Znikąd, przede mną
zaczęła formować się nie całkiem przejrzysta bańka mydlana, przybierając
kształty rosłego mężczyzny, aż w końcu wypełniła cały składzik na piętrze, w
domu Liz.
Nie mogłam ukryć
zachwytu, gdy wewnątrz delikatnej kuli, w szarej mgiełce, pojawił się obraz
ogromnej polany – niczym w kuli wróżbitki – otoczonej wysokimi drzewami oraz
krzewami, które, w niezgodzie z obecną porą roku, miały pąki liści i kwiatów.
Oczarowana podeszłam
o krok do bańki i wyciągnęłam dłoń, pragnąc znaleźć się już po drugiej stronie,
lecz wujek Jack, przez cały czas obserwujący moją reakcję, złapał mnie za ramię
i pokręcił ostrzegawczo głową.
- Jeszcze nie –
powiedział, a widząc moją rozczarowaną minę, dodał: - Musimy poczekać, aż
uformuje się cały obraz, bo inaczej utkniemy w międzyprzestrzeni.
Nigdy w życiu nie
słyszałam o żadnej międzyprzestrzeni,
ale sądząc po poważnej minie wujka, znalezienie się w tym miejscu nie jest
jedną z najprzyjemniejszych rzeczy.
Westchnęłam cichutko
i skrzyżowałam ramiona na piersiach, wpatrując się ze skupieniem w doskonalący
się kontur krainy. Teraz mogłam dostrzec też niewielki domek wsunięty w drzewa,
a obok niego pojedyncze dzikie zwierzęta stąpające ostrożnie wokół chaty w
poszukiwaniu jedzenia.
Nagle zza drzew
wyłoniła się dwójka ludzi, samą swoją obecnością płosząc sarenkę oraz jelenia
najbliżej nich i zwierzęta uciekły do lasu, kończąc tę sielankę. W bańce ludzie
byli niewyraźni, nie mogłam nawet określić ich płci, ale Jack domyślał się, kto
to. Szczerze mówiąc, ja też.
- Widzę, że powoli
gromadzą się – mruknął, odgarniając od niechcenia kosmyki włosów, wpadające mu
do oczu.
- Kto? – zadałam
retoryczne pytania i tak znając na nie odpowiedź.
- Wybrani, któżby
inny?
Zmarszczyłam czoło,
znowu czując ogarniający mnie stres przed całym tym spotkaniem. Wujek rzucił mi
przelotne spojrzenie, a gdy zobaczył moją zmartwioną minę, zatrzymał na mnie
dłużej wzrok i uśmiechnął się pokrzepiająco, poklepując mnie po ramieniu.
- Nie denerwuj się
tak, Cat! Przecież cię nie zjedzą. – Uśmiechnął się szerzej, kiedy na niego
spojrzałam.
Nie byłabym tego taka pewna – pomyślałam z przekąsem.
- Cat, chyba nie
chcesz, bym opowiedział o twoich obawach naszej straszliwej koleżance? – spytał Jack, mrugając do mnie, widząc, że
jego poprzednie słowa nie wywołały spodziewanego efektu. – Wtedy na pewno
poświęci ci więcej uwagi…
Wzdrygnęłam się,
wspominając te szkarłatne oczy i pokręciłam przecząco głową, zmuszając
zdrętwiałe wargi do uśmiechu.
- Nie, nie, nie ma
takiej potrzeby – powiedziałam szybko, a mężczyzna uśmiechnął się z
błyszczącymi oczami, usatysfakcjonowany, i bardzo mi w tym momencie przypominał
Lizzie, jego młodszą kopię. Obydwoje byli wrednymi, szantażującymi mnie
osobami.
Nie spuszczając z
ust uśmiechu, przemówiłam w myślach.
Alice?
Tak?
Pomożesz mi, prawda?
– spytałam błagalnie, a ona zaśmiała się, tak samo beztroska jak Jack.
Oczywiście, lecz wątpię, by była potrzebna ci
jakakolwiek pomoc, oni naprawdę nie gryzą.
Co nie zmienia
faktu, że wszystko wywraca mi się w żołądku.
Weź kilka głębokich oddechów i samo przejdzie.
Jasne – mruknęłam,
ale odetchnęłam kilkanaście razy, aż w końcu przyszedł czas na przejście na
drugą stronę.
Zacisnęłam nerwowo
pięści, chociaż nurtowała mnie jeszcze jedna sprawa.
- Nie zauważą naszej
nieobecności? – spytałam sceptycznie, gdy tymczasem wujek pochylał się przed
bańką, coś sprawdzając. Nie od razu odpowiedział, wpatrując się w obraz w kuli,
a potem odwrócił do mnie głowę.
- Myślą, że
zaprowadziłem cię na strych, by pokazać ci rzeczy twojego pradziadka. Musisz wiedzieć,
że kiedy wejdziemy to tej krainy, to czas dla nas się zatrzyma.
- Łał – rzuciłam
jedyne, co przyszło mi na myśl i złapałam mocno rękę wujka, którą do mnie
wyciągnął.
Chwilę przyglądał
się jeszcze kuli, poczym ostatecznie pociągnął mnie przez cienką oraz śliską
ścianę bańki mydlanej. Zamknęłam oczy, bojąc się, że to przejście może skończyć
się jakimś upadkiem czy też będzie to coś w stylu teleportacji, ale nic takiego
się nie wydarzyło. Uczucie równało się z normalnym wejściem do pokoju, w którym
panował przeciąg, bo tylko lekko we mnie dmuchnęło.
Zanim otworzyłam
oczy, do moich uszu doszło ćwierkanie ptaków, w nozdrzach poczułam zapach
trawy, lasu i kwiatów, a gdy w końcu uniosłam powieki, mogłam podziwiać piękno
tego nowego miejsca. Słońca jednak nie widziałam, ponieważ schowane było za
chmurami, które obsiewały niemal całe niebo. Było pochmurno, ale niczego mi nie
brakowało do zachwycania się na nowo niby-wiosną.
Kończąc szybkie
oglądanie otoczenia, dostrzegłam niedaleko nas tamtą dwójkę osób, która teraz
się odwróciła, zapewne słysząc hałas, jaki wywołaliśmy przechodząc przez
portal, jak go nazywał Jack.
W naszym kierunku
zmierzała starsza kobieta wraz z czarnowłosą dziewczyną, chyba nawet młodszą
ode mnie. Twarz starszej rozjaśnił uśmiech na nasz widok, a może widok wujka.
- Jack! – zawołała
uradowana, krocząc ku nam, a za nią wlokła się brunetka, mierząc nas ostrożnym,
lecz nie wrogim, spojrzeniem. Nie mogłam zignorować jej o wiele ciemniejszej
karnacji ode mnie, co przywodziło mi na myśl geny z Ameryki Południowej, bo tak
się opalić na pewno nie mogła przy naszej porze roku.
- Jack, mój drogi,
jak my dawno się nie widzieliśmy – powiedziała kobieta, scałowując policzki
mężczyzny, który wydawał się nie tyle znużony, co zirytowany jej wylewnością. –
Nie wiem czy słyszałeś, ale nasza Mercy podobno ma kryzys? – dodała
konspiracyjnym szeptem.
Uniosłam zaskoczona
brwi, słysząc jej słowa jak i ton. Dopiero się przywitała, a już sypie
plotkami?
Tak czy siak,
kimkolwiek była Mercy, Jack wyglądał na rozbawionego myślą, że mogłaby ona mieć
jakikolwiek kryzys i jedynie wzruszył ramionami.
- Mnie też miło jest
cię widzieć, Beth. – Uścisnął jej dłoń na powitanie, następnie położył dłoń na
moim ramieniu, lekko je ściskając. – Poznajcie Cat…
- Och, to ty Cat,
witaj! – przerwała mu Beth, pochyliła się w moją stronę i pocałowała mnie mocno
w policzek, a jej miedziane włosy – z bliska było widać, że u nasady robią już
się siwe (trudno było stwierdzić czy to farba schodziła z jej włosów, czy po
prostu kobieta siwiała) – powpadały mi do oczu. Starałam się nie wzdrygnąć,
więc uśmiechnęłam się słabo i przeniosłam wzrok na dziewczynę wpatrującą się we
mnie wielkimi piwnymi oczyma.
Jack westchnął i
kontynuował:
- …a ty, Cat, poznaj
Beth, doradcę Kręgu i Tanię, Wybrankę Wody.
Skinęłam głową, a
oczy mimowolnie mi się rozszerzyły od tych, wciąż mnie zadziwiających,
informacji, lecz nim zdążyłam przywitać się z nowym sprzymierzeńcem, Beth odwróciła się do Tanii i zaczęła mówić do
niej w innym języku. Od razu zorientowałam się, że to hiszpański.
Spojrzałam pytająco
na wujka, a ten ponownie westchnął i szybko wyjaśnił.
- Tania jest
Hiszpanką. Beth specjalnie ją stamtąd dzisiaj przeniosła, a dużym plusem jest,
że zna hiszpański, bo dziewczyna zna tylko podstawowe zwroty po angielsku.
- Trudno będzie nam
się dogadać – stwierdziłam kwaśno, przyglądając się z konsternacją poruszającym
się w zabójczym tempie wargom Tanii, która wyraźnie tłumaczyła coś swojej
towarzyszce, sądząc po jej zirytowanym wzroku.
Dawno temu uczyłam
się hiszpańskiego, więc próbowałam wychwycić pojedyncze słówka, jednak z marnym
skutkiem. Podczas gdy w szkole uczyła nas zaledwie studentka hiszpańskiego, to
teraz miałam styczność z rodowitą Hiszpanką, w dodatku nie znającą prawie w
ogóle mojego języka.
Cudownie – pomyślałam
– tylko czekać, aż pojawi się ktoś z Niemiec albo Egiptu.
Nic się nie bój, to jest jedyne osoba zza granicy.
Mówiłam ci o niej, pamiętasz? –
spytała Ally, jak zwykle uspokajającym tonem.
Musiałam ukryć
zaskoczenie wkradające się na moją twarz.
To ona? – Nie mogłam
jednak ujarzmić zdziwienia w moim umyśle. – Myślałam, że mówiłaś wtedy o
chłopaku.
Użyłam słowa „osoba”.
Mówiłaś o tej
osobie, jak o chłopaku – żachnęłam się.
Usłyszałam mentalne
mruknięcie zirytowania.
A czemu ci tak zależy, żeby to był chłopak?
Zanim zdążyłam coś
odpowiedzieć, dodała: - Zatem źle
słyszałaś, nie kłóć się ze starszymi.
Tak właściwie, to
ile ty masz lat? – Byłam autentycznie zaciekawiona.
Zbyt dużo, by twój umysł mógł to pojąć.
Chyba nie jesteś
niedołężną star…
Skup się na rzeczywistości, Cat! – skarciła mnie Alice, choć wiedziałam, że
specjalnie unika rozmowy o swoim wieku. Jak sobie chce i tak w końcu dowiem się
ile lat ma moja Kapłanka.
Zgodnie z jej
rozkazem skupiłam się otaczającym mnie świecie, zauważając, że Tania znowu
wpatruje się we mnie, tylko że teraz jej śniadą twarz zdobił nieśmiały uśmiech.
Niepewnie wyciągnęła
przed siebie drżącą rękę, mówiąc:
- Cześć, jestem
Tania.
Żadnych zbędnych
dodatkowych słów, po prostu przywitała się jak grzeczność nakazywała. Akcent miała
wyraźnie słyszalny, wkradło jej się również jakieś hiszpańskie słówko na koniec
wypowiedzi, którego nijak nie potrafiłam zidentyfikować. Żałowałam w tej
chwili, że zamiast słuchać na lekcjach hiszpańskiego, to gadałam z Liz.
Cóż, byłyśmy młode i
głupie. Nadal jesteśmy.
Delikatnie
uścisnęłam jej dłoń, bo obawiałam się, że mocniejszy uścisk mógłby zmiażdżyć
jej rękę. Absurdalne, ale co mogłam poradzić na to, że wydawała się taka mała i
krucha.
- Cat. –
Odwzajemniłam śmielej jej uśmiech i dodatkowo przedstawiłam się po hiszpańsku,
dumna z siebie, że chociaż to zapamiętałam z podstawówki. Zarobiłam tym
przyjaźniejsze spojrzenie.
Puściłam jej rękę, a
ona nie odrywając ode mnie ciemnych oczu, zaczęła mówić coś do Beth i
przycisnęła dłoń do piersi. Dopiero wtedy zauważyłam na jej dekolcie małe
wypuklenie pod czarnym golfem, którym niewątpliwie był medalion. Zabłysły mi
oczy z czystej ciekawości i podekscytowania. Zastanawiałam się, czy jej kamień
był równie piękny, co mój.
Z trudem oderwałam
wzrok od jej sylwetki i spojrzałam na mężczyznę obok, który obserwował nas
szeroko uśmiechnięty, a jego mina mówiła „A nie mówiłem?”. Jeśli reszta
zapoznania z Wybranymi pójdzie tak samo dobrze, to później z pewnością przyznam
mu rację.
Jednakże teraz wciąż
byłam zainteresowana osobą Tanii. Jak dla mnie była zbyt… zbyt dziecinna jak na
Wybraną. Nie chodziło mi o charakter, raczej o sam wygląd, jej drobną posturę.
- Ile ona ma lat? –
zapytałam cicho, by tamte nie usłyszały. Wujek skupił spojrzenie na mojej
twarzy, wyrwany z letargu i po raz pierwszy od dłuższego czasu dostrzegłam w
jego oczach zaniepokojenie zmieszane ze zmartwieniem.
- Piętnaście. –
Zacisnął usta z wyraźną dezaprobatą.
Zaschło mi w gardle
i zerknęłam na nieśmiałą Tanię, nieświadomą swojego losu, który jej przypisano.
Przypisanego zaledwie dziecku i to jeszcze tak niewinnemu.
Alice, a czy nie
mówiłaś mi, że moce ujawniają się dopiero od dwudziestego roku życia? –
zapytałam w myślach swoją Kapłankę.
Żywioły mają swoje kaprysy, sama już się o tym
przekonałaś.
Pokręciłam lekko
głową, widząc w oczach Jacka takie same uczucia, które mną miotały. Tak samo
jak ja nie był zadowolony z doboru niektórych Wybranych, ale widocznie nie
wchodziło w grę jakiekolwiek głosowanie czy wybieranie nas przez Krąg. Wszystko zależało od żywiołów i medalionów.
Właśnie chciałam
wyrazić głośno swój żal zaistniałą sytuacją, lecz nie dalej, niż dziesięć
metrów od nas rozległ się głośny trzask i zmaterializowała się tam kolejna
dwójka osobników.
Po raz kolejny tego
dnia poczułam niepewność, teraz nawet większą, bo tymi osobami była kobieta,
niewiele młodziej wyglądająca od Beth i chłopak około mojego wieku. Bez
wątpliwości rozpoznałam Wybranego, zwłaszcza dlatego, bo na szyi jasnowłosego
młodzieńca dyndał medalion z przezroczystym kamieniem osadzonym w czarnym
metalu.
Jednak w przypadku
tego Wybranego to nie medalion przykuł moją uwagę, a sam przybysz.
Twarz miała
delikatne rysy, kształtem przywodziła na myśl kobietę, ale, na szczęście, było
też coś męskiego w tej kremowej buzi. Prosty i długi nos, niczym u arystokraty,
wąskie usta, wysokie czoło pod chmarą długich jasnobrązowych włosów. Jego pełne
zainteresowania, duże lazurowe oczy niemal natychmiast spoczęły na mnie, gdy
tylko tutaj się pojawił. W jego wzroku było coś takiego, że poczułam gorąco w
policzkach i spuściłam głowę, chcąc uniknąć oceniającego spojrzenia.
Byłam pewna, że ta,
chwilę zaledwie trwająca, sytuacja dla kogoś postronnego mogłaby wyglądać tak,
jakby on mi się spodobał, bo musiałam wyglądać na jakąś zawstydzoną nastolatkę,
ale to nie było to. Te spojrzenie… aż ciarki przechodziły.
Poza tym nie
gustowałam w elfach – pod tym lśniącymi włosami dostrzegłam spiczaste uszy. Nie
chodziło, broń Boże, o dyskryminację innych gatunków czy inne takie, po prostu
dla mnie te istoty były zbyt delikatne
i piękne – zwłaszcza samce – wręcz idealne, a ja tego nie lubiłam.
Może dlatego że dla
mnie nikt nie mógł być idealny, bo idealnych istot nie ma, a większość elfów
właśnie za takie się uważała.
Beth, wiercąca się
cały czas obok nas, ponownie się rozpromieniła, a jej niebieskie oczy porażały
mnie swoim blaskiem.
- O, jest i Laura! –
zawołała i popędziła do nowoprzybyłych, ciągnąc za sobą Tanię. Współczułam jej,
mimo że Beth wydawała się sympatyczną osobą, choć chyba miała problemy z
nadmierną energicznością.
- Nigdy nie znudzi
jej się latanie tam i z powrotem – mruknął do siebie Jack i zmrużył oczy,
wpatrując się w grupkę rozmawiających już ze sobą ludzi. – Ach, wzrok już nie
ten sam. Ale widzę, że to nasz piękniś Marcus i… chyba wpadłaś mu w oko –
dokończył ze złośliwym uśmiechem, zerkając na mnie.
Zarumieniłam się
jeszcze bardziej, stwierdzając, że wujek w rzeczywistości ma rację, bo elf w
dalszym ciągu wpatrywał się we mnie. Chciałam schować się Jackiem, byleby tylko
uciec spod jego spojrzenia. Miałam jednak dziwne przeczucie, że prześwietliłby
wzrokiem nawet tego mężczyznę.
Mogłam więc tylko
wykręcać nerwowo dłonie oraz podrygiwać w miejscu i rzucać krytyczne spojrzenia
wujkowi.
Gdy reszta członków
naszego spotkania zaczęła zwracać się w naszą stronę, naprawdę chciałam uciec,
gdzie pieprz rośnie.
Usłyszałam cichy
śmiech i w pierwszej chwili myślałam, że to Jack, ale chichot rozbrzmiewał w
środku mojej głowy.
To wcale nie jest
śmieszne!
Wcale
– zgodziła się Ally, nie ukrywając rozbawienia w głosie i znowu zachichotała. –
Gdybyś… - przerwała nagle, co mnie
zaniepokoiło.
Ally?
Och –
wydukała po chwili niepewnie. – Po
prostu… ja nie… muszę na chwilę zniknąć.
Chyba naprawdę
zniknęła, bo w moim umyśle pojawiła się dziwnie znajoma pustka.
Alice?
Zero odzewu.
W tym samym momencie
dotarło do mnie brzmienie melodyjnego głosu.
- Witaj.
Otrząsnęłam się z
zamyślenia i podniosłam powoli wzrok na piękną twarz Marcusa. Aż bolało
patrzeć, dosłownie.
Zerknęłam szybko w
bok i zobaczyłam, że Jack ulotnił się, stał teraz razem z Tanią oraz dwiema
kobietami, patrząc w naszą stronę radośnie. Posłałam mu mordercze spojrzenie.
Nieraz naprawdę zachowywał się identycznie, jak Lizzie, jak Boga kocham.
Chrząknęłam cicho,
świadoma wwiercających się we mnie przenikliwych oczu i oczyściłam gardło.
- Hej – mruknęłam,
podając mu dłoń.
- Marcus Peterson. –
Uścisnął moją wyciągniętą rękę.
- Cat Jones. –
Spróbowałam uśmiechnąć się, lecz pod wpływem jego spojrzenia oniemiałam.
Czy musiał tak
patrzeć?! Tak prowokująco i jednocześnie… niewinnie?
Niespodziewanie
zapragnęłam całym sercem wrócić pod chłodne oraz zaciekawione spojrzenie Willa,
niż znosić te Marcusa.
Chłopak puścił moją
dłoń i nagle uniósł się nad ziemię, wprawiając mnie w jeszcze większe
oniemienie, ale utrzymywałam kamienną maskę, nie chcąc zbierać szczęki z ziemi.
Do czasu.
Westchnęłam
zaskoczona, gdy szybko przepłynął
wokoło mnie, przyglądając mi się z każdej strony. Nie podobało mi się to, ale,
na całe jego szczęście, znów stanął przede mną twardo na ziemi, wznosząc wokół
siebie tumany kurzu, które oplotły go, jak tornado i w jednej chwili zniknęły.
Pozer
– pomyślałam kwaśno, jednak oszołomienie nie chciało mnie jeszcze długo
opuścić.
- Wybraniec
Powietrza – wyjaśnił elf na moje zszokowane spojrzenie. Wolno się otrząsnęłam,
potrząsając głową.
- Ja jestem…
- Wybranką Ognia,
tak, wiem. Słyszałem o tobie.
Zmrużyłam oczy.
- Cóż, ja o tobie
nie – powiedziałam, spuszczając wzrok na ubrudzone od piachu buty, poczym
wywróciłam do nich oczami – czekały mnie kolejne żmudne próby przywrócenia
obuwiu dawnego czarnego koloru.
- Nie dziwię się. –
Marcus wzruszył ramionami. – Słyszałem również o twojej Kapłance, która miała
spięcie z moim Kapłanem, także nie jestem zaskoczony, że nic ci o mnie nie
mówiła.
Miałam ochotę
powiedzieć, że Alice nie mówiła mi o żadnym z reszty Wybranych – by nie
wyobrażał sobie niewiadomo czego – ale w porę ugryzłam się w język. Nie
chciałam wdawać się z nim w niepotrzebne dyskusje.
Marcus zaczął coś
mówić, lecz moją uwagę przykuła czerń odznaczająca się na zieleni całego
otoczenia. Przymrużyłam oczy, rozpoznając kształty wilka, którego spotkałam
kilka razy w naszym szkolnym lesie. Rozdziawiłam zdumiona usta.
- Ja go znam!
Ruszyłam w stronę
wyłaniającego się z lasu zwierzęcia. Im bliżej niego byłam, tym bardziej
stawałam się zirytowana, zastanawiając się, co, do cholery, robił tutaj ten kundel.
Szybkim marszem
dotarłam do skraju polany, gdzie przysiadł, wyraźnie z siebie zadowolony, wilk.
Stanęłam przed nim w
lekkim rozkroku i niczym matka wściekła na swoje dziecko, położyłam ręce na
biodrach, doskonale świadoma spojrzeń utkwionych w moich plecach. Wszyscy tutaj
obecni oczekiwali rozwoju wydarzeń, chociaż byłam pewna, że oni wiedzieli
więcej ode mnie.
Przyglądając się
wilkowi, dostrzegłam niewielkie zmiany w jego wyglądzie. Mianowicie w jego
czarnym futrze pojawiły się pasma brązu za uszami i pod pyskiem, no i złote
ślepia nie błyszczały już tylko ludzką mądrością, ale także wesołymi iskrami.
Coś było
zdecydowanie nie tak.
Alice, co ty o tym…
Nim zdążyłam zapytać
Alice o jej zdanie w tej sprawie, wilk zmienił się w mężczyznę, ot tak.
Wytrzeszczając oczy,
wpatrywałam się w górującego nade mną wzrostem chłopaka, niczego nie
rozumiejąc. Serce biło mi niemiłosiernie przez strach wywołany tą nagłą
przemianą.
- Co… Jak…?! –
dukałam, badając jednocześnie wzrokiem nową twarz. Swoją drogą, dość przystojną
twarz, zdecydowanie męską, nie to, co elfa. Chłopak miał ciemniejszą karnację
od Marcusa, ale nie dużo, no i wyglądał na jego wiek. Czarne włosy z brązowymi
pasemkami, identyczne jak jego futro. Zarówno jak u elfa, tak u niego
odznaczały się fascynujące, lekko przerażające oczy[1]
- złote, trochę podobne do Matta, ale też całkiem inne. Obwódki były
bursztynowe, a coraz bliżej źrenic kolor jaśniał.
Zamrugałam szybko,
gdy zagapiłam się na jego radosny uśmiech, kształtujący jego usta i
przypomniało mi się, co właśnie się wydarzyło.
To nie zwykły wilk mnie śledził. To nie zwykły wilk niemal mnie prześladował. I
co najważniejsze – a zarazem najśmieszniejsze – to nie zwykły wilk zaglądał mi w piersi.
Nie zastanawiając
się nad swoimi czynami, zamachnęłam się pięścią i walnęłam go z całej siły w
ramię. Jeszcze raz i jeszcze.
- Ty bezczelny psie!
– zawołałam, bijąc go po twardym ramieniu, ignorując powiększający się uśmiech
chłopaka. – To nie jest zabawne! Myślałam, że jesteś cholernym psem!
- Wilkiem.
- Nie poprawiaj
mnie, psie!
Chłopak wybuchnął
wesołym śmiechem, wprawiając mnie w złość i zmieszanie jednocześnie.
- Catherine,
spokojnie…
Natychmiast
przestałam go walić i spojrzałam na niego skonsternowana.
- Tylko nie
Catherine – powiedziałam odruchowo, a zaraz dodałam: - Skąd znasz moje imię?
Wzruszył ramionami,
nadal szczerząc zęby.
- Ma się znajomości.
Ja jestem Max. – Ukłonił się nisko, co sprawiło, że pragnęłam się uśmiechnąć, ale
powstrzymałam się, wciąż patrząc na niego z wyrzutem.
- Bardziej pasuje do
ciebie „kundel”.
Zrobił obrażoną
minę, upodabniając tym siebie do zranionego psiaka.
- No wiesz… bo się
obrażę.
- Przynajmniej wtedy
nie będziesz zaglądał mi w cycki. – Prychnęłam, kiedy zachichotał.
- A więc o to ci
chodzi! Nie martw się, tylko upewniałem się, czy to ty jesteś tą Wybranką
Ognia.
- I? – Podniosłam
brew, główkując się, w jaki sposób mógł się w tym upewnić, skoro tego dnia nie
miałam przy sobie medalionu?
- Nie miałaś
medalika, ale twoja szyja nim pachniała.
- Czekaj, czekaj.
Medalion ma zapach? – Wytrzeszczyłam oczy, on też wydawał się zaskoczony, ale
czymś zupełnie innym. Dla pewności wyciągnęłam swój medalion spod bluzki i
powąchałam go, lecz dla mnie miał nijaki zapach, no, czułam tylko swoje
perfumy.
- Nie wiedziałaś…?
Może dlatego że ja mam udoskonalony węch – mruknął do siebie – ale ty też
powinnaś… Nie, zaraz.
Zmarszczyłam brwi,
nie potrafiąc rozszyfrować jego biadolenia pod nosem.
- O czym ty gadasz?
Nie odpowiedział,
tylko machnął na mnie ręką, mrucząc coś nadal do siebie, więc wróciłam do wujka
i reszty.
- Max, gdzie Peter?
– zawołała Laura. Blondynka stała wyprostowana przy Beth z zaplecionymi
ramionami na klatce piersiowej, mierząc Maxa nieustępliwym wzrokiem.
- Obraził się na
mnie i powiedział, żebym radził sobie sam. – Usłyszałam za sobą głos chłopaka,
zatem jednak poszedł za mną.
Ramiona Laury
opadły, a ona pokręciła z politowaniem głową.
- Znowu, Max?
- Przecież żartuję.
Coś mu wypadło. – Doszedł wreszcie do naszej grupki. – Siemasz, Marc.
- Znacie się? –
spytałam zdziwiona.
- Chodzimy do tej
samej szkoły – odparł Marcus. Tymczasem Max podszedł nonszalanckim krokiem do
zakłopotanej Tanii i przywitał się grzecznie.
Po prostu musiałam
roześmiać się z jego miny, kiedy dziewczyna w odpowiedzi zaczęła trajkotać po
hiszpańsku.
***
Niewiele więcej, niż
godzinę później, wciąż czekając na przedstawiciela Kręgu, gdy już trochę się
zapoznaliśmy – nie, żeby moja obraza na Maxa-psa minęła – wypróbowywaliśmy
nasze moce. Jak się dowiedziałam, Max był Wybrańcem Ziemi, czym całkowicie mnie
zaskoczył. Nie samym faktem, ale medalionem, który zobaczyłam. Miał szmaragdowy
kamień, taki sam, o którym opowiadał mi Will. Byłam ciekawa jak ten medalik
dotarł do Maxa i kim były te jego „znajomości”.
Kiedy próbowałam
skupić się, aby obudzić w sobie ogień, w moim umyśle w końcu odezwała się
Alice.
Musisz chcieć to zrobić, Cat, inaczej nie uda ci
się ani opanować tego ognia, ani go obudzić. I pamiętaj, nie bój się go, bo cię
zrani – mówiła spokojnym, lecz
trochę nerwowym tonem i już wiedziałam, że coś się stało.
Gdzie byłaś? – lekko
dziwnie brzmiało to pytanie, zważając na to, że raczej nie mogła ruszyć się
nigdzie z mojej głowy.
Miałam małe spotkanie ze starymi znajomymi i… och,
znowu.
Co?
Znowu chcą się spotkać.
Uśmiechnęłam się w
myślach.
Idź. Przynajmniej
przez chwilę nie będzie ci się nudziło.
Ally westchnęła, ale
odparła z rozbawieniem:
Chyba wolałabym nudę, niż to, co się tam dzieje.
Na powrót skupiłam
się na energii tkwiącej w moim ciele, zamknęłam oczy i próbowałam z całej siły
uwolnić z siebie uśpiony ogień.
Otworzyłam
gwałtownie oczy, czując ukłucie w płucach, a zanim zdążyłam powstrzymać
wystrzeliwującą ze mnie strzałę ognia, ta trafiła w jedno z pobliskich drzew,
zapalając je i przyciągnęła uwagę wszystkich tu zgromadzonych.
Krzyknęłam cicho, a
trzeźwo myśląca Tania bez problemu ugasiła wodą palące się drzewo. Spuściłam
zawstydzona wzrok na swoje dłonie. Piętnastoletnia Tania była lepiej obeznana w
panowaniu mocą, niż ja.
Wstydź się, Cat.
- Super – mruknęłam.
Kiedy byłam już pewna, że wszyscy wrócili do swoich zajęć, ponownie skupiłam
się na swojej mocy, gdy nagle tuż obok mnie coś – lub ktoś – przeleciało.
Max właśnie unosił
się nade mną, jak robił to wcześniej Marcus.
- Nie koncentruj się
wyłącznie na uwalnianiu mocy, ale również na kontrolowaniu ognia – poradził
uprzejmym tonem, choć na ustach igrał mu zawadiacki uśmiech. Tymczasem ja nie
mogłam oderwać wzroku od jego nóg, unoszących się w powietrzu.
- Jak to robisz? –
Zabrakło mi tchu. Magia.
Brunet uniósł jedną
brew.
- Marc też to
wcześniej robił, prawda?
- No tak, ale…
sądziłam, że dlatego, bo jest elfem…
- Skąd wiesz, że
jestem elfem? – Dobiegł mnie podejrzliwy głos samego zainteresowanego.
On tak na poważnie?
Odrzuciłam od siebie
ochotę rzucenia w elfa czymś ciężkim, a najlepiej ogniem.
Max zakaszlał
głośno, a jego wargi mocno drżały od powstrzymywanego śmiechu.
- Zgadywałam. –
Wywróciłam oczami do Maxa, a on opadł na ziemię z lekkim tupnięciem.
- Teraz wiemy już
stuprocentowo, że elfy są głupie – szepnął do mnie teatralnie, a mnie już nie
udało się ukryć uśmiechu.
Jednak
niespodziewanie chłopak zniknął mi sprzed oczu i pojawił się znikąd tuż obok
mnie. Po raz kolejny tego dnia wytrzeszczałam oczy.
- Jak ty…
- Ty też będziesz to
umieć – powiedział pocieszającym tonem, klepiąc mnie po barku, a ja nie mogłam
przez kilka sekund normalnie się wysłowić. W końcu odparłam na wydechu:
- Nie wierzę.
- Sama zobaczysz. I
to już niedługo, bo… - Nagle zatkał sobie dłonią usta, robiąc przestraszoną
minę. – A… ty nie wiesz.
- Czego nie wiem? –
ożywiłam się.
Chłopak pokręcił
tylko głową, nie odrywając ręki od ust, więc ja spróbowałam zrobić to za niego.
- Czego nie wiem?!
- On ma rację,
Catherine – odezwał się za mną chłodny głos, więc odwróciłam się prędko w jego
stronę i zobaczyłam przed sobą wysoką, bladą kobietę o stalowym spojrzeniu. –
Ty też będziesz to potrafić w odpowiednim dla ciebie czasie.
Niezdolna do
jakiegokolwiek ruchu stałam sztywno, uziemiona pod spojrzeniem kobiety, która
to kilka dni temu nawiedziła mnie w moim pokoju.
- Witaj, Mercy –
zawołał wujek Jack ze swojego miejsca pod jednym z modrzewi. A więc to jest ta Mercy? Ciekawe.
Nie wygląda na
kobietę z kryzysem – pomyślałam, przyglądając się jej twarzy bez zmarszczek i
zaraz przeklęłam się za te myśli. Przecież ona mogła je usłyszeć!
Zmroziło mnie
jeszcze bardziej, gdy Mercy zerknęła na mnie przelotnie, odrobinę łagodniejszym
wzrokiem, więc poczułam delikatną ulgę.
- Witajcie wszyscy –
powiedziała głośno. – Nie przeciągając, wasza czwórka – spojrzała na mnie,
Maxa, Tanię i Marcusa – ustawi się w jednym szeregu. Reszta – tu popatrzyła pod
drzewa – niech się nie zbliża.
Ustawiliśmy się tak
jak kazała, a ona stanęła przed nami, jej długa czarna suknia powiewała za nią
na wietrze. Peleryna, którą miała na sobie, zakrywała niemal całą ją kreację,
kaptur naciągnięty był na głowę tak, że znów nie mogłam zobaczyć jak Mercy
wygląda w całości. Widziałam tylko śliczną twarz z krwistoczerwonymi ustami,
zielono-szare połyskujące oczy, lecz wciąż chłodno kalkujące i wystające czarne
warkocze spod kaptura. Zastanawiałam się ile może mieć lat, bo wyglądała na
niewiele starszą ode mnie, ale wątpiłam, by dwudziesto-paroletnia kobieta mogła
być członkinią Kręgu.
Mercy zmierzyła nas
władczym wzrokiem i przemówiła:
- Nazywam się
Mercedes Johnson i jestem członkinią Kręgu od samego jego początku. Niektórzy z
was poznali mnie już wcześniej, inni mają tę nieprzyjemność dopiero dziś –
mówiąc to, wykrzywiła lekko usta w coś na wzór uśmiechu. – Zwracajcie się do
mnie po imieniu, na razie tylko tyle trzeba wam wiedzieć. – Odsunęła się na
bok, stając najbliżej Tanii. – Teraz dacie mały pokaz waszych mocy, następnie
omówię z wami kilka spraw i będziecie wolni. Dzisiejsze spotkanie nie będzie
trwało długo, bo jestem potrzebna gdzie indziej, a i wy z pewnością macie
własne sprawy w sobotnie popołudnie.
Może i tak, ale
podobno w Krainie czas się zatrzymuje – pomyślałam z konsternacją. Zmarszczyłam
lekko brwi, postanawiając, że potem zapytam o to wujka.
Kobieta, nie
czekając na reakcję z naszej strony, popatrzyła na Maxa i Marcusa.
- Wy zaczniecie
pierwsi; Maximillian zaprezentuje swoją siłę ziemią, a Marcus zrobi coś z nią
za pomocą powietrza. Będzie to również lekcja współpracy.
Chłopcy wyszli kilka
kroków przed szereg. Max, całkowicie koncentrując swoją uwagę na trawie,
przymknął powieki. Chwilę później ziemia pod naszymi stopami zaczęła drgać i
wtem, kilka metrów dalej, wyżłobiło się koło z gruncie i cała ta grudka
wyskoczyła do góry. Co mnie najbardziej zaskoczyło to, to że ani razu z tej
masy nie posypała się ziemia, grudka pozostawała spójną całością.
Niezwykłe
– pomyślałam z podziwem, ale po chwili jeszcze bardziej on urósł, ponieważ do
akcji wkroczył Marcus.
Podniósł przed
siebie ręce, a wiatr zawirował wokół niego, wprawiając jego długie włosy oraz
kurz w taniec. Nie wiem jak to zrobił, lecz tornado przeniosło się z niego na
tę, wciąż wiszącą w powietrzu, grudkę ziemi i moment później wszystko znikło –
wirujący wiatr i ziemia. Nawet nic się nie posypało, po ziemi nie było śladu.
Nie miałam pojęcia
jak taka akcja miała pomóc w walce, ale pokaz wprawił mnie w oszołomienie.
Dołączyłam się do
oklasków, jakie otrzymali chłopcy, bo to wyglądało niesamowicie. Domyślałam
się, że Max i Marcus musieli już wcześniej ze sobą ćwiczyć, bo wątpiłam, czy
wyszłoby im coś takiego za pierwszym razem.
Przyszła pora na
mnie i Tanię, ogień oraz wodę. To musiało się nie udać, zwłaszcza ze względu na
mnie, bo w ogóle nie miałam wprawy we władaniu ogniem, nie to, co Tania z wodą.
Mercedes, która nie
skomentowała poprzedniego wstępu żadną reakcją, spojrzała teraz na mnie z
dziwnym błyskiem w oku.
- Ty, Cat, z całą
kontrolą mocy musisz puścić strzałę ognia w drewienko, tylko drewienko, które zaraz położy tam Jack. – Wskazała palcem
miejsce jakieś dwadzieścia metrów dalej, gdzie stał stolik, do którego zmierzał
wujek z czymś w rękach.
Chyba sobie żartuje
– pomyślałam – ja zapalę od razu cały stolik!
- Twoje zadanie nie
kończy się na tym. Gdy Tania będzie chciała zgasić płomień, ty musisz go
utrzymywać nadal wyłącznie na
drewienku, rozumiesz? To już nie jest lekcja współpracy, a potęgi swoich sił.
Oczywiście nie zapędź się za bardzo, bo nie wiem czy później Tania będzie w stanie
ugasić cały las.
Potaknęłam pod jej
wyczekującym wzrokiem, nie mogąc jednak uwierzyć w to, co nam zadała, co zadała
mnie. Jak mogła mi to robić na
pierwszej lekcji? Myślałam, że wie, iż mam problemy z kontrolowaniem ognia, a
bawienie się nim wcale nie uważałam za dobrą zabawę.
- Ale, Mercy… -
Niespodziewanie zaczął sprzeciwiać się czemuś Max, ale kobieta szybko uciszyła
go zimnym wzrokiem, najwyraźniej już odczytując jego myśli.
- Maximillianie,
wiem, co robię. Nie waż mi się sprzeciwiać. – Spodziewałam się, że Max potulnie
spuści wzrok, lecz on uparcie wpatrywał się w jej oczy. Mercy chyba spodobała
się jego odwaga, bo nie patrzyła już tak zimno.
- Max właśnie chciał
zaprotestować, żebym nie rzucała ciebie od razu na głęboką wodę, gdy wiem, że
nie panujesz w pełni nad swoim żywiołem. Jednak ja w ciebie wierzę, Cat. Kiedy
wreszcie skupisz się na mocy, która w tobie siedzi, to ci się uda. Jesteś naszą
najniebezpieczniejszą bronią, ponieważ ognia boi się każdy, dlatego trzeba cię
doskonalić, bo może okazać się, że nasi wrogowie, zamiast cię zabić, będą
chcieli cię przejąć i użyć przeciwko nam. Lepiej, byś w takiej sytuacji
kontrolowała już siebie, prawda?
Słysząc jej twarde
słowa moje przerażenie zamiast zniknąć – jak zapewnie chciała – dodatkowo się
spotęgowało. Więc jeszcze się okazuje, że może zdarzyć się tak, że będę mogła
im zaszkodzić, a nie pomóc?
Czemu ja?!
- Mercy, nie
przesadzaj… - Usłyszałam głos wujka, lecz nie potrafiłam na niego spojrzeć,
czując się jak spetryfikowana.
- Nie przerywaj mi,
Jack – powiedziała Mercy przez zaciśnięte zęby i dostrzegłam w jej oczach
zirytowanie. Najwyraźniej nie podobało jej się, że nikt nie popiera jej idei.
Przyłożyła palce do skroni, szybko je masując. – Dobrze, dość gadania.
Odwróciła się do
Tanii i przemówiła do niej gładko po hiszpańsku z doskonałym akcentem,
wprawiając tym nas osłupienie. Gdy Mercy skończyła mówić, piętnastolatka
skinęła głową ze zrozumieniem. Widząc to, wystąpiłam przed szereg, całkowicie
koncentrując swoją uwagę na drewienku, które ledwie widziałam.
Spokojnie, Cat,
spokojnie, wszystko będzie dobrze, uda ci się, po prostu skup się w końcu, do
jasnego diabła, na ogniu!
Czując, że sama nie
zdołam się uspokoić, potrzebowałam pomocy Alice.
Ally, pomóż! –
zawołałam płaczliwie w myślach, lecz, ku mojemu rozczarowaniu, nic mi nie
odpowiedziała. Czyżby dalej uczestniczyła w tamtym „spotkaniu”? Akurat teraz
musieli urządzić sobie pogawędkę przy herbatce?!
Wpatrywałam się spod
rzęs w mały przedmiot i oddychałam głęboko, chcąc z pełnym opanowaniem uwolnić
z siebie moc. Niestety za pierwszym razem mi się nie powiodło, bo nagle
poczułam jak ogień z impetem próbuje się ze mnie wyrwać, więc zacisnęłam pięści
i jedynie poczułam w nich mrowienie. Spojrzałam w dół, a gdy zobaczyłam
niewielkie płomyki wymykające mi się spomiędzy palców, byłam tak zaskoczona, że
szybko otworzyłam dłoń i ogień jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął.
Byłam przerażona i
zszokowana, ale… spodobało mi się to. Nie tylko pomarańczowe płomyki, które
latały beztrosko naokoło mojej ręki, ale także te uczucie wcale mnie nie
krzywdzące, a wręcz łaskoczące.
Uśmiechnęłam się do
siebie i ponownie powoli uwalniałam z siebie moc, spokojnie patrząc na
drewienko, a potem – czując gorąco przepływające mi przez żyły w ramionach –
podniosłam ręce do góry. Rozwarłam dłonie, wraz z palcami uwalniały się
pojedyncze kosmyki ognia, które świeciły tak promiennie i pięknie, że prawie
zapomniałam o swoim celu.
Znów skoncentrowałam
się na drewnie i kierując wierzch dłoni w tamtym kierunku, siłą umysłu wysłałam
w niego prawdziwą strzałę ognia. Płomień w mig dotarł do przedmiotu,
natychmiast zajmując go ogniem, ale jeszcze nie byłam całkiem zadowolona, bo to
była dopiero połowa zadania.
Kątem oka
dostrzegłam ruch. To była woda, która poleciała w stronę mojego drewienka. Zaskoczenie mimowolnie pojawiło się w mojej
głowie i straciłam panowanie nad ogniem, który ugasiła woda.
Jęknęłam
zawiedziona, a jednocześnie zawstydzona tym jak zniszczyłam swoje postępy. Już
udało mi się opanować ogień, a tu taka klapa z powodu głupiej dumy.
- Nie poddawaj się,
Cat! – zawołał Jack i kiedy zerknęłam w bok, dostrzegłam go pod drzewami i
uśmiechnęłam się do niego lekko.
Zamknęłam oczy,
wzięłam kilka głębokich wdechów i znowu przywołałam do siebie ogień, tym razem
z większą wiarą w swoje możliwości.
Radośnie powitałam
delikatne mrowienie w dłoniach i już po chwili po raz kolejny mogłam podziwiać
małe płomyki, jednak tego nie zrobiłam, tylko praktycznie rzuciłam je w drewno.
Byłam zmęczona
dzisiejszym dniem i chciałam po prostu wracać do szkoły. Jednak najpierw
musiałam zakończyć swoje zadanie, które znowu mi się nie udało. Odpłynęłam na
chwilę w swoje myśli i zanim się obejrzałam, Tania ugasiła moje dzieło.
Nie poddając się,
cały czas paliłam drewno od nowa – które, tak na marginesie, prawdopodobnie
było zaczarowane ognioodpornością, bo wciąż stało całe i zdrowe – aż w końcu,
wykończona, ostatni raz wściekle rzuciłam ogniem w pal i skupiłam na płomieniu
całą siebie, zaciskając mocno zęby oraz pięści. Tania także wkładała całą moc w
ładowaniu, ile można, wody w palące się drewno i teraz obserwowałam jak
czerwony ogień walczy z błękitnym strumykiem. Zawzięta trzymałam ogień w
miejscu, nie chcąc znowu przegrać i tym razem, to Tania odniosła porażkę, a
ponieważ nastąpiła w końcu jakaś „walka” zadanie było skończone.
Pozwoliłam sobie na
pełen zadowolenia uśmiech, oddychając głośno. Prawie nie zwróciłam uwagi na
oklaski, których kompletnie nie oczekiwałam po tak nudnym dla widzów zadaniu.
Ulga zalała mi
klatkę piersiową, jednak zmęczenie również zaczęło ogarniać moje ciało, dlatego
usiadłam na trawie, aby nabrać sił.
Po króciutkim
odpoczynku znowu stanęłam w szeregu z młodszą dziewczyną, która ocierała
spocone czoło powolnymi ruchami. Ciekawa byłam, czy ja też wyglądałam na tak
wyczerpaną. Odwzajemniłam wzrok Mercedes, która niemal się do mnie uśmiechała.
Zmęczenie nie dało mi odczuć – po raz kolejny tego dnia – zdumienia.
- Sami widzicie,
jacy jesteście już zmęczeni, zatem nie będę przedłużać – odezwała się
czarnowłosa, spacerując przed nami i obserwowała otoczenie. – Nie dużo dzisiaj
się nauczyliście, ale przynajmniej niektórzy z was zdołali opanować moc. Co
najważniejsze, wreszcie wszyscy się poznaliście i wiecie, że nie jesteście w
tym wszystkim sami. Są wasi doradcy, Kapłani, Krąg także wam nieraz pomoże, no
i macie siebie – mówiła, a ja zerknęłam zaciekawiona na Tanię, w jaki sposób
ona to wszystko rozumie i zauważyłam, że stoi obok niej Beth, i wszystko jej
tłumaczy. Wcześniej jej tam nie widziałam.
- A jak możemy spotykać
się bez teleportowania w inne… miasta? – spytał Marcus, również zerkając na
Tanię. Domyślałam się, o czym pomyślał – jak możemy spotykać się bez
teleportowania na inne kontynenty.
- Do tego właśnie
zmierzam, Marcusie. Kiedy będziecie mieli potrzebę, aby spotkać się z którymś z
Wybranych, to dotknijcie swoich medalionów, wymawiając formułkę „Zabierz mnie
do…” i powiedzcie, do którego z Wybranych chcecie się wybrać lub – jeżeli
będziecie chcieli spotkać się ze wszystkimi – po prostu „Zabierz mnie do
Wybranych”. Wtedy wszyscy dostaniecie sygnał przed medalion, ostrzegający was
przed teleportacją, a potem przeniesiecie się tutaj, do Krainy Przestrzeni.
Wszystko jasne?
Potaknęłam, tak jak
reszta, a na twarzy Mercedes w końcu pojawił się uśmiech.
- Niezmiernie miło
mi było was wszystkich poznać. Do zobaczenia wkrótce. – Kiwnęła nam na
pożegnanie głową, uśmiechnęła się do doradców, następnie odwróciła się, ruszyła
parę kroków przed siebie i nagle rozpłynęła się w powietrzu, tak jak wtedy w
moim pokoju.
Całe napięcie ze
mnie uciekło, a do ciała wróciło całe wyczerpanie i zachwiałam się lekko od
nadmiaru wrażeń. Wtem poczułam jak ktoś obejmuje mnie mocno w pasie i przyciąga
do siebie. Zaskoczona wyrwałam się prędko i zobaczyłam, kto był taki odważny –
Marcus. Warknęłam w duchu zirytowana. Elf robił się denerwujący.
- Co ty robisz? –
Wpatrzyłam się w niego ze złością i podejrzliwością. Już jego oczy nie robiły
na mnie takiego wrażenia, gdy byłam zła oraz zmęczona.
- Upadłabyś – odparł
elf urażonym tonem. Wzniosłam oczy ku zachmurzonemu niebu.
- Ale nie musiałeś
od razu mnie przytulać!
- Chciałem tylko
pomóc – powiedział oburzony i odszedł płynnym krokiem w stronę Laury.
Wpatrywałam się w
jego plecy z irytacją, odrzucając od siebie wyrzuty sumienia, gdy koło mnie
pojawił się Max, znów robiąc te swoje sztuczki ze znikaniem. Niepostrzeżenie
pochylił się w moją stronę, także patrząc za Marcusem i zachichotał.
- Ktoś chyba się
zakochał.
- Cicho, kundlu –
warknęłam.
Max, nie przestając
się śmiać, odszedł w swoim kierunku, a pod lasem zamienił się w wilka –
wyjącego wesoło – i pobiegł między drzewa.
- Cóż za radosny
człowiek – powiedział Jack, podchodząc do mnie. Pokiwałam głową ze znużonym
uśmiechem.
- Nie da się ukryć,
wariat. – Zboczony wariat, chciałoby się powiedzieć, ale nie chciałam mieszać w
te sprawy wujka.
Poklepał mnie po
głowie, jak małą dziewczynkę i skinął ręką, bym ruszyła za nim.
- Cieszę się,
widząc, że się dogadujecie. Nie wszyscy, ale kiedyś jeszcze się zaprzyjaźnicie.
– Zgodziłam się, zamyślona, rozglądając się wokoło. Nikogo już nie było.
- Wracajmy. – Jack
złapał mnie za dłoń, gdy przed nami ukształtowała się wielka kula, o wiele
szybciej niż wcześniej, i odeszliśmy z tej pięknej krainy, do której byłam
stuprocentowo pewna, że będę wielokrotnie wracała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz