wtorek, 6 listopada 2012

5


      
Cisza panująca wokół mnie mogłaby uchodzić na nienaturalną, gdyby nie to, że przebywałam właśnie w bibliotece szkolnej, gdzie wśród wyjątkowo wrednych uczniów choć najmniejszy szept był krzykiem. W powietrzu unosił się zapach starego i nowego papieru, a nawet kadzidła z biura bibliotekarki. Widok z każdej strony zasłaniały mi wielkie regały, jeden przede mną i drugi za mną, a było ich na pęczki, tu, w tej ogromnej bibliotece River High.

- Czy naprawdę jesteśmy jedynymi osobami w tej bibliotece? – spytałam normalnym tonem. Nie bałam się mówić głośno, ponieważ znajdowaliśmy się jakieś sto metrów od biurka bibliotekarki, pani Thomson, pomiędzy wielkimi regałami, a naokoło nas nie było widać nikogo.
- Oprócz pani Thomson, myślę że… - Matt, opierający się o półkę naprzeciwko mnie, podniósł głowę, jak pies przysłuchujący się otoczeniu – tak. No chyba że ktoś tutaj się ukrywa, chociaż nie widzę w tym żadnego celu.
Rozejrzałam się, marszcząc brwi i potarłam lekko ramiona, mówiąc:
- Dziwnie się czuję, gdy muszę być tu sama, dlatego dziękuję, że zgodziłeś się trochę ze mną pobyć.
- Nie ma sprawy. – Matt uśmiechnął się do mnie, a w policzkach zrobiły mu się urocze dołeczki. Nie mogłam nie odwzajemnić tego uśmiechu, choć wcale nie było mnie do śmiechu.
Oparłam się z westchnieniem o ścianę książek za mną i zamachałam nogami w powietrzu, bo siedziałam na wąskim blacie, który przytwierdzony był tylko do niektórych regałów.
Przyłożyłam palce do skroni, czując kolejne ukłucia w okolicy oczu. Ból głowy trzymał się od samego rana, męcząc mnie i drażniąc, a teraz stawał się już nie do zniesienia, w dodatku nie wiedziałam jak go złagodzić.
Kto wymyślał system edukacji szkół paranormalnych?! Zaklęcia przeciwbólowego powinni już nauczać na pierwszym roku, a nie w połowie drugiego! Było też oczywiście zaklęcie uzdrowienia, lecz ono leczyło rany, a nie bóle, na moje nieszczęście.
Możesz poprosić Matta, żeby ci pomógł – podszepnęła mi Alice.
Chętnie – westchnęłam żałośnie – ale nie chcę go już dłużej wykorzystywać. Ostatnio cały czas mnie „skleja”, to nie fair wobec niego.
Jestem pewna, że pomógłby ci bez jednego jęknięcia.
Właśnie wiem – mruknęłam w myślach i chciałam dodać coś jeszcze, ale z ich otchłani wyrwał mnie głos mojego przyjaciela.
- Widziałaś Liz?
Zaprzeczyłam szybkim ruchem głowy. Po jego minie domyśliłam się, że on także nie widział naszej przyjaciółki.
Od pamiętnej chwili sprzed dwóch dni nikt nie widział Lizzie i zaczynałam coraz bardziej się martwić czy i jej nie stało się coś złego, ale mówiłam sobie, że moja kuzynka – moja krew! – jest rozsądna, i nie dałaby się wpakować w jakieś kłopoty.
Więc gdzie się teraz podziewała?
Jak się okazało, po tym jak wybiegła ze swojego pokoju nie była ani u Ethana, ani u żadnego z chłopaków. Nie miała innych przyjaciół poza szkołą, dlatego poważnie o nią się martwiłam. Miałam nadzieję, że wyjechała nagle do jakiejś dalekiej ciotki albo, nawet jeśli miałabym ją za to udusić, ukrywała się gdzieś na terenie szkoły. Wszystko, byle nie to najgorsze.
- Jestem pewien, że za niedługo się pojawi – pocieszył mnie, i chyba siebie, Matt. – Lizzie lubi tak nagle znikać.
- Tak, jest w tym wręcz okropnie dobra – mruknęłam, przymykając powieki. – Ale mogłaby dać choć mały znak, że żyje. Do tego jeszcze po jej kocie wciąż ani śladu.
Otworzyłam oczy i natrafiłam na miodowe spojrzenie przyjaciela, który przypatrywał mi się w nieodgadniony sposób. Poczułam się nieswojo pod celownikiem tych palących oczu, dlatego ponownie się odezwałam.
- Właśnie, widziałeś gdzieś Percy’ego?
Matthew jakby otrząsnął się z zamyślenia i po krótkiej chwili wahania zaprzeczył.
- Na pewno? – zapytałam, powątpiewająco na niego patrząc.
- Tak, po prostu… wczoraj jak byłem na spacerze w lesie, jako wilk, zobaczyłem czarną smugę i pomyślałem, że to Percy, ale kiedy zbliżyłem się, przekonałem się, że to tylko inny wilk.
Wstrzymałam na moment oddech, przypominając sobie dziwaczne czarne zwierzę.
- Czy to był… zwykły wilk?
Jasnowłosy spojrzał na mnie najwyraźniej zdziwiony tym pytaniem.
- Najzwyklejszy, jakiego spotkałem. Jedyne, co mnie w nim, hmm, zaskoczyło to jego oczy. Były takie… bystre.
A więc nie przywidziało mi się. Ten wilk naprawdę był inny i, jak sądziłam, wiedział o moim medalionie. Bo czego innego mógł wtedy szukać, gdy mnie obwąchiwał? Z tego, co wiedziałam, zwierzę raczej nie mogło być zboczeńcem, więc to jedyne wytłumaczenie.
- Nie mam ochoty iść na ten pogrzeb – wymamrotałam, przerywając ciszę. Oparłam łokcie na kolanach, a ciężką głowę ułożyłam na dłoniach. Pogrzeb miał się odbyć jutro przed południem, a cała nasza piątka – nie wliczając Liz, oczywiste było, że będzie na tej uroczystości – została na niego zaproszona.
- Nikt nie chce żegnać bliskich lub znajomych, to normalne – powiedział cicho Matt.
- Nie chodzi o samą uroczystość. Od kilku dni mam napady złego nastroju albo boli mnie głowa. Obawiam się, że na takim wydarzeniu może mi się pogorszyć, a nie chcę zepsuć tej chwili, jaka by nie była, rodzinie Lizzie.
- Jakbyś miała zemdleć, to nie martw się, złapię cię.
- A jeśli dostanę napadu szału? – zapytałam, patrząc na chłopaka z rozbawieniem.
- Wtedy tak się tobą zajmę, byś nie rzuciła się na księdza – odparł, po raz kolejny wywołując na mojej twarzy uśmiech.
Nawet nie próbowałam zastanawiać się, co by było, gdyby Matta nie było, gdyby tak mi nie pomagał, ponieważ w ogóle nie mogłam sobie tego wyobrazić. Niby znałam go tylko cztery lata, ale zdążyłam przez ten czas bardzo się z nim zżyć. Życie bez niego? W tej chwili było to dla mnie niemożliwe do wyobrażenia, tak jak w przypadku reszty moich przyjaciół. Dzięki nim nadal potrafiłam cieszyć się z tego życia, które dało mi się we znaki. Dzięki nim nie załamałam się tą całą wojną.
- Jesteś niesamowity. – Uśmiechnęłam się do niego szeroko, a Matt odpowiedział mi tym samym, choć w jego oczach widziałam niepewność.
- Dlaczego?
- Ponieważ potrafisz sprawić, że się uśmiecham, nawet wtedy, gdy pęka mi głowa i jestem w smętnym nastroju.
- Od tego są przyjaciele, prawda?
- Dziękuję – mruknęłam, wpatrując się w jego błyszczące oczy, na co on podszedł do mnie z rozłożonymi ramionami.
Wtuliłam się w jego ciepły tors odziany w cienką brązową koszulkę i zamknęłam oczy, czując pod powiekami nieokreślone łzy. Zbierały się we mnie od paru dni, lecz nadal nie znalazły ujścia, a ja nie miałam zamiaru teraz się rozklejać. Nie w bibliotece i na pewno nie przy Matcie.
Zacisnęłam mocno powieki, a gdy je podniosłam, oparłam czoło na piersi chłopaka, rozkoszując się ciepłem emanującym z jego rąk, które sunęły kojąco po moich plecach.
W pewnej chwili – chyba z nudów – przyłożyłam pięści do jego brzucha, próbując go leciutko pchnąć, ale skończyło się na moim żmudnym wysiłku.
- Masz twardy brzuch – poskarżyłam się dziecięcym głosem, wywołując u niego chichot.
- Wiesz, trochę się ćwiczyło…
Prychnęłam głośno.
- Ty i ćwiczenia? Nigdy nie widziałam, żebyś ćwiczył! – powiedziałam, patrząc na niego niedowierzająco.
Matthew wywrócił oczami.
- No dobra, zaleta bycia zmiennokształtnym.
- Liz też jest zmiennokształtną, a jakoś nie ma tak twardego brzucha i… Hej! – obruszyłam się, gdy Matt przerwał mi, czochrając moje, i tak już stojące, kudły.
Spojrzał mi w oczy czułymi miodowymi tęczówkami i pocałował lekko w czoło, jak gdyby nigdy nic.
- Gdybyś tylko wiedziała, co potrafisz zrobić z człowiekiem… - mruknął.
- Co? – spytałam zaciekawiona. Bardzo chciałam wiedzieć jak wpływam na ludzi, lecz on odsunął się z uśmiechem.
- Idę na chwilę do pani Thomson. Poradzisz sobie przez tę parę minut, prawda? – Wyszczerzył zęby, widząc moją oburzoną minę.
- Powiedz, Matt – poprosiłam, ale pokręcił głową i zaczął się oddalać.
- Matthew! – zawołałam za nim ze śmiechem, a on zniknął za rogiem, machając do mnie dłonią, nie tracąc szerokiego uśmiechu.
Zachichotałam raz jeszcze bez powodu i rozejrzałam się naokoło, ale nic nie zwróciło mojej większej uwagi. Nie chciałam oddalać się stąd, bo mogłam się tu zgubić, a już przeżyłam to tutaj nieraz i nie było to fajne. Jednakże nie chciało mi się siedzieć tutaj bezczynnie, więc zastanowiłam się, co można robić w bibliotece oprócz czytania…
- Hej, Cat.
Drgnęłam, słysząc męski głos i odwróciłam głowę w stronę jego właściciela. Jak mogłam się domyślić, był to Eric. Znowu on. Czy on mnie śledzi?
- Co tu robisz? – zapytałam, obserwując podejrzliwie jak się do mnie zbliża.
- A ty? – odwzajemnił pytanie.
- Siedzę, jak widać.
- A ja, jak widać, idę.
Za ten jego kpiący uśmieszek miałam ochotę walnąć go tak mocno, by móc go zetrzeć z tej ładnej, acz złośliwej twarzy.
- Czego chcesz?
Eric przystanął jakieś dwa metry ode mnie, przypatrując mi się piwnymi oczami. Było w nich coś, co mnie niepokoiło. Wydawało mi się – a byłam mistrzynią w czytaniu z oczu – że gdzieś w ich głębi widzę żal, a nawet nikłą serdeczność, której nigdy mi nie okazał, a i ja tego nie oczekiwałam, nie po nim. Te uczucia mieszały się z zawiścią i mrokiem ogarniającym płynny brąz jego tęczówek. Od dłuższego czasu wiedziałam, że Dallas jest złym człowiekiem – to nie było zło, które niektórych pociągało – więc nie zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam.
Zresztą nie tylko ja zauważyłam tę zawiść do mnie. Alice „zobaczyła” to jakiś tydzień temu, kiedy znowu natrafiłam na tego idiotę. Nie wiem jak to zobaczyła, może przez medalion albo to wyczuła, nieważne. W każdym razie kazała mi trzymać się od tego faceta z daleka, bo może stać się moim potencjalnym zabójcą, jeśli już nim nie był.
Starałam się spełnić życzenie Ally, ale wciąż utrudniał mi to sam Eric, niby to przypadkiem na mnie wpadając.
- Pogadać – odparł brunet, wzruszając beztrosko ramionami z obojętnym wyrazem twarzy.
- Nie mamy o czym. – Chciałam zeskoczyć z blatu, ale Eric nagle znalazł się tuż przede mną i złapał moje ramię, unieruchamiając mnie w miejscu.
- Puść mnie – warknęłam, lecz on jeszcze bardziej się zbliżył, przyszpilając moje kolana swoim ciałem.
- Nie.
- Masz jakiś pieprzony niedobór dotyku, czy jak?! Puszczaj mnie!
- Nie.
- Eric, do cholery jasnej…
Chłopak w jednej chwili się uśmiechnął.
- O, od tego zaczniemy! Będziesz zwracać się do mnie po imieniu, dawno nie usłyszałem go z twoich ust. – Podczas gdy z każdym słowem szyderczy uśmiech Dallasa powiększał się, ja gapiłam się na niego z otwartymi ustami.
Co za bezczelny, chamski gnojek…
- Jesteś chory… - zaczęłam, ale ścisnął mocniej moje ramię i zamilkłam.
- Drugą rzeczą będzie sprawienie, byś przestała przezywać mnie na wszelkie sposoby.
- Mam ci przypomnieć jak ty mnie nazywałeś? – syknęłam, próbując mu się wyrwać, niestety jego uścisk się nie poluźniał.
Gdzie jest Matt?! – myślałam rozpaczliwie, czując w płucach znajome ciepło.
- Nie trzeba, mam dobrą pamięć.
Szczęściarz – mruknęłam niechętnie w duchu i coś sobie przypomniałam.
Cat, idiotko! Magia!
- Właśnie – szepnęłam do siebie, a Dallas spojrzał na mnie badawczo.
- Co?
- Puść mnie – powiedziałam, patrząc mu wyzywająco w oczy – bo inaczej pożałujesz. Znowu.
- Nie – powtórzył któryś raz, a we mnie się zagotowało. Jaki on był irytujący.
Rzuciłam w niego zaklęciem uderzającym, ale on zaśmiał się, wciąż stojąc przede mną.
- Błąd, Catty – wyszeptał, pochylając się w moją stronę, a ja przycisnęłam się do półek, by być jak najdalej od niego. – Mam tarczę ochronną w razie twoich magicznych humorków.
- Zacznę krzyczeć – ostrzegłam.
- Zatem krzycz, i tak nikt cię nie usłyszy. – Parsknął obojętnie. – Chroni nas kula dźwiękoszczelna, a twój Matt jeszcze długo się nie pojawi, bo pomaga starej Thomson szukać okularów, które przypadkiem zgubiła.
Czułam coraz większy strach i wściekłość do niego. Nie wiedziałam, co zamierzał i to było w tym wszystkim najgorsze.
- O co ci chodzi? – zapytałam cicho, sprawiając, że z jego twarzy niespodziewanie zniknął uśmiech.
- Pogadać. Pobyć z tobą trochę sam na sam.
- Po co? Nienawidzimy się, sam twój widok mnie mdli – zresztą pewnie u ciebie jest taka sama reakcja na mnie – więc na co to wszystko? Dlaczego nie chcesz zostawić mnie w spokoju?
- Wyjaśniłem ci to wszystko podczas jednego z naszych spotkać, nie pamiętasz?
- Mówiłeś o nie wyrównanych rachunkach, ale mało mnie to interesowało, bo nie ma żadnych cholernych rachunków do wyrównania. Jeśli już, to ja je mam, bo to nie ty leżałeś nieprzytomny przez tydzień! – mówiłam, wciąż starając się odepchnąć go kolanami lub wyrwać ramię, którego ani myślał puścić.
- Nie zgadzam się z tobą, ale o tym pogadamy innym razem, słonko. Mam taki jeden zakład do skończenia, wspominałem ci również, że wyładniałaś przez wakacje i…
O rany…!
Dallas musiał zobaczyć w moich oczach zrozumienie okalane strachem, bo na jego twarz znowu wpłynął mroczny uśmiech.
Zaczęłam się z nim szarpać, parę razy krzyknęłam – wszystko na próżno. Eric bawił się moim kosztem, gdy ja skręcałam się z przerażenia i niedowierzania. Spodziewałam się po nim wszystkiego, ale nigdy gwałtu.
Niespodziewanie zapłonął we mnie ogień straszliwej wściekłości, który rozprzestrzenił się po całym moim ciele, sprawiając, że Dallas oderwał ode mnie dłoń pod wpływem znacznie podniesionej temperatury mojego ciała. Czułam spływające kropelki potu po moim czole, ale skupiłam się na ogniu tlącym się wewnątrz mnie.
- Tym razem ci się nie uda. – Dostrzegłam w jego ciemnych oczach zawzięcie i zaczynałam się poważnie bać.
Gdzie jesteś, Matt?! – krzyknęłam w myślach, choć wiedziałam, że nie ma szans by mnie usłyszał.
Widząc jak twarz Erica niebezpiecznie zbliża się do mojej, zamknęłam oczy, marząc o tym, żeby zniknął, poszedł sobie, cokolwiek byle by tylko się do mnie nie zbliżał. Cała trzęsłam się z przerażenia, co znacznie spotęgowało we mnie ogromne ciepło.
Usłyszałam krzyk bólu, więc podniosłam powieki i wtem zobaczyłam jedynie ogień. Spomiędzy jego języków dostrzegłam przerażoną twarz Dallasa, którego ubrania… paliły się.
Ten obraz sprawił, że przestraszyłam się jeszcze bardziej, a ogień podniósł się, zajmując swoimi morderczymi mackami dół regału za Ericiem, który próbował ugasić jakoś płomienie na swoim ciele.
Krzyknęłam, czując w ramieniu straszliwy ból i okazało się, że zapalił mi się rękaw, a ogień sięgnął skóry mojej ręki.
Pomiędzy bólem a strachem pojawiło się zaskoczenie, bo przecież wcześniej byłam odporna na tego typu zjawiska związanymi z wysoką temperaturą. Może nie byłam odporna na ogień, mimo tego, że byłam posiadaczką tego żywiołu? A może jednak wcale nią nie byłam?
Moje gorączkowe rozmyślenia przerwał natarczywy głos Alice.
Przestań bać się tego ognia!
Żartujesz sobie – w duchu zaśmiałam się panicznie, szukając w pamięci zaklęcia wody.
Eric widocznie także go zapomniał, bo wciąż zmagał się z ogniem, krzycząc z przerażeniem, biegając tam i z powrotem. W innym wypadku miałabym z tego niezmierny ubaw, ale teraz martwiłam się ogniem, który mógł nas zaraz zabić.
Matta, jak na złość, dalej nie było! Naprawdę nie czuł tego dymu, nie słyszał naszych krzyków? Czy może Dallas znał, aż tak potężne zaklęcie ogłuszające?
W kwestii twojego życia nigdy nie będę żartować, Cat – powiedziała Ally, przypominając mi o sytuacji, w której tkwiłam.
Naprawdę musisz przestać się bać. Wtedy ogień nie będzie cię ranił i zaczniesz nad nim panować.
To nie jest łatwe – krzyknęłam w myślach i na głos, krzywiąc się z bólu. Boże święty, zginę w bibliotece.
- Cat! – wrzasnął Dallas, a poprzez dym dostrzegłam jego zmrużone z bólu oczy. – Ugaś ten ogień, kretynko!
- Nie umiem! – odkrzyknęłam, krztusząc się czarnym popiołem, który unosił się z jakiejś spalonej książki.
- To jest twoja sprawka, więc musisz umieć to ugasić. – Po raz kolejny krzyknął, klepiąc brzuch, gdzie jego koszulką zajął się ogień. – Ugaś to!
Cat, ogień cię nie skrzywdzi, jeśli przestaniesz się go bać! – krzyknęła Ally. – Opanuj się!
Krzyki tych dwóch różnych osób uniemożliwiły mi skupienie się, a ogień na książkach jeszcze bardziej nasycał mój strach. Patrzyłam na to wszystko z trwogą, nie mogąc opanować łez, które zakreśliły ścieżkę pośród czarnych smug na mojej twarzy. To było straszne, jeszcze ten ból głowy, nie potrafiłam skupić na niczym myśli.
Do krzyków w mojej głowie i obok dołączył się nowy. Ten przyjęłam z niebywałą ulgą.
- Cat!
Odwróciłam głowę w stronę Matta, który stał w przejściu pomiędzy regałami. Utkwił wzrok w ogniu wokół mnie i wymówił jakieś zaklęcia, które w mig ugasiły ten mały pożar, jednak gdy to robił, zmarszczył brwi. Domyślałam się, że zdziwiony był tą barierą, którą podniósł Eric.
Właśnie, Dallas. Spojrzałam na miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał chłopak, lecz teraz nikogo już tam nie było, a przynajmniej tyle mogłam zobaczyć przez ten dym.
Eric uciekł niezauważalnie wśród dymu, kolejny raz pokazując, jakim był tchórzem. Miałam nadzieję, że był cały poparzony, ponieważ to wszystko było wyłącznie jego winą.
Nienawidziłam go z całego serca.
- Cat. – Matt podbiegł do mnie i przytrzymał moje ciało, w ostatniej chwili, przed upadkiem. Nawdychałam się za dużo popiołu i teraz kręciło mi się w głowie.
- Poczułem dym, więc od razu przybiegłem, a pani Thomson wciąż szuka okularów, wydaje mi się, że niczego nie zauważyła, ale… co tu się stało? Zostawiam cię na parę minut, a ty już rozpalasz ognisko?
Spróbowałam uśmiechnąć się do niego, by uspokoić jego zmartwiony wyraz twarzy, zamiast tego po prostu się rozpłakałam i najzwyczajniej w świecie wtuliłam się w mojego przyjaciela.
Wmawiałam sobie, że sama poradzę sobie ze swoim przeznaczeniem, że potrafię znieść wszystkie związane z nim konsekwencje, ale coraz mniej w to wierzyłam.
Potrzebowałam komuś się wygadać, jednak nie byłam jeszcze na to gotowa.


***


- Liz? – szepnęłam zaskoczona, wchodząc do swojego pokoju pogrążonego w półmroku. Zapalona lampka na biurku dawała jedyne światło, oświetlając część pomieszczenia.
Najpierw zobaczyłam skuloną postać w moim granatowym fotelu, a dopiero po chwili dostrzegłam brązowe włosy mojej kuzynki.
Dziewczyna drgnęła i uniosła głowę, mrugając nieprzytomnie zaczerwienionymi oczami, próbując rozpoznać osobę stojącą w progu.
- Cat? – odparła zachrypniętym głosem, a we mnie w końcu uderzyła świadomość, że Lizzie jest cała i zdrowa. Oczy wypełniły mi się łzami, podbiegłam do fotelu i wpychając się na miejsce obok niej, przytuliłam przyjaciółkę z całych sił.
- Liz, ty żyjesz! – zawołałam, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. Tak bardzo się o nią bałam…
- Dlaczego słyszę w twoim głosie zdumienie? – spytała podejrzliwie, podnosząc na mnie podkrążone oczy.
- Jeszcze się pyta! Nie dawałaś znaku życia od dwóch dni, po tym jak nagle zniknęłaś. Wszyscy się o ciebie martwiliśmy!
Liz przygryzła dolną wargę, spuszczając wzrok na swoją, źle zapiętą, niebieską koszulę.
- Przepraszam – szepnęła, splatając palce rąk na moim kolanie, by po chwili je rozplątać. – Po prostu musiałam przekonać się na własne oczy, że babcia naprawdę nie żyje… Nie, daj mi dokończyć, muszę się wygadać – powiedziała stanowczo, gdy próbowałam jej przerwać i ciągnęła dalej. – Poszłam do jej domu, a jak wiesz, znajduje się on zaledwie kilka kilometrów stąd. Był pusty, ale nadal wmawiałam sobie, że babcia śpi albo wyszła na spacer, dlatego przesiedziałam pod drzwiami dobrych kilka godzin. Dopiero popołudniu postanowiłam nacisnąć klamkę i… drzwi się otworzyły. Śmierć babci ostatecznie do mnie dotarła, gdy przeszukałam cały dom. Było już ciemno, kiedy przestałam ryczeć w salonie, nie chciałam wracać sama nocą do szkoły, więc zasnęłam w jej starym łóżku. Wiesz, że jeszcze pachniał jej lawendowymi perfumami? – Uśmiechnęła się smutno do siebie, a ja starłam delikatnie łzę, która spływała po jej bladym policzku. – Kiedy rano się obudziłam, sprawdziłam czy zostawili jej rzeczy i wciąż tam były. Znalazłam nawet te stare sukienki babci, w których chodziłyśmy podczas wakacji w podstawówce, pamiętasz?
Uśmiechnęłam się na wspomnienie, wtedy jeszcze beztroskich, wakacji, które spędzałyśmy z Liz i Angie u prababci mojej kuzynki. Nie wiem ile mogłyśmy wtedy mieć… Jedenaście, dwanaście lat? Wiem tyle, że byłyśmy o wiele niższe niż teraz, tylko Agnes przewyższała nas, jak zwykle, o jakieś dziesięć centymetrów. Pamiętałam te cudowne sukienki przywiezione aż z Włoch, które kilkunastoletnia babcia Jane dostała od swojego dziadka Włocha.
Lizzie miała zieloną falbaniastą sukienkę do kolan na podwójnych ramiączkach, Agnes czerwoną i wąską, podkreślającą już wtedy jej młodzieńcze wdzięki, a ja miałam białą do połowy ud. Wszystkie wyglądałyśmy ślicznie i gdy jeszcze ustawiłyśmy się kolorami we flagę Włoch, to babcia Liz nazywała nas „zjawiskowymi panieneczkami”. Miałam nawet zdjęcie z tego dnia.
- Pamiętam. – Wymieniłyśmy czułe uśmiechy, tęskniąc za czasami, kiedy naszym największym dylematem był sprawdzian w szkole.
Kąciki warg Liz trochę opadły, kiedy kontynuowała:
- Przeszukałam całą jej szafę, a wiem, że babcia nie miałaby mi tego za złe i pod ubraniami znalazłam jej dziennik. Nie miałam pojęcia, że coś takiego prowadzi. Przeczytałam go od początku do końca, dlatego wróciłam dopiero teraz. Nie pisała go codziennie, tylko co jakiś czas. Jedna przerwa trwała nawet 10 lat.
Przełknęła ślinę, jakby szykowała się na coś gorszego.
- Dziennik zaczyna się na dniu, w którym kończy dwanaście lat, a kończy w dzień jej śmierci. – Z jej oczu popłynęły kolejne łzy. – W tym dniu napisała tylko o spotkaniu z sąsiadką, sprzątnięciu starej szafy na strychu i były tam jeszcze jakieś jej przemyślenia. – Zamilkła na moment, oddychając głęboko. Widoczne było, że strasznie to wszystko przeżywa. – Kilka jej ostatnich zdań czytałam kilkadziesiąt razy i znam je już na pamięć. „Pies Jackie nagle milknie, bardzo dziwne, bo to jego codzienny wieczorny rytuał. Zawsze szczeka dokładnie pięć minut, dziś są to tylko dwie. Myślę że...”. Tu zdanie nagle się kończy i zaczyna nowe, ostatnie. „Ktoś puka do drzwi. Kto i co chce od staruszki o jedenastej w nocy?”.
Lizzie siorbnęła nosem, nieudolnie próbując powstrzymać palcami łzy, spływające z jej oczu.
- Wiesz, co jest w tym najgorsze? Ona najwyraźniej zaprosiła to bydle do domu, sądząc, że to jakiś zabłąkany człowiek, a on zamordował ją w jej własnym salonie!
Przytuliłam do siebie przyjaciółkę, nie bacząc na jej łzy, które moczyły moją bluzkę. Potrzebowała wsparcia, tylko to się teraz liczyło.
Dla niektórych ta wielka rozpacz Liz po stracie prababki mogła wydawać się dziwna lub wyolbrzymiona. Jednak, kto znał Lizzie, wiedział, że miała ona lepsze relacje z babciami, niż rodzicami, dlatego śmierć ukochanej Jane tak bardzo ją uderzyła.
Ethan, babcia Jane, Percy…
Tyle osób ją opuszcza, czym sobie na to zasłużyła?
Choć z Ethanem była jeszcze ogromna szansa, nic nie było stracone. Musiałam poznać jego wersję, dopiero wtedy ocenię ten związek i może będzie dało się w czymś jeszcze pomóc.
Liz podniosła gwałtownie głowę, patrząc na mnie wielkimi czekoladowymi oczami.
- Co z Percym? – spytała piskliwie, a ja przymknęłam zmęczone powieki.
To będzie dłuuuga noc…


***


Niewiele pamiętałam z tego pogrzebu - szczerze mówiąc, nawet nie chciałam tego pamiętać. Obrazek smutnych ludzi bolał mnie, a patrzenie na załamaną Liz było dodatkową udręką. Wiedziałam, że długo nie zapomnę tego jak stała nad trumną, trzymając kurczowo ramię Ethana z czerwoną różą w wolnej ręce, a po jej twarzy spływały ciurkiem błyszczące łzy. Ja stałam kilkanaście metrów dalej z Agnes, Mattem i Willem, obserwując całą uroczystość z dystansem, tylko Ag, co jakiś czas, pociągała głośno nosem obok mnie.
Byłam nieobecna duchem na tej uroczystości, jedyne, co zwróciło moją uwagę, to nieliczna grupka mężczyzn w czarnych płaszczach, stojąca pod drzewami w oddali. Nie byłoby w nich nic dziwnego, gdyby nie to, że zamiast odwiedzać swoich zmarłych krewnych, przyglądali się pogrzebowi babci Liz. Chyba tylko ja to zauważyłam, bo reszta zajęta była słuchaniem przemowy księdza.
Nurtowało mnie, kim byli tamci mężczyźni, lecz teraz, gdy byliśmy z powrotem w szkole i wracałam do swojego pokoju, męczyło mnie jedynie zmęczenie.
- Nienawidzę pogrzebów. – Westchnęłam, przecierając oczy.
Jedyny Matt, będący przy mnie do samego powrotu do szkoły, odprowadzał mnie do pokoju, bo go o to poprosiłam, za pretekst biorąc moje zmęczenie, które mogło mnie zgubić w tym ogromnym budynku. Nie była to całkowita prawda, bo nie chciałam sama wracać na swoje piętro, a Lizzie została w swoim rodzinnym domu na tę noc.
- Nie ty jedna – mruknął chłopak, wyprzedzając mnie o jakieś pół metra.
- Zwolnij trochę – jęknęłam, a zaraz po tym ziewnęłam, zakrywając usta dłonią. Bolały mnie nogi i głowa – straszliwie byłam zmęczona.
Matt przystanął na chwilę i podał mi rękę, nie patrząc na mnie. Od pogrzebu zaczął się tak dziwnie zachowywać.
Złapałam jego dłoń, a on wznowił drogę do mojego pokoju. Szłam za nim prawie że nieprzytomnie, wykończona tym całym dniem. Wstałam dzisiaj wcześnie rano, bo chciałam jeszcze poszukać kota Liz po jej wieczornej histerii. Niestety Percy’ego nie znalazłam.
- Widziałeś Willa? – zagadnęłam Matta, starając się nawiązać jakąś rozmowę w obawie, że zasnę na stojąco.
- Na pogrzebie.
- A po? Bo tak nagle zniknął…
- Najwyraźniej miał jakąś sprawę do załatwienia – odparł chłopak bez wyrazu, co mnie zaniepokoiło.
- Matt… - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Jesteśmy. – Stanął pod drzwiami mojego pokoju i spojrzał mnie z lekko uniesionymi kącikami ust. Próbował się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu się to udało.
- Otworzysz? – Wskazałam na drzwi z błagalną miną. – Nie mam siły nawet pomyśleć nad zaklęciem.
- Jasne. – Matt w mgnieniu oka otworzył przede mną drzwi. Już miałam mu podziękować, gdy zobaczyłam na środku pokoju coś, co mnie zmroziło w miejscu.
- Matt – odezwałam się drżącym głosem, a jego milczenie mówiło wszystko – też to zobaczył.
Po kliknięciu drzwi dowiedziałam się, że je zamknął i po chwili kucał przy tym… czymś.
- Czy to…?
- Percy – odpowiedział jasnowłosy na moje niedokończone pytanie, podnosząc się z klęczek.
Odwróciłam się z jękiem od małego czarnego ciałka leżącego w kałuży krwi na moim dywanie i przyłożyłam rękę do ust, przełykając podchodzącą mi do gardła żółć.
- Nie, nie, nie – szeptałam gorączkowo i otarłam szybko łzę, która spłynęła mi spod powieki.
Kto mógł zabić to bezbronne zwierzę i zostawić je w moim pokoju?
Boże.
Percy nie żyje. Kot mojej, załamanej po śmierci babci, przyjaciółki nie żyje. Jej ukochany kocurek.
Ona tego nie przeżyje.
- Biedna Lizzie… - wyszeptałam, a mój głos się załamał, gdy zerknęłam przez ramię na kota i zobaczyłam, skąd wydobywa się krew – skatowano zwierzę.
- Ona nie może tego zobaczyć – powiedziałam, intensywnie wpatrując się w pobladłego Matta, który także na mnie spojrzał.
Co my z nim zrobimy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz