wtorek, 6 listopada 2012

10


Znikąd, przede mną zaczęła formować się nie całkiem przejrzysta bańka mydlana, przybierając kształty rosłego mężczyzny, aż w końcu wypełniła cały składzik na piętrze, w domu Liz.
Nie mogłam ukryć zachwytu, gdy wewnątrz delikatnej kuli, w szarej mgiełce, pojawił się obraz ogromnej polany – niczym w kuli wróżbitki – otoczonej wysokimi drzewami oraz krzewami, które, w niezgodzie z obecną porą roku, miały pąki liści i kwiatów.
Oczarowana podeszłam o krok do bańki i wyciągnęłam dłoń, pragnąc znaleźć się już po drugiej stronie, lecz wujek Jack, przez cały czas obserwujący moją reakcję, złapał mnie za ramię i pokręcił ostrzegawczo głową.
- Jeszcze nie – powiedział, a widząc moją rozczarowaną minę, dodał: - Musimy poczekać, aż uformuje się cały obraz, bo inaczej utkniemy w międzyprzestrzeni.
Nigdy w życiu nie słyszałam o żadnej międzyprzestrzeni, ale sądząc po poważnej minie wujka, znalezienie się w tym miejscu nie jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy.
Westchnęłam cichutko i skrzyżowałam ramiona na piersiach, wpatrując się ze skupieniem w doskonalący się kontur krainy. Teraz mogłam dostrzec też niewielki domek wsunięty w drzewa, a obok niego pojedyncze dzikie zwierzęta stąpające ostrożnie wokół chaty w poszukiwaniu jedzenia.
Nagle zza drzew wyłoniła się dwójka ludzi, samą swoją obecnością płosząc sarenkę oraz jelenia najbliżej nich i zwierzęta uciekły do lasu, kończąc tę sielankę. W bańce ludzie byli niewyraźni, nie mogłam nawet określić ich płci, ale Jack domyślał się, kto to. Szczerze mówiąc, ja też.
- Widzę, że powoli gromadzą się – mruknął, odgarniając od niechcenia kosmyki włosów, wpadające mu do oczu.
- Kto? – zadałam retoryczne pytania i tak znając na nie odpowiedź.
- Wybrani, któżby inny?
Zmarszczyłam czoło, znowu czując ogarniający mnie stres przed całym tym spotkaniem. Wujek rzucił mi przelotne spojrzenie, a gdy zobaczył moją zmartwioną minę, zatrzymał na mnie dłużej wzrok i uśmiechnął się pokrzepiająco, poklepując mnie po ramieniu.
- Nie denerwuj się tak, Cat! Przecież cię nie zjedzą. – Uśmiechnął się szerzej, kiedy na niego spojrzałam.
Nie byłabym tego taka pewna – pomyślałam z przekąsem.
- Cat, chyba nie chcesz, bym opowiedział o twoich obawach naszej straszliwej koleżance? – spytał Jack, mrugając do mnie, widząc, że jego poprzednie słowa nie wywołały spodziewanego efektu. – Wtedy na pewno poświęci ci więcej uwagi…
Wzdrygnęłam się, wspominając te szkarłatne oczy i pokręciłam przecząco głową, zmuszając zdrętwiałe wargi do uśmiechu.
- Nie, nie, nie ma takiej potrzeby – powiedziałam szybko, a mężczyzna uśmiechnął się z błyszczącymi oczami, usatysfakcjonowany, i bardzo mi w tym momencie przypominał Lizzie, jego młodszą kopię. Obydwoje byli wrednymi, szantażującymi mnie osobami.
Nie spuszczając z ust uśmiechu, przemówiłam w myślach.
Alice?
Tak?
Pomożesz mi, prawda? – spytałam błagalnie, a ona zaśmiała się, tak samo beztroska jak Jack.
Oczywiście, lecz wątpię, by była potrzebna ci jakakolwiek pomoc, oni naprawdę nie gryzą.
Co nie zmienia faktu, że wszystko wywraca mi się w żołądku.
Weź kilka głębokich oddechów i samo przejdzie.
Jasne – mruknęłam, ale odetchnęłam kilkanaście razy, aż w końcu przyszedł czas na przejście na drugą stronę.
Zacisnęłam nerwowo pięści, chociaż nurtowała mnie jeszcze jedna sprawa.
- Nie zauważą naszej nieobecności? – spytałam sceptycznie, gdy tymczasem wujek pochylał się przed bańką, coś sprawdzając. Nie od razu odpowiedział, wpatrując się w obraz w kuli, a potem odwrócił do mnie głowę.
- Myślą, że zaprowadziłem cię na strych, by pokazać ci rzeczy twojego pradziadka. Musisz wiedzieć, że kiedy wejdziemy to tej krainy, to czas dla nas się zatrzyma.
- Łał – rzuciłam jedyne, co przyszło mi na myśl i złapałam mocno rękę wujka, którą do mnie wyciągnął.
Chwilę przyglądał się jeszcze kuli, poczym ostatecznie pociągnął mnie przez cienką oraz śliską ścianę bańki mydlanej. Zamknęłam oczy, bojąc się, że to przejście może skończyć się jakimś upadkiem czy też będzie to coś w stylu teleportacji, ale nic takiego się nie wydarzyło. Uczucie równało się z normalnym wejściem do pokoju, w którym panował przeciąg, bo tylko lekko we mnie dmuchnęło.
Zanim otworzyłam oczy, do moich uszu doszło ćwierkanie ptaków, w nozdrzach poczułam zapach trawy, lasu i kwiatów, a gdy w końcu uniosłam powieki, mogłam podziwiać piękno tego nowego miejsca. Słońca jednak nie widziałam, ponieważ schowane było za chmurami, które obsiewały niemal całe niebo. Było pochmurno, ale niczego mi nie brakowało do zachwycania się na nowo niby-wiosną.
Kończąc szybkie oglądanie otoczenia, dostrzegłam niedaleko nas tamtą dwójkę osób, która teraz się odwróciła, zapewne słysząc hałas, jaki wywołaliśmy przechodząc przez portal, jak go nazywał Jack.
W naszym kierunku zmierzała starsza kobieta wraz z czarnowłosą dziewczyną, chyba nawet młodszą ode mnie. Twarz starszej rozjaśnił uśmiech na nasz widok, a może widok wujka.
- Jack! – zawołała uradowana, krocząc ku nam, a za nią wlokła się brunetka, mierząc nas ostrożnym, lecz nie wrogim, spojrzeniem. Nie mogłam zignorować jej o wiele ciemniejszej karnacji ode mnie, co przywodziło mi na myśl geny z Ameryki Południowej, bo tak się opalić na pewno nie mogła przy naszej porze roku.
- Jack, mój drogi, jak my dawno się nie widzieliśmy – powiedziała kobieta, scałowując policzki mężczyzny, który wydawał się nie tyle znużony, co zirytowany jej wylewnością. – Nie wiem czy słyszałeś, ale nasza Mercy podobno ma kryzys? – dodała konspiracyjnym szeptem.
Uniosłam zaskoczona brwi, słysząc jej słowa jak i ton. Dopiero się przywitała, a już sypie plotkami?
Tak czy siak, kimkolwiek była Mercy, Jack wyglądał na rozbawionego myślą, że mogłaby ona mieć jakikolwiek kryzys i jedynie wzruszył ramionami.
- Mnie też miło jest cię widzieć, Beth. – Uścisnął jej dłoń na powitanie, następnie położył dłoń na moim ramieniu, lekko je ściskając. – Poznajcie Cat…
- Och, to ty Cat, witaj! – przerwała mu Beth, pochyliła się w moją stronę i pocałowała mnie mocno w policzek, a jej miedziane włosy – z bliska było widać, że u nasady robią już się siwe (trudno było stwierdzić czy to farba schodziła z jej włosów, czy po prostu kobieta siwiała) – powpadały mi do oczu. Starałam się nie wzdrygnąć, więc uśmiechnęłam się słabo i przeniosłam wzrok na dziewczynę wpatrującą się we mnie wielkimi piwnymi oczyma.
Jack westchnął i kontynuował:
- …a ty, Cat, poznaj Beth, doradcę Kręgu i Tanię, Wybrankę Wody.
Skinęłam głową, a oczy mimowolnie mi się rozszerzyły od tych, wciąż mnie zadziwiających, informacji, lecz nim zdążyłam przywitać się z nowym sprzymierzeńcem, Beth odwróciła się do Tanii i zaczęła mówić do niej w innym języku. Od razu zorientowałam się, że to hiszpański.
Spojrzałam pytająco na wujka, a ten ponownie westchnął i szybko wyjaśnił.
- Tania jest Hiszpanką. Beth specjalnie ją stamtąd dzisiaj przeniosła, a dużym plusem jest, że zna hiszpański, bo dziewczyna zna tylko podstawowe zwroty po angielsku.
- Trudno będzie nam się dogadać – stwierdziłam kwaśno, przyglądając się z konsternacją poruszającym się w zabójczym tempie wargom Tanii, która wyraźnie tłumaczyła coś swojej towarzyszce, sądząc po jej zirytowanym wzroku.
Dawno temu uczyłam się hiszpańskiego, więc próbowałam wychwycić pojedyncze słówka, jednak z marnym skutkiem. Podczas gdy w szkole uczyła nas zaledwie studentka hiszpańskiego, to teraz miałam styczność z rodowitą Hiszpanką, w dodatku nie znającą prawie w ogóle mojego języka.
Cudownie – pomyślałam – tylko czekać, aż pojawi się ktoś z Niemiec albo Egiptu.
Nic się nie bój, to jest jedyne osoba zza granicy. Mówiłam ci o niej, pamiętasz? – spytała Ally, jak zwykle uspokajającym tonem.
Musiałam ukryć zaskoczenie wkradające się na moją twarz.
To ona? – Nie mogłam jednak ujarzmić zdziwienia w moim umyśle. – Myślałam, że mówiłaś wtedy o chłopaku.
Użyłam słowa „osoba”.
Mówiłaś o tej osobie, jak o chłopaku – żachnęłam się.
Usłyszałam mentalne mruknięcie zirytowania.
A czemu ci tak zależy, żeby to był chłopak?
Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, dodała: - Zatem źle słyszałaś, nie kłóć się ze starszymi.
Tak właściwie, to ile ty masz lat? – Byłam autentycznie zaciekawiona.
Zbyt dużo, by twój umysł mógł to pojąć.
Chyba nie jesteś niedołężną star…
Skup się na rzeczywistości, Cat! – skarciła mnie Alice, choć wiedziałam, że specjalnie unika rozmowy o swoim wieku. Jak sobie chce i tak w końcu dowiem się ile lat ma moja Kapłanka.
Zgodnie z jej rozkazem skupiłam się otaczającym mnie świecie, zauważając, że Tania znowu wpatruje się we mnie, tylko że teraz jej śniadą twarz zdobił nieśmiały uśmiech.
Niepewnie wyciągnęła przed siebie drżącą rękę, mówiąc:
- Cześć, jestem Tania.
Żadnych zbędnych dodatkowych słów, po prostu przywitała się jak grzeczność nakazywała. Akcent miała wyraźnie słyszalny, wkradło jej się również jakieś hiszpańskie słówko na koniec wypowiedzi, którego nijak nie potrafiłam zidentyfikować. Żałowałam w tej chwili, że zamiast słuchać na lekcjach hiszpańskiego, to gadałam z Liz.
Cóż, byłyśmy młode i głupie. Nadal jesteśmy.
Delikatnie uścisnęłam jej dłoń, bo obawiałam się, że mocniejszy uścisk mógłby zmiażdżyć jej rękę. Absurdalne, ale co mogłam poradzić na to, że wydawała się taka mała i krucha.
- Cat. – Odwzajemniłam śmielej jej uśmiech i dodatkowo przedstawiłam się po hiszpańsku, dumna z siebie, że chociaż to zapamiętałam z podstawówki. Zarobiłam tym przyjaźniejsze spojrzenie.
Puściłam jej rękę, a ona nie odrywając ode mnie ciemnych oczu, zaczęła mówić coś do Beth i przycisnęła dłoń do piersi. Dopiero wtedy zauważyłam na jej dekolcie małe wypuklenie pod czarnym golfem, którym niewątpliwie był medalion. Zabłysły mi oczy z czystej ciekawości i podekscytowania. Zastanawiałam się, czy jej kamień był równie piękny, co mój.
Z trudem oderwałam wzrok od jej sylwetki i spojrzałam na mężczyznę obok, który obserwował nas szeroko uśmiechnięty, a jego mina mówiła „A nie mówiłem?”. Jeśli reszta zapoznania z Wybranymi pójdzie tak samo dobrze, to później z pewnością przyznam mu rację.
Jednakże teraz wciąż byłam zainteresowana osobą Tanii. Jak dla mnie była zbyt… zbyt dziecinna jak na Wybraną. Nie chodziło mi o charakter, raczej o sam wygląd, jej drobną posturę.
- Ile ona ma lat? – zapytałam cicho, by tamte nie usłyszały. Wujek skupił spojrzenie na mojej twarzy, wyrwany z letargu i po raz pierwszy od dłuższego czasu dostrzegłam w jego oczach zaniepokojenie zmieszane ze zmartwieniem.
- Piętnaście. – Zacisnął usta z wyraźną dezaprobatą.
Zaschło mi w gardle i zerknęłam na nieśmiałą Tanię, nieświadomą swojego losu, który jej przypisano. Przypisanego zaledwie dziecku i to jeszcze tak niewinnemu.
Alice, a czy nie mówiłaś mi, że moce ujawniają się dopiero od dwudziestego roku życia? – zapytałam w myślach swoją Kapłankę.
Żywioły mają swoje kaprysy, sama już się o tym przekonałaś.
Pokręciłam lekko głową, widząc w oczach Jacka takie same uczucia, które mną miotały. Tak samo jak ja nie był zadowolony z doboru niektórych Wybranych, ale widocznie nie wchodziło w grę jakiekolwiek głosowanie czy wybieranie nas przez Krąg. Wszystko zależało od żywiołów i medalionów.
Właśnie chciałam wyrazić głośno swój żal zaistniałą sytuacją, lecz nie dalej, niż dziesięć metrów od nas rozległ się głośny trzask i zmaterializowała się tam kolejna dwójka osobników.
Po raz kolejny tego dnia poczułam niepewność, teraz nawet większą, bo tymi osobami była kobieta, niewiele młodziej wyglądająca od Beth i chłopak około mojego wieku. Bez wątpliwości rozpoznałam Wybranego, zwłaszcza dlatego, bo na szyi jasnowłosego młodzieńca dyndał medalion z przezroczystym kamieniem osadzonym w czarnym metalu.
Jednak w przypadku tego Wybranego to nie medalion przykuł moją uwagę, a sam przybysz.
Twarz miała delikatne rysy, kształtem przywodziła na myśl kobietę, ale, na szczęście, było też coś męskiego w tej kremowej buzi. Prosty i długi nos, niczym u arystokraty, wąskie usta, wysokie czoło pod chmarą długich jasnobrązowych włosów. Jego pełne zainteresowania, duże lazurowe oczy niemal natychmiast spoczęły na mnie, gdy tylko tutaj się pojawił. W jego wzroku było coś takiego, że poczułam gorąco w policzkach i spuściłam głowę, chcąc uniknąć oceniającego spojrzenia.
Byłam pewna, że ta, chwilę zaledwie trwająca, sytuacja dla kogoś postronnego mogłaby wyglądać tak, jakby on mi się spodobał, bo musiałam wyglądać na jakąś zawstydzoną nastolatkę, ale to nie było to. Te spojrzenie… aż ciarki przechodziły.
Poza tym nie gustowałam w elfach – pod tym lśniącymi włosami dostrzegłam spiczaste uszy. Nie chodziło, broń Boże, o dyskryminację innych gatunków czy inne takie, po prostu dla mnie te istoty były zbyt delikatne i piękne – zwłaszcza samce – wręcz idealne, a ja tego nie lubiłam.
Może dlatego że dla mnie nikt nie mógł być idealny, bo idealnych istot nie ma, a większość elfów właśnie za takie się uważała.
Beth, wiercąca się cały czas obok nas, ponownie się rozpromieniła, a jej niebieskie oczy porażały mnie swoim blaskiem.
- O, jest i Laura! – zawołała i popędziła do nowoprzybyłych, ciągnąc za sobą Tanię. Współczułam jej, mimo że Beth wydawała się sympatyczną osobą, choć chyba miała problemy z nadmierną energicznością.
- Nigdy nie znudzi jej się latanie tam i z powrotem – mruknął do siebie Jack i zmrużył oczy, wpatrując się w grupkę rozmawiających już ze sobą ludzi. – Ach, wzrok już nie ten sam. Ale widzę, że to nasz piękniś Marcus i… chyba wpadłaś mu w oko – dokończył ze złośliwym uśmiechem, zerkając na mnie.
Zarumieniłam się jeszcze bardziej, stwierdzając, że wujek w rzeczywistości ma rację, bo elf w dalszym ciągu wpatrywał się we mnie. Chciałam schować się Jackiem, byleby tylko uciec spod jego spojrzenia. Miałam jednak dziwne przeczucie, że prześwietliłby wzrokiem nawet tego mężczyznę.
Mogłam więc tylko wykręcać nerwowo dłonie oraz podrygiwać w miejscu i rzucać krytyczne spojrzenia wujkowi.
Gdy reszta członków naszego spotkania zaczęła zwracać się w naszą stronę, naprawdę chciałam uciec, gdzie pieprz rośnie.
Usłyszałam cichy śmiech i w pierwszej chwili myślałam, że to Jack, ale chichot rozbrzmiewał w środku mojej głowy.
To wcale nie jest śmieszne!
Wcale – zgodziła się Ally, nie ukrywając rozbawienia w głosie i znowu zachichotała. – Gdybyś… - przerwała nagle, co mnie zaniepokoiło.
Ally?
Och – wydukała po chwili niepewnie. – Po prostu… ja nie… muszę na chwilę zniknąć.
Chyba naprawdę zniknęła, bo w moim umyśle pojawiła się dziwnie znajoma pustka.
Alice?
Zero odzewu.
W tym samym momencie dotarło do mnie brzmienie melodyjnego głosu.
- Witaj.
Otrząsnęłam się z zamyślenia i podniosłam powoli wzrok na piękną twarz Marcusa. Aż bolało patrzeć, dosłownie.
Zerknęłam szybko w bok i zobaczyłam, że Jack ulotnił się, stał teraz razem z Tanią oraz dwiema kobietami, patrząc w naszą stronę radośnie. Posłałam mu mordercze spojrzenie. Nieraz naprawdę zachowywał się identycznie, jak Lizzie, jak Boga kocham.
Chrząknęłam cicho, świadoma wwiercających się we mnie przenikliwych oczu i oczyściłam gardło.
- Hej – mruknęłam, podając mu dłoń.
- Marcus Peterson. – Uścisnął moją wyciągniętą rękę.
- Cat Jones. – Spróbowałam uśmiechnąć się, lecz pod wpływem jego spojrzenia oniemiałam.
Czy musiał tak patrzeć?! Tak prowokująco i jednocześnie… niewinnie?
Niespodziewanie zapragnęłam całym sercem wrócić pod chłodne oraz zaciekawione spojrzenie Willa, niż znosić te Marcusa.
Chłopak puścił moją dłoń i nagle uniósł się nad ziemię, wprawiając mnie w jeszcze większe oniemienie, ale utrzymywałam kamienną maskę, nie chcąc zbierać szczęki z ziemi. Do czasu.
Westchnęłam zaskoczona, gdy szybko przepłynął wokoło mnie, przyglądając mi się z każdej strony. Nie podobało mi się to, ale, na całe jego szczęście, znów stanął przede mną twardo na ziemi, wznosząc wokół siebie tumany kurzu, które oplotły go, jak tornado i w jednej chwili zniknęły.
Pozer – pomyślałam kwaśno, jednak oszołomienie nie chciało mnie jeszcze długo opuścić.
- Wybraniec Powietrza – wyjaśnił elf na moje zszokowane spojrzenie. Wolno się otrząsnęłam, potrząsając głową.
- Ja jestem…
- Wybranką Ognia, tak, wiem. Słyszałem o tobie.
Zmrużyłam oczy.
- Cóż, ja o tobie nie – powiedziałam, spuszczając wzrok na ubrudzone od piachu buty, poczym wywróciłam do nich oczami – czekały mnie kolejne żmudne próby przywrócenia obuwiu dawnego czarnego koloru.
- Nie dziwię się. – Marcus wzruszył ramionami. – Słyszałem również o twojej Kapłance, która miała spięcie z moim Kapłanem, także nie jestem zaskoczony, że nic ci o mnie nie mówiła.
Miałam ochotę powiedzieć, że Alice nie mówiła mi o żadnym z reszty Wybranych – by nie wyobrażał sobie niewiadomo czego – ale w porę ugryzłam się w język. Nie chciałam wdawać się z nim w niepotrzebne dyskusje.
Marcus zaczął coś mówić, lecz moją uwagę przykuła czerń odznaczająca się na zieleni całego otoczenia. Przymrużyłam oczy, rozpoznając kształty wilka, którego spotkałam kilka razy w naszym szkolnym lesie. Rozdziawiłam zdumiona usta.
- Ja go znam!
Ruszyłam w stronę wyłaniającego się z lasu zwierzęcia. Im bliżej niego byłam, tym bardziej stawałam się zirytowana, zastanawiając się, co, do cholery, robił tutaj ten kundel.
Szybkim marszem dotarłam do skraju polany, gdzie przysiadł, wyraźnie z siebie zadowolony, wilk.
Stanęłam przed nim w lekkim rozkroku i niczym matka wściekła na swoje dziecko, położyłam ręce na biodrach, doskonale świadoma spojrzeń utkwionych w moich plecach. Wszyscy tutaj obecni oczekiwali rozwoju wydarzeń, chociaż byłam pewna, że oni wiedzieli więcej ode mnie.
Przyglądając się wilkowi, dostrzegłam niewielkie zmiany w jego wyglądzie. Mianowicie w jego czarnym futrze pojawiły się pasma brązu za uszami i pod pyskiem, no i złote ślepia nie błyszczały już tylko ludzką mądrością, ale także wesołymi iskrami.
Coś było zdecydowanie nie tak.
Alice, co ty o tym…
Nim zdążyłam zapytać Alice o jej zdanie w tej sprawie, wilk zmienił się w mężczyznę, ot tak.
Wytrzeszczając oczy, wpatrywałam się w górującego nade mną wzrostem chłopaka, niczego nie rozumiejąc. Serce biło mi niemiłosiernie przez strach wywołany tą nagłą przemianą.
- Co… Jak…?! – dukałam, badając jednocześnie wzrokiem nową twarz. Swoją drogą, dość przystojną twarz, zdecydowanie męską, nie to, co elfa. Chłopak miał ciemniejszą karnację od Marcusa, ale nie dużo, no i wyglądał na jego wiek. Czarne włosy z brązowymi pasemkami, identyczne jak jego futro. Zarówno jak u elfa, tak u niego odznaczały się fascynujące, lekko przerażające oczy[1] - złote, trochę podobne do Matta, ale też całkiem inne. Obwódki były bursztynowe, a coraz bliżej źrenic kolor jaśniał.
Zamrugałam szybko, gdy zagapiłam się na jego radosny uśmiech, kształtujący jego usta i przypomniało mi się, co właśnie się wydarzyło.
To nie zwykły wilk mnie śledził. To nie zwykły wilk niemal mnie prześladował. I co najważniejsze – a zarazem najśmieszniejsze – to nie zwykły wilk zaglądał mi w piersi.
Nie zastanawiając się nad swoimi czynami, zamachnęłam się pięścią i walnęłam go z całej siły w ramię. Jeszcze raz i jeszcze.
- Ty bezczelny psie! – zawołałam, bijąc go po twardym ramieniu, ignorując powiększający się uśmiech chłopaka. – To nie jest zabawne! Myślałam, że jesteś cholernym psem!
- Wilkiem.
- Nie poprawiaj mnie, psie!
Chłopak wybuchnął wesołym śmiechem, wprawiając mnie w złość i zmieszanie jednocześnie.
- Catherine, spokojnie…
Natychmiast przestałam go walić i spojrzałam na niego skonsternowana.
- Tylko nie Catherine – powiedziałam odruchowo, a zaraz dodałam: - Skąd znasz moje imię?
Wzruszył ramionami, nadal szczerząc zęby.
- Ma się znajomości. Ja jestem Max. – Ukłonił się nisko, co sprawiło, że pragnęłam się uśmiechnąć, ale powstrzymałam się, wciąż patrząc na niego z wyrzutem.
- Bardziej pasuje do ciebie „kundel”.
Zrobił obrażoną minę, upodabniając tym siebie do zranionego psiaka.
- No wiesz… bo się obrażę.
- Przynajmniej wtedy nie będziesz zaglądał mi w cycki. – Prychnęłam, kiedy zachichotał.
- A więc o to ci chodzi! Nie martw się, tylko upewniałem się, czy to ty jesteś tą Wybranką Ognia.
- I? – Podniosłam brew, główkując się, w jaki sposób mógł się w tym upewnić, skoro tego dnia nie miałam przy sobie medalionu?
- Nie miałaś medalika, ale twoja szyja nim pachniała.
- Czekaj, czekaj. Medalion ma zapach? – Wytrzeszczyłam oczy, on też wydawał się zaskoczony, ale czymś zupełnie innym. Dla pewności wyciągnęłam swój medalion spod bluzki i powąchałam go, lecz dla mnie miał nijaki zapach, no, czułam tylko swoje perfumy.
- Nie wiedziałaś…? Może dlatego że ja mam udoskonalony węch – mruknął do siebie – ale ty też powinnaś… Nie, zaraz.
Zmarszczyłam brwi, nie potrafiąc rozszyfrować jego biadolenia pod nosem.
- O czym ty gadasz?
Nie odpowiedział, tylko machnął na mnie ręką, mrucząc coś nadal do siebie, więc wróciłam do wujka i reszty.
- Max, gdzie Peter? – zawołała Laura. Blondynka stała wyprostowana przy Beth z zaplecionymi ramionami na klatce piersiowej, mierząc Maxa nieustępliwym wzrokiem.
- Obraził się na mnie i powiedział, żebym radził sobie sam. – Usłyszałam za sobą głos chłopaka, zatem jednak poszedł za mną.
Ramiona Laury opadły, a ona pokręciła z politowaniem głową.
- Znowu, Max?
- Przecież żartuję. Coś mu wypadło. – Doszedł wreszcie do naszej grupki. – Siemasz, Marc.
- Znacie się? – spytałam zdziwiona.
- Chodzimy do tej samej szkoły – odparł Marcus. Tymczasem Max podszedł nonszalanckim krokiem do zakłopotanej Tanii i przywitał się grzecznie.
Po prostu musiałam roześmiać się z jego miny, kiedy dziewczyna w odpowiedzi zaczęła trajkotać po hiszpańsku.


***


Niewiele więcej, niż godzinę później, wciąż czekając na przedstawiciela Kręgu, gdy już trochę się zapoznaliśmy – nie, żeby moja obraza na Maxa-psa minęła – wypróbowywaliśmy nasze moce. Jak się dowiedziałam, Max był Wybrańcem Ziemi, czym całkowicie mnie zaskoczył. Nie samym faktem, ale medalionem, który zobaczyłam. Miał szmaragdowy kamień, taki sam, o którym opowiadał mi Will. Byłam ciekawa jak ten medalik dotarł do Maxa i kim były te jego „znajomości”.
Kiedy próbowałam skupić się, aby obudzić w sobie ogień, w moim umyśle w końcu odezwała się Alice.
Musisz chcieć to zrobić, Cat, inaczej nie uda ci się ani opanować tego ognia, ani go obudzić. I pamiętaj, nie bój się go, bo cię zrani – mówiła spokojnym, lecz trochę nerwowym tonem i już wiedziałam, że coś się stało.
Gdzie byłaś? – lekko dziwnie brzmiało to pytanie, zważając na to, że raczej nie mogła ruszyć się nigdzie z mojej głowy.
Miałam małe spotkanie ze starymi znajomymi i… och, znowu.
Co?
Znowu chcą się spotkać.
Uśmiechnęłam się w myślach.
Idź. Przynajmniej przez chwilę nie będzie ci się nudziło.
Ally westchnęła, ale odparła z rozbawieniem:
Chyba wolałabym nudę, niż to, co się tam dzieje.
Na powrót skupiłam się na energii tkwiącej w moim ciele, zamknęłam oczy i próbowałam z całej siły uwolnić z siebie uśpiony ogień.
Otworzyłam gwałtownie oczy, czując ukłucie w płucach, a zanim zdążyłam powstrzymać wystrzeliwującą ze mnie strzałę ognia, ta trafiła w jedno z pobliskich drzew, zapalając je i przyciągnęła uwagę wszystkich tu zgromadzonych.
Krzyknęłam cicho, a trzeźwo myśląca Tania bez problemu ugasiła wodą palące się drzewo. Spuściłam zawstydzona wzrok na swoje dłonie. Piętnastoletnia Tania była lepiej obeznana w panowaniu mocą, niż ja.
Wstydź się, Cat.
- Super – mruknęłam. Kiedy byłam już pewna, że wszyscy wrócili do swoich zajęć, ponownie skupiłam się na swojej mocy, gdy nagle tuż obok mnie coś – lub ktoś – przeleciało.
Max właśnie unosił się nade mną, jak robił to wcześniej Marcus.
- Nie koncentruj się wyłącznie na uwalnianiu mocy, ale również na kontrolowaniu ognia – poradził uprzejmym tonem, choć na ustach igrał mu zawadiacki uśmiech. Tymczasem ja nie mogłam oderwać wzroku od jego nóg, unoszących się w powietrzu.
- Jak to robisz? – Zabrakło mi tchu. Magia.
Brunet uniósł jedną brew.
- Marc też to wcześniej robił, prawda?
- No tak, ale… sądziłam, że dlatego, bo jest elfem…
- Skąd wiesz, że jestem elfem? – Dobiegł mnie podejrzliwy głos samego zainteresowanego.
On tak na poważnie?
Odrzuciłam od siebie ochotę rzucenia w elfa czymś ciężkim, a najlepiej ogniem.
Max zakaszlał głośno, a jego wargi mocno drżały od powstrzymywanego śmiechu.
- Zgadywałam. – Wywróciłam oczami do Maxa, a on opadł na ziemię z lekkim tupnięciem.
- Teraz wiemy już stuprocentowo, że elfy są głupie – szepnął do mnie teatralnie, a mnie już nie udało się ukryć uśmiechu.
Jednak niespodziewanie chłopak zniknął mi sprzed oczu i pojawił się znikąd tuż obok mnie. Po raz kolejny tego dnia wytrzeszczałam oczy.
- Jak ty…
- Ty też będziesz to umieć – powiedział pocieszającym tonem, klepiąc mnie po barku, a ja nie mogłam przez kilka sekund normalnie się wysłowić. W końcu odparłam na wydechu:
- Nie wierzę.
- Sama zobaczysz. I to już niedługo, bo… - Nagle zatkał sobie dłonią usta, robiąc przestraszoną minę. – A… ty nie wiesz.
- Czego nie wiem? – ożywiłam się.
Chłopak pokręcił tylko głową, nie odrywając ręki od ust, więc ja spróbowałam zrobić to za niego.
- Czego nie wiem?!
- On ma rację, Catherine – odezwał się za mną chłodny głos, więc odwróciłam się prędko w jego stronę i zobaczyłam przed sobą wysoką, bladą kobietę o stalowym spojrzeniu. – Ty też będziesz to potrafić w odpowiednim dla ciebie czasie.
Niezdolna do jakiegokolwiek ruchu stałam sztywno, uziemiona pod spojrzeniem kobiety, która to kilka dni temu nawiedziła mnie w moim pokoju.
- Witaj, Mercy – zawołał wujek Jack ze swojego miejsca pod jednym z modrzewi. A więc to jest ta Mercy? Ciekawe.
Nie wygląda na kobietę z kryzysem – pomyślałam, przyglądając się jej twarzy bez zmarszczek i zaraz przeklęłam się za te myśli. Przecież ona mogła je usłyszeć!
Zmroziło mnie jeszcze bardziej, gdy Mercy zerknęła na mnie przelotnie, odrobinę łagodniejszym wzrokiem, więc poczułam delikatną ulgę.
- Witajcie wszyscy – powiedziała głośno. – Nie przeciągając, wasza czwórka – spojrzała na mnie, Maxa, Tanię i Marcusa – ustawi się w jednym szeregu. Reszta – tu popatrzyła pod drzewa – niech się nie zbliża.
Ustawiliśmy się tak jak kazała, a ona stanęła przed nami, jej długa czarna suknia powiewała za nią na wietrze. Peleryna, którą miała na sobie, zakrywała niemal całą ją kreację, kaptur naciągnięty był na głowę tak, że znów nie mogłam zobaczyć jak Mercy wygląda w całości. Widziałam tylko śliczną twarz z krwistoczerwonymi ustami, zielono-szare połyskujące oczy, lecz wciąż chłodno kalkujące i wystające czarne warkocze spod kaptura. Zastanawiałam się ile może mieć lat, bo wyglądała na niewiele starszą ode mnie, ale wątpiłam, by dwudziesto-paroletnia kobieta mogła być członkinią Kręgu.
Mercy zmierzyła nas władczym wzrokiem i przemówiła:
- Nazywam się Mercedes Johnson i jestem członkinią Kręgu od samego jego początku. Niektórzy z was poznali mnie już wcześniej, inni mają tę nieprzyjemność dopiero dziś – mówiąc to, wykrzywiła lekko usta w coś na wzór uśmiechu. – Zwracajcie się do mnie po imieniu, na razie tylko tyle trzeba wam wiedzieć. – Odsunęła się na bok, stając najbliżej Tanii. – Teraz dacie mały pokaz waszych mocy, następnie omówię z wami kilka spraw i będziecie wolni. Dzisiejsze spotkanie nie będzie trwało długo, bo jestem potrzebna gdzie indziej, a i wy z pewnością macie własne sprawy w sobotnie popołudnie.
Może i tak, ale podobno w Krainie czas się zatrzymuje – pomyślałam z konsternacją. Zmarszczyłam lekko brwi, postanawiając, że potem zapytam o to wujka.
Kobieta, nie czekając na reakcję z naszej strony, popatrzyła na Maxa i Marcusa.
- Wy zaczniecie pierwsi; Maximillian zaprezentuje swoją siłę ziemią, a Marcus zrobi coś z nią za pomocą powietrza. Będzie to również lekcja współpracy.
Chłopcy wyszli kilka kroków przed szereg. Max, całkowicie koncentrując swoją uwagę na trawie, przymknął powieki. Chwilę później ziemia pod naszymi stopami zaczęła drgać i wtem, kilka metrów dalej, wyżłobiło się koło z gruncie i cała ta grudka wyskoczyła do góry. Co mnie najbardziej zaskoczyło to, to że ani razu z tej masy nie posypała się ziemia, grudka pozostawała spójną całością.
Niezwykłe – pomyślałam z podziwem, ale po chwili jeszcze bardziej on urósł, ponieważ do akcji wkroczył Marcus.
Podniósł przed siebie ręce, a wiatr zawirował wokół niego, wprawiając jego długie włosy oraz kurz w taniec. Nie wiem jak to zrobił, lecz tornado przeniosło się z niego na tę, wciąż wiszącą w powietrzu, grudkę ziemi i moment później wszystko znikło – wirujący wiatr i ziemia. Nawet nic się nie posypało, po ziemi nie było śladu.
Nie miałam pojęcia jak taka akcja miała pomóc w walce, ale pokaz wprawił mnie w oszołomienie.
Dołączyłam się do oklasków, jakie otrzymali chłopcy, bo to wyglądało niesamowicie. Domyślałam się, że Max i Marcus musieli już wcześniej ze sobą ćwiczyć, bo wątpiłam, czy wyszłoby im coś takiego za pierwszym razem.
Przyszła pora na mnie i Tanię, ogień oraz wodę. To musiało się nie udać, zwłaszcza ze względu na mnie, bo w ogóle nie miałam wprawy we władaniu ogniem, nie to, co Tania z wodą.
Mercedes, która nie skomentowała poprzedniego wstępu żadną reakcją, spojrzała teraz na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
- Ty, Cat, z całą kontrolą mocy musisz puścić strzałę ognia w drewienko, tylko drewienko, które zaraz położy tam Jack. – Wskazała palcem miejsce jakieś dwadzieścia metrów dalej, gdzie stał stolik, do którego zmierzał wujek z czymś w rękach.
Chyba sobie żartuje – pomyślałam – ja zapalę od razu cały stolik!
- Twoje zadanie nie kończy się na tym. Gdy Tania będzie chciała zgasić płomień, ty musisz go utrzymywać nadal wyłącznie na drewienku, rozumiesz? To już nie jest lekcja współpracy, a potęgi swoich sił. Oczywiście nie zapędź się za bardzo, bo nie wiem czy później Tania będzie w stanie ugasić cały las.
Potaknęłam pod jej wyczekującym wzrokiem, nie mogąc jednak uwierzyć w to, co nam zadała, co zadała mnie. Jak mogła mi to robić na pierwszej lekcji? Myślałam, że wie, iż mam problemy z kontrolowaniem ognia, a bawienie się nim wcale nie uważałam za dobrą zabawę.
- Ale, Mercy… - Niespodziewanie zaczął sprzeciwiać się czemuś Max, ale kobieta szybko uciszyła go zimnym wzrokiem, najwyraźniej już odczytując jego myśli.
- Maximillianie, wiem, co robię. Nie waż mi się sprzeciwiać. – Spodziewałam się, że Max potulnie spuści wzrok, lecz on uparcie wpatrywał się w jej oczy. Mercy chyba spodobała się jego odwaga, bo nie patrzyła już tak zimno.
- Max właśnie chciał zaprotestować, żebym nie rzucała ciebie od razu na głęboką wodę, gdy wiem, że nie panujesz w pełni nad swoim żywiołem. Jednak ja w ciebie wierzę, Cat. Kiedy wreszcie skupisz się na mocy, która w tobie siedzi, to ci się uda. Jesteś naszą najniebezpieczniejszą bronią, ponieważ ognia boi się każdy, dlatego trzeba cię doskonalić, bo może okazać się, że nasi wrogowie, zamiast cię zabić, będą chcieli cię przejąć i użyć przeciwko nam. Lepiej, byś w takiej sytuacji kontrolowała już siebie, prawda?
Słysząc jej twarde słowa moje przerażenie zamiast zniknąć – jak zapewnie chciała – dodatkowo się spotęgowało. Więc jeszcze się okazuje, że może zdarzyć się tak, że będę mogła im zaszkodzić, a nie pomóc?
Czemu ja?!
- Mercy, nie przesadzaj… - Usłyszałam głos wujka, lecz nie potrafiłam na niego spojrzeć, czując się jak spetryfikowana.
- Nie przerywaj mi, Jack – powiedziała Mercy przez zaciśnięte zęby i dostrzegłam w jej oczach zirytowanie. Najwyraźniej nie podobało jej się, że nikt nie popiera jej idei. Przyłożyła palce do skroni, szybko je masując. – Dobrze, dość gadania.
Odwróciła się do Tanii i przemówiła do niej gładko po hiszpańsku z doskonałym akcentem, wprawiając tym nas osłupienie. Gdy Mercy skończyła mówić, piętnastolatka skinęła głową ze zrozumieniem. Widząc to, wystąpiłam przed szereg, całkowicie koncentrując swoją uwagę na drewienku, które ledwie widziałam.
Spokojnie, Cat, spokojnie, wszystko będzie dobrze, uda ci się, po prostu skup się w końcu, do jasnego diabła, na ogniu!
Czując, że sama nie zdołam się uspokoić, potrzebowałam pomocy Alice.
Ally, pomóż! – zawołałam płaczliwie w myślach, lecz, ku mojemu rozczarowaniu, nic mi nie odpowiedziała. Czyżby dalej uczestniczyła w tamtym „spotkaniu”? Akurat teraz musieli urządzić sobie pogawędkę przy herbatce?!
Wpatrywałam się spod rzęs w mały przedmiot i oddychałam głęboko, chcąc z pełnym opanowaniem uwolnić z siebie moc. Niestety za pierwszym razem mi się nie powiodło, bo nagle poczułam jak ogień z impetem próbuje się ze mnie wyrwać, więc zacisnęłam pięści i jedynie poczułam w nich mrowienie. Spojrzałam w dół, a gdy zobaczyłam niewielkie płomyki wymykające mi się spomiędzy palców, byłam tak zaskoczona, że szybko otworzyłam dłoń i ogień jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął.
Byłam przerażona i zszokowana, ale… spodobało mi się to. Nie tylko pomarańczowe płomyki, które latały beztrosko naokoło mojej ręki, ale także te uczucie wcale mnie nie krzywdzące, a wręcz łaskoczące.
Uśmiechnęłam się do siebie i ponownie powoli uwalniałam z siebie moc, spokojnie patrząc na drewienko, a potem – czując gorąco przepływające mi przez żyły w ramionach – podniosłam ręce do góry. Rozwarłam dłonie, wraz z palcami uwalniały się pojedyncze kosmyki ognia, które świeciły tak promiennie i pięknie, że prawie zapomniałam o swoim celu.
Znów skoncentrowałam się na drewnie i kierując wierzch dłoni w tamtym kierunku, siłą umysłu wysłałam w niego prawdziwą strzałę ognia. Płomień w mig dotarł do przedmiotu, natychmiast zajmując go ogniem, ale jeszcze nie byłam całkiem zadowolona, bo to była dopiero połowa zadania.
Kątem oka dostrzegłam ruch. To była woda, która poleciała w stronę mojego drewienka. Zaskoczenie mimowolnie pojawiło się w mojej głowie i straciłam panowanie nad ogniem, który ugasiła woda.
Jęknęłam zawiedziona, a jednocześnie zawstydzona tym jak zniszczyłam swoje postępy. Już udało mi się opanować ogień, a tu taka klapa z powodu głupiej dumy.
- Nie poddawaj się, Cat! – zawołał Jack i kiedy zerknęłam w bok, dostrzegłam go pod drzewami i uśmiechnęłam się do niego lekko.
Zamknęłam oczy, wzięłam kilka głębokich wdechów i znowu przywołałam do siebie ogień, tym razem z większą wiarą w swoje możliwości.
Radośnie powitałam delikatne mrowienie w dłoniach i już po chwili po raz kolejny mogłam podziwiać małe płomyki, jednak tego nie zrobiłam, tylko praktycznie rzuciłam je w drewno.
Byłam zmęczona dzisiejszym dniem i chciałam po prostu wracać do szkoły. Jednak najpierw musiałam zakończyć swoje zadanie, które znowu mi się nie udało. Odpłynęłam na chwilę w swoje myśli i zanim się obejrzałam, Tania ugasiła moje dzieło.
Nie poddając się, cały czas paliłam drewno od nowa – które, tak na marginesie, prawdopodobnie było zaczarowane ognioodpornością, bo wciąż stało całe i zdrowe – aż w końcu, wykończona, ostatni raz wściekle rzuciłam ogniem w pal i skupiłam na płomieniu całą siebie, zaciskając mocno zęby oraz pięści. Tania także wkładała całą moc w ładowaniu, ile można, wody w palące się drewno i teraz obserwowałam jak czerwony ogień walczy z błękitnym strumykiem. Zawzięta trzymałam ogień w miejscu, nie chcąc znowu przegrać i tym razem, to Tania odniosła porażkę, a ponieważ nastąpiła w końcu jakaś „walka” zadanie było skończone.
Pozwoliłam sobie na pełen zadowolenia uśmiech, oddychając głośno. Prawie nie zwróciłam uwagi na oklaski, których kompletnie nie oczekiwałam po tak nudnym dla widzów zadaniu.
Ulga zalała mi klatkę piersiową, jednak zmęczenie również zaczęło ogarniać moje ciało, dlatego usiadłam na trawie, aby nabrać sił.
Po króciutkim odpoczynku znowu stanęłam w szeregu z młodszą dziewczyną, która ocierała spocone czoło powolnymi ruchami. Ciekawa byłam, czy ja też wyglądałam na tak wyczerpaną. Odwzajemniłam wzrok Mercedes, która niemal się do mnie uśmiechała. Zmęczenie nie dało mi odczuć – po raz kolejny tego dnia – zdumienia.
- Sami widzicie, jacy jesteście już zmęczeni, zatem nie będę przedłużać – odezwała się czarnowłosa, spacerując przed nami i obserwowała otoczenie. – Nie dużo dzisiaj się nauczyliście, ale przynajmniej niektórzy z was zdołali opanować moc. Co najważniejsze, wreszcie wszyscy się poznaliście i wiecie, że nie jesteście w tym wszystkim sami. Są wasi doradcy, Kapłani, Krąg także wam nieraz pomoże, no i macie siebie – mówiła, a ja zerknęłam zaciekawiona na Tanię, w jaki sposób ona to wszystko rozumie i zauważyłam, że stoi obok niej Beth, i wszystko jej tłumaczy. Wcześniej jej tam nie widziałam.
- A jak możemy spotykać się bez teleportowania w inne… miasta? – spytał Marcus, również zerkając na Tanię. Domyślałam się, o czym pomyślał – jak możemy spotykać się bez teleportowania na inne kontynenty.
- Do tego właśnie zmierzam, Marcusie. Kiedy będziecie mieli potrzebę, aby spotkać się z którymś z Wybranych, to dotknijcie swoich medalionów, wymawiając formułkę „Zabierz mnie do…” i powiedzcie, do którego z Wybranych chcecie się wybrać lub – jeżeli będziecie chcieli spotkać się ze wszystkimi – po prostu „Zabierz mnie do Wybranych”. Wtedy wszyscy dostaniecie sygnał przed medalion, ostrzegający was przed teleportacją, a potem przeniesiecie się tutaj, do Krainy Przestrzeni. Wszystko jasne?
Potaknęłam, tak jak reszta, a na twarzy Mercedes w końcu pojawił się uśmiech.
- Niezmiernie miło mi było was wszystkich poznać. Do zobaczenia wkrótce. – Kiwnęła nam na pożegnanie głową, uśmiechnęła się do doradców, następnie odwróciła się, ruszyła parę kroków przed siebie i nagle rozpłynęła się w powietrzu, tak jak wtedy w moim pokoju.
Całe napięcie ze mnie uciekło, a do ciała wróciło całe wyczerpanie i zachwiałam się lekko od nadmiaru wrażeń. Wtem poczułam jak ktoś obejmuje mnie mocno w pasie i przyciąga do siebie. Zaskoczona wyrwałam się prędko i zobaczyłam, kto był taki odważny – Marcus. Warknęłam w duchu zirytowana. Elf robił się denerwujący.
- Co ty robisz? – Wpatrzyłam się w niego ze złością i podejrzliwością. Już jego oczy nie robiły na mnie takiego wrażenia, gdy byłam zła oraz zmęczona.
- Upadłabyś – odparł elf urażonym tonem. Wzniosłam oczy ku zachmurzonemu niebu.
- Ale nie musiałeś od razu mnie przytulać!
- Chciałem tylko pomóc – powiedział oburzony i odszedł płynnym krokiem w stronę Laury.
Wpatrywałam się w jego plecy z irytacją, odrzucając od siebie wyrzuty sumienia, gdy koło mnie pojawił się Max, znów robiąc te swoje sztuczki ze znikaniem. Niepostrzeżenie pochylił się w moją stronę, także patrząc za Marcusem i zachichotał.
- Ktoś chyba się zakochał.
- Cicho, kundlu – warknęłam.
Max, nie przestając się śmiać, odszedł w swoim kierunku, a pod lasem zamienił się w wilka – wyjącego wesoło – i pobiegł między drzewa.
- Cóż za radosny człowiek – powiedział Jack, podchodząc do mnie. Pokiwałam głową ze znużonym uśmiechem.
- Nie da się ukryć, wariat. – Zboczony wariat, chciałoby się powiedzieć, ale nie chciałam mieszać w te sprawy wujka.
Poklepał mnie po głowie, jak małą dziewczynkę i skinął ręką, bym ruszyła za nim.
- Cieszę się, widząc, że się dogadujecie. Nie wszyscy, ale kiedyś jeszcze się zaprzyjaźnicie. – Zgodziłam się, zamyślona, rozglądając się wokoło. Nikogo już nie było.
- Wracajmy. – Jack złapał mnie za dłoń, gdy przed nami ukształtowała się wielka kula, o wiele szybciej niż wcześniej, i odeszliśmy z tej pięknej krainy, do której byłam stuprocentowo pewna, że będę wielokrotnie wracała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz