wtorek, 6 listopada 2012

16


    Majowe słońce świeciło na blade i ponure twarze ludzi zgromadzonych na dużym placu pomiędzy setkami nagrobków. Spora grupka osób ubranych na czarno zawieszała swoje spojrzenia w przeróżnych miejscach. Jedni patrzyli ze smutkiem na księdza, który wymawiał tradycyjne formułki nad wielką dziurą przeznaczoną na trumnę, która lada chwila miała zostać tam opuszczona. Nieliczni wpatrywali się w tę właśnie trumnę ze łzami w oczach lub już szlochając. Inni spuszczali wzrok, marząc by znaleźć się gdzie indziej, gdzieś daleko, bardzo daleko od tego smutku i rozpaczy. Od tej trumny, w której spoczywały zwłoki ich przyjaciela, znajomego, ucznia czy bliskiego. Tylko jedna jedyna osoba stała sztywno wyprostowana, patrząc w daleką dal, nie zwracając na nikogo ani na nic uwagi.
Elizabeth wbiła wzrok w sylwetkę stojącą przed nią. Cat wydawała się nieobecna duchem od samego początku pogrzebu. Gdy weszli na cmentarz stanęła na moment w miejscu, lekko drżąc, a potem bez słowa ruszyła w te miejsce, w którym stoją teraz i od tamtej pory stoi tam, wpatrując się bez ruchu w przestrzeń, jak gdyby została sparaliżowana.
Liz rozejrzała się raz jeszcze wokoło, za wszelką cenę starając się nie patrzeć na czarną trumnę stojącą zaledwie parę metrów dalej. Chciała zapomnieć o tym, jak wyglądało leżące w niej ciało jej przyjaciela, które każdy mógł obejrzeć, zanim zamknięto trumnę i przywiezioną ją tutaj ze szkolnej auli. Wolałaby zapamiętać Matta takim, jakim był jeszcze dwa tygodnie temu – uśmiechniętego, uroczego Matta, nie jego zakrwawione, blade i zimne ciało. Niestety chęć zobaczenia go po raz ostatni przezwyciężyła jej strach.
Na samą myśl o tym, że już więcej nie zobaczy Matta, że już więcej nie usłyszy jego głosu, już więcej się z nim nie podroczy ścisnęło ją w brzuchu, a do oczu napłynęły nowe łzy, od razu tryskając na jej policzki. Przytknęła wilgotną chusteczkę do kącików oczu, ze złością wycierając stale cieknące łzy – nie lubiła okazywać słabości. Ale rzeczywistość tak bardzo bolała. Zbyt wiele straciła w ciągu jednego roku.
Siorbnęła cicho nosem, chowając chusteczkę do kieszeni ciemnego swetra, a po chwili poczuła silne ramię obejmujące jej barki i pozwoliła Ethanowi się obejmować, lecz kiedy chciał złapać ją za dłoń szybko mu ją wyrwała, chowając ręce do kieszeni. Tym razem skupiła spojrzenie na czerni włosów Willa stojącego obok Cat, unikając patrzenia na zranienie Ethana, które widywała w jego błękitnych oczach od paru dni, a którego głównie ona była powodem.
Chcąc uniknąć niechcianej konfrontacji ze swoim chłopakiem, na moment wsłuchała się w wywód księdza mówiącego jaka to szkoda, że tak młody człowiek został ofiarą zbliżającej się wojny dobra ze złem, ale w sumie tam u góry, u Boga będzie mu o wiele lepiej.
Dobre sobie.
Kiedy usłyszała urywany szloch, wiedziała co się zaczyna, bez wysłuchiwania księdza – będą zsuwać trumnę. Ale pierwsze co zrobiła, to spojrzała na Cat, lecz ona wciąż stała wyprostowana jak struna, patrząc przed siebie – udając twardą, a jej pusty wyraz twarzy niepokoił Liz. Zawsze ją frustrowało takie zachowanie u jej kuzynki, bo i tak ostatecznie jej emocje znajdowały ujście, jednak nie zawsze w normalny sposób.
Drugie spojrzenie skierowała na prawo, na rudowłosą przyjaciółkę, która ukrywała twarz w dłoniach, a jej ramionami wstrząsał słabo tłumiony płacz. Widząc to w czekoladowych oczach Lizzie znowu zabłysły łzy, ale stłumiła w gardle płacz i położyła dłoń na ramieniu Agnes, uściskiem próbując dodać jej sił, których jej samej brakowało.
Angie podniosła na nią opuchnięte oczy.
- Słabo mi – wymamrotała.
- Odejdźmy kawałek – odezwał się Ethan, biorąc – tym razem stanowczo – Liz za wolną rękę, z Agnes robiąc to samo. Zanim jednak się ruszył, szturchnął ramieniem Willa.
- Idźcie – powiedział brunet półgłosem, odwracając lekko głowę w ich stronę, tym samym patrząc badawczo na niewzruszoną Cat. – Ja tu zostanę.
Choć słowa i gesty kierował do Ethana, Liz również wyczuła ich znaczenie – tyle razy komunikowali się szyframi w jej obecności, że zdążyła część z nich poznać. „Idź, ja z nią zostanę” mówił. Nie tylko Liz martwiło tak bierne zachowanie Cat.
Inne zachowanie Willa Lizzie zauważyła już poprzedniego dnia na wizycie u dyrektorki. Wciąż zerkał na, tak samo jak dziś, obojętną Cat, jakby – tak jak Liz – obawiał się, że w każdej chwili ta wybuchnie płaczem lub ogniem albo zrobi coś innego równie nieprzewidywalnego. Kiedy to Matt kiedyś zawsze zachowywał się jak jej cichy stróż – którego Cat wydawała się nigdy nie potrzebować – teraz wyglądało na to, że Will przejął obowiązek zmarłego przyjaciela.
Zmarłego.
Lizzie pozwoliła Ethanowi pociągnąć się w stronę wielkiego dębu, ale miała wielką ochotę mu się wyrwać, tak dla kaprysu. Zazwyczaj poszłaby za Ethanem wszędzie, ale ostatnio zaczynała mieć wątpliwości czy aby na pewno chce iść w kierunku, którym on podąża. W tym przechodzącym roku szkolnym mogłaby te wątpliwości zwalić na te wszystkie nieszczęścia, które ich spotkały, ale co potem? Miała nadzieję, że wszystko wróci do względnej normy, ponieważ, jej babka świadkiem, kochała Ethana całym sercem.
Tylko że czasami miłość nie wystarcza.
Wróciła do rzeczywistości, gdy uścisk na jej dłoni zelżał. Ethan spotkał się z nią spojrzeniem na krótki moment, spojrzeniem w którym tkwiła pełna troska – on nigdy nie przejmował się jej fochami - ale coś w jej oczach kazało mu odwrócić wzrok. Jak bardzo cieszyła się, że normalni czarodzieje – choć Ethan był ponad przeciętny w swoich umiejętnościach – nie umieją czytać w myślach.
Takie obawy miała czasami tylko o Willa, bo choć był mieszańcem, to jednak wampiry potrafią czytać w myślach. Trudno jej było uwierzyć w wiarygodność jego słów, że nie potrafi i nie chce czytać w myślach, ale Cat mu wierzyła, a ona jej ufała bez względu na wszystko.
- Jak się czujesz? – spytała cicho Liz, ściskając mocno dłoń Agnes, a ona spojrzała na nią załzawionymi oczami. Nie musiała mówić o swoim samopoczuciu psychicznym.
- Kręci mi się w głowie, ale nie jest mi już tak duszno – powiedziała, opierając się ciężko o drzewo i popatrzyła na tłumek przy wykopanym grobie. – Ale nie chcę tam wracać.
- Martwię się o Cat – westchnęła po kilkunastu sekundach Lizzie.
- Wcale mnie to nie dziwi – odparła Agnes, a choć było jej słabo, to jej głos był dziwnie wyraźny. – Ten jej spokój i zobojętnienie... to przerażające. W końcu wybuchnie, a ja boję się jak.
- Dobrze, że Will z nią jest – rzekł Ethan, zerkając z zamyśleniem w tamtym kierunku.
- Jeśli wybuchnie na niego ogniem, to przynajmniej będzie zabawnie – mruknęła Liz, a jej towarzysze parsknęli cicho.
- Cześć wam. – Podszedł do nich wysoki brunet, a Liz od razu go poznała. Max, kundel Cat. Stanął pomiędzy nią, a Agnes. – Gdzie reszta? – zapytał, ale zaraz skrzywił się, tak jakby popełnił jakąś gafę i szybko dodał: - To znaczy, gdzie Cat i Will?
Nie odwracając się Lizzie wskazała kciukiem za siebie, a Max spojrzał w tamtą stronę ze zmarszczonym czołem. W tym czasie szatynka objęła wzrokiem jego wyglancowaną sylwetkę. Miał na sobie typowo czarne spodnie, białą – nierówno zapiętą – koszulę, a na to narzuconą czarną marynarkę. Ten niezdarny obraz zbyt bardzo przypominał Liz Matta i musiała odwrócić wzrok, by znowu się nie rozpłakać.
- Pójdę do nich. Trzymajcie się.


***


 Starałam się z całych sił zachowywać kamienną twarz. Na każdym pogrzebie to praktykowałam i gdy już sądziłam, że udało mi się nie uronić ani jednej łzy do końca ceremonii, przenosiłam wzrok na trumnę, którą opuszczali w dół i przegrywałam. Zawsze wybuchałam płaczem i nic ani nikt       nie potrafił uspokoić mnie przez kolejne kilkadziesiąt minut. A do tej pory uczestniczyłam tylko na pogrzebach starych znajomych lub dalekich krewnych. Nigdy nie żegnałam tak bliskiej sobie osoby.
Właśnie o to chodziło. Od początku tej uroczystości w ogóle nie spojrzałam na trumnę, przyjaciół czy choćby księdza lub innych tu obecnych. Odciągałam wzrok daleko od tych zapłakanych twarzy i miejsca, w którym Matt będzie leżał na wieki. Gdybym tylko rzuciła okiem... wiedziałam, że prędzej czy później nie wytrzymałabym napięcia.
Miałam lekkie dreszcze od chłodnego wiaterka, ale nie zadałam sobie trudu by zabrać ze sobą sweter, a czarna sukienka na ramiączkach niewiele dawała ciepła. Jednak mogło zacząć padać, cokolwiek, mogłam nawet zachorować – teraz mało mnie to wszystko obchodziło.
Nie wiedziałam co się dzieje, dopóki ktoś nie szturchnął mnie w ramię i nie zostałam obrócona o 180 stopni. Zamrugałam parę razy powiekami, próbując załapać kontakt ze światem zewnętrznym, a wtedy dopiero rozpoznałam dwie sylwetki stojące przede mną. Duet moich marzeń – Max i Will.
Potarłam powieki, rozglądając się wokoło i w końcu dotarło do mnie gdzie jestem. Trumna. Grób. Pogrzeb.
Westchnęłam bezdźwięcznie, wbrew woli zatrzymując wzrok na trumnie i poczułam narastającą gulę w gardle.
- Cat. – Znowu poczułam szarpnięcie. Wróciłam spojrzeniem do dwóch mężczyzn, którzy swoją porażającą energią mnie dosłownie przytłaczali. – Dobrze się czujesz? – spytał Max, ściskając delikatnie moją rękę.
Zagryzłam dolną wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią i spojrzałam z ciekawością na lekko zachmurzone niebo. Jak ja się czułam?
Zamiast odpowiedzieć spojrzałam na ubiór Maxa i zauważając nierówno zapięte guziki, zaczęłam majstrować przy jego koszuli, przypominając sobie z czułością jak to zawsze poprawiałam ubrania Matta. Po dobrym zapięciu guzików poprawiłam kołnierzyk jego marynarki, a potem mankiety i ignorując jego zatroskany i pytający wzrok, spojrzałam na czarną koszulę Willa, i jemu poprawiłam jedynie kołnierz. Starannie wykonałam swoją pracę, unikając patrzenia im w oczy, by nie zobaczyli, że mój mur powoli, ale ze skutkiem, łamie się.
- Bywało gorzej – powiedziałam w końcu, gdy wyczekująca cisza się przedłużała.
- Chcesz zostać do końca? – zapytał tym razem Will, a ja na moment podniosłam na niego wzrok, ale zaraz spuściłam go na swoje baleriny.
- Tak myślę. – Wzruszyłam ramionami, bawiąc się swoją bransoletką.
Max zniżył się do poziomu moich oczu, próbując spojrzeć mi w oczy, ale zacisnęłam powieki, niczym dziecko, spuszczając jeszcze niżej głowę.
- Wiesz, że nie musisz, prawda?
Nie muszę? Podniosłam głowę, rozglądając się wokoło. Było tu tyle osób... Skacząc po twarzach obecnych spotkałam się z brązowym spojrzeniem Lizzie, której zaczerwienione oczy patrzyły na mnie z smutno i z niejaką obawą. Prawie, prawie się zaśmiałam – jak dobrze znałam te jej spojrzenie – czekała aż poddam się. Poddam się temu uściskowi gardle, pieczeniu w kącikach oczu, poddam się uczuciu całkowitej rozpaczy i straty. Czekała aż poddam się bezradności. Ale to nie nadejdzie, a na pewno nie teraz.
Musiałam być twarda, bo kto miał być? Musiałam stawić czoło temu co dokonałam – przez ostatnie pół roku robiłam wszystko – myślałam, że robiłam - by nie doszło do tego, co musimy teraz przeżywać. A na koniec dałam się tak łatwo nabrać, uwierzyłam w obietnice moich przyjaciół, którzy nic nie wiedzieli, uwierzyłam nawet infantylnemu Maxowi, któremu szczególnie nie powinnam wierzyć. Co on mógł wiedzieć o zagrożeniu, jeśli swoje przeznaczenie traktował jak zabawę?
Mogłabym go obwiniać, oczywiście. Mogłabym wszystkich obwinić, ale nie tak bardzo jak obwiniałam siebie. Przecież do tego w ogóle nie powinno dojść, a Alice mnie ostrzegała.
Nie rozmawiałam z nią od tamtego dnia, medalion schowałam głęboko w szufladzie komody. Zbyt wielki czułam wstyd, zbyt bardzo bałam się skonfrontować z Kręgiem i ich opinią – wiedziałam, że spieprzyłam na całej linii, a ofiarą tego był Matt. Mój biedny, bezbronny Matt.
- Muszę – powiedziałam niespodziewanie głośno, prostując się, ale nie patrzyłam na chłopaków, wciąż mówiłam do nieba. – Matthew zasługuje na godne pożegnanie, pożegnanie od prawdziwych przyjaciół, a nie zwykłych gapiów. – Z tymi słowami odwróciłam się do księdza i zauważyłam, że trumna jest spuszczana.
A w niej ty, Matt. Tak bardzo cię przepraszam, że nie umiałam należycie oddać twojej miłości, że trzymałam cię przy sobie, bo tak mi było wygodnie. Przepraszam, że nie nauczyłam się bronić, by móc ochronić ciebie. Przepraszam, że cię zawiodłam. Ale ty o tym wszystkim wiesz, nieprawdaż?
Zacisnęłam mocno wnętrza policzków, dusząc w sobie krzyk, jak i płacz.
Nie.
Nie będę płakać.
Nie będę.
Nie będę.
Nad trumną leżącą już w grobie zabłysło białe światło, z którego utworzyły się tego samego koloru róże, które z cichym stuknięciem opadły na drewno.
Przymknęłam powieki, spod których wypłynęło parę łez.
Nie będę ryczeć.
- Spoczywaj w spokoju, Matt – usłyszałam obok siebie cichy głos, po czym usłyszałam kolejne świśnięcie magii, a spod przymkniętych powiek ujrzałam te same białe światło co wcześniej.
Nie.
Uścisk w podbrzuszu był nie do wytrzymania, a pieczenie w gardle powoli przeradzało się w żywe palenie.
Po słowach tego kogoś słyszałam inne szepty lub głośniej wymamrotane zdania, słyszałam jak ludzie podchodzą i swoją magią obdarowują trumnę kwiatami.
I tak znikną, zanim zakopią trumnę – pomyślałam gorzko.
Nie wiem ile trwałam w swoim transie, nie wiem ile powtarzałam sobie, by nie płakać – wiem, że gdy otworzyłam oczy księdza już nie było, ani wielkiego tłumku wokół trumny. Nie było nikogo prócz mnie i moich przyjaciół, i nikt się nie odzywał.
W pewnym momencie Lizzie uklękła przy grobie ze spuszczoną głową, a gdy spojrzałam na Ethana, ten wyglądał jakby walczył sam ze sobą czy podejść do niej, czy nie, jednak wybrał drugą opcję i obserwował dziewczynę ze swojego miejsca.
Potem Liz zrobiła szybki ruch ręką, a z powietrza zleciały źdźbła zieleniutkiej trawy.
- Lubił trawę – wymamrotała, po czym zaczęła chichotać histerycznie.
Kiedy upadła kolanami na ziemię, ramionami zasłaniając twarz, Ethan uklęknął obok niej, próbując przytulić ją do siebie, ale szatynka odepchnęła go, wstając i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia cmentarza.
Nie będę płakać – zaczynało to brzmieć jak mantra.
Ethan raz się obejrzał za swoją dziewczyną, ale potem dłuższą chwilę patrzył na trumnę, aż w końcu westchnął cicho, z trudem i nie patrząc na nikogo, ruszył ze spuszczoną głową za Lizzie, która zatrzymała się przy jakimś drzewie.
Czułam, że dłużej tego wszystkiego nie zniosę. Tej zapłakanej twarzy Agnes, bezradności w oczach Willa i Maxa, który wpatrywał się przed siebie z żałością.
Zacisnęłam pięści, koncentrując się przez chwilę na czym innym niż nie płakaniu i w chwili, gdy otworzyłam oczy nad grobem wybuchły iskry pokolorowane przeze mnie, z czego utworzył się bukiet kolorowych płomieni. Wystraszyłam pozostałą trójkę, widziałam to po ich zaskoczonych minach, ale odwróciłam się od nich, ruszając w stronę drugiego wyjścia z cmentarza, które znałam.
Otarłam wilgotne policzki i założyłam ramiona na piersiach, oddalając się szybko od wołających mnie głosów.
Nie będę płakać.
Zapłacisz za to, skurwysynu.


***


     Co to jest za dzień? Nie miałam pojęcia. Czy minął tydzień, miesiąc, a może nawet rok lub dopiero jeden dzień – to nie miało wielkiego znaczenia, teraz nic nie miało.
Pamiętałam tylko niektóre z zajęć, te na których nauczyciele koniecznie chcieli zwrócić moją małą uwagę.
Pamiętałam starania Maxa, by wyciągnąć mnie z otępienia i jego zrozpaczone bursztynowe oczy.
Pamiętałam również wezwanie mnie do dyrektorki, która chciała wyciągnąć ode mnie informacje na temat zdarzenia na polanie, bo byłam tego jedynym żywym świadkiem. Nie pomogło jej mówienie, że rozumie moją sytuację, wręcz przeciwnie – gdy zaczęła mówić o Matcie wybiegłam z jej gabinetu, nie miałam na to wszystko siły.
- Dyrektorce naprawdę jest przykro, że cię zdenerwowała. – Poinformował mnie monotonny głos.
- Nie musi – odpowiedziałam, wpatrując się w płomyk ognia tańczący nad moimi palcami.
- Co…? – Właściciel głosu zdążył odpłynąć myślami w innym kierunku.
- Nie musi być jej przykro. Nie ona pierwsza, nie ostatnia – powiedziałam sucho. Bawiłam się, to przybliżając, to oddalając palce drugiej ręki od płomyka.
Ciężkie westchnięcie.
- To i tak nie ma znaczenia, po prostu kazała mi to tobie powtórzyć. Pracownicy szkolni bardzo żałują, że nie chcesz niczego powiedzieć, bo muszą zapisać to w aktach…
- Gówno mnie obchodzą ich akta – warknęłam, gwałtownie ruszając rękami i zbyt blisko przysunęłam palce do ognia. Zasyczałam z bólu, ale po chwili bawiłam się dalej z uporem maniaka.
- Myślałem, że jesteś odporna na oparzenia – zauważył głos na wpół rozbawiony, na wpół tak samo monotonny jak wcześniej.
- Nie kiedy mam wahania nastrojów i nie chcę kontrolować mocy. Nic mi z tego, że jest ujarzmiona, dalej ma humorki.
- Zupełnie jak jej właścicielka.
- Zamknij się.
- Właśnie.
Zakręciłam kółko palcem i wycelowałam nim w mężczyznę stojącego koło okna, lecz blondyn, nawet na mnie nie patrząc, podniósł lewą dłoń, zatrzymując w miejscu płomyk ognia.
- Twoja doskonałość w magii zaczyna mnie irytować – mruknęłam, krzyżując nogi w siad turecki i oparłam dłonie za sobą na łóżku, rzucając krytyczne spojrzenie Ethanowi.
- Założę się, że będziesz ją uwielbiać, gdy zaczniesz potrzebować pomocy w nauce, tak jak Agnes.
- Gdzie ona jest? – spytałam, udając ciekawość. Tak naprawdę nie czułam nic oprócz dziwnego spokoju.
- Nie rusza się z pokoju od paru dni.
- Will?
- Nie mam bladego pojęcia, ale na zajęciach się pojawia.
- A Lizzie?
- Nie wiem.
Ta odpowiedź sprawiła, że spojrzałam na Ethana, przekrzywiając głowę na bok. Jego blada twarz nic nie pokazywała, lecz po zaciśniętej szczęce poznałam, że coś go gnębi.
- Ethan – powiedziałam tak cicho, że prawie samej siebie nie usłyszałam. – Usiądź obok mnie.
Chłopak zamknął oczy, spuszczając głowę i oparł się o parapet. Zobaczyłam jak jego jabłko Adama porusza się, gdy przełknął głośno ślinę i w końcu powiedział:
- Nie zaczynaj. – Zanim zdążyłam zapytać czego nie mam zaczynać, dodał: - Nie będziesz mi doradzać i poprawiać humoru, gdy sama jesteś wrakiem samej siebie.
- Kto powiedział, że tak chcę zrobić?
- Bo tak zawsze robisz – zaśmiał się bez humoru Ethan, zerkając na mnie z dziwnym błyszczeniem w oczach.
Zagryzłam wargę, chwilę się w niego wpatrując i raz jeszcze poklepałam miejsce obok siebie.
- No chooodź.
Moment stał w bezruchu, choć ostatecznie powoli, z ociąganiem wyprostował się i usiadł obok mnie, opierając się o ścianę. Na nogach wyciągniętych przed sobą położył dłonie i wpatrywał się w nie, udając że nie widzi mojego przeszywającego wzroku.
Mimo to, z niemałym trudem, podniosłam jego ramię i wcisnęłam się pod nie, wtulając się w przyjaciela.
Długo siedzieliśmy tak w ciszy, każdy we własnym świecie.
- Ile już minęło? – zapytałam nagle, niepewnie.
- Ponad tydzień.
- Tylko?
- Co nie?
- Brakuje mi go – stwierdziłam po paru minutach ciszy, ale w moim głosie brak było jakiegokolwiek uczucia. Ot tak, proste stwierdzenie. Mogłoby mnie to przerazić, gdybym nie była tak żałośnie otępiała. Tak bardzo żałosna.


***


     Po otępieniu przyszedł czas na gwałtowne emocje i to wszystko dzięki Kundlowi. Kiedy chciałam siedzieć w ciszy i spokoju, otępieniu i posiadaniem wszystkiego głęboko, on przychodził do mojego pokoju i doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoimi uwagami, rozkazami i przede wszystkim samym sobą, bo gdy chciał był potężnie irytujący, a ja chciałam by wszyscy dali mi święty spokój. Czy choć raz mnie posłuchał?
Pewnego dnia wparował do mojego pokoju z misją – wywołać we mnie jakieś emocje, bo był zmęczony moją biernością.
- A kto ci, do cholery, każe cały czas do mnie przyłazić?! – warknęłam, podnosząc się w końcu z łóżka. Osiągnął pierwszy cel – wyciągnął mnie z mojej bezpiecznej strefy.
- Sumienie! I to, że mi na tobie zależy! – zawołał, gwałtownie gestykulując.
Sumienie!
- Nie prosiłam nikogo o litość, kundlu – powiedziałam ze złością.      
- Jaką litość? Dla ciebie to litość, że nie chcę byś całkowicie siebie zaniedbała?
- Jakoś reszta tutaj nie przychodzi by mnie napastować, tylko ty, wielki wybawiciel!
- Bo reszta robi dokładnie to samo co ty – odparł cicho Max, co mnie na chwilę zatkało. – Co, może myślałaś, że ty jedyna masz teraz wszystko gdzieś? Otóż nie, twoi przyjaciele uparli się na to by stworzyć kółko samodestrukcyjne! Nie znam ich na tyle dobrze, ale ciebie tak i nie pozwolę ci żyć do końca życia w rozpaczy, bo to nie jest przeznaczenie Wybranej. To nie jest nikogo przeznaczenie. A to, że masz focha na cały świat gówno mnie obchodzi, Cat, jesteś moją przyjaciółką i nie chcę cię stracić, tak jak ty straciłaś Matta. Ja nie stracę kolejnej bliskiej osoby.
Przez chwilę miałam ochotę zapytać kogo on już stracił, jak to się stało, dlaczego nic mi nie powiedział... Przez moment czułam się egoistycznie, przez moment... Ale tylko przez krótką chwilę, zanim złość wróciła.
- Nie możesz kierować moim życiem – powiedziałam twardo.
- Ale mogę wpłynąć na twój wybór. Ty możesz wybrać, Cat. Czy taki przywilej miał Matt?
Odwróciłam wzrok od jego zdeterminowanych oczu, odwróciłam się od jego wojowniczej postawy.
- Nie możesz czekać w nieskończoność na to, co nie nadejdzie. Wiem o tym dobrze ty i ja, Cat.
- Nic nie wiesz.
- Musisz w końcu stawić czoła rzeczywistości, czy tego chcesz, czy nie.
- Daj mi spokój! – Nie wytrzymałam i podeszłam do drzwi, zanim zdołał zareagować i wybiegłam na korytarz. Nie poszłam daleko, a już słyszałam jego wołanie.
- Cat, zaczekaj! Stój!
Odwróciłam się i spojrzałam na niego ze złością.
- Po co? Żebyś znowu palnął mi kazanie?!
- Żebyś się uspokoiła i wróciła ze mną do pokoju – powiedział spokojnie, ale w jego oczach mogłam dostrzec niepokój.
- Nie mam takiego zamiaru – rzekłam i wznowiłam drogę.
- Cat, on nie wróci – wypowiedział słowa, które od jakiegoś czasu wisiały w powietrzu. -  Nawet wtedy, jak zrobisz coś idiotycznego. – Usłyszałam za sobą i coś we mnie pękło.
- Wiem! – wrzasnęłam i w tym krzyku ja sama usłyszałam ból. Z trudem spojrzałam w jego złociste oczy. – Nie musisz mi o tym na każdym kroku przypominać, już sama o tym doskonale wiem, do cholery!
Nim zdołał cokolwiek zrobić, zbyt oszołomiony moim wybuchem, pobiegłam do wyjścia ze szkoły.


***


     Siedziałam w chłodnym jeziorze do późnego popołudnia i wciąż nie miałam zbytniej ochoty na powrót. Powrót do rzeczywistości, czego tak bardzo pragnął dla mnie Max – po ochłonięciu w końcu dostrzegłam, że on chce pomóc, a w jego słowach tkwi twarda prawda.
Matt nie mógł dokonać żadnego wyboru w swoich ostatnich chwilach życia, nie miał tego, co ja mam teraz. Albo mogę żyć dalej w przeświadczeniu, że świat uwziął się na mnie, że życie jest niesprawiedliwe i nie warto dalej się nim przejmować – albo zrobię coś w kierunku zmiany. Tyle jest do zrobienia. Morderca Matta nie może żyć bezkarnie na wolności, nie może pluć mi w twarz ze swoim szyderczym uśmieszkiem na twarzy, nie ma prawa.
Właśnie takiego kopa potrzebowałam – przyznałam się sobie z niechęcią.
Ruszyłam zdrętwiałą z zimna nogą, a potem ręką, za czym poniósł się głośny plusk. Woda koiła moje emocje i zmysły – uspokoiła mój żywioł. Nie przejmowałam się tym, że spędziłam – siedząc w wodzie – ponad 6 godzin, dzięki magii lekko mogłam się rozgrzać, ale nie było to zbyt potrzebne w temperaturze panującej na dworze. Mogłoby mnie też zmartwić zmarszczenie skóry, gdyby nie to, że... właśnie, magia. Często była moim skarbem, rzadziej wrogiem.
Podniosłam się powoli z klęczek, a woda sięgała mi teraz do połowy ud. Przeszłam się parę kroków w przód i w tył, by rozprostować nogi. Kiedy miałam się odwracać – moje szczęście – potknęłam się o coś, tak gwałtownie, że wpadłam cała do wody. Zamknęłam oczy i buzię, ale zdążyłam nabrać haust wody do płuc i zaczęłam się krztusić pod powierzchnią wody. Chciałam popłynąć, ale okazało się, że noga zaplątała mi się w wodorosty, a gdy próbowałam wyjść na powierzchnię wody stwierdziłam, że brak mi sił na cokolwiek.
Cóż za ironia losu – kiedy postanowiłam, że warto dalej żyć pełnią życia, utonę.
Zanim całkowicie zabrakło mi oddechu otworzyłam na moment oczy. W sumie takie uczucie nicości jest niczego sobie, tego potrzebowałam od samego początku.
Gdy zamrugałam powiekami zobaczyłam czerń, ale nie wiedziałam czy straciłam przytomność, czy to wyśniony wybawca.

15



Donośne pukanie wybudziło mnie z niespokojnego snu, a im dłużej udawałam, że go nie słyszę, tym głośniejsze się ono stawało. Mruknęłam głośno, uchylając powoli powieki pod promieniami majowego słońca, które sprawiło, że w moich oczach stanęły momentalnie łzy. Zamrugałam kilkakrotnie, prostując się na łóżku, a gdy oparłam na nim ręce i poczułam ostry ból w prawej dłoni, wydarzenia z poprzedniej nocy napłynęły do mnie potężną falą, która na moment zaćmiła mi mózg.
Syknęłam, wstając z łóżka i z obawą spojrzałam na dłoń – była cała oblepiona zakrzepłą krwią, rana wyglądała obrzydliwe oraz strasznie – i poczułam jak z twarzy odpływa mi cała krew na ten widok.
- Cat, wiem, że tam jesteś, otwieraj!
Popatrzyłam na drzwi, niepewna co zrobić – przez chwilę chciałam zignorować Lizzie, ale skoro jeszcze się nie poddała, to nie zrobi tego dopóki nie wyciągnie mnie z pokoju, a jakimś sposobem wiedziała, że wciąż tu jestem.
Schowałam zranioną rękę za plecy, a drugą otworzyłam drzwi, przedtem usuwając wszystkie czary je chroniące. Uśmiechnęłam się wymuszenie do kuzynki, a ta na mój widok zmarszczyła swoje gładkie czoło, choć jej oczy i tak już ciskały błyskawice.
- Ileż można się do ciebie dobijać… Dobrze się czujesz? – Przekrzywiła odrobinę głowę na bok, przyglądając się mojej sylwetce, więc i ja zerknęłam szybko na siebie; od wczoraj się nie przebrałam, po tym jak roztrzaskałam okno musiałam je naprawić, a wtedy rzuciłam się na łóżko, niemal mdlejąc z wściekłości i bólu, jakiego odczuwałam w ręce – nie wiem nawet kiedy zasnęłam. Teraz moje ubrania były pogniecione we wszystkich możliwych miejscach i byłam pewna że moja twarz nie wyglądała lepiej.
- Ta… - Odchrząknęłam, bo mój głos wciąż był zachrypnięty od snu. – Tak, świetnie.
- Aha – mruknęła powątpiewająco, patrząc na mnie badawczymi oczami spod długich rzęs. Odwróciłam wzrok, wiercąc się nerwowo w miejscu. – Zamierzasz stać tu przez cały dzień czy ruszysz tyłek na śniadanie?
- Czemu zawsze ty musisz po mnie przychodzić? – burknęłam, próbując ukryć irytacją ból, który ponownie zaczął mi doskwierać z powodu rany w ręce.
- Ponieważ tylko ja mam na tyle silną determinację, by wyciągnąć cię z łóżka, leniu. Gdyby nie ja, to zaspałabyś na większość lekcji. – Wytknęła mi język, gdy wywróciłam oczami. – Przebierz się, ja tu zaczekam, ale ostrzegam, że jeśli nie wyjdziesz za maksymalnie 10 minut, to nie ręczę za siebie.
- Zawsze tak mówisz, a i tak czekasz nawet pół godziny. – Zamknęłam drzwi zanim mogłaby się odciąć i weszłam do łazienki, by się umyć i przemyć ranę. Nim się ubrałam w świeże i czyste ubrania, opatrzyłam moją dłoń jak najlepiej potrafiłam, a potem obandażowałam ją wyczarowanym bandażem, postanawiając, że jeszcze przed pierwszą lekcją pójdę do szkolnej pielęgniarki, by mi uzdrowiła rękę. Nie chciałam prosić żadnego z moich przyjaciół, by nie musieć odpowiadać na niekomfortowe pytania.
Wygładziłam swoją szarą spódniczkę, zerknęłam raz jeszcze na swoje odbicie w lustrze i w miarę usatysfakcjonowana wyszłam z łazienki, a po drodze do wyjścia zabrałam z szafki mój medalion, zapinając go na karku z niemałym trudem.
Cat? Wszystko dobrze? Tak nagle poczułam, że zerwał się kontakt, ale zanim to się stało wyczułam u ciebie panikę i widziałam…
Ally, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nic wielkiego się nie zdarzyło.
Cat, widziałam te martwe zwierzę.
Zacisnęłam usta, wychodząc z pokoju, ale szybko przywołałam na twarz lekki uśmiech skierowany do przyjaciółki, która od razu rozchmurzyła się na mój świeży wygląd i złapała mnie za ramię, ciągnąc na śniadanie. Paplała, jaka to ona jest głodna i to przeze mnie, ale nie jej słuchałam tylko wewnętrznego głosu mojej Kapłanki.
Musisz porozmawiać z Mercedes.
Nic nie muszę.
Poczułam irytację w sposobie jakim westchnęła Alice.
Dobrze – nie musisz. Ale lepiej by było, gdyby jednak ktoś z Kręgu wiedział o tym, że już po raz drugi dostajesz martwego kota, a wiesz dobrze, co on znaczy w naszym świecie. Nie mówiąc już o tych groźbach – wymawiając ostatnie zdanie wiedziałam, że ledwie powstrzymuje gniew w głosie. Tylko dzięki dobrej umiejętności aktorskiej, którą posiadałam, udało mi się powstrzymać szok wymieszany z przerażeniem, który poczułam w sercu.
Tak, wiem o tym. Jesteś dobra w mentalności, Catherine, ale nie masz tyle doświadczenia, co ja, byś mogła ukryć przede mną coś takiego.
Długo…
Nieważne jak długo wiem – przerwała mi ostro – ważne, że powiadomisz o tym jak najszybciej Krąg.
Ale jedno z nich już wie…
Nie mówię o Bartemiuszu, Cat. Może jest on członkiem Kręgu, ale jest w niego najmniej zaangażowany, a pogróżek nigdy nie uważał za coś strasznego, podobnie jak ty. Cat…
- Cat, słuchasz w ogóle co do ciebie mówię?
Zorientowałam się, że w którymś momencie stanęłyśmy w miejscu i byłyśmy teraz w korytarzu prowadzącym do jadalni, ale już Lizzie tam się tak nie spieszyło. Patrzyła na mnie z wyraźnym niepokojem, a jej duże oczy błądziły po mojej twarzy.
- Szczerze mówiąc, Liz, nie. Zamyśliłam się, przepraszam. – Wysłałam jej przepraszający uśmiech. – Chodź, ja też już zgłodniałam. – Pociągnęłam ją lekko, a ona szybko uległa. Widocznie głód przezwyciężył jej niepokój.
Wiem, co robię, Ally, przestań się tak zamartwiać – próbowałam jakoś ukoić moją Kapłankę.
Jestem tutaj, w tym cholernym medalionie, Cat, by właśnie się o ciebie zamartwiać i ci radzić w groźnych sytuacjach. Ale co mi z tego, jeśli ty kompletnie mnie nie słuchasz? Chyba jednak nie jestem ci potrzebna.
Ally, to nie tak…
- Jesteśmy! – zawołała Liz, wyrywając mnie z wnętrza mojej głowy. Szatynka opadła na ławkę, a do mnie dopiero po chwili dotarły gwary głosów i trzaski sztućców – hałasy towarzyszące tylko naszej jadalni. Powiodłam wzrokiem po naszym stoliku i gula stanęła w moim gardle, gdy zauważyłam, że brakuje dwóch osób.
Matt jak zwykle siedział obok Agnes; obydwoje zajęci byli jakąś głośną rozmową, Ag gestykulowała energicznie jedną ręką, a w drugiej trzymała wysoką szklankę pomarańczowego soku, podczas gdy Matt słuchał jej z delikatnie zmrużonymi oczami, przytykając kubek parującej kawy do ust, raz po raz wtrącając parę słów w wywód przyjaciółki. Zajęłam miejsce po jego drugiej stronie, całując go w pokryty lekkim zarostem policzek, a on spojrzał na mnie przelotnie, wysyłając mi buziaka w powietrzu. Uśmiechnęłam się minimalnie, sięgając po dzbanek z kawą i spojrzałam przez stół.
Lizzie samotnie siedziała na długiej ławce, smarując chleba dżemem i co chwila podnosiła głowę, by rozejrzeć się po stołówce, jakby czegoś lub kogoś szukała.
Westchnęłam głęboko, starając się uspokoić niekomfortowe uczucie w żołądku, widząc, że brakuje Ethana i Willa. Zagryzłam wargę, nalewając kawy do swojego kubka i rozejrzałam się wokoło, ale nigdzie nie widziałam ani blondyna, ani bruneta.
Niespodziewanie jednak, gdy szukałam na stole czegoś do zjedzenia przy Lizzie pojawiła się wysoka postać. Uniosłam wzrok i zobaczyłam uśmiechniętego Ethana, który pochylił się by się z nią przywitać. Usłyszałam jak mówił Liz, że był na chwilę przy stoliku któregoś z jego kolegów. Uśmiechnęłam się szeroko do przyjaciela, co jednak było bardziej skutkiem ulgi, jaką poczułam na jego widok, niż gestem.
Ostatnie miejsce jednak wciąż było wolne, a ja coraz bardziej panikowałam – z doświadczenia wiedziałam, że Will był jedną z pierwszych osób, które przychodziły na śniadanie.
- Will już jadł? – spytałam od niechcenia, udając obojętność, choć w środku pragnęłam krzyczeć. Matt i Agnes wciąż dyskutowali, więc spojrzałam wyczekująco na Ethana. Pokręcił przecząco głową.
- Nie było go jeszcze, a w prawdzie mówiąc w ogóle go dziś nie widziałem. Gdy zapukałem do jego pokoju nikt się nie odzywał.
Zakrztusiłam się kawą, którą piłam i zaczęłam kaszleć tak mocno i głośno, że przykułam uwagę mojego chłopaka i rudowłosej oraz paru osób ze stolików stojących najbliżej nas. Matt klepał mnie po plecach, dopóki nie wykaszlałam wszystkiego, co stanęło mi w gardle.
- W ogóle się nie odezwał? Nic? Był na pewno w pokoju?
- Cat…? – Lizzie spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Nie wiem czy był w pokoju, wiem, że kiedy pukałem nikt nie otworzył ani się nie odezwał. Uznałem, że jeszcze śpi lub jest zajęty, więc przyszedłem do jadalni. – Ethan wzruszył ramionami, patrząc na mnie spokojnie, podczas gdy serce dudniło mi w piersi.
Mówiłam ci, żebyś poszła z tym do Kręgu – syknęła Alice.
Przestań! – zawołałam płaczliwie.
Zagryzłam mocno wargi, stukając palcami o stół, myśląc co teraz zrobić i czułam na sobie spojrzenia przyjaciół. Na łokciu poczułam ciepłą dłoń, nie musiałam nawet patrzeć, by wiedzieć kto to.
- Dobrze się czujesz? – Po raz drugi dziś usłyszałam to pytanie – w sumie to trzeci – i po raz kolejny chciałam odpowiedzieć, że „świetnie”, lecz gula w gardle mi na to nie pozwalała. Pokręciłam tylko głową w dziwny sposób.
- Może trzeba go poszukać…
- Po co? Jeśli Will nie jest głodny, to chyba proste, że nie chce przyjść na śniadanie. Zresztą możliwe, że tylko zaspał – ty sama byś to zrobiła, gdybym nie przyszła cię obudzić.
- Nie rozumiesz, Liz.
- Więc wytłumacz – zażądała, patrząc na mnie twardym wzrokiem i czułam, że wiedziała, iż coś jest nie tak – wiedziała to od momentu, gdy otworzyłam drzwi pokoju.
- Muszę z nim porozmawiać! – wyrzuciłam z siebie na jednym tchu, modląc się w duchu, by to ich przekonało. Jeśli Willowi coś się stało nie możemy siedzieć tu tak bezczynnie, ktoś musi zadziałać.
- Porozmawiasz z nim przy obiedzie…
- Ale ja muszę teraz! Will…
- Ktoś mnie szuka?
Prawie krzyknęłam z ulgi i trwogi jednocześnie, kiedy poczułam na ramieniu ciężką dłoń. Podniosłam wzrok, a obok mnie stał Will, cały i zdrowy. Wpatrywał się we mnie iskrzącymi się wesoło zielonymi oczami, ale na widok mojej miny – cokolwiek pokazywała – zmarszczył czoło.
- Cat właśnie wszczęła alarm, bo spóźniałeś się na śniadanie – powiedziała Agnes takim tonem, jakbym codziennie coś takiego robiła.
William jeszcze bardziej zmarszczył brwi, patrząc na mnie z dekoncentracją.
- Byłem z Pam…
- Pam! – prychnęła cicho Lizzie, przewracając oczami, a kątem oka dostrzegłam jak Agnes z trudem ukrywa porozumiewawczy uśmiech.
Jednak trzech mężczyzn wciąż patrzyło na mnie uważnymi spojrzeniami, a ja zaczęłam czuć się jeszcze bardziej niepewnie, a rozpacz wcale nie minęła. Myśl, że Will być może jest kolejną ofiarą tak mnie przeraziła, że miałam ochotę teraz rozpłakać się jak głupia.
- Przepraszam, widocznie to przez niewyspanie się, miałam ciężką noc – wymamrotałam, spuszczając wzrok pod spojrzeniami przyjaciół. O dziwo, to Matt powiedział:
- Nie jesteś dobra w kłamaniu, Cat. – Pokręcił delikatnie głową, ledwie się uśmiechając, a ja szybko odwróciłam wzrok. Wstałam gwałtownie od stołu, ku zdziwieniu wszystkich i z całej siły starałam się nie rozpłakać tu i teraz.
- Nie czuję się za dobrze, idę do pielęgniarki – powiedziałam prędko, odgarniając dłonią włosy z twarzy.
- Skąd to masz?! – Lizzie dopiero teraz zauważyła bandaż na mojej dłoni, ale zignorowałam ją i zostawiłam ich przy stole, niemal każdy miał otwarte usta zaskoczony moim nagłym i niezrozumiałym zachowaniem.
Nim zdołałam wydostać się z kręgu słyszalności moich przyjaciół usłyszałam szybką rozmowę:
- Nie, Matt, siedź tu…
- Może powinniśmy jej dać trochę prywatności…
- Miała jej dostatecznie przez ostatni miesiąc, kiedy nas unikała! Teraz…
- Liz, ty też siedź, ja pójdę… Bo mam do niej lepsze podejście, cicho bądź.
Przyśpieszyłam kroku, nie zatrzymując się nawet przed małymi grupkami uczniów, przepychałam się przez nich, bo chciałam jak najszybciej wydostać się z tłocznej sali i uciec Agnes, która zapewne miała zamiar ze mną pomówić.
Możesz tego uniknąć.
Daj mi spokój, Alice! Niczego nie mogę już uniknąć i ty dobrze o tym wiesz.
- Cat!
Czując na ramieniu czyjąś dłoń, chciałam się wyrwać, bo byłam pewna, że to Agnes, ale ręka zacisnęła się mocniej, a takiej siły delikatna dłoń Ag na pewno nie miała. Nie mogłam się nawet zatrzymać bo osoba mnie trzymająca zaczęła mnie pchać do przodu, dopóki nie byliśmy poza jadalnią, w cichej części korytarza z dala od ciekawskich oczu.
Wyszarpnęłam się z uścisku i odwróciłam, by spojrzeć w piwne oczy… Erica.
Czy on zawsze musi się pojawiać w nieodpowiednich chwilach?


***


- Byłoby mi miło, gdybyś mnie przepuścił – wycedziłam przez zaciśnięte mocno zęby, próbując go wyminąć, ale zagradzał mi za każdym razem drogę z uśmiechem na ustach, który ktoś postronny mógłby nazwać serdecznym. Jednak jego oczy błyszczały złośliwością, śledząc moje coraz bardziej zirytowane ruchy.
Po kilku marnych próbach pójścia sobie stanęłam w miejscu, przymykając na moment powieki poczym spojrzałam Dallasowi prosto w oczy z lodowatym spokojem.
- Czegoś ode mnie chcesz?
- Nic konkretnego. – Wzruszył ramionami z niewinnym wyrazem twarzy. Gdybyśmy nie stali parę metrów od uczniów byłam pewna że nie miałby takiej serdecznej miny.
- Jakbyś nie zauważył za dziesięć minut zaczynają się lekcje, a ja…
- Dużo czasu.
- A ja potrzebuję być jeszcze w innym miejscu – dokończyłam wściekle, zaciskając nerwowo pięści. Oczekiwałam fali żywiołu, która wypełniłaby moje płuca i serce, ale nic takie się nie stało. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że przecież Barty pomógł mi uciszyć ogień. Niemal się uśmiechnęłam, lecz zaraz wróciłam do rzeczywistości i diabelnie uśmiechniętego bruneta.
- Eric…
- Jak ładnie moje imię brzmi w twoich ustach.
Warknęłam do siebie, wbijając paznokcie w poduszki dłoni od mocnego zaciskania pięści.
- Dallas, cokolwiek planujesz i tak ci to nie wyjdzie, dobrze o tym wiesz, bo tak samo było za każdym ostatnim razem.
- Kto powiedział, że czegoś od ciebie chcę?
- Więc czemu, do cholery, mnie nie przepuścisz?!
Dallas uśmiechnął się szerzej, obserwując moją złość i od niechcenia – a może specjalnie – spojrzał sobie przez ramię na grupki uczniów gromadzących się pod drzwiami jadalni. Zmarszczyłam brwi, nie wiedziałam z początku o co mu chodzi, ale w końcu lampka zapaliła się w mojej głowie.
Oczekuje, że znowu wybuchniesz złością i rzucisz w nim ogniem przy świadkach.
Domyśliłam się.
Chciałam coś mu powiedzieć, ale wtedy za jego plecami dostrzegłam szkarłat burzy włosów Agnes, która stanęła z chmurną miną za plecami Erica, wpatrując się w niego zmrużonymi oczami.
- Dallas, ty w ogóle niczego się nie nauczyłeś – syknęła, omijając go, by stanąć obok mnie, a na jego twarzy ukazało się zdziwienie. Nie tak sobie to zaplanował - uświadomiłam sobie, kiedy zamiast kpiny w jego oczach kipiała złość.
- Ruda, to nie twoja sprawa.
- A więc jest jakaś sprawa? – Uniosłam brwi, udając zdziwienie, a ten posłał mi gniewne spojrzenie.
- Zostaw ją raz na zawsze w spokoju, bo prędzej czy później pożałujesz tego, co jej zrobiłeś. Przysięgam ci to, dupku – warknęła Agnes. Musiałam sama powstrzymać zaskoczenie, które poczułam widząc, chyba pierwszy raz w życiu, tak złą przyjaciółkę.
- Co ja jej zrobiłem? – parsknął Eric. – Ja jeszcze jej nic nie zrobiłem.
- Odpieprz się, Dallas. – Ag ścisnęła mnie mocno za rękę, kiedy mną targnął gwałtowny dreszcz od mściwych słów bruneta. – Nie żartuję.
- Jeszcze się spotkamy.
- No co ty? – prychnęłam. Zaraz mieliśmy mieć razem lekcję, nie popisał się swoim ostatnim zdaniem w tej sprawie.
Dallas wysłał mi mordercze spojrzenie i oddalił się nieśpiesznie. Agnes odprowadzała go wściekłym wzrokiem, dopóki nie zniknął w tłumie uczniów. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na głęboki wdech i uśmiech, który skierowała do mnie, gdy w końcu na mnie spojrzała.
Jednak jej uśmiech zbladł, gdy zauważyła, że przyglądam się swojej obandażowanej dłoni. Przez bandaż przesiąkła krew pod wpływem zaciskania mocno pięści. Wcześniej nie czułam bólu, teraz zaczęło uwierać mi bolesne kłucie w dłoni.
- Co tym razem zrobiłaś? Nadziałaś się na nóż? – Angie starała się nadać swojemu tonowi rozbawioną nutę, ale nie bardzo jej się to udało, gdy na naszych oczach plama krwi coraz bardziej się powiększała. – Pokaż ją – zażądała, a ja z westchnieniem poddałam się jej rozkazowi. I tak już nie zdążę pójść do pielęgniarki, nie wiedziałam nawet czy nie spóźnię się na lekcję.
Odwiązanie bandażu zajęło Agnes zaledwie parę sekund dzięki jej zwinnym palcom, a gdy zobaczyła długą szramę ciągnącą się od nasady palców po nadgarstek syknęła głośno i podniosła na mnie przerażony wzrok.
- Nie pytaj – mruknęłam.
- Doprawdy, mogłabyś w końcu nauczyć się zaklęcia uzdrawiającego, bo kiedyś od zakażenia coś ci amputują – wymamrotała, krążąc delikatnie palcem wokół rany, a za każdym jej okrążeniem rana wyglądała coraz lepiej. Dobrą stroną uzdrowicielstwa było to, że nie trzeba było żadnych zastrzyków na znieczulenie, magia sama wszystko robiła, a ja czułam tylko lekkie mrowienie w środku ręki.
- Gotowe. – Uśmiechnęła się do siebie, zadowolona z efektu jej pracy, a w tym samym czasie dzwonek na lekcję zadzwonił głośno, jednak uczniowie wyraźnie nie spieszyli się na swoje zajęcia.
- Dzięki. – Zabrałam dłoń z jej ciepłych rąk i obejrzałam z ciekawością zabliźnioną ranę, poczym spotkałam jej zmartwione spojrzenie.
- A teraz powiedz mi, proszę, słońce, dlaczego przy śniadaniu byłaś tak zdenerwowana? – Kiedy się nie odzywałam, dodała łagodnie: - Catty, mieliśmy już nie trzymać przed sobą niczego w tajemnicy…
Przerwała nagle, bo usłyszałyśmy cichy dzwonek jej telefonu. Wyciągnęła komórkę z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz ze spokojnym wyrazem twarzy. Gdybym jej nie obserwowała nie zauważyłabym delikatnego zmarszczenia jej brwi, bo trwało to zaledwie sekundę.
- Więc? – Uśmiechnęła się lekko, próbując zachęcić mnie tym do mówienia.
- Angie, gdyby to było coś ważnego, to nie wahałabym się z powiedzeniem wam tego, wiesz o tym, prawda? – Kiedy jej wzrok stał się nieprzekonujący, uświadomiłam sobie, że przecież przez pół roku nie mówiłam im czegoś ważnego. – Może trudno w to uwierzyć, ale ostatnio miewam takie nerwowe dni… przez koszmary się nie wysypiam i tak potem wychodzi, że najmniejsze rzeczy przyprawiają mnie o palpitacje serce. – Wzruszyłam bezradnie ramionami, a Agnes pokiwała lekko głową i byłam niemal przekonana, że mi wierzy, kiedy…
- W takim razie powiedz mi, kochanie, czemu w twoim pokoju pod biurkiem leży martwy kot twojego kolegi Maxa?


***


- Mogę cię przytulić?
- Max…
- Naprawdę, Cat, jestem ci ogromnie wdzięczny.
- W tej chwili nie jesteś zabawny.
- Cat, proszę.
- Do mnie możesz się przytulić!
- Liz?
- Przepraszam, kochanie, ale ty rzadko chcesz się ze mną przytulać! A widzisz że ten tutaj bardzo potrzebuje jakiegoś pocieszenia!
- Pocieszenia? Gdybym mógł to bym skakał z radości.
- To nie jest śmieszne – warknęłam, piorunując wzrokiem moją kuzynkę i Maxa, którzy widocznie już byli skazani na wieczną przyjaźń. Max uśmiechnął się do mnie niewinnie, ale gdy zauważyłam, że powoli się do mnie zbliża zmrużyłam groźnie oczy. – Czemu mi nie powiedziałeś, że zaginął ci kot?
- Nigdy za nim nie przepadałem! – Machnął ręką, zbywając tę sprawę jakby była to całkiem normalna sytuacja. – Nie bardzo się dogadywaliśmy, ale mama nie chciała go wywalić… Ciągle podgryzał mi ogon – burknął obrażonym tonem na koniec, ale zaraz jego twarz się rozjaśniła. – Dziękuję, Cat.
- Do cholery, to nie jest śmieszne, Max! – powtórzyłam wściekle. – Dobrze wiesz, że nie ja go zabiłam i co to wszystko znaczy.
- Cat, naprawdę wierzysz w te bzdury? – Max zmarszczył brwi, wpatrując się we mnie ze zdziwieniem, ale zbyłam go prychnięciem i odwróciłam się do niego plecami.  W oddali dojrzałam zbliżające się do nas dwie sylwetki i westchnęłam z ulgą. Może Will sobie poradzi z wyraźnie rozradowanym Maxem, kiedy mnie chciało się ryczeć.
Poczułam na ramieniu dłoń, więc zerknęłam w bok na lekko uśmiechniętą bladą twarz Agnes. W jej oczach czaił się strach, ale udawało jej się trzymać maskę lekceważenia.
- Lubię go – stwierdziła, mijając mnie, a ja jedynie wywróciłam oczami. Ciekawe czy dalej by go lubiła, gdyby to jej cały czas dopiekał.
- Który to twój chłopak? – Usłyszałam po chwili przy uchu. Wciąż wpatrując się w zbliżających się chłopaków, wycelowałam na oślep i walnęłam łokciem w Maxa. Usłyszałam zduszony jęk.
- Dobrze wiesz, kundlu.
- Etykietka nic nie mówi, Cat, kiedy serce i emocje wyrażają co innego.
Zacisnęłam zęby, by powstrzymać się od warknięcia na niego. Mądry się znalazł.
Poważnie, skąd on brał te bzdury o tym, że niby Will miał być moim chłopakiem?
Zastanawiasz się czasem w jaki sposób postrzegasz Willa?
Co… nie. Po co? Jest moim przyjacielem.
- A co moje serce i emocje wyrażają, Sherlocku?
Zerknęłam na jego twarz. Patrzył na mnie z błyszczącymi oczami, a na jego ustach tkwił cwaniacki uśmiech.
Zagwizdał cicho i niewinnie, ignorując moje pytanie, a ja musiałam się zaśmiać z jego zachowania. Co za typ.
- Matt, tak? – spytał, gdy już wyraźnie mogłam dostrzec Willa i Matta, kiedy znajdowali się od nas nie dalej niż dziesięć metrów. Potaknęłam, a on po chwili ruszył w stronę dwójki przyjaciół lekkim krokiem.
Wniosłam oczy do nieba i odwróciłam się do przyjaciół. Zatrzymałam się niepewnie, widząc, że stoją w szeregu jak jeden mąż i wpatrują się we mnie dziwnymi spojrzeniami. Przełknęłam ślinę, nie wiedząc co powiedzieć.
- Co? – wydukałam w końcu.
- Musisz przestać nas oszukiwać, Cat, i masz to nam obiecać w tej chwili – powiedział cicho Ethan.
- Ale…
- Obiecać, nie dyskutować – rzekła ostrzegawczo Lizzie, splatając ramiona na piersiach.
- Nie oszukuję was – zaperzyłam się.
- Cat – odezwali się chórem we trójkę, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Obiecuję – powiedziałam po chwili, a oni wyraźnie odetchnęli z ulgą. – Jesteście okropni – zaśmiałam się, podchodząc do nich i złączyliśmy się w grupowym uścisku.
- Ale jeśli złamiesz tę obietnicę, Cat, to osobiście załatwię cię urokiem, i nawet ten twój ogień ci nie pomoże – ostrzegła Lizzie, patrząc na mnie jednak rozbawionym wzrokiem.
- Co to za uściski beze mnie. Ej, Cat, a do mnie nie chciałaś się przytulić!
- Chodź tu, kundlu. – Oderwałam się od przyjaciół i spojrzałam na Maxa, Willa i Matta, którzy stali tuż za nami. Twarz tego pierwszego rozjaśnił szeroki uśmiech i szybko dopadł moją prawą stronę, wpychając się pomiędzy mnie a Liz.
- Wy też chodźcie – zawołała wesoło Agnes.
Will stanął pomiędzy Ethanem i rudowłosą, a Matt z jej i mojej drugiej strony. Objęliśmy się wszyscy mocno i śmiejąc się radośnie uściskaliśmy się mocno. Potem trudno było mi się opędzić od uścisku kundla.
Te wspomnienie na zawsze utkwiło mi w pamięci, nawiedzając mnie w najgorszych i najlepszych chwilach.
Ponieważ to był pierwszy i ostatni nasz taki uścisk w całym składzie moich przyjaciół.


***


- Masz coś przeciwko spacerowi? – spytałam z zadziwiającą jak na sytuację radością, a Matt zachichotał, widząc, zbyt bardzo mu znajomy, widok. Kiedyś bywało, że codziennie zabierałam go nad jezioro czy do lasu w wiosenne dni – jeszcze wtedy jako zwykłego przyjaciela – ale od prawie roku nie czułam takiej lekkości serca.
Gdy wiedziałam, że wszyscy moi bliscy są bezpieczni o wiele lepiej się czułam. Wszyscy siebie ochraniali, znając ryzyko i niebezpieczeństwo – nie było sposobu na to by coś się nie powiodło, dlatego mogłam wreszcie cieszyć się naturą, częścią świata którą nieustannie kochałam.
W podskokach pokonałam metry dzielące nas od jeziora, oddalając się od miejsca, w którym to spotkaliśmy się z Maximillianem, którego powiadomił Will. To on skojarzył kota należącego do rodziny Maxa, zapomniałam już nawet o powodzie, dla którego moi przyjaciele włamali się do mojego pokoju pod dowództwem, oczywiście, Lizzie.
Matt podążył za mną pod postacią jasnobrązowego wilka, a jego miodowe tęczówki śledziły każdy mój ruch, gdy niespodziewanie się zatrzymywałam by podziwiać przyrodę wokoło siebie.
Zawył z protestem, kiedy ponownie stanęłam, ale tym razem nie było to z czystego pragnienia podroczenia się z nim lub po prostu przyjrzeniu się motylowi.
- Czekaj chwilę. – Zagryzłam wargi, wpatrując się pomiędzy drzewa, ponieważ wydawało mi się, że widziałam tam jakiś ruch. Stwierdzając, że musiało mi się coś przywidzieć, dogoniłam Matta i wznowiliśmy drogę.
Jednak następne wydarzenie wcale mi się nie przywidziało, bo nawet Matthew zareagował.
Krzyknęłam cicho, słysząc głośny wystrzał, jakby ktoś strzelił gdzieś z pistoletu, ale ten hałas był o wiele głośniejszy. Matt zaczął kręcić się niespokojnie, pojękując cicho, wzrokiem starał się wyszukać czegoś w ciemności lasu.
Przeczuwając najgorsze położyłam dłoń na grzbiecie wilka i zniżyłam się do poziomu jego oczu.
- Idź po kogoś, dobrze? Sprawdzę, co to było.
Matt jęknął głośno, a ja uśmiechnęłam się lekko, poklepując go po karku.
- Spokojnie, nic mi nie będzie. Chcę tylko sprawdzić. Może zostało zranione jakieś zwierzę? Nigdy się nie dowiem, jeśli tam nie pójdę, prawda? A ty możesz szybko po kogoś pobiec, w razie gdyby to coś potrzebowałoby pomocy. Idź – ponagliłam go, kiedy stał uparcie, wpatrując się we mnie udręczonymi oczami. – Nie waż się zmienić i za mną iść.
Pobiegłam prędko w stronę lasu, nie odwracając się, by przekonać się czy Matt mnie posłuchał. Lekkość, którą czułam jeszcze pięć minut temu w sercu, zastąpił ciężar obaw, który nosiłam od wczorajszego wieczora, gdy zobaczyłam tego martwego kota. Co jeśli jednak nie udało nam się wszystkiego dobrze zaplanować, co jeśli jednak w naszym bezpiecznym planie była wielka dziura, którą morderca postanowił wykorzystać?
Musiałam sama się o tym przekonać, nie Matt, nie żadne z innych moich przyjaciół.
Im głębiej szłam w las, tym wyraźniej dostrzegałam znaną lukę daleko w głębi, tam gdzie była polana. Byłam niemal stuprocentowo pewna, że to właśnie stamtąd dobiegł ten głośny wystrzał.
Niespodziewanie usłyszałam po mojej prawej stronie trzask gałęzi, więc szybko odwróciłam się w tamtym kierunku, ale niczego nie dostrzegłam. Las o tej porze dnia był tak samo mroczny jak w nocy, ale bywałam tu tyle razy, że uważałam go za normalny teren.
Pomiędzy drzewami nikogo ani niczego nie widziałam. Może to ja nastąpiłam na gałązkę?
Ally, czemu się nie odzywasz? – spytałam, uświadamiając sobie nagle, że Alice nie mówiła nic do mnie od jakichś paru godzin.
Pomyśl.
Sama mówiłaś, że jesteś tutaj po to by mi doradzać i pomagać jak najlepiej potrafisz. Czemu teraz się na mnie obrażasz? Jeśli chcesz koniecznie udowodnić mi swoją rację, to trochę za późno, Ally.
Nie obrażam się, Cat. Modlę się tylko, by to co znajdziesz nie okazało się tym, czego najbardziej się obawiam.
Nie muszę ci chyba również mówić, że nie popieram pomysłu, byś sama tutaj była, ale nauczyłam się, że i tak mnie nie posłuchasz.
Przestań. Ally, ja…
Nie dokończyłam, bo znowu usłyszałam ten cichy trzask, a gdy odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą wysoką czarną postać krzyknęłam głośno, przerażona. Zanim zdołałabym cokolwiek więcej zrobić poczułam jak od tyłu oplata mnie mocne ramię, umożliwiając mi jakikolwiek ruch, a druga ręka zakryła mi usta, uderzając mnie tak mocno w twarz, że na moment mnie zamroczyło. Potem widziałam już tylko ciemność.


***


- Ogniiiiku. Ogniczku mój kochany, pobudka.
Wybudziłam się gwałtownie, otwierając szybko oczy, a nad sobą ujrzałam twarz z moich koszmarów. Dosłownie.
Duże szare oczy patrzyły na mnie zaciekawione, a blond włosy grzywką opadały na opaloną skórę czoła mężczyzny, który opierał się o kolana, uśmiechając się do mnie, jakby nigdy nic.
Usiadłam powoli, nie odrywając przerażonego spojrzenia od mężczyzny, a potem wstałam, próbując się cofnąć jak najdalej od niego, ale trafiłam na jakąś niewidzialną ścianę, która natychmiast poraziła mnie prądem. Odskoczyłam od niej z cichym okrzykiem bólu i złapałam się za pulsujące ramię.
- Jeśli nie będziesz zbyt często próbowała uciekać, to nic wielkiego ci się nie stanie – przymilny głos mężczyzny przywrócił mój strach.
- Kim jesteś? – spytałam, a gdy załamał mi się głos pod wpływem wspomnień z koszmaru o śmierci Lizzie, szybko zamilkłam, nie chcąc pokazać słabości.
- Chciałabyś wiedzieć, prawda? – Uśmiechnął się szeroko, złowieszczo. – Teraz nie jest na to pora, Cat.
- Po co mnie tu trzymasz? Czemu nie chcesz dać mi spokoju?! – pytałam coraz szybciej i głośniej, a on wciąż patrzył na mnie z tym samym szalonym błyskiem w oku.
- Zadajesz za dużo pytań – powiedział karcąco. – Może to cię uciszy. Przywitaj się ze swoim przyjacielem. – Odsunął się parę kroków w tył, a moim oczom ukazało się leżące ciało na trawie parę metrów dalej. Sapnęłam głośno, poznając jasną czuprynę i ubrania Matthewa.
- Matt! – wrzasnęłam. Zapomniałam o ścianie i chcąc podbiec go chłopaka trafiłam w nią z głośnym puknięciem, jakbym walnęła w drzwi, lecz nie czułam już bólu tylko wszechmocne przerażenie na widok nieruchomego ciała przyjaciela.
- Matt! – krzyczałam, waląc pięściami w ścianę naszpikowaną prądem, za każdym razem czując w ramionach ostre ukłucia, ale nie przejmowałam się nimi. Chciałam tylko by Matt otworzył oczy i na mnie spojrzał. Krew na jego twarzy, bluzce i ramionach tylko potęgowała mój strach.
- Ach. – Mężczyzna westchnął ze znudzeniem. – A myślałem, że widok twojego nieprzytomnego przyjaciela da ci do myślenia. Obudzić go! – zawołał w stronę drzew, a ja dopiero teraz dostrzegłam postacie w czarnych szatach ustawione wokół nas w kręgu na skraju polany. Te postacie przypominały mi scenę z pogrzebu prababki Liz, wtedy też ich widziałam – obserwowali nas.
Patrzyłam jak dwóch osiłków podchodzi do Matta i pochylają się nad nim, coś między sobą mówiąc. Wzdrygnęłam się, gdy Matt krzyknął cicho i patrzyłam przerażona jak tamci dwaj łapią go pod ramiona i podnoszą brutalnie do pozycji stojącej. Jasnowłosy uchylił powieki, patrząc z bólem na twarzy przed siebie, aż w końcu skoncentrował spojrzenie najpierw na blondynie, a potem na mnie i ból zastąpił strach.
- Cat – wymamrotał, a po chwili zaczął kaszleć krwią, a mnie zakłuło serce na ten widok i miałam ochotę przywalić uśmiechającemu się szeroko mężczyźnie, który to wszystko obserwował.
Potem, jakby od niechcenia, machnął lekko ręką w kierunku Matta, a ten krzyknął, na jego bluzce jak za machnięciem noża pojawiła się dziura, a z rany trysnęła krew na trawę.
Wrzasnęłam zatrwożona, a gdy zobaczyłam, że mężczyzna znów unosi rękę, zaczęłam krzyczeć:
- Przestań! Przestań, zrobię wszystko, tylko go zostaw! – krzyczałam, czując pod powiekami łzy bólu, a blondyn uśmiechnął się lekko widząc mój stan.
- Wiem, że zrobisz wszystko – powiedział delikatnie, a potem upuścił gwałtownie rękę. Matthew złapał się gwałtownie za brzuch, jęcząc cicho, a zakapturzone postacie puściły go, tak że upadł na ziemię, przyciskając dłoń do krwawiącego bólu.
Najpierw poczułam w ustach słony smak moich łez, nim uświadomiłam sobie, że płaczę. Zasłoniłam dłonią usta, próbując powstrzymać szloch, by nie sprawić większej satysfakcji temu sukinsynowi.
- Możesz mówić do mnie Nick.
Spojrzałam pogardliwie na blondyna.
- Pieprz się.
- Cóż za słownictwo. – Lekko uniósł brew, a następnie poczułam mocne ukłucie w klatce piersiowej, ale nie poddałam się bólowi.
- Czego ode mnie chcesz? – Wściekłość zabarwiała mi wszystko na czerwono, ale patrzyłam twardo na Nicka, starając się odwrócić jego uwagę na jak najdłużej od Matta, bym mogła wymyślić jakiś plan na wyciągnięcie go stąd.
- Wszystkiego, Ogniku.
- Dam ci to. Po prostu go puść.
- Nie ty tu ustalasz warunki, Catherine. – Mężczyzna zmrużył szare oczy, poczym uśmiechnął się szyderczo.
- Zostaw go! – krzyknęłam, gdy przeniósł wzrok na ledwo przytomnego Matta. Nick zerknął na mnie, wykrzywiając jeszcze bardziej kąciki ust i podniósł dłoń, wysyłając mi wyzywające spojrzenie.
Warknęłam głośno, jednocześnie powstrzymując cisnące mi się do oczu kolejne łzy, spowodowane bólem, jaki czułam, widząc cierpiącego przyjaciela.
To nie sprawiedliwe! – miałam ochotę krzyknąć, ale nic by to nie dało. Jedynie w środku mogłam przeklinać los i cały świat. Czemu to Matt miał cierpieć za mnie?
Ally, pomóż! – zawołałam błagalnie w myślach, ale nikt mi nie odpowiedział. Miałam medalion, więc dlaczego nie czułam obecności mojej Kapłanki…?
Dosłownie na moment oderwałam wzrok od dłoni kata, by zaraz zobaczyć błysk jaskrawoczerwonego światła, które poleciało w stronę Matta.
- Nie! – Chciałam rzucić się w jego stronę, by obronić go przed kolejnym ciosem, lecz trafiłam w zapomniany niewidzialny mur i odbiłam się od niego z sykiem wściekłości i bólu. Zacisnęłam pięści na poczerniałej trawie, obserwując udrękę malującą się na twarzy młodego mężczyzny, a po chwili stała się ona bezbarwna. Przez moment miałam czarne myśli, ale wtedy Matt poruszył ledwo zauważalnie palcami ręki, którą przyciskał do krwawiącej rany – odetchnęłam głęboko. Po prostu zemdlał. Poczułam nikłą ulgę, że przynajmniej teraz nie będzie odczuwał tak mocno bólu zadawanego mu przez tego wariata.
Chociaż nie mogłam się pozbyć uczucia deja vu.
Zmrużyłam oczy i wstałam, wpatrując się z nienawiścią w blondyna.
- Długo jeszcze będziesz się nim bawił? – spytałam cicho, a on uśmiechnął się szeroko, a ten gest wydawał się szaleńczy.
- Nie bawię się nim. Bawię się tobą, Ogniku – zacmokał z dezaprobatą, jakbym popełniła wielką gafę.
Zacisnęłam dłonie w pięści i nareszcie poczułam jak delikatne oraz przyjemnie ciepłe płomyki ognia wymykają mi się spod skóry. Naprawdę chcesz mieć Ognika, sukinsynie?
- Wypuść go – powiedziałam twardo, mając nadzieję, że jednak mnie posłucha.
Pokręcił głową ze śmiechem.
- Nie, nie, nie. Potrzebuję go, żeby cię kontrolować. Nigdy nie wiadomo co przyjdzie do głowy Wybrance Ognia, gdy już będzie miała pełne pole popisu.
- Więc przestań go krzywdzić! Doskonale wiesz, że zrobię, do cholery, wszystko, żebyś go nie torturował! – Zorientowałam się, że zaczęłam znowu krzyczeć, a spod moich palców wydobywają się z trudem powstrzymywane płomienie. Widzący to ludzie Nicka poruszyli się nerwowo na swoich miejscach, niepewni co zrobić.
Blondyn rzucił im ostrzegawcze spojrzenie, unosząc lekko rękę, następnie znowu wpatrzył się we mnie zimnymi oczami.
- To, że teraz nim się nie bawię nie znaczy, że później tego nie zrobię – rzekł, wzruszając lekceważąco ramionami, jakby to, co właśnie powiedział było błahostką.
W mojej krtani rodził się dziwny dźwięk, który wyszedł powoli z mojego gardła, a co okazało się wrzaskiem i warczeniem zarazem. Nie powstrzymywałam już ognia – uniosłam prawą rękę i zamachnęłam się nią, wysyłając w niego strzałę ognia, która niestety odbiła się od jego tarczy ochronnej. Próbowałam wysłać kolejną strzałę, ale nagle poczułam ostre szarpnięcie ramion do tyłu i zimne powietrze na odkrytej skórze. Starałam się poruszyć palcami lub ręką, rzucić ogniem lub czarem, ale nic się nie działo. Byłam unieruchomiona.
Tymczasem Nick otrzepał swoją szatę tak, jakby się czymś ubrudził i podszedł kilka kroków w moją stronę, teraz już bez charakterystycznego uśmiechu na twarzy.
- Myślałem, że dzisiaj się dogadamy, ale widzę, że jesteś nie w humorze – rzekł poważnym tonem, a ja miałam ochotę zaśmiać się mu prosto w twarz. Z tym człowiekiem było naprawdę coś nie tak. Spojrzał na coś za mną, potem znów na mnie i dodał: - Spróbujemy innym razem, a tymczasem… Zabierzcie ją – nakazał, machając dłonią i nieśpiesznie ruszył do Matta.
Przerażona rozszerzyłam oczy, gdy jego strażnicy zaczęli ciągnąć mnie w głąb lasu.
- NIE! Błagam, nie! Nie! – Nie miałam pojęcia, co chcą ze mną zrobić, ale widok Nicka zbliżającego się z obojętnym wyrazem twarzy do Matta przerażał mnie o wiele mocniej, tym bardziej, że mój przyjaciel był nieprzytomny oraz bezbronny wobec niego, co było już wiadome po pierwszych minutach po moim przebudzeniu tutaj.
Wyrywałam się i szarpałam, wszystko na nic. Nie dość, że byłam unieruchomiona, to jeszcze siłacze Nicka byli za silni. Zaczęłam wrzeszczeć, kiedy w dłoni blondyna dostrzegłam błyski srebra.
Noże. O mój Boże.
- Nie! – krzyknęłam znowu, lecz to niczego nie zmieniło. Mogłam wrzeszczeć do woli, oni i tak robili swoje.
Zaciągali mnie coraz głębiej, a moje oczy były już pełne łez, którym nie pozwoliłam się wydostać. Teraz nie mogłam płakać, nie teraz. Musiałam wymyślić jakiś sposób, żeby się im uwolnić albo…
Moją gonitwę myśli przerwał ból w lewym nadgarstku, przez linę, jak się teraz zorientowałam, którą wiązali moje ręce i nogi do jakiegoś pnia. Walnęłam z bezsilności potylicą w drzewo. W diabli wzięli moje wielkie plany o ucieczce. Przywiązali mnie do drzewa, nadal nie zdejmując ze mnie zaklęcia powstrzymującego mój ogień. Świetnie.
Zaczęli wracać w tym kierunku skąd przyszliśmy, ale jeden został, żeby rzucić jeszcze na mnie jeden urok i poszedł za resztą.
Zastanawiałam się, co to za zaklęcie do momentu, aż w całym ciele poczułam ukłucia, jakby ktoś wbijał we mnie igły. Jęknęłam i zamknęłam oczy, powstrzymując krzyk bólu. Jedna łza uwolniła się spod mojej powieki, a ślad którym popłynęła pozostawiał jeszcze większy ból na mojej podrażnionej skórze.
Oddychałam ciężko, jak po przebyciu mili biegu, wpatrując się z uporem w ziemię, aby odgonić myśli od tego cierpienia, gdy nagle w oddali usłyszałam czyjś krzyk pełen udręki. Nie potrzebowałam główkowania, kto był właścicielem głosu, a moje serce przeszył jeszcze większy ból.
Szarpnęłam po raz kolejny przywiązujące mnie liny, które jedynie pozostawiły na moich rękach rany, z których poleciała krew na trawę. Przygryzłam mocno wargi, starając się sama nie krzyczeć, słysząc ból przyjaciela. Po chwili znów nastąpił krzyk. I znów, znów, znów i tak w kółko.
W końcu sama wrzeszczałam na cały las, szarpiąc się i nie bacząc na własne cierpienie, po prostu chciałam mu cholernie pomóc. Nie zorientowałam się nawet że płaczę, dopóki nie poczułam słonego posmaku łez w ustach. Niedługo potem zaczęłam pluć krwią i łzami, ale nadal darłam gardło, cierpiąc razem z Mattem, choć wiedziałam, że mój ból nie równa się z jego. Po prostu ja też chciałam cierpieć.
Gdy słońce już schowało się za horyzontem, słysząc w oddali agonię i sama ją czując w środku i na zewnątrz, straciłam przytomność.


***


Obudziło mnie łaskotanie na twarzy, przyjemnie chłodzące szczypiącą skórę. Uniosłam powieki, które były jak z ołowiu, a przed sobą zobaczyłam złote ślepia, które posłały strzałę prosto w moje serce. W pierwszej chwili pomyślałam, że to może normalny dzień nad jeziorem, kiedy Max znowu mnie zaczepiał, ale zaraz przypomniałam sobie o Matcie.
Uniosłam gwałtownie głowę, waląc nią o pień, lecz stłumiałam ból. Wpatrzyłam się w wilka, który przekrzywiał łeb, a z jego oczu biło zmartwienie i zaniepokojenie. Byłam ciekawa czy wyczuł Matta.
Spojrzałam na związane ramiona i posłałam wilkowi proszące spojrzenie.
- Może… - Zaniemówiłam niemal od razu, gdy sylaby opuszczały moje usta, czując ostre palenie w gardle. Chrząknęłam, co wywołało kolejny ból, ale już się do niego przyzwyczajałam, dlatego znowu go zignorowałam. Teraz liczył się tylko Matt.
Zamrugałam parę razy, by odgonić czarne plamy sprzed oczu, a za którymś mrugnięciem przede mną nie było już wilka tylko postać Maxa.
W kilka sekund przerwał wiążące mnie liny. Padłam na kolana wyprana ze wszystkich sił, a Max złapał mnie ostrożnie za ramiona i wolną dłonią uniósł twarz, bym spojrzała mu w oczy.
- Pamiętasz, kim jestem?
Skupiłam wzrok na jego ściągniętej niepokojem twarzy i zdołałam wydobyć z siebie cichy pomruk irytacji.
- Kundlem.
- Dobra odpowiedź.
Max zaczął coś do mnie szeptać, zadawać pytania, ale w ogóle go nie słyszałam – szum w głowie i myśl, że gdzieś tam jest bezbronny i zraniony Matt była przerażająca. Musiałam do niego dotrzeć. Musiałam powiedzieć Maxowi, by biegł po pomoc. Musiałam…
- Cat! Co się stało?! – Potrząsnął lekko moimi ramionami, próbując wyciągnąć ze mnie odpowiedź. – Dlaczego żadna moja magia cię nie uzdrawia, ja…
- Max – wyszeptałam, zauważając, że z niezwykłą trudnością mogę patrzeć w jego oczy, kiedy parę godzin temu niemal takie same patrzyły na mnie z cierpieniem. – Idź po jakąś pomoc. Tam, w lesie… Idź po pomoc.
- Nie zostawię cię tutaj samą, idziesz ze mną – powiedział twardo, podnosząc się z miejsca, ale ścisnęłam go mocno za rękę.
- Idź po pomoc – powtórzyłam stanowczo. – Teraz.
Wpatrywał się we mnie długo, aż zmienił się z powrotem w wilka, polizał mnie po twarzy z troską w oczach i odbiegł w las.
Wstałam chwiejnie i podtrzymałam się drzewa dla równowagi. Odetchnęłam głęboko, odepchnęłam się od pnia i poszłam przed siebie.
Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale z determinacją stawiałam następne kroki przed sobą, dopiero teraz uświadamiając sobie, że słońce znowu wyjrzało zza horyzontu. Nie mogło być wcześniej, niż po piątej nad ranem.
W takim razie Matt był tam ponad pół doby. Zatrwożona przyśpieszyłam kroku, wymagając od siebie o wiele za dużo w moim obecnym stanie. Przełknęłam ból i zaczęłam cicho nawoływać, za każdym razem robiąc to głośniej, aż mogłam znowu krzyczeć.
- Matt! – wołałam, szukając odpowiedniej drogi do tamtej małej polany, ani przez sekundę nie tracąc nadziei. Nie mogłam go zawieść po tym ile on dla mnie zrobił.
Nie obyło się bez kilku wywrotek o korzeń czy pień, którego nie dostrzegłam i coraz trudniej mi się podnosiło. Za ostatnim razem musiałam przebyć kilka metrów na klęczkach, żeby zdobyć siły w nogach. Wzrok znowu stał się zamglony, przez co nieraz wydawało mi się, że widziałam polanę, ale tak wcale nie było. Zastanawiałam się, czy czary tamtych wyrostków były również odurzające.
Po czasie, który wydawał się wiecznością, błądząc zmęczonym wzrokiem po drzewach dostrzegłam wyrwę, skąd pochodziło najwięcej światła słonecznego. Zagryzłam nerwowo wargi i pokuśtykałam w tamtym kierunku z radością tlącą się w sercu, jednak, gdy przybliżałam się do polany, radość mijała. Nie chodziło o to, co tam się znajdowało, tylko, czego nie było. Bo Matta tam nie widziałam.
Co jeśli to nie ta polana? - pomyślałam ze strachem. A może zabrali go ze sobą?
Ally? – zawołałam z nadzieją w myślach. Nic.
Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak bardzo bezsilna.
Nareszcie dotarłam na owalny pas łąki, w niektórych miejscach zabarwiony krwią i oświetlony porannym słońcem, ale pusty. Stanęłam w tym samym miejscu, gdzie leżał wtedy Matt i rozejrzałam się wkoło, badając każdy detal trawy. Nic. Z okropnym przeczuciem zerknęłam jeszcze w cienie wysokich drzew i właśnie wtedy zamarło we mnie serce.
Naprzeciwko mnie pod wysokim drzewem leżało nieruchome ciało przewrócone na prawy bok, więc odwrócone do mnie plecami. Na granatowej bluzce tkwiła wielka plama krwi. Bluzce Matta. Trawa wokół niego była szkarłatna i skrzepnięta od krwi. Przyłożyłam dłoń do ust, robiąc mały kroczek do przodu, nie bacząc na to, że świat chwieje się wokół mnie.
Gdy próbowałam zrobić kolejny krok, coś na lewo ode mnie głośno trzasnęło – doskonałe wyczucie czasu - i zmaterializowali się tam Ethan wraz z Lizzie.
Teleportacja? – słaba myśl pojawiła się w moim umyśle.
- Catty! – krzyknęła moja kuzynka i podbiegła do mnie, prawie rzucając mi się na szyję. – Boże, Cat, wiesz jak się wszyscy martwiliśmy i… Co ci się stało?! – pisnęła, przytomniejąc na tyle, by mi się przyjrzeć.
- Nigdy więcej teleportacji z tobą, Liz, zapamiętaj to sobie. Nie umiesz się zachować! – odezwał się Ethan, poprawiając potarganą koszulkę. – Will z Agnes powinni tutaj zaraz być, Max również. – Spojrzał w końcu na mnie i zachłysnął się powietrzem. – Cholera jasna, Cat! – Niemal od razu znalazł się przy mnie i podniósł mój nadgarstek, zmierzając puls.
Pytali się, co mi jest, ale ja nie mogłam oderwać wzroku od ciała. Chciałam się zmusić do tego, żeby tam podejść, ale nie mogłam. Chciałam im cokolwiek powiedzieć, zareagować, ale czułam się jak sparaliżowana.  
- Odezwij się, Catty, proszę! – jęknęła Liz, szarpiąc mnie za ramię, gdy Ethan coś wreszcie zauważył.
- Gdzie jest Matt, Cat? – Poczułam na twarzy jego badawczy wzrok, ale nie odwzajemniłam spojrzenia, tylko w końcu zmusiłam kończyny do ruchu i ruszyłam w wymierzonym sobie kierunku.
W końcu i oni dostrzegli to, co ja widziałam od kilkudziesięciu minut. Lizzie wrzasnęła przeciągle, a Ethan w ogóle się nie odezwał. Kiedy Liz nagle zamilkła pomyślałam, że pewnie zemdlała. Szczęściara.
Nie zwracałam uwagi na krew plamiąca ziemię, uklękłam przy Matcie i ostrożnie położyłam rękę na jego ramieniu, przewracając je na plecy. Przycisnęłam dłoń do ust, powstrzymując jęk i odwróciłam na moment wzrok od jego twarzy, patrząc w las. Łzy wymknęły się spod powiek, zwilżając moją brudną rękę nadal przyciśniętą do twarzy.
- Matt? – wychrypiałam, szturchając go w ramię. Żadnej reakcji. Położyłam rękę do jego zimnej szyi, chcąc wyczuć choć najmniejszy puls, poczym znów spojrzałam w jego twarz. Blado trupia skóra cała była posiniaczona, a także zakrwawiona, nadając mu upiorny wygląd. Zjechałam spojrzeniem na ciało – ubranie również było we krwi.
Długo trzymałam rękę przy jego pulsie na szyi i niczego nie wyczuwałam. Z ust wyrwał mi się szloch, ale uparcie przyłożyłam ręce do jego klatki piersiowej, wysyłając w jej głąb ciepło i wszystkie swoje siły. Nic. Widocznie działanie czaru Nicka wciąż nie minęło.
- Matt, obudź się! – szepnęłam głośno, nie mając siły na więcej. Walnęłam go otwartymi dłońmi w tors, jednocześnie wysyłając kolejną dawkę energii. Gdy to dalej nic nie dawało, przycisnęłam usta do jego lodowatych warg i starałam się wdusić w niego mój tlen. Odrywając się od niego, zapłakałam głośniej.
- Cholera, Matt! – krzyknęłam teraz, szarpiąc go za koszulę szorstką w dotyku. – Obudź się, obudź się, obudź się!
Zerknęłam przed siebie i dostrzegłam tam srebrny zakrwawiony sztylet. W jednej chwili podjęłam decyzję. Złapałam go, odpychając od siebie obrazy tego, co robił z nim ten sukinsyn Mattowi i przejechałam nim po nadgarstku. Krew poleciała na już zakrwawioną bluzkę Matta, przycisnęłam nadgarstek do jego ust. Poprzez bycie Wybraną podobno moja krew miała inne właściwości – być może swoją nadzwyczajnością mogła pomóc Mattowi.
Krzyknęłam, gdy ktoś złapał mnie w pasie i podniósł z ziemi, a kto inny wyrwał z mojej ręki sztylet. Przypomniał mi się moment, kiedy zabierano mnie od Matta i wrzasnęłam jeszcze głośniej, szarpiąc się z trzymającą mnie osobą.
Znowu chcieli mi go zabrać!
Musiałam go obronić, nie mogłam pozwolić, by jeszcze bardziej go skrzywdzili, nie mogłam…
Uścisk nie ustępował, dopóki siły uszły z mojego ciała, a w sercu zapanowała pustka. Nie miałam nawet siły już płakać, choć czułam, że łzy wciąż ciurkiem leciały mi po twarzy. Kiedy przestałam się wyrywać ramiona mnie obejmując trochę rozluźniły, ale nie puściły mnie. Pewnie ten ktoś obawiał się, że znowu mogę rzucić się po sztylet.
Moje zmysły w końcu zarejestrowały to, co działo się przede mną. Podniosłam wzrok, patrząc na moich przekrzykujących się przyjaciół. Już nie widziałam ciała Matta. Pobladły Will klęczał na ziemi przytrzymując głowę jasnowłosego, Ethan był odwrócony do mnie plecami, ale również był przy ciele Matta, przesuwając nad nim nerwowo dłońmi. Agnes stała nad nimi, wykrzykując coś łamiącym się głosem, a Lizzie siedziała parę metrów dalej zwinięta w kulkę, zasłaniała rękoma uszy, kołysząc się w przód i w tył z ukrytą głową w kolanach.
Oddech mi przyśpieszył, wargi coraz bardziej mi drżały, aż z mojego gardła wyrwał się kolejny szloch. Odwróciłam się w ramionach Maxa, unikając patrzenia mu w złociste oczy i przytuliłam się do niego mocno, szukając schronienia od tego wszystkiego, od mojego najgorszego koszmaru, który stał się rzeczywistością.