Każde kolejne
tyknięcie zegara i zerknięcia na drzwi sali przybliżało mnie do końca godzinnej
tortury, jaką była nudniejsza, niż flaki z olejem, lekcja.
Częste poruszanie
powiekami odganiało sen z mojego umysłu, domagającego się odpoczynku, ale nie
wystarczająco, żebym, co chwila, nie zawieszała się na kilkanaście sekund.
Wtedy wbijałam sobie paznokcie w ręce, by bólem odgonić senność. Jednak i to
nie pomagało, dzięki cichemu, miękkiemu głosowi profesor Holly, kobiety, która
widziała w swoim życiu więcej, niż mogłam sobie wyobrazić, pomimo młodego
wieku.
Nauczycielka
przechadzała się przed ławkami ustawionymi w kilku szerokich rzędach,
wypełniającymi większość klasy, zaplątując ręce za plecami i co jakiś czas
poprawiając prawą rękę niesforne pasmo jasnych włosów, wymykające się z
wysokiego koka, który Holly miała w zwyczaju nosić. Bladoniebieska suknia do
łydek idealnie układała się na jej szczupłym ciele, prawie się nie poruszała,
gdy kobieta stąpała z gracją po drewnianej podłodze, nie wywołując choć
najmniejszego dźwięku. Być może było to przyczyna jej niewiarygodnego wyczucia
własnego ciała, a może większa zasługa pochodzenia z rodziny elfów.
Zielone oczy
spoczywały na wszystkich detalach klasy, tylko nie na uczniach, jak gdyby bała
się ujrzeć na ich twarzach znużenie, które mogłoby jeszcze bardziej zniechęcić
ją do prowadzenia wywodu; mówiła, kto wymyślił szkoły paranormalne i dlaczego.
Zdążyłam już trochę
poznać panią Holly i wiedziałam, że nie lubiła opowiadać, chociaż historia
magii były jej pasją i kochała swój zawód. Wolała, kiedy wdawaliśmy się z nią w
długie dyskusje, zadawaliśmy pytania oraz wykonywaliśmy wspólnie wypracowania.
Po prostu w głębi duszy była energiczną kobietą, lecz nudniejsza część lekcji -
dłuższe streszczenie historii - była jej obowiązkiem.
Naprawdę szanowałam
i bardzo lubiłam naszą nauczycielkę, ale w tej chwili pragnęłam, aby jak
najszybciej przestała gadać, i pozwoliła nam wyjść wcześniej z klasy, co często
robiła. Jednak ona, jakby na złość, wydawała się dopiero dochodzić do połowy
monologu, a do końca lekcji zostało jeszcze dziesięć minut.
Westchnęłam
bezgłośnie, ukrywając twarz w dłoniach. Coraz częściej zastanawiałam się, po
jaką cholerę do życia potrzebna mi jest historia magii. Liz to miała dobrze,
przez to, że miała zajęcia zmiennokształtności, mogła zrezygnować z jednego
przedmiotów, dlatego nie chodziła na historię magii. Małpa zostawiła mnie samą.
Gdzieś z boku
usłyszałam dosyć głośne parsknięcie, więc zerknęłam w lewo, żeby zobaczyć, komu
nagle zachciało się śmiać i co było tego powodem.
Natrafiając na
brązowe spojrzenie Erica, westchnęłam tym razem w duchu. Niestety, choć z
całego serca chciałam unikać Dallasa na każdym kroku, to lekcji uniknąć z nim
nie mogłam. Należał do tego samego roku, co ja, co równało się z tym, że będzie
miał wszystkie – a na pewno część – takie same lekcje, jak ja.
Ten wpatrywał się we
mnie z uniesionymi brwiami, wykrzywiając usta w na wpół złośliwym, na wpół
rozbawionym uśmiechu. Coś wydawało mi się, że to ze mnie miał taki ubaw, a
nawet nie miałam pojęcia czemu. Może przypomniał sobie jak potraktował mnie
prawy sierpowym?
Taa, to było bardzo zabawne, Dallas.
Powstrzymałam się od
jakiejkolwiek reakcji, przewróciłam oczami i wbiłam wzrok w dłonie. Jedną z
nich po chwili uniosłam do ust, tłumiąc wymykające się z nich ziewnięcie.
Przecierając oczy, znowu usłyszałam te irytujące parsknięcie.
Zmrużonymi oczami
popatrzyłam na plecy Dallasa, który zapisywał teraz coś w zeszycie. Olśniona
przyciągnęłam do siebie swój notatnik i wyrwałam z niego kartkę, gniotąc ją w
nierówną kulkę. Czekając, aż profesor Holly nie będzie miała w zasięgu wzroku
mojej ławki, wymierzyłam cel i trafiłam papierem w pusty łeb bruneta.
Uśmiechnęłam się triumfująco, a gdy ten odwrócił głowę z morderczym wyrazem twarzy,
pokazałam mu język, wyrażając tym swoje zadowolenie.
Pokręcił głową z
dezaprobatą, jakby ubolewał nad moją dziecinnością i odwrócił się do swojego
kolegi z ławki, szepcząc mu coś do ucha. Siedzący z nim niejaki Mark Twist
wzruszył jedynie ramionami i zagłębił się w przyglądanie się swojej książce od historii.
Też mogłabym coś
szepnąć swojej koleżance z ławki Elise, gdyby nie to, że w najlepsze sobie
drzemała z głową opartą na ramionach, leżących swobodnie na ławce. W
przypatrywaniu się dziewczynie przerwał mi świst lecącej kulki w moją stronę i
w ostatniej chwili zdążyłam tylko odchylić głowę do tyłu, lecz papier i tak
trafił mnie w policzek, w dodatku był cały obśliniony.
Syknęłam wściekle,
ścierając rękawem bluzy resztki śliny z twarzy. Zignorowałam widok kątem oka
pełnego szyderstwa uśmiech mojego odwiecznego wroga, sięgnęłam do wąskiego
piórnika po gumkę wielkości mojego kciuka i rzuciłam nią, bez zastanowienia, w
głowę chłopaka. Zanim trafiła go w oko, zobaczyłam jego zaskoczoną minę, a
później była już tylko wściekłość, która niezmiernie mnie bawiła.
- Catherine. – Głos
nauczycielki przywołał mnie do porządku, choć wciąż był tak samo cichy, jak
wcześniej. Szybko opanowałam się i wbiłam wzrok w profesorkę, uśmiechając się
przymilnie.
- Tak, pani profesor?
- Czy to ty właśnie
rzuciłaś gumką?
- Wypadła mi, pani
profesor. – Zamrugałam niewinnie oczami, a za mną poniósł się chichot.
No cóż, nie musiałam
mówić, że wypadła mi nieprzypadkowo.
Pani Holly zerknęła na wściekłego Erica, który pocierał zawzięcie swoje oko –
cudem jeszcze go nie wydłubał – i ponownie spojrzała na mnie, a jej wargi
zadrżały leciutko.
- Lepiej pilnuj
swojej gumki, bo może wpaść w niepowołane ręce. – Z tymi słowami odwróciła się,
by kontynuować swój pochód i zacząć od nowa wywód.
Pochyliłam się z
czarującym uśmiechem w stronę ławki Dallasa, która była rząd przede mną, po
lewej.
- Mark, możesz mi,
proszę, podać gumkę? – spytałam, posyłając mu proszące spojrzenie.
Chłopak sięgnął po
przedmiot leżący na ich ławce, poprawił drugą ręką sterczące blond włosy i
podał mi gumkę z rozbrajającym uśmiechem, wychylając się jak najdalej mógł,
żebym mogła dosięgnąć.
Podniosłam się
troszkę z miejsca i wzięłam od niego swoją własność, dziękując wzrokiem.
- Co ty robisz? –
Usłyszałam gniewny głos Erica, który patrzył oburzony na towarzysza w ławce.
Mark znów wzruszył
ramionami.
- Chciała swoją
gumkę.
- Gumkę, którą
niemal wydłubała mi oko! – syknął, a ja ukryłam szeroki uśmiech, który próbował
wyleźć na moje usta.
- Tobie, nie mnie –
odparł niezrażony złością Dallasa Mark i pochylił się nad książką.
Kaszlnęłam, tuszując
śmiech i rozejrzałam się wesoło po klasie. Spotkałam się wzrokiem z
kasztanowłosą dziewczyną Bellą, z którą byłam w dosyć dobrych kontaktach.
Puściła mi oko, chytrze się uśmiechając, a ja go odwzajemniłam, ciesząc się, że
chociaż jedna dziewczyna w tej grupie popierała moją wrogość do „tego
przystojnego i słodkiego” Erica.
Nim się obejrzałam,
rozbrzmiał donośny dzwon, oznajmiając upragniony koniec lekcji, w trakcie
gadaniny profesor Holly, która wyraźnie odetchnęła z ulgą. Wstałam z wielkim
uśmiechem na twarzy i wyszłam z sali, jako jedna z pierwszych, śpiesząc się na
korytarz piętro wyżej.
Kiedy już tam
dotarłam, nie zawiodłam się. Mniej więcej w połowie pustego przejścia, gdzie
nigdy nie odbywały się lekcje po piętnastej, stała pod ścianą wysoka sylwetka,
bawiąca się mankietem swojej białej koszuli.
Podbiegłam jak
najciszej do Matta, całując go na powitanie mocno w policzek, a on popatrzył na
mnie zaskoczony i lekko zamroczony.
- Hej. – Uśmiechnęłam
się promiennie. Odwzajemnił uśmiech dopiero po chwili, najpierw przyglądając mi
się uważnie, jakby mnie nie rozpoznał.
- Hej – odparł
cicho. Mój entuzjazm lekko opadł, zaniepokojona byłam tym dziwnym zachowaniem.
- Co tak się
wystroiłeś, hę? – Pociągnęłam za gładki materiał jego koszuli, a on wzruszył
ramionami, mrucząc coś pod nosem.
- Słucham? –
spytałam grzecznie, niecierpliwiąc się w środku, że nie chciał mi wyjawić
powodu, dla którego ubrał się tak odświętnie. Czyżbym zapomniała, że dziś jest
jakieś ważne święto? Może ktoś ma urodziny?
- Nie miałem czasu
znaleźć czegoś innego. – Wyraźnie unikał mojego wzroku.
- Aha. Zły sen? –
Złapałam go za rękę, patrząc z troską, domyślając się, że pewnie przez koszmar
nie wyspał się i być może zaspał na lekcje.
- Nie. – Odwrócił
ode mnie głowę, gdy się przybliżyłam. Zmarszczyłam brwi.
- Matt? – Brak
odpowiedzi. – Matthew? – powiedziałam głośniej.
Spojrzał na mnie
nieprzytomnie, a mnie zrobiło się nagle zimno w piersi.
- Co się dzieje,
Matt? – Spróbowałam go pocałować i wtedy poczułam znajomy zapach. – Piłeś? –
spytałam zaskoczona.
- Co… Nie. –
Pokręcił skrępowany głową. – To znaczy tak, ale to było wczoraj. Dzisiaj
pozostał kac.
Miałam ochotę
zapytać „znowu?”, ponieważ w tym miesiącu zdarzyło się to już chyba trzy razy,
a to naprawdę nie było podobne do Matta, którego do tej pory znałam.
Najbardziej niepokoiło mnie to, że te pijaństwo
mojego chłopaka zaczęło się po tym, jak zaczęliśmy razem chodzić, wcześniej
– wiedziałam to od Agnes – nie zdarzało się to tak często.
- Coś się ostatnio
stało? Dlaczego tak nagle zacząłeś balować? – Nie oczekiwałam odpowiedzi, tylko
wtuliłam się w chłopaka, teraz trochę mniej niespokojna, gdy już wiedziałam, co
było przyczyną jego niemrawości.
- Jak to, czy coś
się stało? Jesteś ze mną. – Pogłaskał mnie po włosach, przy tym muskając
palcami skórę mojego policzka. – Choć nadal nie wiem, czemu chciałaś… wciąż
chcesz… to ukrywać – stwierdził z goryczą w głosie i już wiedziałam, co sobie
myśli.
Oderwałam głowę od
jego torsu i spojrzałam mu w oczy.
- Nie chodzi o to,
że się ciebie wstydzę – nawet nie próbuj tak myśleć. To nie ma nic wspólnego z
tobą. Chodzi raczej o… sama nie wiem. Po prostu… domyślam się, co zaraz zrobi z
tego Lizzie, cała szkoła będzie od razu o nas wiedziała. Wolę znaleźć
odpowiednią chwilę, bym mogła odpowiednio wyjaśnić to Liz, uwzględniając w to
powiedzenie jej, że nie chcę zamieszania wokół naszego związku. Ale znasz
Lizzie.
- Bardzo dobrze –
odparł. – Ale naprawdę chciałbym już przestać żyć w kłamstwie przed naszymi
przyjaciółmi. Wydaje mi się, że to nie jest wobec nich fair. Jestem pewien, że
będą na nas źli…
- Kilka dni, nie
więcej – powiedziałam cicho, zastanawiając się nad jego słowami; nie chce żyć w
kłamstwie przed przyjaciółmi. Ja również nie chciałam, ale było to
nieuniknione.
- Taką mam nadzieję
– westchnął, opierając brodę na czubku mojej głowy, a ja wpatrzyłam się w biel
jego koszuli.
- Nadal nie
powiedziałeś mi, dlaczego tak imprezujesz – przypomniałam.
- Powiedziałem –
jesteś ze mną.
- To jest jedyny
powód? Przecież to nic wielkiego.
- Może dla ciebie,
ale dla mnie… Boże, nawet nie umiem tego wyrazić.
Przerwał gwałtownie,
szukając w głowie odpowiednich słów, a ja czekałam, wpatrując się w niego
zaciekawiona.
- Do tej pory cieszę
się, jak głupi, że zgodziłaś się dać nam szansę.
Wciąż jest to dla mnie niepojęte i niesamowite. Zawsze byliśmy tylko
przyjaciółmi, wydawało mi się, że traktujesz mnie bardziej jak brata, sądziłem,
że nic z tego nie będzie. Wtedy, gdy cię pocałowałem, nie myślałem racjonalnie.
Te wszystkie emocje kumulujące się we mnie to wywołały. Byłem tak wściekły na
Dallasa, że cię prześladuje, a później to jak cię uderzył… To było za dużo. A
potem patrzyłem jak z zakrwawioną twarzą nie zwracasz uwagi na swój ból, tylko
ochrzaniasz mnie za to, że próbowałem cię chronić. Było to równocześnie
śmieszne oraz cudowne i ostatecznie cię pocałowałem… w ogóle nie liczyłem na
to, że coś do mnie poczujesz, jedynie potrzebowałem twojej bliskości. A ty
mnie, znowu, zaskoczyłaś i nadal tutaj ze mną jesteś. – Zamilkł na moment,
nabierając oddechu – tak szybko mówił. – Cały czas czuję się szczęśliwy i boję
się, że przez to niespodziewanie to wszystko się zakończy, że „my” się
skończymy. Chcę się tobą nacieszyć, bo w każdej chwili wydaje mi się, że ktoś może
mi ciebie zabrać, tak samo jak mamę. Boję się, że tak nagle, tak po prostu…
znikniesz.
Wyrwałam się z jego
uścisku, z którego nie wypuszczał mnie przez całą swoją przemowę i spojrzałam
mu głęboko w oczy, delektując się płynnym złotem, które tam widziałam.
- Nie waż się tak
myśleć, Matthew, bo tak się nigdy nie stanie. Nie zniknę, rozumiesz? Będę tutaj
cały czas – obiecałam, chociaż wiedziałam od samego początku, że okłamuję go,
tak samo jak i siebie.
Byłam Wybranką Ognia
i wiecznie byłam narażona na niebezpieczeństwo, o czym przypomniał mi ten
dziwny liścik, który znalazłam u siebie w pokoju. Narażałam na nie również
przyjaciół, ale nie mogłam tak nagle przestać się z nimi spotykać, byłoby to
zbyt podejrzane, ale ja nawet nie
chciałam przestać ich widywać. Nie chciałam znów popaść w czerń mojego
dawnego życia.
- Kocham cię –
mruknął, patrząc na mnie, jak pokrzywdzone zwierzę, a ja po prostu musiałam go
pocałować, musiałam dać mu więcej wiary i nadziei. Splotłam dłonie na karku
Matta, on przyciągnął mnie delikatnie do siebie, jakby gwałtowniejszy ruch miał
mnie złamać. Uśmiechnęłam się, nie przerywając pocałunku. Właśnie tę wrażliwość
Matta uwielbiałam najbardziej.
Kochałam go całego,
ale wiedziałam, czułam, że to nie
jest jeszcze taka miłość, której Matt ode mnie oczekiwał. Mógł sobie mówić, co
chciał, że niczego ode mnie nie oczekuje, i tak dalej, ale ja wiedziałam swoje.
Pragnął, żebym ja też go pokochała, tak jak on mnie – ja też tego chciałam –
lecz na razie te uczucie pozostawało przyjacielskie, czy tego chciałam, czy
nie.
- Zrobiło się trochę
melancholijnie, nie uważasz?
- Doprawdy? Mnie tam
się podoba. – Matt uśmiechnął się w końcu, jak on i pocałował mnie w czoło,
przytulając do siebie.
- Wiesz co… -
zaczęłam, gładząc dłońmi jego plecy, kiedy poczułam czyjąś obecność, a ten ktoś
chrząknął głośno.
Oderwałam się
gwałtownie od Matta i odwróciłam do przybysza, czując przypływającą do
policzków gorącą krew. Zerknęłam na jasnowłosego, który kaszlnął nerwowo, choć
na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech i wróciłam wzrokiem do tęczówek,
które, co jakiś czas, mnie prześladowały, a które teraz patrzyły na nas
wyczekująco.
- Cześć, Will –
wykrztusiłam.
***
- Zastanawiam się,
kiedy zamierzałaś nam o tym w końcu powiedzieć. – Agnes nawinęła rudego loka na
palec wskazujący, patrząc na mnie spod rzęs. – Nie, żebym się nie domyślała, że
coś pomiędzy wami się zmieniło, ale…
- Domyślałaś się?!
Skrzywiłam się,
słysząc wzburzony głos mojej kuzynki, która, w przeciwieństwie do spokojnej i
uśmiechniętej Agnes, patrzyła na mnie z wyrzutem, stojąc nade mną, jak kat. W
tej chwili posłała rudowłosej złe spojrzenie, zakładając ramiona na piersiach.
- To było łatwe do
zauważenia, Liz. – Ag wzruszyła bezradnie ramionami, wpatrując się ze skupieniem
w pasmo swoich włosów.
- Świetnie, że
wszyscy tutaj o tym wiedzieli, tylko nie ja – fuknęła szatynka, mierząc mnie
obrażonym wzrokiem. Nie kuliłam się pod tym spojrzeniem, jak zapewne chciała,
bo tysiąc razy je widziałam i tak samo wiedziałam, że to jej minie, kiedy
wieczorem ją trochę udobrucham.
- Ja nie wiedziałem
– odezwał się Will spod drzwi pokoju, gdzie zwykle stawał, a ja spuściłam
jedynie wzrok. Nadal byłam zawstydzona po tym jak nas nakrył. Nie wiedzieć
czemu, byłam przed nim bardziej zażenowana tą sytuacją, niż przed moimi
przyjaciółkami.
On jednak nie
wydawał się być obruszony czy zły, poznałam po nim tylko, że był zaskoczony,
ale później tylko szeptał i uśmiechał się z Mattem za moimi plecami, kiedy
zmierzaliśmy, jak na skazanie, do pokoju Agnes, gdzie przesiadywała u niej Liz.
Skoro Will już wiedział, nie było sensu dłużej ukrywać tego przed resztą i tak
właśnie dowiedziały się o moim związku z Mattem. Ethan o tej porze dawał
korepetycje uczniom z pierwszego roku, więc dowie się, jako ostatni. Chciałam
tylko, żeby nie miał do mnie o to pretensji. Najwięcej narzekała Liz, ale to
było akurat normalne.
Lizzie wzniosła
ramiona do sufitu.
- Widzisz, do czego
doprowadziłaś, Cat? Postawiłaś mnie w takiej sytuacji, że moim jedynym
sojusznikiem pozostaje on!
- Kto tu mówi o
sojuszu? Mnie ta sytuacja jakoś nie trapi, tak jak ciebie. – Will przekrzywił
głowę i przyjrzał się z uśmiechem Liz. – A może jesteś zazdrosna?
Parsknęłam cicho,
ale kuzynka zagłuszyła mnie o wiele głośniejszym parsknięciem niedowierzania.
Odwróciła się na pięcie w stronę Willa i zmrużyła groźnie oczy.
- Niby o co?
- Nie wiem… ale
Ethan ostatni mi się zwierzał, że wam trochę się nie układa – powiedział
poważnym tonem brunet, nie spuszczając wzroku z twarzy Liz, z której nagle
zniknęło oburzenie, a pojawiła się niepewność.
- Co ci mówił? –
spytała z cieniem paniki w głosie.
Również przez chwilę
myślałam, że Ethan naprawdę skarżył się Willowi na Lizzie, ale widząc diabelski
uśmiech na jego twarzy – którego moja przyjaciółka najwyraźniej nie była w
stanie dostrzec – wiedziałam, że próbuje ją tylko zirytować.
- Mówił, że
przestałaś nazywać go „misiaczkiem”, to go bardzo martwi.
Obok mnie rozbrzmiał
głośny kaszel, zatem wbiłam łokieć w bok Matta, który od samego początku
siedział ze mną na łóżku, nie zwracając na siebie większej uwagi, bo najwięcej
pretensji skierowanych było do mnie. Teraz starał się nie roześmiać, co nikle
mu się udawało. Sama chciałam wybuchnąć śmiechem na widok czerwonej twarzy Liz.
- Co… skąd ty… jak…
Och! – warknęła, uświadamiając sobie, że Will znowu się z nią droczył, ale
rumieniec wstydu nie schodził z jej buzi. Czułam, że w tym „misiaczku” był cień
prawdy.
- Liz, misiaczku,
nie denerwuj się – mruknęła słodko Angie, wyciągając ramiona w stronę
zawstydzonej Lizzie, a ta, jak mała dziewczynka szukająca pocieszenia u matki,
podeszła do rudej i usiadła na jej kolanach, już z lekkim uśmiechem na ustach.
Poczułam ulgę, że
przynajmniej na razie Liz mi odpuściła, a to wszystko dzięki Willowi. Odważyłam
się na niego spojrzeć, a gdy zorientowałam się, że on też na mnie popatrzył,
posłałam mu wdzięczny uśmiech.
Jeżeli chciał, to
potrafił być dobrym przyjacielem, częściej niż wrednym pół-wampirem. Cieszyłam
się, że miał tylko część cech wampira, bo nie wiem czy bym wytrzymała, gdyby
straszył mnie kłami – jak to kiedyś robił, tyle że sztucznymi, na jego
szczęście – bo bym mu je natychmiast wybiła.
Odwróciłam głowę do
Matta i przycisnęłam się do jego boku, całując uprzednio w upstrzony uśmiechem
policzek, a potem przymknęłam zadowolona powieki.
Powoli odpływałam
zmorzona całym dniem, w oddali słyszałam jeszcze śmiechy przyjaciół, ale to
wszystko szybko odpłynęło, a ja już spałam wtulona w mojego chłopaka.
W końcu mogłam mówić
to otwarcie i czułam z tego powodu niezmierną ulgę, przybitą lekkim poczuciem
winy, bo tak mogło być już dawno. Żałowałam, że od razu nie powiedzieliśmy o
sobie przyjaciołom, ale była to już przeszłość. Liczyła się już tylko
teraźniejszość i przyszłość.
Niestety usiana
kolejnymi kłamstwami.
***
Obudziłam się we
własnym łóżku, co mnie trochę zaskoczyło. Zasnęłam przecież w pokoju Agnes, a
nagle znalazłam się tutaj. Podniosłam się na łokciach, a kołdra zsunęła się z
moich ramion, odkrywając niebieską bluzę, którą miałam na sobie od rana.
Poczułam małą ulgę, że nikt nie próbował mnie rozbierać do snu, co jak co, ale
nie chciałam, by któryś z chłopaków oglądał mnie w samej bieliźnie, nawet Matt.
Na to jeszcze nie czas.
Zamrugałam kilka
razy, starając się dostrzec coś w blasku ostrego światła lampki, która była
zapalona w kącie mojego biurka. Podniosłam rękę do twarzy i otarłam skrawkiem
rękawa kilka łez, która wymknęły mi się spod powiek pod wpływem wpatrywania się
w światło. Robiąc to, poczułam przyjemną woń męskich perfum i czegoś
cynamonowego. Zmarszczyłam brwi, próbując przypomnieć sobie, gdzie już to
czułam. Na pewno nie był to zapach Matta, on zawsze pachniał czekoladą –
przynajmniej tak sobie wmawiałam.
Zmarszczka na moim
czole powoli się wygładziła, gdy zdałam sobie sprawę, kogo to zapach.
Will?
Czyżby to on mnie
tutaj przyniósł? Zrobiło mi się ciepło na sercu i byłam, po raz kolejny, mu
wdzięczna. Uśmiechnęłam się do siebie i podniosłam z łóżka, rozprostowując
kości, na co te w odpowiedzi głośno chrupnęły – czasami czułam się jak
prawdziwa staruszka.
Nim zdążyłam podejść
do drzwi łazienki z zamiarem wzięcia prysznicu, usłyszałam cichy głos, który
wywołał we mnie palpitacje serca.
- Dobry wieczór,
Catherine.
Podskoczyłam
przerażona i okręciłam się na pięcie, szukając źródła głosu. W odruchu paniki
sięgnęłam po medalion, lecz go nie było. Rozejrzałam się przerażona i
dostrzegłam go na nocnej szafce. Nie próbowałam po niego sięgnąć, najpierw
chciałam dowiedzieć się, kto i gdzie się ukrywa.
- Kim jesteś? –
spytałam drżącym głosem.
- Na pewno nie
wrogiem – odparł melodyjny damski głos, dobiegający spod okna, więc wpatrzyłam
się w kąt pomieszczenia i wreszcie dostrzegłam w cieniu zarys postaci. Tam
światło nie dochodziło, więc zrobiła się idealna kryjówka.
- Co tu robisz?
Czego ode mnie chcesz? – Pytałam spanikowana, ponieważ przypomniał mi się ten
dzień, kiedy znalazłam w pokoju liścik z groźbą, który pojawił się znikąd. Ta
kobieta także pojawiła się znikąd, obeszła zaklęcia ochronne mojego pokoju,
które odblokować mogłam tylko ja i moi przyjaciele.
- Zadajesz za dużo
pytań, Catherine – powiedziała i zrobiła krok do przodu, tak że mogłam zobaczyć
jej święcące w mroku zielono-szare oczy w kształcie migdałów. Miałam
niepokojące wrażenie, że gdzieś już widziałam te oczy.
- Skąd znasz moje
imię?
Potarłam nerwowo
skórę dekoltu, czując się nieswojo bez pomocy w postaci wszystkowiedzącej
Alice. Ona na pewno wiedziałaby, kto to jest, a przynajmniej pomogłaby mi z nią
walczyć, gdyby groziło mi niebezpieczeństwo.
- Wszyscy znamy
twoje imię – mruknęła lekceważąco, jakby to była najoczywistsza rzecz na
świecie.
Otworzyłam szeroko
oczy, a krew odpłynęła mi z twarzy.
- Jacy wszyscy?
- Rada Kręgu. Jestem
jedną z jego przedstawicielek, wiem o tobie wszystko, tak jak o reszcie
Wybranych. Wiem również, że masz już dość tej niewiedzy o swoich zdolnościach,
dlatego chcę, abyś przyszła w sobotę razem z Elizabeth do domu jej rodziców.
Tam Jack zaprowadzi cię w odpowiednie miejsce, gdzie spotkasz się z resztą
Wybranych, ja także tam będę.
- Jack… on o tym
wie? – Nie powinnam być tym tak zaskoczona, bo w końcu to on dał mi ten
medalion i mówił, żebym czekała, aż z niego ktoś się do mnie odezwie.
- To ja kazałam mu
dać ci ten medalion – powiedziała, jakby czytając mi w myślach albo po prostu
odpowiadała na tamto pytanie, ale… Spojrzałam w jej oczy, które świeciły się
jasno, a coś w nich kazało mi sądzić, że rzeczywiście czytała mi w myślach.
- Jesteś wampirzycą?
– spytałam cicho.
- Wszystkim po
trochu, ale to nie pora na takie dyskusje. – Spuściła na chwilę głowę, ale
zaraz znowu ją uniosła. Tym razem jej oczy nie świeciły już tak jasno, jak
przedtem. – Będziemy na ciebie czekać za 3 dni. Nie zawiedź nas.
- Ale o której mam
być?
- Elizabeth wie, o
której ma się zjawić u rodziców.
Skinęłam powoli
głową, wciąż oszołomiona perspektywą spotkania się z resztą Wybranych. Czy są
ode mnie starsi? Młodsi, w tym samym wieku? Koniecznie chciałam się tego
dowiedzieć.
- Catherine… Cat…
jeszcze jedno. – Podniosłam pytająco wzrok, a jej oczy przybrały na moment
odcień czerwieni, przez co cofnęłam się o krok. – Wiesz, że jesteś w
niebezpieczeństwie, prawda?
- Alice mi mówiła.
- Tak myślałam.
Dlatego nie możesz powiedzieć nikomu niepowołanemu, kim jesteś. To narazi cię
na jeszcze większe bezpieczeństwo i twoich przyjaciół także. Za wszelką cenę
musisz trzymać to w tajemnicy, inaczej wszystko może skończyć się tragicznie, a
nie chcemy ani stracić kolejnego Wybranego, ani znów szukać brakującego ogniwa
przez kolejne stulecie. Rozumiesz?
Pod wpływem jej
szkarłatnego spojrzenia zgodziłabym się na wszystko, więc potaknęłam, obawiając
się, że mogę w byle jaki sposób zdenerwować wampirzycę.
Kobieta nadal
ukrywała się w cieniu, ale jej twarz była w półmroku, zatem dostrzegłam na niej
zadowolenie. Chwilę później znów była poważna, lecz, na szczęście, czerwień
znikła z jej źrenic.
- Jeśli dostaniesz
jakąkolwiek pogróżkę, ostrzeżenie czy inny niepokojący znak, musisz powiedzieć
o tym Alice lub poprosić ją o kontakt z nami. Ważne jest, żebyś nam powiedziała
o tym natychmiast, abyś nie wpadła w pułapkę ich manipulacji. Lubią wysyłać
puste pogróżki, żeby zastraszyć swoje ofiary, a najczęściej, po wszystkim, okazuje się, że nic by się
nie wydarzyło, gdyby nie łatwowierność i zbyt wielki strach Wybranych. – Wbiła
ostry oraz spokojny wzrok w moje oczy. – Ich największą i najskuteczniejszą
kartą jest grożenie śmiercią najbliższym ofiar. Wybierają najczulsze punkty,
znając je z dokładnych obserwacji swoich celów. Mówię ci to, żebyś wiedziała
jak ważne jest, byś nikomu nie wyjawiła tajemnicy i żebyś nie nabrała się na
ich sztuczki, bo może skończyć się to tragiczniej, niż byś im nie dała się
nabrać.
- Wiem o tym
doskonale – mruknęłam, pocierając ręce, które trochę mi zziębły.
- Cieszy mnie to.
Zatem… do zobaczenia. – Nim mogłabym się z nią pożegnać czy też spytać o imię,
rozpłynęła się w powietrzu.
Wpatrywałam się
jeszcze kilka minut w miejsce, gdzie stała przed paroma sekundami, nie mogąc
się sobie nadziwić, jak ja mogłam wplątać się w coś takiego?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz