od reszty świata, gdy wtem Jack dotknął ją po raz pierwszy od
kilkunastu lat, łapiąc mocno za ramię, co spowodowało następną falę wydarzeń.
Nagle ją zamroczyło, wszystko zniknęło jej sprzed oczu, pozostawiając ciemność,
a w uszach zaszumiało, jak gdyby przycisnęła do nich muszelki. Doskonale znała
ten stan. Zaraz miała mieć wizję, co nie bardzo jej się podobało. Po chwili
przestała nawet myśleć, a Jack mógł tylko wpatrywać się w nią bez słowa.
Mercy nie czuła żadnego ze zmysłów, ale jakimś
nieznanym nikomu sposobem widziała to coś.
Ogień.
Panoszył się wszędzie, niszcząc wszystko, co stało na jego drodze. Pojawiał się
tak szybko, że ludzie stojący na polanie musieli w ostatniej chwili umykać jego
morderczym strzałom. Kiedy płomienie dotarły do wysokich drzew, ogień w kilka
sekund dosłownie pożarł połowę lasu. Gdzie się nie spojrzało, można było
dostrzec uciekających ludzi, ale jedna mała grupka stała, jakby nie widziała
masakry toczącej się wokół nich. Najbliżej płomieni stał ciemnowłosy młody
mężczyzna, wykrzykując coś ze wściekłością wypisaną na przystojnej twarzy,
kilka metrów za nim zapłakana brązowowłosa dziewczyna wierzgała się w uścisku
blondyna, który powstrzymywał ją od rzucenia się w ogień, a obok nich, jak
gdyby wyrwany z innej bajki, wysoki mężczyzna wpatrywał się ze smutkiem w punkt
za granicą ognia. Patrzyli na młodą kobietę, która odgrodzona była od nich
płomieniami sunącymi obok niej, nawet jej niedotykającymi, tak jak by stworzyła
wokół siebie jakąś niewidzialną barierę. Stała niewzruszenie z zamkniętymi
oczami i wyciągniętymi przed siebie dłońmi, mówiąc coś do siebie, a po jej
twarzy lały się łzy, pozostawiając smugi na jej ubrudzonej dymem twarzy. W
pewnej chwili uniosła powieki, pokazując srebrzyste oczy i opuściła ręce,
patrząc z nikłą satysfakcją na ogień wokół niej. Widząc, że płomienie nie
opadły, wzięła głęboki wdech i rzucając ostatnie spojrzenie na grupkę ludzi po
drugiej stronie ognia, ruszyła biegiem w przeciwną stronę.
Mercy uwolniła się z transu z cichym okrzykiem i
musiała oprzeć się o Jacka, żeby nie upaść. On zadawał jej pytania gorączkowym
tonem, ale nie usłyszała żadnego z nich, ponieważ wciąż powracał do niej zmysł
słuchu. Oddychała głęboko, jakby przebiegła przynajmniej milę, a gdy jej oddech
choć trochę się uspokoił natychmiast się wyprostowała i spojrzała na
przyjaciela.
- Co
widziałaś? – spytał, potrząsając nią lekko. – Mercy? CO WIDZIAŁAŚ?!
- Cat jest Wybranką – szepnęła, a kiedy nie
dosłyszał krzyknęła: - Musisz jej dać ten medalion, Jack! Catherine Jones jest
Wybranką Ognia – dodała zachrypniętym głosem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz