poniedziałek, 5 listopada 2012

0


Niebo zasnute granatowymi chmurami przecięła długa błyskawica, oświetlając na krótki moment wysokie budynki i mokrą ulicę miasteczka oraz ponure twarze nielicznych przechodniów, którzy odważyli się wyjść tego dnia z bezpiecznego i suchego schronienia w tę okropną pogodę. Jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, pozostawiając mrok i pozorną ciszę, mąconą jedynie szumem padającego deszczu i, co jakiś czas, głośnym grzmotem.
Głośny śmiech sprawił, że idąca chodnikiem zakapturzona postać wyrwała się z zamyślenia i przystanęła na chwilę, by zlokalizować źródło uroczego dźwięku. Bladymi dłońmi odgarnęła oklapnięte przez wilgoć loki z jasnych oczu i skierowała wzrok na osobliwą parę po drugiej stronie opustoszałej ulicy.
Pod krwistoczerwonym daszkiem należącym do zamkniętej kawiarenki, stało dwoje ludzi, jeśli można było ich tak nazwać. Młoda dziewczyna miała długie srebrzyste włosy i piękną owalną twarz, w której osadzone były rzadko spotykane, błyszczące w mroku, fiołkowe oczy. W tej chwili śmiała się cicho, lecz w panującej na dworze ciszy dało się to słyszeć jak krzyk. W sumie nie byłoby w tej dziewczynie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że te cudowne włosy zasłaniały spiczaste uszy, będące przylepką elfów. I ten śmiech, jak milion dzwoneczków. Nie dało się go pomylić z żadnym innym stworzeniem na tym świecie.
Zaś chłopak – tak mroczny na tle swej towarzyszki – był cały ubrany na czarno, co pasowało do jego czarnych, jak węgiel włosów, jak i oczu, co zdążyła zauważyć, gdy ten na chwilę oderwał zafascynowany wzrok od ukochanej. Nawet z dziesięciometrowej odległości wyczuła, że był wampirem.
Ponieważ istotom nocy, mimo wielu mitów i legend, promienie słońca niewiele szkodziły – a nawet gdyby tak było, to dzisiaj na pewno by mu nie zagrażały – chłopak mógł swobodnie poruszać się po mieście, o każdej porze dnia i nocy - oczywiście dopóki nie żywił wyraźnych pragnień by zatopić w którejś z mijanych szyj swych ostrych kłów.
Dziwne w tej parze było jedynie to, kto ją tworzył. Ale powiadają, że miłość nie wybiera.
Kobieta z trudem odwróciła wzrok od tego obrazka, który był z każdym dniem rzadszy w jej świecie przez panujące zbrodnie oraz coraz częstsze wojny i wznowiła drogę. Idąc, rzuciła okiem na zegarek zapięty na lewej ręce i przyspieszyła kroku, zauważając, że jest już spóźniona.
Parę minut później wchodziła już do baru, a tam od razu buchnęło w nią przyjemne ciepło i głośna wrzawa pomieszana z muzyką lecącą z głośników. Zsunęła kaptur z głowy, ukazując gęste czarne loki i nie rozglądając się na boki, ruszyła do najbardziej oddalonego od wejścia stolika pod oknem, gdzie ktoś już na nią czekał.
- Witaj, Jack – powiedziała, siadając naprzeciw mężczyzny, który był całkowicie skupiony na gazecie przed sobą. Słysząc jej głos, drgnął lekko i uniósł głowę, lecz zanim to zrobił poczuła wokół siebie dobrze znaną sobie moc, która była barierą całkowicie odcinającą ich od reszty klienteli baru.
- Mercy – mruknął, prostując się w krześle i odgarniając niesforne brązowe włosy z zaoranej bliznami twarzy. Wstrzymując na chwilę oddech, wbił wzrok w jej twarz. Mercy powstrzymała uśmiech, widząc jak z uporem dziecka przesuwa swoimi czekoladowymi oczami po jej rysach i próbuje dostrzec choć jedną zmarszczkę, na próżno.
Po kilkudziesięciu sekundach westchnął ze zrezygnowaniem i podrapał się zakłopotany po brodzie, uświadamiając sobie, że kobieta cały czas go obserwowała.
- I co? Jakieś zmiany? – zapytała.
- Nic a nic – odparł, zakładając ręce na klatce piersiowej, jakby obrażony. – Wiecznie młoda.
Mercy w końcu pozwoliła sobie na szeroki uśmiech.
- Takie jest już moje przeznaczenie, być wiecznie młodą. – Wzruszyła bezradnie ramionami i na powrót spoważniała. – I do końca życia przekazywać nieprzyjemne wiadomości, mówiąc o powodzie naszego spotkania.
Jack zmarszczył zabawnie nos i pochylił się nad stołem w jej stronę.
- O co chodzi?
- Zaraz. Najpierw powiedz mi, co ciekawego tutaj przeczytałeś. – Postukała umalowanym na czarno paznokciem w szarą gazetę, która otwarta była na artykule zajmującym obydwie strony.
Mężczyzna po raz kolejny westchnął ciężko, a Mercy nie była pewna czy to, dlatego że nie chciała od razu ujawnić mu, po co chciała się z nim spotkać pierwszy raz od dobrych piętnastu lat, czy też z powodu tego, co przeczytał.
- Świat Paranormalny pisze, że wczoraj znaleziono trzecie martwe ciało nastolatka. – Widząc uniesione brwi towarzyszki, szybko wyjaśnił. – Jakieś dwa miesiące temu, chyba w lipcu, rodzina Jimmy’ego Sparksa znalazła go martwego w ogródku na tyłach domu.
- Tego linkantropa? – spytała brunetka, na co Jack skinął głową ze smutkiem w oczach. Po chwili kontynuował:
- W zeszłym tygodniu ludzka policja znalazła martwą czarownicę. Oczywiście nie wiedzieli, że to czarownica, ale Rachel ją rozpoznała. Trzecie ciało znaleziono wczorajszej nocy w lesie. Jest tak zmasakrowane, że na razie go nie zidentyfikowano.
- A oni wszyscy to nastolatki?
Mercy zmrużyła delikatnie oczy, zachowując kamienny wyraz twarzy. Sama w sobie informacja o morderstwach nie wywarła na niej takiego wrażenia jak na Jacku. Nie o takich rzeczach słyszała i nie takie rzeczy widziała w swoim kilkusetnym życiu. Jedynym, co ją w tym wszystkim niepokoiło było to, że mordowane były jak na razie same dzieciaki. Było to bardzo dziwne.
- Tak, ale nie to martwi mnie najbardziej. – Kiedy kobieta spojrzała na niego pytająco, zmarszczył ze zmartwieniem czoło. – Martwe ciała znajdowane są coraz bliżej River High – dodał cicho i utkwił spojrzenie w jakimś punkcie za nią, nadal marszcząc czoło.
Mercedes domyślała się, czym tak się zamartwiał. Do River High uczęszczały jego dwie córki; Elizabeth i Jennifer. Były dorosłe, więc mogły zadbać same o siebie, lecz były oczkiem w głowie Jacka i nie mógł ot tak przestać się o nie martwić, tylko dlatego że opuściły rodzinne gniazdo.
- One nie są przygotowane na tę walkę – rzekł do siebie, ale Mercy wiedziała, że szukał w niej potwierdzenia lub zaprzeczenia tego czy zbliża się kolejna wojna. Lecz zamiast tego zapytała:
- A czy ty byłeś przygotowany, gdy walczyłeś, mając zaledwie piętnaście lat?
Jack przeniósł na nią zmęczony wzrok brązowych tęczówek i patrzył przez chwilę w jej oczy, które były na pół zielone, na pół szare.
- To nie jest to samo. – Pokręcił głową, jakby starając się odrzucić jakąś myśl. – Ja urodziłem się, kiedy panowała wojna i od małego byłem przygotowywany do walki, a one nie.
- Są dorosłe, potrafią same o siebie zadbać, chyba na to je przygotowałeś – powiedziała lekceważąco kobieta, odwracając wzrok, by nie zauważył jak wywraca oczami.
Nigdy nie zaznała instynktu macierzyńskiego, więc nie czuła odpowiedzialności za żadne dziecko. O nią samą, gdy była dzieckiem, także nikt się troszczył ani się nie martwił, od najmłodszych lat musiała sama sobie radzić, bo rodzina była nią przerażona, bali się jej i ją odrzucili, dlatego musiała nauczyć się liczyć na samą siebie. Więc nie rozumiała i nigdy nie miała zrozumieć strachu Jacka czy innego rodzica.
- Nie rozumiesz… - zaczął Jack, ale zaraz zamilkł, kiedy napotkał jej nachmurzone spojrzenie. – I nie chcesz zrozumieć. Dobra, nieważne. Zanim przejdziemy do sedna naszego spotkania, chcę wiedzieć jedno. – Poczekał, aż Mercy podniesie na niego wzrok, dopiero wtedy zadał dręczące go od paru dni – od dnia, kiedy dostał jej wiadomość dotyczącą spotkania – pytanie. – Wiesz cokolwiek o tej wojnie?
Mercedes wzruszyła ramionami, ponownie odwracając wzrok.
- Wojna jak każda inna. Walka, ofiary, krew, rozpacz. To kanon każdej wojny, od stuleci.
- Nie o to mi chodzi. Czy miałaś jakąś… wizję?
Kobieta powoli splotła dłonie, kładąc je na stole i spojrzała na niego, przekrzywiając delikatnie głowę.
- Co masz na myśli? – spytała cicho.
Jack przełknął ślinę zaniepokojony jej nagłą postawą pełną spokoju.
- Wizję tego, jak będzie wyglądała ta wojna…
- Mówiłam ci. Wojna jak każda inna – powtórzyła, nie odrywając od niego niezwykłych oczu, celowo wprawiając go tym w dyskomfort.
- No tak. Ale czy nie widziałaś tego, czy ktoś położy w końcu kres całej tej bitwie? Czy możemy liczyć na czyjąś pomoc?
Nie poddał się jej i nie przerywał kontaktu wzrokowego, dlatego zauważył jak szybko odwróciła wzrok i pobladła.
- Widziałaś coś? – spytał znowu, a ona nie od razu odpowiedziała.
- Nie, nic szczególnego – odparła. Spróbowała się opanować, lecz z trudem jej się to udawało, była zbyt zdekoncentrowana. – Dobrze, więc jeśli już zadałeś wszystkie swoje pytania, pozwól że ci powiem, a właściwie przekażę powód naszego niezwłocznego spotkania.
Obserwował, jak powoli odpina guziki swego czarnego płaszcza i wkłada rękę pod materiał, by po chwili wyciągnąć spod niego łańcuszek, który nosił coś połyskującego. Gdy Mercedes zawiesiła biżuterię na palcu wskazującym Jack przejechał wzrokiem po srebrnym łańcuszku, dochodząc do okrągłego medalika wielkości niemowlęcej piąstki z czerwonym kamieniem po środku, w którym wyryte były jakieś niewielkie słowa w nieznanym mu języku.
Wpatrywał się weń urzeczony, dopóki nie otrząsnęło go ciche chrząknięcie towarzyszki. Wtedy dopiero spojrzał w jej, już nie tak spokojne, oczy.
Oczywiście były stalowe jak zawsze, ale znał ją na tyle, że dostrzegł gdzieś głęboko w nich iskrę niepokoju. Tylko że nie miał pojęcia czego mogła bać się Mercedes Johnson, jeden z najpotężniejszych mieszańców w świecie paranormalnym.
Mercy przytłoczona przenikliwym spojrzeniem Jacka skupiła się na medaliku i potrząsnęła nim niecierpliwie w jego stronę, czekając aż ten go weźmie, a ona będzie mogła w końcu wrócić do domu.
On jednak – czego mogła się spodziewać - nie dawał zbyć się tak szybko. 
- Co to jest? – spytał, wiedząc jak i ona, że to pytanie retoryczne.
- Nie widzisz? Medalion – niemal warknęła, lecz prędko się opanowała, nie chcąc by pomyślał sobie, że coś ją gnębi.
- A na co mi on potrzebny?
Mógłby przestać zadawać tyle pytań – westchnęła w myślach, ale odpowiedziała ze spokojem.
- Nie jest dla ciebie. – Znowu pokiwała cennym przedmiotem, ale mężczyzna nie wydawał się chcieć go dotykać. Westchnęła zniecierpliwiona.
- Weź go.
- Skoro nie jest dla mnie to, po co mam go brać? – Spojrzał na nią zirytowany, a Mercy nagle dostała przemożnej ochoty żeby walnąć go w łepetynę jak za dawnych lat.
- Po prostu go, do cholery jasnej, weź! – wycedziła przez zaciśnięte zęby, ale Jack nie dawał za wygraną.
- Po co?
Mercedes – zmęczona i zirytowana całodobową „bieganiną” po całym świecie oraz nękana bolesnymi obrazami wbrew jej woli – powstrzymała krzyk wściekłości gromadzący się w jej gardle i schowała rękę z medalionem pod stół.
- Jesteś taki dziecinny – powiedziała cicho, a on wzruszył ramionami.
- Zawsze ci to przeszkadzało, ale taki już jestem.
Kobieta wyciągnęła spod stołu dłoń i jeszcze raz pokiwała nim zachęcająco.
- Bierzesz go czy nie?
- Po co mi? – spytał znowu, a w Mercy zawrzała krew. Bliska była wyjścia w tej chwili z baru, by nie zrobić mu krzywdy.
- Dobra, jeśli go nie chcesz, to nie – powiedziała ze złością i zamierzała schować już medalion do kieszeni, ale zatrzymał ją poddający się głos Jacka.
- Zawsze musisz wygrać. No dobra, dla kogo ten medalik? – Delikatnie zabrał z jej ręki rzecz, jakby była z najdelikatniejszej porcelany. A może się go bał?
- Dla Catherine. Musisz koniecznie dać ten medalion Catherine.
Jack spojrzał na nią wielce zdziwiony.
- Cat?
- Tak, musisz jej go dać, to bardzo ważne. Ona może być jedną z Wybranych – dodała niechętnie w odpowiedzi na jego pytający wzrok.
I tak ostatecznie by się dowiedział.
Jack natychmiast przestał się marszczyć i patrzył z nowym zafascynowaniem na medalion trzymany w swoich rękach.
- Więc to jest… to jest ten medalion…?
- Tak – odparła, wykręcając pod stołem chłodne palce. Powoli zaczynała się wiercić i denerwować. Pragnęła wrócić już do domu, stworzyć wokół siebie barierę nicości i wyciszyć się na kolejny miesiąc. Lecz powstrzymywała ją ta cholerna ciekawość jej dawnego przyjaciela Jacka.
- Skąd go masz? – Spojrzał na nią podejrzliwie, ale ona nie patrzyła mu w oczy.
- Po prostu mam, nie musisz wszystkiego wiedzieć.
Mercedes znowu położyła dłonie na stole i zaczęła intensywnie się w nie wpatrywać, ignorując uważny wzrok mężczyzny.
- Ostatni raz cię proszę. Powiedz mi, co wiesz o tej wojnie – poprosił cicho, nachylając się w jej kierunku, lecz Mercy zamiast odpowiedzieć tylko zamknęła oczy.
Nie miała ochoty opowiadać o tym, co widziała każdego dnia po przebudzeniu. Nie chciała mówić mu o tym, co słyszała, wychodząc na spacer czy próbując zasnąć. To byłoby dla niego za wiele.
Zacisnęła powieki, gdy zobaczyła obraz doszczętnie spalonego lasu, a wokół setki wybitych zwierząt i ludzi. Spróbowała zacisnąć jeszcze mocniej powieki, a wtedy obraz zniknął, ale usłyszała krzyki bólu oraz rozpaczy, ludzi wołających o pomoc i poczuła tak dobrze sobie znany zapach krwi i dymu.
Jęknęła cicho, zasłaniając ramionami twarz przed zmartwionym spojrzeniem jej przyjaciela i przykładając dłoń do czoła, wyszeptała do siebie zaklęcie uzdrowienia. W tej sytuacji prawie zawsze pomagało.
- Co widziałaś, Mer? – zapytał zaniepokojony szatyn, używając zapomnianego przez nią przezwiska.
- Nic, Jack – wymamrotała. Nie była pewna czy to usłyszał, ale podniosła głowę i dodała głośniej. – Muszę już iść. Daj to Cat przed rozpoczęciem roku, bardzo cię o to proszę. To jest ważne. Jeśli to właśnie ona jest Wybranką, jej Kapłanka wszystko jej wyjaśni w odpowiednim czasie.
Wstała szybko i zamierzała przekroczyć już barierę oddzielającą ich od reszty świata, gdy wtem Jack dotknął ją po raz pierwszy od kilkunastu lat, łapiąc mocno za ramię, co spowodowało następną falę wydarzeń. Nagle ją zamroczyło, wszystko zniknęło jej sprzed oczu, pozostawiając ciemność, a w uszach zaszumiało, jak gdyby przycisnęła do nich muszelki. Doskonale znała ten stan. Zaraz miała mieć wizję, co nie bardzo jej się podobało. Po chwili przestała nawet myśleć, a Jack mógł tylko wpatrywać się w nią bez słowa.
Mercy nie czuła żadnego ze zmysłów, ale jakimś nieznanym nikomu sposobem widziała to coś.
Ogień. Panoszył się wszędzie, niszcząc wszystko, co stało na jego drodze. Pojawiał się tak szybko, że ludzie stojący na polanie musieli w ostatniej chwili umykać jego morderczym strzałom. Kiedy płomienie dotarły do wysokich drzew, ogień w kilka sekund dosłownie pożarł połowę lasu. Gdzie się nie spojrzało, można było dostrzec uciekających ludzi, ale jedna mała grupka stała, jakby nie widziała masakry toczącej się wokół nich. Najbliżej płomieni stał ciemnowłosy młody mężczyzna, wykrzykując coś ze wściekłością wypisaną na przystojnej twarzy, kilka metrów za nim zapłakana brązowowłosa dziewczyna wierzgała się w uścisku blondyna, który powstrzymywał ją od rzucenia się w ogień, a obok nich, jak gdyby wyrwany z innej bajki, wysoki mężczyzna wpatrywał się ze smutkiem w punkt za granicą ognia. Patrzyli na młodą kobietę, która odgrodzona była od nich płomieniami sunącymi obok niej, nawet jej niedotykającymi, tak jak by stworzyła wokół siebie jakąś niewidzialną barierę. Stała niewzruszenie z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi przed siebie dłońmi, mówiąc coś do siebie, a po jej twarzy lały się łzy, pozostawiając smugi na jej ubrudzonej dymem twarzy. W pewnej chwili uniosła powieki, pokazując srebrzyste oczy i opuściła ręce, patrząc z nikłą satysfakcją na ogień wokół niej. Widząc, że płomienie nie opadły, wzięła głęboki wdech i rzucając ostatnie spojrzenie na grupkę ludzi po drugiej stronie ognia, ruszyła biegiem w przeciwną stronę.
Mercy uwolniła się z transu z cichym okrzykiem i musiała oprzeć się o Jacka, żeby nie upaść. On zadawał jej pytania gorączkowym tonem, ale nie usłyszała żadnego z nich, ponieważ wciąż powracał do niej zmysł słuchu. Oddychała głęboko, jakby przebiegła przynajmniej milę, a gdy jej oddech choć trochę się uspokoił natychmiast się wyprostowała i spojrzała na przyjaciela.
- Co widziałaś? – spytał, potrząsając nią lekko. – Mercy? CO WIDZIAŁAŚ?!
- Cat jest Wybranką – szepnęła, a kiedy nie dosłyszał krzyknęła: - Musisz jej dać ten medalion, Jack! Catherine Jones jest Wybranką Ognia – dodała zachrypniętym głosem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz