Cisza panująca wokół
mnie mogłaby uchodzić na nienaturalną, gdyby nie to, że przebywałam właśnie w
bibliotece szkolnej, gdzie wśród wyjątkowo wrednych uczniów choć najmniejszy
szept był krzykiem. W powietrzu unosił się zapach starego i nowego papieru, a
nawet kadzidła z biura bibliotekarki. Widok z każdej strony zasłaniały mi
wielkie regały, jeden przede mną i drugi za mną, a było ich na pęczki, tu, w
tej ogromnej bibliotece River High.
- Czy naprawdę
jesteśmy jedynymi osobami w tej bibliotece? – spytałam normalnym tonem. Nie
bałam się mówić głośno, ponieważ znajdowaliśmy się jakieś sto metrów od biurka
bibliotekarki, pani Thomson, pomiędzy wielkimi regałami, a naokoło nas nie było
widać nikogo.
- Oprócz pani
Thomson, myślę że… - Matt, opierający się o półkę naprzeciwko mnie, podniósł
głowę, jak pies przysłuchujący się otoczeniu – tak. No chyba że ktoś tutaj się
ukrywa, chociaż nie widzę w tym żadnego celu.
Rozejrzałam się,
marszcząc brwi i potarłam lekko ramiona, mówiąc:
- Dziwnie się czuję,
gdy muszę być tu sama, dlatego dziękuję, że zgodziłeś się trochę ze mną pobyć.
- Nie ma sprawy. –
Matt uśmiechnął się do mnie, a w policzkach zrobiły mu się urocze dołeczki. Nie
mogłam nie odwzajemnić tego uśmiechu, choć wcale nie było mnie do śmiechu.
Oparłam się z
westchnieniem o ścianę książek za mną i zamachałam nogami w powietrzu, bo
siedziałam na wąskim blacie, który przytwierdzony był tylko do niektórych
regałów.
Przyłożyłam palce do
skroni, czując kolejne ukłucia w okolicy oczu. Ból głowy trzymał się od samego
rana, męcząc mnie i drażniąc, a teraz stawał się już nie do zniesienia, w
dodatku nie wiedziałam jak go złagodzić.
Kto wymyślał system
edukacji szkół paranormalnych?! Zaklęcia przeciwbólowego powinni już nauczać na
pierwszym roku, a nie w połowie drugiego! Było też oczywiście zaklęcie
uzdrowienia, lecz ono leczyło rany, a nie bóle, na moje nieszczęście.
Możesz poprosić Matta, żeby ci pomógł – podszepnęła mi Alice.
Chętnie –
westchnęłam żałośnie – ale nie chcę go już dłużej wykorzystywać. Ostatnio cały
czas mnie „skleja”, to nie fair wobec niego.
Jestem pewna, że pomógłby ci bez jednego jęknięcia.
Właśnie wiem –
mruknęłam w myślach i chciałam dodać coś jeszcze, ale z ich otchłani wyrwał
mnie głos mojego przyjaciela.
- Widziałaś Liz?
Zaprzeczyłam szybkim
ruchem głowy. Po jego minie domyśliłam się, że on także nie widział naszej
przyjaciółki.
Od pamiętnej chwili
sprzed dwóch dni nikt nie widział Lizzie i zaczynałam coraz bardziej się
martwić czy i jej nie stało się coś złego, ale mówiłam sobie, że moja kuzynka –
moja krew! – jest rozsądna, i nie dałaby się wpakować w jakieś kłopoty.
Więc gdzie się teraz
podziewała?
Jak się okazało, po
tym jak wybiegła ze swojego pokoju nie była ani u Ethana, ani u żadnego z
chłopaków. Nie miała innych przyjaciół poza szkołą, dlatego poważnie o nią się
martwiłam. Miałam nadzieję, że wyjechała nagle do jakiejś dalekiej ciotki albo,
nawet jeśli miałabym ją za to udusić, ukrywała się gdzieś na terenie szkoły.
Wszystko, byle nie to najgorsze.
- Jestem pewien, że
za niedługo się pojawi – pocieszył mnie, i chyba siebie, Matt. – Lizzie lubi
tak nagle znikać.
- Tak, jest w tym
wręcz okropnie dobra – mruknęłam, przymykając powieki. – Ale mogłaby dać choć
mały znak, że żyje. Do tego jeszcze po jej kocie wciąż ani śladu.
Otworzyłam oczy i
natrafiłam na miodowe spojrzenie przyjaciela, który przypatrywał mi się w
nieodgadniony sposób. Poczułam się nieswojo pod celownikiem tych palących oczu,
dlatego ponownie się odezwałam.
- Właśnie, widziałeś
gdzieś Percy’ego?
Matthew jakby
otrząsnął się z zamyślenia i po krótkiej chwili wahania zaprzeczył.
- Na pewno? –
zapytałam, powątpiewająco na niego patrząc.
- Tak, po prostu…
wczoraj jak byłem na spacerze w lesie, jako wilk, zobaczyłem czarną smugę i
pomyślałem, że to Percy, ale kiedy zbliżyłem się, przekonałem się, że to tylko
inny wilk.
Wstrzymałam na
moment oddech, przypominając sobie dziwaczne czarne zwierzę.
- Czy to był… zwykły
wilk?
Jasnowłosy spojrzał
na mnie najwyraźniej zdziwiony tym pytaniem.
- Najzwyklejszy,
jakiego spotkałem. Jedyne, co mnie w nim, hmm, zaskoczyło to jego oczy. Były
takie… bystre.
A więc nie
przywidziało mi się. Ten wilk naprawdę był inny
i, jak sądziłam, wiedział o moim medalionie. Bo czego innego mógł wtedy szukać,
gdy mnie obwąchiwał? Z tego, co wiedziałam, zwierzę raczej nie mogło być
zboczeńcem, więc to jedyne wytłumaczenie.
- Nie mam ochoty iść
na ten pogrzeb – wymamrotałam, przerywając ciszę. Oparłam łokcie na kolanach, a
ciężką głowę ułożyłam na dłoniach. Pogrzeb miał się odbyć jutro przed
południem, a cała nasza piątka – nie wliczając Liz, oczywiste było, że będzie
na tej uroczystości – została na niego zaproszona.
- Nikt nie chce
żegnać bliskich lub znajomych, to normalne – powiedział cicho Matt.
- Nie chodzi o samą
uroczystość. Od kilku dni mam napady złego nastroju albo boli mnie głowa.
Obawiam się, że na takim wydarzeniu
może mi się pogorszyć, a nie chcę zepsuć tej chwili, jaka by nie była, rodzinie
Lizzie.
- Jakbyś miała
zemdleć, to nie martw się, złapię cię.
- A jeśli dostanę
napadu szału? – zapytałam, patrząc na chłopaka z rozbawieniem.
- Wtedy tak się tobą
zajmę, byś nie rzuciła się na księdza – odparł, po raz kolejny wywołując na
mojej twarzy uśmiech.
Nawet nie próbowałam
zastanawiać się, co by było, gdyby Matta nie było, gdyby tak mi nie pomagał,
ponieważ w ogóle nie mogłam sobie tego wyobrazić. Niby znałam go tylko cztery
lata, ale zdążyłam przez ten czas bardzo się z nim zżyć. Życie bez niego? W tej
chwili było to dla mnie niemożliwe do wyobrażenia, tak jak w przypadku reszty
moich przyjaciół. Dzięki nim nadal potrafiłam cieszyć się z tego życia, które
dało mi się we znaki. Dzięki nim nie załamałam się tą całą wojną.
- Jesteś
niesamowity. – Uśmiechnęłam się do niego szeroko, a Matt odpowiedział mi tym
samym, choć w jego oczach widziałam niepewność.
- Dlaczego?
- Ponieważ potrafisz
sprawić, że się uśmiecham, nawet wtedy, gdy pęka mi głowa i jestem w smętnym
nastroju.
- Od tego są
przyjaciele, prawda?
- Dziękuję –
mruknęłam, wpatrując się w jego błyszczące oczy, na co on podszedł do mnie z
rozłożonymi ramionami.
Wtuliłam się w jego
ciepły tors odziany w cienką brązową koszulkę i zamknęłam oczy, czując pod
powiekami nieokreślone łzy. Zbierały się we mnie od paru dni, lecz nadal nie
znalazły ujścia, a ja nie miałam zamiaru teraz się rozklejać. Nie w bibliotece
i na pewno nie przy Matcie.
Zacisnęłam mocno
powieki, a gdy je podniosłam, oparłam czoło na piersi chłopaka, rozkoszując się
ciepłem emanującym z jego rąk, które sunęły kojąco po moich plecach.
W pewnej chwili –
chyba z nudów – przyłożyłam pięści do jego brzucha, próbując go leciutko
pchnąć, ale skończyło się na moim żmudnym wysiłku.
- Masz twardy brzuch
– poskarżyłam się dziecięcym głosem, wywołując u niego chichot.
- Wiesz, trochę się
ćwiczyło…
Prychnęłam głośno.
- Ty i ćwiczenia?
Nigdy nie widziałam, żebyś ćwiczył! – powiedziałam, patrząc na niego
niedowierzająco.
Matthew wywrócił
oczami.
- No dobra, zaleta
bycia zmiennokształtnym.
- Liz też jest
zmiennokształtną, a jakoś nie ma tak twardego brzucha i… Hej! – obruszyłam się,
gdy Matt przerwał mi, czochrając moje, i tak już stojące, kudły.
Spojrzał mi w oczy
czułymi miodowymi tęczówkami i pocałował lekko w czoło, jak gdyby nigdy nic.
- Gdybyś tylko
wiedziała, co potrafisz zrobić z człowiekiem… - mruknął.
- Co? – spytałam
zaciekawiona. Bardzo chciałam wiedzieć jak wpływam na ludzi, lecz on odsunął
się z uśmiechem.
- Idę na chwilę do
pani Thomson. Poradzisz sobie przez tę parę minut, prawda? – Wyszczerzył zęby,
widząc moją oburzoną minę.
- Powiedz, Matt –
poprosiłam, ale pokręcił głową i zaczął się oddalać.
- Matthew! –
zawołałam za nim ze śmiechem, a on zniknął za rogiem, machając do mnie dłonią,
nie tracąc szerokiego uśmiechu.
Zachichotałam raz
jeszcze bez powodu i rozejrzałam się naokoło, ale nic nie zwróciło mojej
większej uwagi. Nie chciałam oddalać się stąd, bo mogłam się tu zgubić, a już
przeżyłam to tutaj nieraz i nie było to fajne. Jednakże nie chciało mi się
siedzieć tutaj bezczynnie, więc zastanowiłam się, co można robić w bibliotece
oprócz czytania…
- Hej, Cat.
Drgnęłam, słysząc
męski głos i odwróciłam głowę w stronę jego właściciela. Jak mogłam się
domyślić, był to Eric. Znowu on. Czy
on mnie śledzi?
- Co tu robisz? –
zapytałam, obserwując podejrzliwie jak się do mnie zbliża.
- A ty? –
odwzajemnił pytanie.
- Siedzę, jak widać.
- A ja, jak widać, idę.
Za ten jego kpiący
uśmieszek miałam ochotę walnąć go tak mocno, by móc go zetrzeć z tej ładnej,
acz złośliwej twarzy.
- Czego chcesz?
Eric przystanął
jakieś dwa metry ode mnie, przypatrując mi się piwnymi oczami. Było w nich coś,
co mnie niepokoiło. Wydawało mi się – a byłam mistrzynią w czytaniu z oczu – że
gdzieś w ich głębi widzę żal, a nawet nikłą serdeczność, której nigdy mi nie
okazał, a i ja tego nie oczekiwałam, nie po nim. Te uczucia mieszały się z
zawiścią i mrokiem ogarniającym płynny brąz jego tęczówek. Od dłuższego czasu
wiedziałam, że Dallas jest złym człowiekiem – to nie było zło, które niektórych
pociągało – więc nie zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam.
Zresztą nie tylko ja
zauważyłam tę zawiść do mnie. Alice „zobaczyła” to jakiś tydzień temu, kiedy
znowu natrafiłam na tego idiotę. Nie wiem jak to zobaczyła, może przez medalion
albo to wyczuła, nieważne. W każdym razie kazała mi trzymać się od tego faceta
z daleka, bo może stać się moim potencjalnym zabójcą, jeśli już nim nie był.
Starałam się spełnić
życzenie Ally, ale wciąż utrudniał mi to sam Eric, niby to przypadkiem na mnie
wpadając.
- Pogadać – odparł
brunet, wzruszając beztrosko ramionami z obojętnym wyrazem twarzy.
- Nie mamy o czym. –
Chciałam zeskoczyć z blatu, ale Eric nagle znalazł się tuż przede mną i złapał
moje ramię, unieruchamiając mnie w miejscu.
- Puść mnie –
warknęłam, lecz on jeszcze bardziej się zbliżył, przyszpilając moje kolana
swoim ciałem.
- Nie.
- Masz jakiś
pieprzony niedobór dotyku, czy jak?! Puszczaj mnie!
- Nie.
- Eric, do cholery
jasnej…
Chłopak w jednej
chwili się uśmiechnął.
- O, od tego
zaczniemy! Będziesz zwracać się do mnie po imieniu, dawno nie usłyszałem go z
twoich ust. – Podczas gdy z każdym słowem szyderczy uśmiech Dallasa powiększał
się, ja gapiłam się na niego z otwartymi ustami.
Co za bezczelny,
chamski gnojek…
- Jesteś chory… -
zaczęłam, ale ścisnął mocniej moje ramię i zamilkłam.
- Drugą rzeczą
będzie sprawienie, byś przestała przezywać mnie na wszelkie sposoby.
- Mam ci przypomnieć
jak ty mnie nazywałeś? – syknęłam, próbując mu się wyrwać, niestety jego uścisk
się nie poluźniał.
Gdzie jest Matt?! – myślałam rozpaczliwie, czując w płucach znajome
ciepło.
- Nie trzeba, mam
dobrą pamięć.
Szczęściarz – mruknęłam niechętnie w duchu i coś sobie przypomniałam.
Cat, idiotko! Magia!
- Właśnie –
szepnęłam do siebie, a Dallas spojrzał na mnie badawczo.
- Co?
- Puść mnie –
powiedziałam, patrząc mu wyzywająco w oczy – bo inaczej pożałujesz. Znowu.
- Nie – powtórzył
któryś raz, a we mnie się zagotowało. Jaki on był irytujący.
Rzuciłam w niego
zaklęciem uderzającym, ale on zaśmiał się, wciąż stojąc przede mną.
- Błąd, Catty –
wyszeptał, pochylając się w moją stronę, a ja przycisnęłam się do półek, by być
jak najdalej od niego. – Mam tarczę ochronną w razie twoich magicznych
humorków.
- Zacznę krzyczeć –
ostrzegłam.
- Zatem krzycz, i
tak nikt cię nie usłyszy. – Parsknął obojętnie. – Chroni nas kula
dźwiękoszczelna, a twój Matt jeszcze długo się nie pojawi, bo pomaga starej
Thomson szukać okularów, które przypadkiem
zgubiła.
Czułam coraz większy
strach i wściekłość do niego. Nie wiedziałam, co zamierzał i to było w tym
wszystkim najgorsze.
- O co ci chodzi? –
zapytałam cicho, sprawiając, że z jego twarzy niespodziewanie zniknął uśmiech.
- Pogadać. Pobyć z
tobą trochę sam na sam.
- Po co?
Nienawidzimy się, sam twój widok mnie mdli – zresztą pewnie u ciebie jest taka
sama reakcja na mnie – więc na co to wszystko? Dlaczego nie chcesz zostawić
mnie w spokoju?
- Wyjaśniłem ci to
wszystko podczas jednego z naszych spotkać, nie pamiętasz?
- Mówiłeś o nie
wyrównanych rachunkach, ale mało mnie to interesowało, bo nie ma żadnych
cholernych rachunków do wyrównania. Jeśli już, to ja je mam, bo to nie ty leżałeś nieprzytomny przez tydzień! –
mówiłam, wciąż starając się odepchnąć go kolanami lub wyrwać ramię, którego ani
myślał puścić.
- Nie zgadzam się z
tobą, ale o tym pogadamy innym razem, słonko. Mam taki jeden zakład do skończenia, wspominałem ci
również, że wyładniałaś przez wakacje i…
O rany…!
Dallas musiał
zobaczyć w moich oczach zrozumienie okalane strachem, bo na jego twarz znowu
wpłynął mroczny uśmiech.
Zaczęłam się z nim
szarpać, parę razy krzyknęłam – wszystko na próżno. Eric bawił się moim
kosztem, gdy ja skręcałam się z przerażenia i niedowierzania. Spodziewałam się
po nim wszystkiego, ale nigdy gwałtu.
Niespodziewanie
zapłonął we mnie ogień straszliwej wściekłości, który rozprzestrzenił się po
całym moim ciele, sprawiając, że Dallas oderwał ode mnie dłoń pod wpływem
znacznie podniesionej temperatury mojego ciała. Czułam spływające kropelki potu
po moim czole, ale skupiłam się na ogniu tlącym się wewnątrz mnie.
- Tym razem ci się
nie uda. – Dostrzegłam w jego ciemnych oczach zawzięcie i zaczynałam się
poważnie bać.
Gdzie jesteś, Matt?! – krzyknęłam w myślach, choć wiedziałam, że nie ma
szans by mnie usłyszał.
Widząc jak twarz
Erica niebezpiecznie zbliża się do mojej, zamknęłam oczy, marząc o tym, żeby
zniknął, poszedł sobie, cokolwiek byle by tylko się do mnie nie zbliżał. Cała
trzęsłam się z przerażenia, co znacznie spotęgowało we mnie ogromne ciepło.
Usłyszałam krzyk
bólu, więc podniosłam powieki i wtem zobaczyłam jedynie ogień. Spomiędzy jego
języków dostrzegłam przerażoną twarz Dallasa, którego ubrania… paliły się.
Ten obraz sprawił,
że przestraszyłam się jeszcze bardziej, a ogień podniósł się, zajmując swoimi
morderczymi mackami dół regału za Ericiem, który próbował ugasić jakoś
płomienie na swoim ciele.
Krzyknęłam, czując w
ramieniu straszliwy ból i okazało się, że zapalił mi się rękaw, a ogień sięgnął
skóry mojej ręki.
Pomiędzy bólem a
strachem pojawiło się zaskoczenie, bo przecież wcześniej byłam odporna na tego
typu zjawiska związanymi z wysoką temperaturą. Może nie byłam odporna na ogień,
mimo tego, że byłam posiadaczką tego żywiołu? A może jednak wcale nią nie
byłam?
Moje gorączkowe
rozmyślenia przerwał natarczywy głos Alice.
Przestań bać się tego ognia!
Żartujesz sobie – w
duchu zaśmiałam się panicznie, szukając w pamięci zaklęcia wody.
Eric widocznie także
go zapomniał, bo wciąż zmagał się z ogniem, krzycząc z przerażeniem, biegając
tam i z powrotem. W innym wypadku miałabym z tego niezmierny ubaw, ale teraz
martwiłam się ogniem, który mógł nas zaraz zabić.
Matta, jak na złość,
dalej nie było! Naprawdę nie czuł tego dymu, nie słyszał naszych krzyków? Czy może
Dallas znał, aż tak potężne zaklęcie ogłuszające?
W kwestii twojego życia nigdy nie będę żartować,
Cat – powiedziała Ally,
przypominając mi o sytuacji, w której tkwiłam.
Naprawdę musisz przestać się bać. Wtedy ogień nie
będzie cię ranił i zaczniesz nad nim panować.
To nie jest łatwe –
krzyknęłam w myślach i na głos, krzywiąc się z bólu. Boże święty, zginę w
bibliotece.
- Cat! – wrzasnął
Dallas, a poprzez dym dostrzegłam jego zmrużone z bólu oczy. – Ugaś ten ogień,
kretynko!
- Nie umiem! –
odkrzyknęłam, krztusząc się czarnym popiołem, który unosił się z jakiejś
spalonej książki.
- To jest twoja
sprawka, więc musisz umieć to ugasić. – Po raz kolejny krzyknął, klepiąc
brzuch, gdzie jego koszulką zajął się ogień. – Ugaś to!
Cat, ogień cię nie skrzywdzi, jeśli przestaniesz
się go bać! – krzyknęła Ally. – Opanuj się!
Krzyki tych dwóch
różnych osób uniemożliwiły mi skupienie się, a ogień na książkach jeszcze
bardziej nasycał mój strach. Patrzyłam na to wszystko z trwogą, nie mogąc
opanować łez, które zakreśliły ścieżkę pośród czarnych smug na mojej twarzy. To
było straszne, jeszcze ten ból głowy, nie potrafiłam skupić na niczym myśli.
Do krzyków w mojej
głowie i obok dołączył się nowy. Ten przyjęłam z niebywałą ulgą.
- Cat!
Odwróciłam głowę w
stronę Matta, który stał w przejściu pomiędzy regałami. Utkwił wzrok w ogniu
wokół mnie i wymówił jakieś zaklęcia, które w mig ugasiły ten mały pożar,
jednak gdy to robił, zmarszczył brwi. Domyślałam się, że zdziwiony był tą
barierą, którą podniósł Eric.
Właśnie, Dallas. Spojrzałam
na miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał chłopak, lecz teraz nikogo już
tam nie było, a przynajmniej tyle mogłam zobaczyć przez ten dym.
Eric uciekł
niezauważalnie wśród dymu, kolejny raz pokazując, jakim był tchórzem. Miałam
nadzieję, że był cały poparzony, ponieważ to wszystko było wyłącznie jego winą.
Nienawidziłam go z
całego serca.
- Cat. – Matt
podbiegł do mnie i przytrzymał moje ciało, w ostatniej chwili, przed upadkiem.
Nawdychałam się za dużo popiołu i teraz kręciło mi się w głowie.
- Poczułem dym, więc
od razu przybiegłem, a pani Thomson wciąż szuka okularów, wydaje mi się, że
niczego nie zauważyła, ale… co tu się stało? Zostawiam cię na parę minut, a ty
już rozpalasz ognisko?
Spróbowałam
uśmiechnąć się do niego, by uspokoić jego zmartwiony wyraz twarzy, zamiast tego
po prostu się rozpłakałam i najzwyczajniej w świecie wtuliłam się w mojego
przyjaciela.
Wmawiałam sobie, że
sama poradzę sobie ze swoim przeznaczeniem, że potrafię znieść wszystkie
związane z nim konsekwencje, ale coraz mniej w to wierzyłam.
Potrzebowałam komuś
się wygadać, jednak nie byłam jeszcze na to gotowa.
***
- Liz? – szepnęłam
zaskoczona, wchodząc do swojego pokoju pogrążonego w półmroku. Zapalona lampka
na biurku dawała jedyne światło, oświetlając część pomieszczenia.
Najpierw zobaczyłam
skuloną postać w moim granatowym fotelu, a dopiero po chwili dostrzegłam
brązowe włosy mojej kuzynki.
Dziewczyna drgnęła i
uniosła głowę, mrugając nieprzytomnie zaczerwienionymi oczami, próbując
rozpoznać osobę stojącą w progu.
- Cat? – odparła
zachrypniętym głosem, a we mnie w końcu uderzyła świadomość, że Lizzie jest
cała i zdrowa. Oczy wypełniły mi się łzami, podbiegłam do fotelu i wpychając
się na miejsce obok niej, przytuliłam przyjaciółkę z całych sił.
- Liz, ty żyjesz! –
zawołałam, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. Tak bardzo się o nią bałam…
- Dlaczego słyszę w
twoim głosie zdumienie? – spytała podejrzliwie, podnosząc na mnie podkrążone
oczy.
- Jeszcze się pyta!
Nie dawałaś znaku życia od dwóch dni, po tym jak nagle zniknęłaś. Wszyscy się o
ciebie martwiliśmy!
Liz przygryzła dolną
wargę, spuszczając wzrok na swoją, źle zapiętą, niebieską koszulę.
- Przepraszam –
szepnęła, splatając palce rąk na moim kolanie, by po chwili je rozplątać. – Po
prostu musiałam przekonać się na własne oczy, że babcia naprawdę nie żyje… Nie,
daj mi dokończyć, muszę się wygadać – powiedziała stanowczo, gdy próbowałam jej
przerwać i ciągnęła dalej. – Poszłam do jej domu, a jak wiesz, znajduje się on
zaledwie kilka kilometrów stąd. Był pusty, ale nadal wmawiałam sobie, że babcia
śpi albo wyszła na spacer, dlatego przesiedziałam pod drzwiami dobrych kilka
godzin. Dopiero popołudniu postanowiłam nacisnąć klamkę i… drzwi się otworzyły.
Śmierć babci ostatecznie do mnie dotarła, gdy przeszukałam cały dom. Było już
ciemno, kiedy przestałam ryczeć w salonie, nie chciałam wracać sama nocą do
szkoły, więc zasnęłam w jej starym łóżku. Wiesz, że jeszcze pachniał jej
lawendowymi perfumami? – Uśmiechnęła się smutno do siebie, a ja starłam
delikatnie łzę, która spływała po jej bladym policzku. – Kiedy rano się
obudziłam, sprawdziłam czy zostawili jej rzeczy i wciąż tam były. Znalazłam
nawet te stare sukienki babci, w których chodziłyśmy podczas wakacji w
podstawówce, pamiętasz?
Uśmiechnęłam się na
wspomnienie, wtedy jeszcze beztroskich, wakacji, które spędzałyśmy z Liz i Angie
u prababci mojej kuzynki. Nie wiem ile mogłyśmy wtedy mieć… Jedenaście,
dwanaście lat? Wiem tyle, że byłyśmy o wiele niższe niż teraz, tylko Agnes
przewyższała nas, jak zwykle, o jakieś dziesięć centymetrów. Pamiętałam te
cudowne sukienki przywiezione aż z Włoch, które kilkunastoletnia babcia Jane
dostała od swojego dziadka Włocha.
Lizzie miała zieloną
falbaniastą sukienkę do kolan na podwójnych ramiączkach, Agnes czerwoną i
wąską, podkreślającą już wtedy jej młodzieńcze wdzięki, a ja miałam białą do
połowy ud. Wszystkie wyglądałyśmy ślicznie i gdy jeszcze ustawiłyśmy się
kolorami we flagę Włoch, to babcia Liz nazywała nas „zjawiskowymi
panieneczkami”. Miałam nawet zdjęcie z tego dnia.
- Pamiętam. –
Wymieniłyśmy czułe uśmiechy, tęskniąc za czasami, kiedy naszym największym
dylematem był sprawdzian w szkole.
Kąciki warg Liz
trochę opadły, kiedy kontynuowała:
- Przeszukałam całą
jej szafę, a wiem, że babcia nie miałaby mi tego za złe i pod ubraniami znalazłam
jej dziennik. Nie miałam pojęcia, że coś takiego prowadzi. Przeczytałam go od
początku do końca, dlatego wróciłam dopiero teraz. Nie pisała go codziennie,
tylko co jakiś czas. Jedna przerwa trwała nawet 10 lat.
Przełknęła ślinę,
jakby szykowała się na coś gorszego.
- Dziennik zaczyna
się na dniu, w którym kończy dwanaście lat, a kończy w dzień jej śmierci. – Z
jej oczu popłynęły kolejne łzy. – W tym dniu napisała tylko o spotkaniu z
sąsiadką, sprzątnięciu starej szafy na strychu i były tam jeszcze jakieś jej
przemyślenia. – Zamilkła na moment, oddychając głęboko. Widoczne było, że
strasznie to wszystko przeżywa. – Kilka jej ostatnich zdań czytałam
kilkadziesiąt razy i znam je już na pamięć. „Pies Jackie nagle milknie, bardzo
dziwne, bo to jego codzienny wieczorny rytuał. Zawsze szczeka dokładnie pięć
minut, dziś są to tylko dwie. Myślę że...”. Tu zdanie nagle się kończy i
zaczyna nowe, ostatnie. „Ktoś puka do drzwi. Kto i co chce od staruszki o
jedenastej w nocy?”.
Lizzie siorbnęła
nosem, nieudolnie próbując powstrzymać palcami łzy, spływające z jej oczu.
- Wiesz, co jest w
tym najgorsze? Ona najwyraźniej zaprosiła to bydle do domu, sądząc, że to jakiś
zabłąkany człowiek, a on zamordował ją w jej własnym salonie!
Przytuliłam do
siebie przyjaciółkę, nie bacząc na jej łzy, które moczyły moją bluzkę.
Potrzebowała wsparcia, tylko to się teraz liczyło.
Dla niektórych ta
wielka rozpacz Liz po stracie prababki mogła wydawać się dziwna lub
wyolbrzymiona. Jednak, kto znał Lizzie, wiedział, że miała ona lepsze relacje z
babciami, niż rodzicami, dlatego śmierć ukochanej Jane tak bardzo ją uderzyła.
Ethan, babcia Jane,
Percy…
Tyle osób ją
opuszcza, czym sobie na to zasłużyła?
Choć z Ethanem była
jeszcze ogromna szansa, nic nie było stracone. Musiałam poznać jego wersję,
dopiero wtedy ocenię ten związek i może będzie dało się w czymś jeszcze pomóc.
Liz podniosła
gwałtownie głowę, patrząc na mnie wielkimi czekoladowymi oczami.
- Co z Percym? –
spytała piskliwie, a ja przymknęłam zmęczone powieki.
To będzie dłuuuga noc…
***
Niewiele pamiętałam
z tego pogrzebu - szczerze mówiąc, nawet nie chciałam tego pamiętać. Obrazek
smutnych ludzi bolał mnie, a patrzenie na załamaną Liz było dodatkową udręką.
Wiedziałam, że długo nie zapomnę tego jak stała nad trumną, trzymając kurczowo
ramię Ethana z czerwoną różą w wolnej ręce, a po jej twarzy spływały ciurkiem
błyszczące łzy. Ja stałam kilkanaście metrów dalej z Agnes, Mattem i Willem,
obserwując całą uroczystość z dystansem, tylko Ag, co jakiś czas, pociągała
głośno nosem obok mnie.
Byłam nieobecna
duchem na tej uroczystości, jedyne, co zwróciło moją uwagę, to nieliczna grupka
mężczyzn w czarnych płaszczach, stojąca pod drzewami w oddali. Nie byłoby w
nich nic dziwnego, gdyby nie to, że zamiast odwiedzać swoich zmarłych krewnych,
przyglądali się pogrzebowi babci Liz. Chyba tylko ja to zauważyłam, bo reszta
zajęta była słuchaniem przemowy księdza.
Nurtowało mnie, kim
byli tamci mężczyźni, lecz teraz, gdy byliśmy z powrotem w szkole i wracałam do
swojego pokoju, męczyło mnie jedynie zmęczenie.
- Nienawidzę
pogrzebów. – Westchnęłam, przecierając oczy.
Jedyny Matt, będący
przy mnie do samego powrotu do szkoły, odprowadzał mnie do pokoju, bo go o to
poprosiłam, za pretekst biorąc moje zmęczenie, które mogło mnie zgubić w tym
ogromnym budynku. Nie była to całkowita prawda, bo nie chciałam sama wracać na
swoje piętro, a Lizzie została w swoim rodzinnym domu na tę noc.
- Nie ty jedna –
mruknął chłopak, wyprzedzając mnie o jakieś pół metra.
- Zwolnij trochę –
jęknęłam, a zaraz po tym ziewnęłam, zakrywając usta dłonią. Bolały mnie nogi i
głowa – straszliwie byłam zmęczona.
Matt przystanął na
chwilę i podał mi rękę, nie patrząc na mnie. Od pogrzebu zaczął się tak dziwnie
zachowywać.
Złapałam jego dłoń,
a on wznowił drogę do mojego pokoju. Szłam za nim prawie że nieprzytomnie,
wykończona tym całym dniem. Wstałam dzisiaj wcześnie rano, bo chciałam jeszcze
poszukać kota Liz po jej wieczornej histerii. Niestety Percy’ego nie znalazłam.
- Widziałeś Willa? –
zagadnęłam Matta, starając się nawiązać jakąś rozmowę w obawie, że zasnę na
stojąco.
- Na pogrzebie.
- A po? Bo tak nagle
zniknął…
- Najwyraźniej miał
jakąś sprawę do załatwienia – odparł chłopak bez wyrazu, co mnie zaniepokoiło.
- Matt… - zaczęłam,
ale mi przerwał.
- Jesteśmy. – Stanął
pod drzwiami mojego pokoju i spojrzał mnie z lekko uniesionymi kącikami ust.
Próbował się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu się to udało.
- Otworzysz? –
Wskazałam na drzwi z błagalną miną. – Nie mam siły nawet pomyśleć nad
zaklęciem.
- Jasne. – Matt w
mgnieniu oka otworzył przede mną drzwi. Już miałam mu podziękować, gdy
zobaczyłam na środku pokoju coś, co mnie zmroziło w miejscu.
- Matt – odezwałam
się drżącym głosem, a jego milczenie mówiło wszystko – też to zobaczył.
Po kliknięciu drzwi
dowiedziałam się, że je zamknął i po chwili kucał przy tym… czymś.
- Czy to…?
- Percy –
odpowiedział jasnowłosy na moje niedokończone pytanie, podnosząc się z klęczek.
Odwróciłam się z
jękiem od małego czarnego ciałka leżącego w kałuży krwi na moim dywanie i
przyłożyłam rękę do ust, przełykając podchodzącą mi do gardła żółć.
- Nie, nie, nie –
szeptałam gorączkowo i otarłam szybko łzę, która spłynęła mi spod powieki.
Kto mógł zabić to
bezbronne zwierzę i zostawić je w moim pokoju?
Boże.
Percy nie żyje. Kot
mojej, załamanej po śmierci babci, przyjaciółki nie żyje. Jej ukochany kocurek.
Ona tego nie
przeżyje.
- Biedna Lizzie… -
wyszeptałam, a mój głos się załamał, gdy zerknęłam przez ramię na kota i
zobaczyłam, skąd wydobywa się krew – skatowano zwierzę.
- Ona nie może tego
zobaczyć – powiedziałam, intensywnie wpatrując się w pobladłego Matta, który
także na mnie spojrzał.
Co my z nim zrobimy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz